skarbus71
14.07.10, 07:12
Witam serdecznie,
Przy całym - jak mi się wydaje - zdroworozsądkowym podejściu do życia,
zaczynam mieć poważne wątpliwości i chciałabym zasięgnąć opinii osób
postronnych. Chodzi o wspólne wychowywanie dziecka po rozstaniu rodziców.
Mój były partner rozstał się ze mną trochę ponad rok temu. Najpierw powiedział
mi, że nie kocha. Potem okazało się, że jest inna kobieta. Zaraz potem się do
niej wyprowadził. Ja pozostałam z córkami (21- z poprzedniego małżeństwa i 5
lat - nasze wspólne dziecko) w naszym wspólnym mieszkaniu. Mieszkanie okazało
się nie być "naszym wspólnym" już po paru miesiącach - jako związek
nieformalny zakupiliśmy je na niego, gdyż miał lepszą zdolność kredytową jako
kawaler niż my jak rodzina. Ze wstępnych ustaleń polegających na tym, że albo
sprzedamy mieszkanie i podzielimy się zyskiem po połowie albo kupi nam 1
mniejsze zostało tyle, że zażądał naszej wyprowadzki grożąc nieustannie, że
wprowadzi się tam ze swoją kobietą i będziemy mieszkać razem - bo to będzie
najlepsze dla młodszej córki, gdyż będzie miała wszystkich których kocha pod
jednym dachem. Musiałam w trybie pilnym kupować mieszkanie, ponosząc koszmar
starań o kredyty, lustrując rynek nieruchomości, koszmar przeprowadzki,
wszystko to pod nieustanną presją i nękaniem konsekwencjami z jego strony.
Wszystko działo się bardzo szybko i bez odpowiedzialnego podejścia do
delikatnej psychiki BARDZO WRAŻLIWEGO dziecka z jego strony.
Od początku opiekę rodzicielską mieliśmy sprawować wspólnie, choć w
rzeczywistości wygląda to tak, że mała na początku była odbierana przez niego
z przedszkola 2 x tyg i nocowała w mieszkaniu jego konkubiny, gdzie mieszkał i
on, zabierał ją również w weekendy. Po jakimś czasie mała zdecydowanie
odmówiła pozostawania u niego na noc, tłumacząc że się boi ciemności. Co ja z
tego powodu przeszłam to historia, gdyż ex zarzucił mi, że manipuluję
dzieckiem, że woli spać u mnie bo UWAGA - kiedy budzi się w nocy z płaczem, to
ja nie wyrzucam jej ze swojego łóżka, kiedy tam wejdzie podczas mojego snu
(fakt, po całym dniu pracy nie zawsze mnie takie szlochanie budziło), ale
pozwalam się wtulić we mnie i spać do rana.
Dziś zatem odbiera ją z przedszkola 2 x tyg i zabiera na część jednego z dni
weekendowych, ale córka śpi tylko u mnie w domu.
Jeśli zgadza się na spanie poza nim, to tylko u jego matki, gdzie ma wspólnego
z nią psa - nie komentujcie tego, to pomysł tatusia i jego mamusi, z którą
stanowi nierozerwalny organizm oddychający jedną parą płuc na dwie osoby...
Alimentów nie płaci, choć zarabia 3 x więcej niż ja. Dziecko uczęszcza do
prywatnego przedszkola. Opłaty ponosimy w stosunku 2:1. Natomiast cała reszta
kosztów jest na mojej głowie. Od rozstania nie zakupił dziecku niczego poza
prezentami na urodziny i inne święta.
Dodam, że z wykształcenia jest prawnikiem i choć praktykuje jako prawnik
podatkowy, często pomaga prywatnie w sprawach cywilnych i jest w tym bardzo
dobry. Co być może jest przyczyną dla której do tej pory nie założyłam sprawy
o alimenty.
