Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzinach

03.06.04, 21:01
Witam
Dawno nie zaglądałam, widze, że są nowe wątki, w tym jeden na pokrewny temat.
Mimo to zakładam nowy, bo mam pare szczegółowych pytan i parę szczegółowych
refleksjiwink
Zacznę od tego, że jestem byłą samodzielną- jak Niektórym doskonale wiadomo.
Od dziewięciu miesięcy jestem z Niemężem, mieszkamy razem siedem miesięcy.
Razem z nami mieszka mój syn, który ma ojca biorącego czynny udział w jego
wychowywaniu.
Kiedyś, kiedy nie byłam jeszcze ani Samodzielną, ani kobietą w nowym związku,
podczytywałam sobie forum "Macochy". Wówczas to wykształciłam sobie pewien
pogląd na sytuację : Kobieta + Męzczyzna + niebiologiczne dziecko
Mężczyzny/Kobiety. Czytałam rózne posty: i te pełne negatywnych emocji w
stosunku do pasierbów, i te zdystansowane do problemu, i te, których autorki
przychylnie odnosiły się do dzieci partnerów. Jedno wszakże było dla tych
postów wspólne: nie pojawiało się tam uczucie miłości w stosunku do nieswoich
dzieci (natrafiłam tylko na dwie Macochy, które o tym pisały). Uczucie
przyjaźni, odpowiedzialności za dziecko, sympatii były tą górną granicą skali.
Kiedy zaczęłam spotykac się z Niemężem ten problem nagle zaczął dotyczyć i
mnie: oto ja i moj syn w relacji z obcym nam człowiekiem, który nie ma
obowiązku kochac Kuby ani nawet tolerować. Lektura zaś cudzych doświadczeń
tylko mnie w tym upewniała.
Obecnie moge powiedzieć, że moje założenia były mylne.
Przede wszytskim ojczym nie jest macochą. I choć pewnie wywolam burzę tym, co
zaraz napisze, to większa jest szansa, że ojczym pokocha cudze dziecko, niż
macocha. PO częsci wynika to stąd, że dzieci zazwyczaj mieszkają z matkami i
w domu macochy i ojca są jednak gośćmi. Myślę jednak, że nawet nie o ten
status gościa się rozchodzi: chodzi przede wszystkim o to, że to dziecko
jest "cudze", a kobietom tę "cudzość" bardzo trudno przełknąć. Im bardziej są
świadome siebie i swoich emocji- tym relacje układają się łatwiej, ale zawsze
pozostaje konflikt między "swoim" dzieckiem i "cudzym.
Swoje promuje się bardziej, a do tego dołącza kwestia finansów i uwagi ojca,
który "oczywiście" powinien poświęcać więcej zaangażowania "swojemu" dziecku
(czyli dziecku aktualnej partnerki), niz cudzemu (czyli dziecku Ex). I w tym
miejscu zawsze zdumiewa mnie łatwośc, z jaką kobiety dochodzą do
tej "oczywistości", która nie tylko nie jest oczywista, ale jest tez
absurdalna i skrajnie egoistyczna. Jest natomiast zrozumiała biologicznie,
tyle że człowieczeństwo to nie tylko biologia, ale też rozum i rozsądek, a
także obiektywizm. Bardzo przykre jest czytanie o takich emocjonalnych i
intelektualnych"regresach", które w dodatku usiłują zyskać status logicznej
argumentacji i niestety zyskują sobie często poklask innych kobiet w podobnej
sytuacji zyciowej. W ten sposób usprawiedliwia się u dorosłych kobiet
mentalnośc dziecka, które dzieli świat na "swój" i "nieswój" zapominając o
tym, że nie tylko dawno nie jest już dzieckiem, ale też, że zyje w społecznej
przestrzeni, w której inni także posiadają prawa.
Te wszystkie bzdury o instynkcie macierzyńskim oraz milości do całego świata,
jakie podobno są nieodłączną częścią kobiecego istnienia- to bajka. Jako
kobiety posiadamy większe inklinacje do zaborczości wiążącej się z ochrona
naszej własnej rodziny i mniejszą otwartośc na głębokie relacje z osobami,
których istnienie przypomina nam, że kiedyś nasz partner był cudzym
męzem/niemęzem. To wszystko jest dośc podłe, przyznacie. Ja jednak tego nie
oceniam, po prostu stwierdzam fakt, od którego są tez wyjątki, ale nie o nich
teraz piszę. Tak czy inaczej jest w tym duża porcja nadziei i optymizmu dla
kobiet, które pozostają w związkach z NIEojcami własnych dzieci.
Wiadomo, że mieszane rodzicielstwo stawia przed ludźmi większe wymagania i
piętrzy przeszkody, których nie zna klasyczna, pełna rodzina. Z drugiej
jednak strony - przy założeniu najlepszego wariantu sytuacji- nasze dzieci
zyskują jeszcze jedną osobę, która je kocha i troszczy się o nie. I ta
sytuacja jest jak najbardziej możliwa, natomiast jej realizacja zależy od
dwóch rzeczy: tego, kim my jesteśmy w rzeczywistości, a nie kim wydaje się
nam, że jesteśmy; oraz drugiej rzeczy, która wynika z pierwszej: kogo
wybierzemy na partnera (ojczyma) i na ile świadomy będzie to wybór.
Nie umiem empatyzowac z osobą, której partner w okresie narzeczeństwa zwracał
się do pasierba per "gówniarz", a teraz jest problem, bo dziecko i nowy
partner mają napięte stosunki. Wiele kobiet zapomina, że nie sztuka znaleźć
świetnego kochanka i przyjaciela- sztuka znaleźć mężczyznę, który będzie
także Człowiekiem. To oznacza kogoś, kto jest w stanie wznieśc się ponad
osobiste żale, uprzedzenia i zwykły ból płynący z faktu, że to nie on jest
biologicznym ojcem. Jesli się tego warunku nie dopatrzy- tym samym pozostawi
się wolną drogę eskalacji problemów. Samodzielne matki szukają przeciez nie
tylko partnerów, ale tez ojczymów. Tym samym godzą się na to, że dają
trzeciej osobie prawo do wychowywania dziecka- i z tego również trzeba sobie
zdać sprawę, nawet gdy bywa to bardzo trudne.

