ania_rosa
03.06.04, 21:01
Witam
Dawno nie zaglądałam, widze, że są nowe wątki, w tym jeden na pokrewny temat.
Mimo to zakładam nowy, bo mam pare szczegółowych pytan i parę szczegółowych
refleksji

Zacznę od tego, że jestem byłą samodzielną- jak Niektórym doskonale wiadomo.
Od dziewięciu miesięcy jestem z Niemężem, mieszkamy razem siedem miesięcy.
Razem z nami mieszka mój syn, który ma ojca biorącego czynny udział w jego
wychowywaniu.
Kiedyś, kiedy nie byłam jeszcze ani Samodzielną, ani kobietą w nowym związku,
podczytywałam sobie forum "Macochy". Wówczas to wykształciłam sobie pewien
pogląd na sytuację : Kobieta + Męzczyzna + niebiologiczne dziecko
Mężczyzny/Kobiety. Czytałam rózne posty: i te pełne negatywnych emocji w
stosunku do pasierbów, i te zdystansowane do problemu, i te, których autorki
przychylnie odnosiły się do dzieci partnerów. Jedno wszakże było dla tych
postów wspólne: nie pojawiało się tam uczucie miłości w stosunku do nieswoich
dzieci (natrafiłam tylko na dwie Macochy, które o tym pisały). Uczucie
przyjaźni, odpowiedzialności za dziecko, sympatii były tą górną granicą skali.
Kiedy zaczęłam spotykac się z Niemężem ten problem nagle zaczął dotyczyć i
mnie: oto ja i moj syn w relacji z obcym nam człowiekiem, który nie ma
obowiązku kochac Kuby ani nawet tolerować. Lektura zaś cudzych doświadczeń
tylko mnie w tym upewniała.
Obecnie moge powiedzieć, że moje założenia były mylne.
Przede wszytskim ojczym nie jest macochą. I choć pewnie wywolam burzę tym, co
zaraz napisze, to większa jest szansa, że ojczym pokocha cudze dziecko, niż
macocha. PO częsci wynika to stąd, że dzieci zazwyczaj mieszkają z matkami i
w domu macochy i ojca są jednak gośćmi. Myślę jednak, że nawet nie o ten
status gościa się rozchodzi: chodzi przede wszystkim o to, że to dziecko
jest "cudze", a kobietom tę "cudzość" bardzo trudno przełknąć. Im bardziej są
świadome siebie i swoich emocji- tym relacje układają się łatwiej, ale zawsze
pozostaje konflikt między "swoim" dzieckiem i "cudzym.
Swoje promuje się bardziej, a do tego dołącza kwestia finansów i uwagi ojca,
który "oczywiście" powinien poświęcać więcej zaangażowania "swojemu" dziecku
(czyli dziecku aktualnej partnerki), niz cudzemu (czyli dziecku Ex). I w tym
miejscu zawsze zdumiewa mnie łatwośc, z jaką kobiety dochodzą do
tej "oczywistości", która nie tylko nie jest oczywista, ale jest tez
absurdalna i skrajnie egoistyczna. Jest natomiast zrozumiała biologicznie,
tyle że człowieczeństwo to nie tylko biologia, ale też rozum i rozsądek, a
także obiektywizm. Bardzo przykre jest czytanie o takich emocjonalnych i
intelektualnych"regresach", które w dodatku usiłują zyskać status logicznej
argumentacji i niestety zyskują sobie często poklask innych kobiet w podobnej
sytuacji zyciowej. W ten sposób usprawiedliwia się u dorosłych kobiet
mentalnośc dziecka, które dzieli świat na "swój" i "nieswój" zapominając o
tym, że nie tylko dawno nie jest już dzieckiem, ale też, że zyje w społecznej
przestrzeni, w której inni także posiadają prawa.
Te wszystkie bzdury o instynkcie macierzyńskim oraz milości do całego świata,
jakie podobno są nieodłączną częścią kobiecego istnienia- to bajka. Jako
kobiety posiadamy większe inklinacje do zaborczości wiążącej się z ochrona
naszej własnej rodziny i mniejszą otwartośc na głębokie relacje z osobami,
których istnienie przypomina nam, że kiedyś nasz partner był cudzym
męzem/niemęzem. To wszystko jest dośc podłe, przyznacie. Ja jednak tego nie
oceniam, po prostu stwierdzam fakt, od którego są tez wyjątki, ale nie o nich
teraz piszę. Tak czy inaczej jest w tym duża porcja nadziei i optymizmu dla
kobiet, które pozostają w związkach z NIEojcami własnych dzieci.