Niemniej szereg jego nieodpowiedzialnych zachowań, z wczorajszym na czele,
przelał moją czarę goryczy i postanowiłam uregulować nasze sprawy sądownie:
alimenty, zakres praw i obowiązków rodzicielskich, z kontraktem rodzicielskim
włącznie. Czy wobec tego któraś z Was jest w stanie polecić mi naprawdę
dobrego wygadanego prawnika z Warszawy specjalizującego się w sprawie rodzinnym?
Aha, ciekawa jestem jak ocenicie parę przykładów z życia wziętych:
1. 2 mce temu, sobota rano, tatuś przyjeżdża po dziecko. mała nie chce z nim
pójść (???). namawiam ją i przekonuję, że będzie fajnie. tatuś dodaje, aby
zabrała ładne ubranko, bo zapowiada się wielkie święto. dziecko zaczyna drążyć
przyczynę tego święta na co słyszy: ktoś się dziś będzie żenić. - ale kto
tatusiu? w odpowiedzi: ja.
wieczorem tego dnia: dziecko wraca do domu z gorączką. dowiaduję się od niej,
że nie chciała jechać na ślub, wolała zostać w domu jego matki z nieznaną
sobie ciotką. tata ani czuł faux pas z powodu nieprzygotowania dziecka do
takiego wydarzenia w jego życiu ani też związku pomiędzy przeżyciami a
gorączką...
2. od momentu niechęci do nocowania u taty, mała ma problemy z zaparciami i
zdarza jej się co najmniej raz w tyg zrobić kupę w majtki. tata nie widzi
związku z zafundowanymi jej przeżyciami, winą obarcza mnie. dodam, że po
każdym spotkaniu z nim, w nocy budzi się i coś przeżywa, widać zresztą nie
tylko w nocy, że nie jest pogodną i radosną jak zwykle dziewczynką.
3. zarzucił mi kiedyś, że pozwalam dziecku chodzić do klubiku w IKEA, gdyż
kiedy zaprowadził ją tam sam, Panie od razu ją rozpoznały. Córeczka jest takim
dzieckiem, którego nie da się nie rozpoznać, jest cudna pod każdym względem i
każdy za nią przepada, nawet Ci, którzy zwyczajowo dzieci nie lubią. Była tam
przedtem 2 razy. W ciągu ostatniego tygodnia sam zaprowadził małą do tegoż
klubiku trzykrotnie.
3. wczoraj - tata zabrał dziecko z przedszkola. mniej więcej
po godzinie otrzymałam smsa o treści: informacyjnie - jesteśmy z mała u
fryzjera i robimy jej letnią fryzurkę. Próbowałam natychmiast do niego dzwonić
ale odrzucał moje połączenia. Córeczka do wczoraj miała piękne włosy do pasa.
Bardzo je lubiła i ciągle opowiadała, że nigdy nie pozwoliłaby sobie ich
obciąć. Odpowiednia manipulacja ze strony dorosłego zdziałała cuda.
czy sądzicie, że takie decyzje rodzić ma prawo podejmować bez konsultacji z
drugim? jestem oburzona i załamana brakiem szacunku dla mnie jako matki.
Sytuacji takich jest mnóstwo. Facet, który w trakcie naszego związku ani
szczególnie nie zajmował się dzieckiem, ani też szczególnie nie przejawiał
zainteresowania nami jako rodziną, teraz puszy pióra przed nową panią (nota
bene - już jest w szóstym miesiącu ciąży) i pokazuje, ja mnie sobie będzie
ustawiać. I jak to jest nie liczyć się z moim zdaniem jako matki.
Mam nadzieję, że będzie się chciało Wam odpisać. Przepraszam za tak długiego
posta, musiałam się wygadać. Może któraś poleci dobrego psychologa? Kontakty z
nim odbierają mi chęć do życia, a przecież jesteśmy skazani na nie jeszcze
przez wiele lat...
Pozdrawiam wszystkie mamy,
Kasia