Teraz ujęcie tematu od strony samodzielnej matki, która juz zaczęła budować
nową rodzinę: tak naprawdę największy wpływ na wygląd stosunków "Ojczym-
dziecko" oraz "Macocha- dziecko" mają nie sami zainteresowani, a matka tego
dziecka. Od niej zalezy nie tylko to, jak ułozą się relacje pomiędzy Jej
dzieckiem i nowym partnerem, ale tez to, czy słowo "macocha" zyska złe czy
dobre konotacje w umysle dziecka. Jednym słowem: na nas ciązy największa
odpowiedzialnośc nie tylko za własną rodzinę, ale też za stosunek naszego
dziecka do ojca i nowej partnerki.
Wiadomo, że zdarzają się "matki- zołzy" i "macochy- zołzy". Obstawiam jednak,
że w 50% konfliktowych sytuacji na linii "rodzina exa" i "nowa rodzina
kobiety" napięcie zalezy wyłącznie od zadawnionych uraz i wzajemnej zawiści,
a nie osobistych przymiotów i wad każdej z osób. Lektura obu for to niestety
potwierdza. Rzadko kiedy zdarzają się ojcowie i matki jednoznacznie źli i
patologiczni. Zazwyczaj ocena "next" i "ex" jest tylko i wyłącznie kwestią
dobrej woli i tolerancji oraz przepracowania w sobie tego, że sytuacja
wygląda, jak wygląda. A jednak to sprawia najwięcej trudności, bo łatwiej się
skupic na znajdywaniu kontrargumentów niż na konstruktywnym i dorosłym
działaniu.
Nietrudno jest prawnie usadzić "tatusia" i wypisywać żale na "tę sukę, z
którą się puścił". O ile ma to funkcję autoterapeutyczną i realizuje się
tylko na forum- to dobrze. Zakładam jednak, że te negatywne uczucia nie
kończą się w momencie zgaszenia komputera, tylko w róznych formach nam
towarzyszą w codziennym życiu, a stąd już tylko krok do sytuacji, gdzie obie
strony będa przeświadczone o swojej głębokiej racji i głebokim debilizmie
drugiej strony.
I problem gotowy. Co więcej: tak naprawdę nie nasz problem, tylko problem
tego, kogo kochamy najbardziej czyli naszego dziecka.

Chętnie przeczytałabym o doświadczeniach matek, które próbują robic to, co
ja: układac relacje między swoją nową rodziną, a nową rodziną exa. Tylko one
wiedzą, jak potwornie jest to trudne i ile od nas wymaga. Mam jednak głębokie
przeświadczenie, że warto. Oczywiście inaczej to wygląda w rodzinach, gdzie
ojciec dziecka nie utrzymuje kontaktów z synem lub córką. Wtedy jest chyba
łatwiej zmniejszyć dystans między słowem "ojciec" i "ojczym". Mój syn ma
zarówno ojca jak i ojczyma, obaj go bardzo kochają i widze, jak Niemąż czasem
bije się w myślach z faktem, że nigdy nie zajmie w sercu Kuby miejsca ojca.
Widzę tez, że jest to dla niego bolesne. Tu się rodzi pytanie, jak powinny
wyglądać stosunki między ojczymem a dzieckiem i na ile ojczym może ingerować
w wychowanie. Paradoks polega na tym, że mój Niemąz jest zdecydowanie
bardziej ojcem niż mój były mąż- a jednak czuję, że nie powinnam pozwalać na
zbytnie zaangażowanie Kuby w N
    • ania_rosa Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 03.06.04, 21:31
      Paradoks polega na tym, że mój Niemąz jest zdecydowanie bardziej ojcem niż mój
      były mąż- a jednak czuję, że nie powinnam pozwalać na zbytnie zaangażowanie
      Kuby w Niemęża i Niemęża w Kubę, bo w ten sposób pozwolę na to, by Kuba
      zdradził biologicznego ojca.
      Uff, trudne to wszystko.
      Co o tym myślicie?

