postka
24.06.10, 16:58
Prawie dziewięć lat temu poznałam 25-letniego faceta. Zakochałam się
bez pamięci z wzajemnością, zamieszkaliśmy razem, po sześciu latach
wzięliśmy ślub, mamy teraz 14-miesięczną córkę. Jest nam dobrze
Dziewięć lat temu z małym ogonkiem mojemu mężowi urodziła się córka.
Klasyczny przypadek - krótki związek oparty w zasadzie nie wiadomo o
co, ciąża, szybki ślub, dwa miesiące wspólnego mieszkania z
teściową, wyprowadzka. Jak go poznałam był jeszcze formalnie żonaty,
rozwiódł się po pół roku, unieważnienie ślubu kościelnego dostał po
kilku latach. Zuza ma teraz 9 lat, w maju miała komunię.
Z perspektywy mojego męża - była żona od początku nie mogła mu
wybaczyć rozstania i rozwodu, utrudniała mu spotkania z dzieckiem
nie odbierając telefonów, wychodząc z domu mimo, że byli umówieni,
była złośliwa w stosunku do niego, unikała go jak mogła. Nie było
takiej możliwości, żeby spotkał się z dzieckiem bez niej - zabrał na
spacer na przykład. Po roku szarpania poddał się. Przez kolejne lata
co jakiś czas próbował nawiązywać kontakt, cały czas odbijając się
od ściany. W między czasie stracił pracę, nie mógł płacić alimentów,
wniósł do sądu wniosek o ich obniżenie, zanim doszło do rozprawy
pracę dostał, więc nic nie udało się anulować, przy okazji
ograniczono mu prawa rodzicielskie ze względu na brak kontaktów.
Efekt jest tego wszystkiego taki, że z Zuzą kontakt jest żaden, eks
nie odbiera telefonów, z wielką łaską zgodziła się, żeby M przyszedł
na mszę komunijną, a jak go zobaczyła pod kościołem podczas białego
tygodnia to czekała w kościele z dzieckiem tak długo, aż sobie nie
pójdzie. Nie wiadomo jakie jest nastawienie małej, bo nie ma szansy
na rozmowę, ale w zasadzie nie trudno się domyśleć.
Z drugiej strony M też nie jest święty. Nie poradził sobie z tematem
jak się mała urodziła, parę razy dał ciała z wizytami, chodzącym
wzorem odpowiedzialności też nie był, chociaż niejednokrotnie mu
głowę suszyłam o niefajne zachowania w stosunku do eks. Jasne, że
powinien był bardziej walczyć i być uparty jak osioł. Ale nie
potrafił, przerosła go ta sytuacja. I mogę sobie wyobrazić
pretensje, jakie eks ma do niego i o co je ma i nie mówię, że
zupełnie nie ma racji.
Ale wiecie, co mnie wkurza i zasmuca jednocześnie najbardziej? Po
pierwsze, że w całej tej historii cały czas chodzi o nią i o niego.
O ich problemy, ich relacje, ich złość, frustrację i ich
niedojrzałość. W ogóle nie ma w tym dziecka. Nie istnieje. I to
zarzucam głównie eks, bo ona będąc z Zuzą na codzień ma na nią wpływ
(M nie ma żadnego) i powinna myśleć przede wszystkim o dziecku
wsadzając sobie głęboko swoje problemy i frustracje związane z osobą
M, do których ma prawo. Teraz M choćby się wściekł to już niewiele
może pomóc. A po drugie wkurza mnie to, że eks nie bierze zupełnie
pod uwagę tego, że ludzie się zmieniają. Naprawdę! Z beztroskiego
25latka z popieprzonym życiorysem mam świetnego męża, naprawdę
fantastycznego ojca, oddanego rodzinie w całości (no, kawałkiem się
dzielę z rybami i piłką nożną), odpowiedzialnego wystarczająco żeby
normalnie funkcjonować. I nawet, jeżeli przez te wszystkie lata
zrobił za mało albo nie do końca dobrze, to nie przekreśla to
przecież bycia fajnym ojcem przez kolejne dziesiąt lat. Zuza
naprawdę może mieć fajnego ojca!!! I zasługuje na niego i ma do
niego prawo!!!
Napisałam tego posta pod wpływem wątku o nawróceniu ojca po 9
latach. Ja nie mówię, że ten konretny przypadek się naprawdę
nawrócił, bo na pewno są przypadki niereformowalne. Ale może warto
wziąć taką opcję pod uwagę? Może czasami warto dać szansę i dziecku
i ojcu? Postarać się oddzielić własną frustrację związaną z facetem
od niego jako ojca?
Bardzo bym chciała, żeby eks była w stanie to zrobić. Za parę dni
urodziny Zuzy, oby nie było jak zwykle - przekazanie prezentu przez
próg i trzaśnięcie drzwiami. Bo po dwóch stronach drzwi zostają
córka i ojciec i pewnie oboje ze ściśniętymi sercami.