Wiadomo, że mieszane rodzicielstwo stawia przed ludźmi większe wymagania i
piętrzy przeszkody, których nie zna klasyczna, pełna rodzina. Z drugiej
jednak strony - przy założeniu najlepszego wariantu sytuacji- nasze dzieci
zyskują jeszcze jedną osobę, która je kocha i troszczy się o nie. I ta
sytuacja jest jak najbardziej możliwa, natomiast jej realizacja zależy od
dwóch rzeczy: tego, kim my jesteśmy w rzeczywistości, a nie kim wydaje się
nam, że jesteśmy; oraz drugiej rzeczy, która wynika z pierwszej: kogo
wybierzemy na partnera (ojczyma) i na ile świadomy będzie to wybór.
Nie umiem empatyzowac z osobą, której partner w okresie narzeczeństwa zwracał
się do pasierba per "gówniarz", a teraz jest problem, bo dziecko i nowy
partner mają napięte stosunki. Wiele kobiet zapomina, że nie sztuka znaleźć
świetnego kochanka i przyjaciela- sztuka znaleźć mężczyznę, który będzie
także Człowiekiem. To oznacza kogoś, kto jest w stanie wznieśc się ponad
osobiste żale, uprzedzenia i zwykły ból płynący z faktu, że to nie on jest
biologicznym ojcem. Jesli się tego warunku nie dopatrzy- tym samym pozostawi
się wolną drogę eskalacji problemów. Samodzielne matki szukają przeciez nie
tylko partnerów, ale tez ojczymów. Tym samym godzą się na to, że dają
trzeciej osobie prawo do wychowywania dziecka- i z tego również trzeba sobie
zdać sprawę, nawet gdy bywa to bardzo trudne.
Teraz ujęcie tematu od strony samodzielnej matki, która juz zaczęła budować
nową rodzinę: tak naprawdę największy wpływ na wygląd stosunków "Ojczym-
dziecko" oraz "Macocha- dziecko" mają nie sami zainteresowani, a matka tego
dziecka. Od niej zalezy nie tylko to, jak ułozą się relacje pomiędzy Jej
dzieckiem i nowym partnerem, ale tez to, czy słowo "macocha" zyska złe czy
dobre konotacje w umysle dziecka. Jednym słowem: na nas ciązy największa
odpowiedzialnośc nie tylko za własną rodzinę, ale też za stosunek naszego
dziecka do ojca i nowej partnerki.
Wiadomo, że zdarzają się "matki- zołzy" i "macochy- zołzy". Obstawiam jednak,
że w 50% konfliktowych sytuacji na linii "rodzina exa" i "nowa rodzina
kobiety" napięcie zalezy wyłącznie od zadawnionych uraz i wzajemnej zawiści,
a nie osobistych przymiotów i wad każdej z osób. Lektura obu for to niestety
potwierdza. Rzadko kiedy zdarzają się ojcowie i matki jednoznacznie źli i
patologiczni. Zazwyczaj ocena "next" i "ex" jest tylko i wyłącznie kwestią
dobrej woli i tolerancji oraz przepracowania w sobie tego, że sytuacja
wygląda, jak wygląda. A jednak to sprawia najwięcej trudności, bo łatwiej się
skupic na znajdywaniu kontrargumentów niż na konstruktywnym i dorosłym
działaniu.
Nietrudno jest prawnie usadzić "tatusia" i wypisywać żale na "tę sukę, z
którą się puścił". O ile ma to funkcję autoterapeutyczną i realizuje się
tylko na forum- to dobrze. Zakładam jednak, że te negatywne uczucia nie
kończą się w momencie zgaszenia komputera, tylko w róznych formach nam
towarzyszą w codziennym życiu, a stąd już tylko krok do sytuacji, gdzie obie
strony będa przeświadczone o swojej głębokiej racji i głebokim debilizmie
drugiej strony.
I problem gotowy. Co więcej: tak naprawdę nie nasz problem, tylko problem
tego, kogo kochamy najbardziej czyli naszego dziecka.
Chętnie przeczytałabym o doświadczeniach matek, które próbują robic to, co
ja: układac relacje między swoją nową rodziną, a nową rodziną exa. Tylko one
wiedzą, jak potwornie jest to trudne i ile od nas wymaga. Mam jednak głębokie
przeświadczenie, że warto. Oczywiście inaczej to wygląda w rodzinach, gdzie
ojciec dziecka nie utrzymuje kontaktów z synem lub córką. Wtedy jest chyba
łatwiej zmniejszyć dystans między słowem "ojciec" i "ojczym". Mój syn ma
zarówno ojca jak i ojczyma, obaj go bardzo kochają i widze, jak Niemąż czasem
bije się w myślach z faktem, że nigdy nie zajmie w sercu Kuby miejsca ojca.
Widzę tez, że jest to dla niego bolesne. Tu się rodzi pytanie, jak powinny
wyglądać stosunki między ojczymem a dzieckiem i na ile ojczym może ingerować
w wychowanie. Paradoks polega na tym, że mój Niemąz jest zdecydowanie
bardziej ojcem niż mój były mąż- a jednak czuję, że nie powinnam pozwalać na
zbytnie zaangażowanie Kuby w N