      pozdrawiam

      Rosa
      • kruszynka301 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 17:08
        Dlaczego nie pozwalasz na zbytnie zaangażowanie? Przyznam, że nie rozumiem tego. Dla mnie mąż jest również tatą Agusi, i właśnie bardzo sobie cenię, że Agusia (4 latka) wydaje się być całkowicie nieświadoma faktu, że nie jest biologiczną córą męża. Nie mam pytań o prawdziwego tatę, a stosunki Arka z Agusią są wzorowe. Dla osób postronnych Agusia to "wykapany tatuś", z czego wszyscy się śmiejemy. Nie wyobrażam sobie kontrolowania zaangażowania.
        W jakim celu????
        Może zmienisz zdanie, kiedy dłużej będziecie ze sobą - 7 miesięcy to faktycznie niedługo.
    • kubowa Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 03.06.04, 21:34
      witaj ania_rosa

      ja jestem w podobnej do twojej sytuacji, tylko bardziej juz zaawansowanej. od 3
      lat jestem rozwodka, a od 1,5 roku mieszkam ze swoim nowym mezem i moim synkiem
      (7 lat) z pierwszego malzenstwa. na poczatku mialam w sobie tyle rezerwy co ty,
      zeby nie dac im sie tak zblizyc, nawet zla bylam na meza, kiedy za bardzo
      angazowal sie w wychowanie i opieke nad synem, ale wkrotce zobaczylam jak im
      jest dobrze razem. moj maz nic na sile nie robi, po prostu jest soba, kochanym
      i kochajacym czlowiekiem i syn to docenia, zwlaszcza, ze jego ojciec coraz
      mniej sie nim interesuje. moj maz spedza z synem ogrom czasu, bo pracuje w domu
      i jest do dyspozycji malego. maly od poczatku zaakceptowal mojego meza, co
      zauwazali wszyscy swiadkowie. ja nie ingeruje w ich relacje, bo widze, ze sa
      zdrowe i sami sobie swietnie radza. wynik jest taki, ze syn sam z siebie, ku
      naszemu ogromnemu zdziwieniu, zaproponowal mezowi, ze bedzie na niego
      mowil 'tato'. pozwalamy mu na to jesli ma taka potrzebe i ochote, natomiast
      sami tego praktykujemy, raczej mowimy: kuba jest jak tato, a nie: kuba jest
      tata. takze moge w 100% potwierdzic, ze relacja ojczym-pasierb zostala
      nawiazana z sukcesem. nie wiem, jak to bedzie jak ojciec dziecka postanowi sie
      z kims zwiazac, raczej przewiduje, ze wtedy juz calkiem z dziecka zrezygnuje i
      problemu macochy w ogole nie bedzie. syn opowiada czasem, ze tatus byl z kims,
      ze jest jakas pani, mowi do niej po imieniu, nawet cieplo, ale te panie poki co
      sie zmieniaja, wiec ten problem mnie jeszcze nie dotyczy.
      to tyle moge powiedziec, pozwol czasowi dzialac i zaufaj swoim facetom, oni
      sobie poradza sami, tylko nie stawiaj im poprzeczek. ja to na poczatku robilam
      i zupelnie niepotrzebniesad
      pozdr.
      k.
    • hejkum_kejkum Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 09:46
      Ja może coś napisze, z tej drugiej strony, jako facet, który chciałby być jak
      ojciec ale nie jest tym biologicznym....

      Jedno co się kłuci dla mnie w Twojej wypowiedzi, że jesli dobrze zrozumiłem
      gdyż wypowiedź dość długa, że według Ciebie, najlepiej jest jesli
      ojczym/macocha jesli uda im się pokochać dziecko, które nie jest ich
      biologiczną pociechą. Jak więc zatem mam rozumieć, to, że chcesz to ograniczać
      w relacjach syn obecny partner ... ? nie kłuci Ci się to ? Bo dla mnie jednym z
      elementów podsawowych miłosci jest zaangażowanie emocjonalne ???

      Poza tym jaki ma związek miłość do ojczyma z miłością do ojca?
      Serce dziecka jest pojemniejsze niż by Ci się wydawało, więc dlaczego nie ma
      kochać obu "ojców"
      a co do zdrady zaś , dziecko widzi często jak komu zależy, i jeśli ojcu będzie
      zależało to będzie się to nijak miało, do stosunku, do Twojego obecnego faceta.

      Nie wiem ale dla mnie, jest niewyobrażalnym, nabierać jakiegoś sztucznego
      dystansu do dziecka, bo ono ma swojego prawdziwego ojca...


      Co zaś do kwstii, że są tacy którzy nie kochają, tych nie swoich dzici a panuja
      jedynie przyjacielskie stosunki...
      Czy przyjaźń też nie jest jakąś formą miłości ?
      Wrogość czy niechęć do dziecka jest czymś złym, ale według mnie przyjaźń jest
      czymś dobrym i akceptowalnym ...?

      Pozdrowienia

    • pysia-2 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 10:22
      Kiedy zaczęłam spotykac się z Niemężem ten problem nagle zaczął dotyczyć i
      mnie: oto ja i moj syn w relacji z obcym nam człowiekiem, który nie ma
      obowiązku kochac Kuby ani nawet tolerować. Lektura zaś cudzych doświadczeń
      tylko mnie w tym upewniała.


