kkokos
21.01.04, 15:39
Wiem, że żle zrobiłam i sama jestem sobie winna. Ale i tak mnie szlag trafia,
jak można tak traktować własne dziecko!
Ojciec mojego syna nie widział go od roku, bo się obraził na mnie - nie
chciałam puścić małego na wakacje i na ferie z nim i z narzeczoną i z jej
synem, to on (ojciec) rezygnuje z konktaktów z dzieckiem całkiem. W ramach
ukaranie mnie, bo w ten sposób nie będzie go odbierał ze szkoły raz w
tygodniu i ja stracę to jedno wolne popołudnie, które miałam dla siebie. No i
przez pół roku się nie widzieli. Nie powiem, żeby mój syn to odczuwał -
przynajmniej nic mi o tym nie mówił, w ogółe tematu ojca nie było. Nie powiem
też, że mnie łatwo jest samej - doskonale wiecie, jak to jest, gdy trzeba się
czasem rozdwoić albo i roztroić, bo samej trzeba zaspokoić wszystkie potrzeby
dziecka, które normalnie rozkładają się (techniczno-logistycznie, ale i
psychicznie) na dwoje. To prawda, zdarza mi się postraszyć moje dziecko "bo
zadzwonię do ojca i on z tobą porozmawia". Wiem, że to nie jest zupełnie
fair, wieć staram się tego nie nadużywać - ale jest to cholernie skuteczne.
Niestety, stawało się coraz bardziej skuteczne w miarę, jak czas, kiedy moje
dziecko nie miało kontaktu z ojcem, wydłużał się - rozumiem, że dziecko nie
miało jak skonfrontować wyobrażeń o czymś strasznym, co powie lub zrobi
ojciec, z jego rzeczywistym zachowaniem. Kilka dni temu, kiedy mój syn
naprawdę przekroczył granice (uderzył mnie), zadzwoniłam do ojca naprawdę.
Nie miałam wyboru, postraszyłam smarkacza, a on tym razem się nie ugiął i
musiałam zadzwonić. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ojciec przyjechał bez
walki, palnął małemu mówkę (nie wiem jaką, bo zamknęli się w kuchni), po 20
minutach mały wydeklamował mu swoją rolę z jasełek (na których oczywiście
ojciec nie był), pokazał prezenty od mikołaja (ojciec, oczywiście, nic
dziecku pod choinkę nie dał) i w ogóle cały był happy. To był czwartek,
ojciec zapytał, czy może go wziąć do siebie w sobotę, bo będzie u niego jego
syn z poprzedniego małżeństwa (chłopcy nie widzieli się też od pół roku).
Oczywiście pozwoliłąm. Głupia pomyślałam sobie, że może ojciec, jako że nigdy
odwagi cywilnej nie miał, wykorzystuje tę sytuację jako "miękki powrót", ze
sytuacja wróci do normy.
No a w piątek dowiedziałam się rano od nauczycielki w szkole, że Jasiek jej
mówił, że ten jego ojciec taki okropny, nawet się nie odezwał w święta, że
jej, nauczycielki zdaniem, ojciec ma za mały kontakt z Jaśkiem i czy mogłabym
coś w tej sprawie zrobić, bo Jasiek to przeżywa (ona wiedziała tylko, że ja
wychowuję Jaśka sama, nie znała historii ostatniego pół roku). No to sobie
pomyślałam, że to świetnie, zę jasiek idzie w sobote do ojca!!!
No i poszedł. Po południu ojciec zadzwonił czy jasiek może zostać na noc.
Spytałąm jaśka, czy chce, powiedział że tak, no to został. Wrócił od ojca w
niedzielę wieczorem wściekły i rozżalony, bo:
1. ojciec zawiózł go do siebie, tam był już jego przyrodni brat (jest dużo
starszy, już w liceum), zostawił ich i pojechał na dworzec po narzeczoną z
synem. U nich już się zaczęły ferie i przyjechali spędzić je w warszawie.
2. gdy ich przywiózł, starszy brat natychmiast się wymiksował (czyli widzieli
się godzinę) - cóż, mogę go zrozumieć.
3. w nocy jasiek spał w jednym łóżku w synem tej pani i "mamo, w ogóle nie
spałem, on tak strasznie chrapie"
4. w niedzielę ojciec poszedł do pracy,a jasiek z tą panię i jej synem do
zoo. potem pojechali do taty do pracy, a potem tata odwózł jaśka do domu.
Czyli wynika z tego, że ojciec wziął jaśka na weekend nie po to, by spędzić
czas z synem, tylko po to, by jasiek spędził ten czas z jego narzeczoną.
Okłąmał mnie, bo nic o tym nie powiedział. Podszedł mnie, bo wiedział, że
bym się nie zgodziła. I co na tym zyskał????? Po cholerę mu to wszystko?
żebym ja straciła do niego te reszteczki zaufania, co mi się tam gdzieś
tłiły???
A może ja się znowu czepiam??