bramasole2
21.09.10, 12:44
Witajcie.
Nie pamiętam, czy cokolwiek tu pisałam...raczej czytałam.
Dzieje się, rozwód w toku, od 2 tygodni mieszkam sama z moim synkiem.
Tyle, że przez te 2 tygodnie wspierała mnie moja mama, która dzisiaj wyjechała, mam rodzinę 400 km od siebie...Załapałam niezłego doła (nie lubiłam wcześniej tego określenia, takie to schematyczne), tak się czuję. Niby wszystko jest dobrze, udało mi się załatwić przedszkole państwowe, stać mnie na wynajem mieszkania, przyznano mi alimenty i miejsce zamieszkania dziecka przy mnie na czas sprawy...ale...wyszłam za mąż za wariata-policjanta i nie mogę się z tego małżeństwa po ludzku wygramolić.
Rok temu składałam o separację, na jego prośbę wycofałam...(głupia!). Na początku lipca tego roku złożyłam pozew o rozwód i się zaczęło piekło...
Los tak chciał, że tydzień po złożeniu pozwu poznałam kogoś, było pięknie, potrzebowałam tego, dodał mi siły by uporać się z tym wszystkim. Widocznie tak musiało być.
Skończyło się, boli, ale taka była jego rola - pomóc mi wytrwać w decyzji.
Pojawił się, bym uwierzyła, że można kochać i nie trzeba tkwić w toksycznym związku po to by zachować pozory rodziny...
Niestety mąż zgotował mi amerykański thriller, wynajął detektywów, wywoził dziecko do swoich rodziców, zaczął manipulować synkiem, nastawiać go przeciwko mnie, opowiadał, że ich krzywdzę, że chcę źle. ..zainstalował podsłuchy, używał dyktafonu...
Przywoził też swoją babcię by u nas spała - spali razem w jednym łóżku z synkiem- ja na kanapie (tak, brzmi niewiarygodnie absurdalnie, ale tak było). Nie wyprowadzałam się wcześniej bo nie chciałam doprowadzić do szarpaniny i wyrywania dziecka - on nie godził się na moją wyprowadzkę z dzieckiem. Na szczęście uzyskałam postanowienie i wyprowadziłam się....Krótko przed wyprowadzką doszło między nami do awantury, gdy znalazłam jego dyktafon, uderzył mnie, właściwie popchnął tak, że uderzył w biodro, zrobiłam obdukcję, złożyłam dokumenty.
Jak jest teraz? Nadal się boję. Nie dawno złożył zażalenie na postanowienie....Dziwne, bo ma w nim ustalone widzenie z synkiem we wtorku 2 godziny i każda całą sobotę, zatem 2 razy w tygodniu. alimenty 700 zł.Mimo to zatruwa mi życie. Chce odwrócenia postanowienia, tak by synek mieszkał z nim a ja płaciła alimenty. Problem w tym, że dziecko wychowywali by jego rodzice a nie on, bo pracuje na zmiany, ponadto nie nadaje się do gotowania, prania, tylko do samej zabawy.Jego pełnomocnik załączył stenogramy mojej rozmowy z dzieckiem, jak karmię synka i mówię : że jak nie zje, to przyjdzie Baba Jaga i wejdzie z nim do szafy...coś takiego. Nagranie pochodzi pewnie z tego nerwowego okresu, kiedy wiedziałam, że jestem inwigilowana na każde strony, zresztą o czym ja mówię, jakiemu rodzicowi nie zdarza się czasem postraszyć niejadka, bo już wszystko zawodzi....jesteśmy tylko ludźmi...
Nie mogę zatem zachowywać się do dziecka wychowawczo, bo wiem że mąż obrał taktykę pozwalania na wszystko i zasypywania prezentami, zatem jak skierują nas do RODK to tatuś będzie najlepszy.
Jedno co dobre, odzyskałam synka, w sensie, mogę znowu go tulić, bawić się z nim, przez ostatnie 2 miesiące po złożeniu pozwu był tak negatywnie na mnie nastawiany, że nawet nie dawał się mi wykąpać, nakarmić, uśpić.Teraz znowu jest taki jak przedtem.
Drugiego dnia w przedszkolu zachorował - napisałam sms-a mężowi, że jest chory a on na to, że poddaje w wątpliwość moją wiadomość i żąda przedstawienia zaświadczenia lekarskiego. Jak tu z takim rozmawiać?!
Chciałam rozstać się jak ludzie...bez orzekania winy - mimo, że psychicznie znęcał się nade mną od początku małżeństwa w zasadzie...nie chcę tu o tym pisać: krótko: furie, chorobliwa zazdrość, zaborczość....
Skąd brać siłę? Przyjaciele mówią, że i tak mnie podziwiają za to, ze walczę, że chodzę uśmiechnięta każdego dnia....boję się, że nadejdzie taki dzień, że całkiem opadnę z sił...