      Tolerowac nie musi?? MUSI. Bo jesli nie toleruje twojego dziecka, jaki jest
      sens, zeby z toba byl??? To tak, jakby nie tolerowal obecnosci twojej reki.
      Albo nie wiem czego jeszcze - nogi na ten przyklad. Co, odcielabys sobie??
      • ania_rosa Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 10:56
        Pysiu
        ja wiem, że umiejętność pisania krótkich postów nie jest moją najmocniejsza
        stroną, ale jeśli mimo to ktoś dobrnie do końca, to post nabiera sensuwink))
        A poważnie: wycinasz z mojego postu konkretne zdanie, które znaczenie ma tylko
        w kontekście, a nie poza nim. I co powinnam odpowiedzieć? "Tak, ucięłabym sobie
        rękę, bo facet jest wazniejszy od dziecka"? Jesli doczytałaś post do końca, to
        wiesz jakie mam nastawienie do tego typu przemysleń. Prawdą jest natomiast, że
        nikt nie ma OBOWIĄZKU tolerowania cudzego dziecka i nie jest to mysl
        rewolucyjna. Natomiast zdecydowanie się na relację z mężczyzną, który nie
        toleruje (to przypadek skrajny), nie lubi (częstszy), nie kocha (wcale nie
        rzadki) naszego dziecka jest ogromnym ryzykiem. A doświadczenie pokazuje, że
        wiele kobiet jednak decyduje się na takie ryzyko, a potem płacze w mankiet. A
        trzeba było mysleć wcześniej.

        Natomiast do Hejkum_Kejkum: nie, to nie jest tak. Myslę, że jeśli pojawia się
        nowy związek to nasze myśli zaprząta głównie jego wzmacnianie, ochrona,
        szlifowanie i takie tam. Jesli ten związek się w dalszym ciągu sprawdza to
        naturalne jest, że nasze myślenie o nim się pogłebia. I tak od fazy "to
        wspaniale, że oni sie kochają" przechodzimy do fazy analizy i zastanawiania się
        nad tym: jakie ma to znaczenie dla samego dziecka, jakie dla ojczyma, a jakie
        dla ojca. Chyba nie odkryję Ameryki jeśli napiszę o kilku wątpliwościach-
        jestem przekonana, że nie tylko ja je posiadam- które mają samodzielne matki w
        takiej sytuacji:

        - czy poprzez silną relację z ojczymem nie zrażę biologicznego ojca do dziecka?
        I w tym przypadku nie chodzi o to, że jesli ojciec sie zrazi to będzie idiotą,
        więc należy poluzować. Ja nie jestem już zoną byłego męża, jestem matką dziecka
        i mam zamiar robić, to co robie, czyli walczyć o to, żeby słowo "ojciec" nie
        było słowem pustym
        - czy ojczym w ten sposób nie rekompensuje sobie czegoś? U mnie np. jest b.
        skomplikowana sytuacja związana z dzietnością/bezdzietnością Niemęża. I czasem
        zastanawiam się, czy Kuba nie wskoczył na miejsce jego własnego dziecka,
        którego nie posiada

        Dobrze jest o takich rzeczach myśleć, żeby nie obudzić się z przysłowiową ręką
        w nocniku, a także po to, żeby jednak kontrolowac kierunek, w jakim zmierza
        nasze życie. I jeszcze jedno: ja uważam, że dobry związek tym się rózni od
        złego związku, że nie ma w nim tematów tabu, bo dwoje ludzi czuje się na tyle
        bezpiecznie ze sobą, aby rozmawiać i o dupie maryni, i o intercyzie, i o
        testamencie, i o zdradzie, i- w końcu- o ich wspólnym/niewspólnym dziecku.

        pozdrawiam

        Rosa
        • pysia-2 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 11:32
          nie, nie, ja tylko zwroocilam uwage na niewlasciwe slowo. Jesli ktos zwiazuje
          sie z osoba posiadajaca dziecko, to to sie musi wiazac z tolerowaniem dziecka.
          Od tolerowania do lubienia albo i milosci jeszcze dluga droga. Ale tolerancja
          jest podstawa do istnienia w ogoole takiego zwiazku.
        • hejkum_kejkum Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 22:52
          Aniu_R

          Masz rację w tym co piszesz, ale relacja ojciec syn, w takim przypadku nie
          zależy chyba bardziej od nikogo jak od ojca ? To ojciec musi sobie zapracować
          na to czym słowo ojciec będzie dla dziecka, nie TY !
          Przecierz nikogo nie zmusisz do niczego.
          Wiesz, ja często czytam to forum, z racji, że związałem się z samodzielną mamą,
          i jestem tematem zainteresowany.
          Widzę wiec, jak często to rodzice karają swoje pociechy za swoje wzajemne
          relacje. Jak ojciec z powodu konfliktów z matką nie utrzymuje kontaktu, czy
          matka utrudnia kontakt ojcu bo została przez niego zraniona.
          Jeśli ojciec stawia jakieś w związku z ojczemym warunki, to czy naprawdę warto
          o taką miłość warunkową walczyć raniąc przy tym bliskie sobie osoby ?

