nilka13
25.01.04, 15:13
Niestety, paskudny początek niedzieli, nie pierwszy raz zresztą.
Postanowiłam się przełamać i poprosić kogoś o pomoc. Jest mi łatwiej, bo na
początku dość anonimowo. No, może nie całkiem- Mam na imię Monika, jestemw 6
mies., mam 19-mies. synka i popaprane życie. Aktualnie siedzę obita jak
gruszka po awanturze z mężem, z poczuciem winy, nienawiścią do siebie i
całego świata. Mały był świadkiem akcji, więc czuję się jak g... Mąż wyszedł
się zrelaksować("taka franca każdego wykończy") Poszło o to, że mały nie
dostał po nocy do11.00 picia, mimo, że wołał; nie dostał 2 śniadania i
popłakiwał już ze zmęczenia- no a ja uznałam tłumaczenie 31-letniego faceta,
że mały "nie chciał" za absurd. No i "sama mogłaś wstać"- a ja, wyrodna
matka, odsypiałam, licząc na solidność tatusia. No, tu ma rację, tyle razy
zawalił, że mogłam wstać. Dlaczego piszę tu? Bo chcę odejść, bo mam dosyc
patrzenia' jak facet szarpie dziecko, wrzeszczy na nie, nie karmi, "bo nic
nie ma w domu", nie wie, jak wypełnić czek, nie wie, gdzie płacić
rachunki,cały dzień chodzi z rękami w kieszeniach, klnie i każe mi milczeć.
A co można od niego usłyszeć? Że dziecko samo sobie winne, jak mu się coś
pod kontrolą taty stanie -"to po co tam chodził?", jak go o coś proszę, to
obiecuje, a potem olewa("po co o tym ciągle gadasz, słyszałem to już"- i
dalej tego nie robi!) "Weźże się zamknij wreszcie, zadręczysz mnie"- kiedy
czegokolwiek się domagam, czas z upodobaniem spędza z 15-20 letnimi kolegami
od motocykla, pracuje rzadko i niechętnie, za oczywiste uważa, że to ja mam
zajmować się wszystkim od spraw urzęd. do mycia klozetu. I powinnam się
cieszyć, bo i tak mam dobrze. Seks- 2do6 razy w roku od 6 lat. Przez
pierwsze 4 lata było ok, byliśmy "związkiem partnerskim", uwierzycie? Bo ja
juz nie. Teraz mam robic swoje i jeszcze sie uśmiechać, bo on chce miec
spokój w domu. Banał, co? Od ponad roku codziennie płaczę, jestem wściekła i
bezsilna; nie mam gdzie się wynieść, rodzina nam nie pomaga, a teściowa od
10 lat mi powtarza, że zrobi wszystko, żebyśmy się rozstali. NO i uwaza, że
jestem z moim facetem dla pieniędzy(od jego rodziny dostaliśmy radziecką
łopatkę do kotletów, a mnie nie raz zdarzało głodowac w naszych gorszych
latach)i chcę "zagarnąć " ich mieszkanie, paranoja jakaś. Mam dosyć, chętnie
po prostu zabiłabym się, ale ta ciąża i synek. Nie widzę wyjścia, nawet, jak
jakimś cudem odejdę, to ten mały samolubny chłopczyk wykończy mnie mnie i
dzieci typowymi zagraniami pt.:"rozwód po polsku". Nie mam możliwości
ustąpić, bo walki są o wyżywanie się przez niego na dziecku, doktorat już
przegrałam, swoja godność też. Przydalaby mi się terapia, wiem, ale jaki to
będzie argument dla męża, nareszcie wszyscy się dowiedzą, że z wariatką
żyje.Kończę-długie to i bełkotliwe, ale kto to przeszedł, ten zrozumie.
Ostatnia nadzieja w Was.