          Ja Ciebie rozumiem, ale ze swojej strony powiem jedno, chcę być jak ojciec dla
          mojego (niemojego) szkraba, w zasadzie jestem, ale ma się to nijak, do tego
          jakie bedą relacje, miedzy nim a jego ojcem, bo tylko od niego to zależy (nawet
          jak czasem to "boli")

          Nie wiem może to moja niedoskonałość, ale nie wyobrażam sobie sytuacji kiedy
          mieszkamy razem, a ja nie mam nic w kwestiach wychowawczych do powiedzenia.
          Co prawda, co do metod, to jest na zasadzie dialogu, że jako tako normy
          wychowania ustalane są przez nas oboje, ale skoro tworzymy rodzinę bo tym jest
          taki "twór" wink, to jako ojczym, to ja jestem również odpowiedzialny za
          wychowywanie, poprzez przekazywania na codzień jakiś wzorców choćby, i to jest
          nieuniknione myślę.

          A jak Twoja pociecha wskoczyła w miejsce nieposiadanego dziecka to ja myślę, że
          dobrze pod warunkiem, że Twój niemąż zrozumie, że nie on jest jedynym ...
    • burza4 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 10:58
      Dorzucę garść swoich uwag...

      Po pierwsze sądzę, że najczęściej bywa tak, że faceci są w mniejszym stopniu
      zaangażowani w wychowywanie dzieci i to nawet w pełnych rodzinach... bo dłużej
      pracuja, bo kobiety intensywniej zajmuja się domem, bo kobiety instynktownie
      biorą na siebie więcej spraw związanych z rodziną i dziećmi. I to ma
      analogiczne jak nie większe przełożenie w rodzinach mieszanych. Chodzi mi o to,
      że kobieta np. zwraca uwagę, żeby dziecko odniosło talerz po jedzeniu, facet
      niekoniecznie, bo i tak koło tego krząta się kobieta (matka albo macocha). I z
      jednej strony dlatego im łatwiej. Piszę naturalnie w pewnym uproszczeniu, są
      faceci którzy się w sprawy domowe angażują znacznie bardziej.

      Z drugiej strony - ojczymowie są zazwyczaj w o tyle trudniejszej sytuacji, że
      najczęściej to obce dziecko mieszka z nimi na stałe, podczas gdy macochy mają
      do czynienia z cudzymi dziećmi weekendowo. I ojczymowie chcąc nie chcąc muszą
      się w wychowanie angażować, macochy mają wybór. A życie na codzień i wychowanie
      niesie ze sobą nieuchronnie tarcia, bo trzeba dziecko skarcić, bo trzeba
      zwrócić uwagę itd. Im dziecko starsze, tym trudniej się obu stronom zaadoptować
      w nowej rodzinie, bo każdy ma już swoje przyzwyczajenia.

      Co do uczucia miłości do dziecka - to ja po prostu tego nie oczekuję od
      partnera, dla mnie to mało realne po prostu. Wymaganie, żeby facet kochał nasze
      dziecko jak własne jest mało rzeczywiste. Ile z nas z czystym sumieniem może
      odpowiedzieć, że czuje to samo do cudzego dziecka co do własnego? można się tak
      samo troszczyć o oboje, tak samo wychowywać, tyle samo oczekiwać i wymagać, ale
      zawsze to swoje będzie bliższe... i trzeba sobie z tego zdawać sprawę i nie żyć
      mrzonkami. Swojemu dziecku bez sekundy namysłu oddam własną nerkę, w kazym
      innym wypadku się zastanowię; swoje dziecko zna sie od urodzenia, i samemu je
      kształtuje według własnych wyobrażeń, to cudze "trafia do nas" już gotowe, i
      czasem wychowane w sposób, który przyprawia o nerwową wysypkę - i nie mamy/nie
      powinniśmy miec wpływu na to, jak będzie wychowywane dalej... Mamy po prostu
      akceptować je takim jakie jest i nie wolno sie wtrącać, bo jesteśmy obcy - a
      jest to szalenie trudne, nie angazować się - szczególnie jesli dziecko
      zachowuje się w sposób dla nas nieakceptowalny... Swojemu się po prostu
      wybaczy automatycznie, cudzemu - po prostu nie... Nie widzę też nic karygodnego
      w tym, ze otwarcie się mówi o innym stosunku do dzieci własnych i dzieci
      partnera. Co by nie mówić, taka jest biologia i już. Wiedziałabyś jaka jest
      różnica, gdybyś miała doświadczenie "w obie strony" z dzieckiem swoim i
      partnera. Piszesz: "Uczucie przyjaźni, odpowiedzialności za dziecko, sympatii
      były tą górną granicą skali." Ja nigdy nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie
      więcej, więc nie mogę tez oczekiwać tego od kogoś innego w stosunku do mojego
      dziecka. Mam za sobą obie opcje stąd moje sceptyczne ale i rzeczowe podejście.


      Po trzecie - trzeba zdawać sobie sprawę, że relacje w rodzinie mieszanej
      ewaluują, nie są constans, jak w rodzinie biologicznej (no, tu tez sa wyjątki w
      postaci zapominających o potomstwie rodzicach), może być tak, że relacje, które
      sa bardzo dobre na poczatku z czasem się psują, bo choćby - jak u mnie -
      latorośl wchodzi w trudny wiek i zaczyna być pod górkę. I jak napisała jedna z
      macoch - miłość rodzica biologicznego jast dana, na miłość (przyjaźń,
      akceptację, czy jak to zwać) przyszywanego rodzica dziecko musi jakoś tam sobie
      zasłużyć. Nikt obcy nie będzie na dłuższą metę lubił np. dzieciaka
      rozpuszczonego jak dziadowski bicz, złośliwego, kapryśnego, choć na początku
      może bardzo się starać i okazywać wiele prawdziwej sympatii. To, co jest do
      przełknięcia od czasu do czasu może stać się nie do zniesienia w codziennym
      życiu. Biologiczni rodzice mają nieograniczone pokłady wyrozumiałości, pokłady
      rodziców przyszywanych maja swoje granice... Naturalnie związek, gdzie od
      poczatku dziecko jest kulą u nogi nie rokuje dobrze i ja bym się w coś takiego
      po prostu nie angazowała; ale z kolei to, że na początku te układy sa bardzo
      serdeczne też nie daje gwarancji... trzeba bardzo wiele pracy i wysiłku włożyć
      w budowanie takiej rodziny.
      • flo_mama Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 08.06.04, 15:42
        Aniu_Roso,

        napiszę tak:

        1. zgadzam się z Tobą, że kobietom jest trudniej zaakceptować cudze dziecko.
        Poza argumentami, które podałaś, jest tak i dlatego, że każda może potencjalnie
        być matką, przeżyć poród, karmić, tulić maleństwo od chwili narodzin. To więź
        jedna jedyna, niepowtarzalna. Poza tym, to my "działamy" na zasadzie instynktu.
        Stąd bierze się kolejny wniosek,że:
        2. Faceci nigdy nie będą mieć takiego związku z dziećmi. Tak naprawdę nawet
        biologiczni ojcowie kochają "za coś", dzieci w pewnym sensie zawsze w oczach
        ojca muszą sobie "zasłużyć" na pochwałę, miłość... . A z nami jest zupełnie
        inaczej. Na tym tle mamy kolejny wniosek,że:
        3. Skoro miłośc faceta do dziecka nigdy nie jest tak "po prostu" i tak naprawdę
        nie wynika z samego aktu biologiczno-fizjologicznego, łatwiej jest mu pokochać
        cudze dziecko. I kocha je, dlatego, że je wychowuje, że jest przy nim, że je
        kształtuje "na przyszłość". I że czuje miłośc tego dziecka, kiedy mówi do
        niego "tato".A z tego wynika także to, że:
        4. Nie wydaje mi się, że należy dystansować dziecko od partnera i odwrotnie. No
        chyba, że ma się jakieś wątpliowści co do jego intencji, czy w ogóle planów na
        przyszłość z tą konkretną osobą.W sytuacji, w której mieszkasz z kimś i z nim
        jesteś "na poważnie" nie jesteś w stanie uchronić dziecka przed zaangażowaniem
        i rozczarowaniem, a tak może mieć chociaż szansę na coś naprawdę pozytwnego.

        Mam ojca i ojczyma. Mój ojczym jest moim TATĄ, tylko o nim myślę w ten sposób
        i jego kocham jak rodzica, mimo że "prawdziwy" ojciec zawsze miał ze mną
        normalny kontakt. Ale to TATA mnie wychował, pomagał, krył przed mamąwink,
        przyjeżdżał w nocy po mnie na imprezę, "oceniał" moich chłopaków. Po prostu był
        wtedy, kiedy go potrzebowałam.
        Sama jestem po rozwodzie, smutna sprawa, odeszłam, gdy mała miała 4 miesiące. I
        wiem, że bardzo chcę, żeby moja córka, mimo, że ma ojca, "odnalazła" TATĘ,
        takiego jakiego udało się "spotkać" mojej mamie. W pewnym, dużym sensie i "dla"
        mnie wink.

        Pozdrawiam

        Mama Flo i Flo (dzisiaj kończy 15 miesięcywink)
    • m-m-m Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 11:07
      Pomimo, iż nie jestem samodzielną, to miałam samodzielną mamę, dziś z kolei
      jestem żoną samodzielnego ojca, z którego synem mieszkam pod jednym dachem.
      Widzę to więc w dwojaki sposób: ze strony matki samodzielnej i pasierbicy, jak
      i ze strony macochy i pasierba.
      Uważam, ze gdybyś sama była macochą i mieszkała z pasierbami Twój punkt
      widzenia byłby inny. Wtedy poznałabyś prawdziwe odczucia wobec cudzego dziecka.
      Ta biologia i instynkt macieżyński to nie próba usprawiedliwienia braku miłosci
      do pasierbów, to fakt. Uczuć nie da się zmienić, ONE się dzieją, można tylko
      korygować swoje zachowanie. Dlatego natura dała tę biologię by ona wpływała na
      uczucia, bo tylko bilogia daje możliwość automatycznej potrzeby ochrony swego
      potomstawa. Rozum nie ma takiej władzy nad uczuciami jak biologia, nie da się
      nakazać kogoś kochać. Dlatego miłość rodzicielska różni się od miłości
      partnerskiej: dziecko kocha się za sam fakt jego istnienia, natomiast osobę
      obcą darzyć można uczuciem za coś. I tu , w tym drugim wypadku też idzie w
      sukurs biologia w postaci popędu seksualnego.

      Uczucie
      > przyjaźni, odpowiedzialności za dziecko, sympatii były tą górną granicą
      skali.


      ale to jest naprawdę dużo (!) dawanie tych uczuć bezintersownie dziecku
      partnera, bo w dorosłym świecie , aby otrzymać takie uczucia ze strony innych
      trzeba też spełniać ich jakieś oczekiwania, a dziecko partnera dostaje je bez
      takich oczekiwań.

    • nooleczka Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 15:27
      ania_rosa napisała:
      > Przede wszytskim ojczym nie jest macochą. I choć pewnie wywolam burzę tym, co
      > zaraz napisze, to większa jest szansa, że ojczym pokocha cudze dziecko, niż
      > macocha.

      A dlaczegóż miałabyś wywoływać burzę? (Swoją drogą, burza chyba została
      wywołana, skoro się odezwała, hihihi).

      Z powyższym cytatem jako "samodzielna" i "macocha" jednocześnie ZGADZAM SIĘ W
      100%.

      No i , chociaż mi się to rzadko zdarza, zgadzam się z postem m-m-m w całej
      rozciągłości.
      I powiem Ci jeszcze jedno Aniu, masz szczęście, że nie zostałaś macochą, bo to
      jest dopiero PRAWDZIWA SZKOŁA ŻYCIA.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Ania
      • ania_rosa Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 16:02
        Nie wnikam, czy fakt, że nie jestem macochą jest szczęściem, czy nieszczęściem.
        Nie wnikam tez na ile unikatowa jest to szkoła zycia, bo sama w paru brałam
        szkoleniawink
        Myslę jednak, że ocieramy się tu o jedną rzecz, któej ja- byc może- nie
        zdołałam wyrazić precyzyjnie. Mam tu na mysli rozdźwiek pomiędzy społecznymi
        oczekiwaniami wobec kobiety- matki i kobiety- macochy, a rzeczywistą realizacją
        tych funkcji. Druga sprawą jest dokładnie taka sama zależnośc, ale między ojcem-
        ojczymem.
        Przy okazji chciałabym poinformować, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że
        uczucie przyjaźni i zyczliwości to bardzo dużo smile Wiem o tym, ale zauważcie
        tez, że w wielu postach samodzielnych matek pojawia się bardzo konkretne
        pytanie "czy obcy człowiek będzie w stanie pokochac moje dziecko?" I ja, na tak
        postawione pytanie, odpowiadam twierdząco, o ile oczywiście zostaną spełnione
        pewne warunki (świadomy wybór nieprzypadkowego czlowieka). Natomiast kwestie
        różnic pomiędzy miłościa rodzicielską, a "adopcyjną" (tak to sobie umownie
        nazwijmy) uważam za banalnie oczywiste, bo wiadomo, że koń nie jest krową.

        Mimo to rozróżnienie na macochę i ojca (i inne prawdopodobieństwo zaistnienia w
        takim układzie miłości "adopcyjnej") nadal podtrzymuję i uważam za zasadne. Ja
        rozumiem biologizm i determinizm, bo sama jestem matką. Ale jestem też
        antropologiem i dlatego twierdzę, że pójściem na łatwizne jest opędzanie
        wszystkiego konstatacją "biologii się nie obejdzie". Po pierwsze to można
        stanąc ponad biologią, a po drugie takie uproszczenia zwyczajnie rażą.
        Najważniejsze jest jednak to, że zwyczajnie wygodnie jest myślec "macicą" a nie
        innymi organami tj, serce czy mózg. I dlatego czesto się w te pułapkę wpada.

        naturalnie wszystko to można podsumowac tym, że nie jestem ani macochą, ani
        ojczymem więc nie siedzę w temacie. No i że mam szczęście z racji niebycia
        macochą. Cóż, w projekcie Zimbardo tez nie brałam udziału, a jednak wyniki
        eksperymentu przyjmuję. Nie wpadajmy więc może w takie szuflady.

        Na koniec chciałabym powiedziec, że każda miłośc jest decyzją. Nawet
        macierzyńska. Instynkt macierzyński- o ile ktoś się zgadza z jego istnieniem-
        wydatnie nam w tym pomaga, ale zachodzi tu i tak świadoma zgoda na przyjęcie i
        obdarzenie uczuciem tego maleństwa. Z każdą miłością jest podobnie, tyle że nie
        poświęcamy temu szczególnych analiz. Dlatego nadal uważam, że i cudze dziecko
        mozna pokochać miłością tak wielką, jak tylko pozwoli nam na to osobisty
        altruizm i to, kim jestesmy. I to od konkretnego człowieka tak naprawdę zależy,
        na ile będzie to przyjaźń, na ile miłośc, na ile sympatia, a na ile tolerancja-
        a nie od nazewnictwa "macocha" czy "ojczym".
        A o kulturowych i biologicznych róznicach warto oczywiście pamiętać, ale warto
        też się wznosić ponad te uwarunkowania.

        pozdrawiam

        Rosa
        • nooleczka Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 16:34
          ania_rosa napisała:
          > Najważniejsze jest jednak to, że zwyczajnie wygodnie jest myślec "macicą" a
          nie> innymi organami tj, serce czy mózg. I dlatego czesto się w te pułapkę
          wpada.
          >
          No cóż, wygląda na to, że "myślę macicą", ponieważ nie jestem w stanie pokochać
          mojego pasierba. A mój ukochany "myśli ....ehm ehm" bo nie kocha mojego syna -
          mimo że relacje między nimi są naprawdę doskonałe i nie mam im nic do
          zarzucenia. Wręcz przeciwnie, jestem tymi relacjami zachwycona.

          No cóż, bardzo mi przykro, że tak właśnie myślisz.
          naprawdę bardzo mi przykro sad(((((((((((((((((
        • burza4 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 17:02
          Po pierwsze to można
          > stanąc ponad biologią, a po drugie takie uproszczenia zwyczajnie rażą.
          > Najważniejsze jest jednak to, że zwyczajnie wygodnie jest myślec "macicą" a
          nie innymi organami tj, serce czy mózg. I dlatego czesto się w te pułapkę wpada.

          Z ciekawości spytam - czy byłaś kiedyś w takiej sytuacji, gdzie wdrożyłabyś te
          słowa w czyn? Z tego co piszesz, nie masz konkretnych doświadczeń, tylko
          teoretyzujesz. A to sformułowanie nieodparcie kojarzy mi się z czymś na siłę.
          To jak małżeństwo z rozsądku, bez tech niezbędnej chemii. Można wypracować
          przyjemną relację opartą o seks, wzajemny szacunek itd, ale to nie to samo.
          Albo coś czujesz, albo nie; nie wiążesz się z odpowiednim facetem, który jest
          ci obojętny i dopiero pracujesz nad wzbudzeniem w sobie uczucia, bo można
          przeskoczyć biologię... otóż uważam, że nie zawsze, przy sprzyjających
          warunkach tak, ale wypracować tego się nie po prostu da.... dziecko tez podlega
          takim prawom, jedne dzieci są kochane i człowiek do nich lgnie (i vice versa)
          inne są takie, że zgrzytasz zębami i nie ma to nic wspólnego z myśleniem macicą
          i preferowaniem swojego, po prostu nie wszystkie dzieci da się kochać.
          Niektórych nawet znieść nie można...

          Wśród moich znajomych zdecydowana większość żyje w zrekonstruowanych rodzinach.
          I w dwóch przypadkach ojczymów są równie silnie związani z dziećmi jak
          naturalni ojcowie. W obu przypadkach wkroczyli w życie dzieci, kiedy te były
          jeszcze maleńkie. W ŻADNYM przypadku dzieci starszych nie działa to już tak
          bezdyskusyjnie.

          > Na koniec chciałabym powiedziec, że każda miłośc jest decyzją. Nawet
          > macierzyńska. Instynkt macierzyński- o ile ktoś się zgadza z jego istnieniem-
          > wydatnie nam w tym pomaga, ale zachodzi tu i tak świadoma zgoda na przyjęcie
          i obdarzenie uczuciem tego maleństwa.

          Oj, z tą świadomością bym nie przesadzała, tu działają zupełnie inne
          mechanizmy, dlatego też np. kobieta która dziecka nie chce i ciąży nie
          akceptuje potrafi się "ocknąć" nie dlatego, że to jej świadoma, przemyślana
          decyzja, ale po prostu dlatego, że instynkt zadziałał... Nie podjęłam tez
          decyzji, że zakocham się w moim męzu, wręcz przeciwnie - zrażałam go
          skrupulatnie przez pół roku prawie... świadomie podjęłam decyzję czy chcę z nim
          być, ale uczucie przyszło samo z siebie

          Z każdą miłością jest podobnie, tyle że nie
          > poświęcamy temu szczególnych analiz. Dlatego nadal uważam, że i cudze dziecko
          > mozna pokochać miłością tak wielką, jak tylko pozwoli nam na to osobisty
          > altruizm i to, kim jestesmy. I to od konkretnego człowieka tak naprawdę
          zależy, na ile będzie to przyjaźń, na ile miłośc, na ile sympatia, a na ile
          tolerancja- a nie od nazewnictwa "macocha" czy "ojczym".

          Też upraszczasz... Zgoda - wiele zależy od nastawienia, ale nie tylko od
          konkretnego człowieka i jego altruizmu. Jak w kazdym układzie międzyludzkim są
          interakcje i nie da się wzbudzić w sobie miłości z rozsądku, która trwa ot tak,
          mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Podobnie jak nie kocha się wszystkich
          krewnych i znajomych królika, po prostu jedni są fajni i ich lubimy, innych
          tolerujemy jako członków rodziny, choć w innym przypadku nic by nas do nich nie
          ciągnęło, innych - po prostu nie trawimy, bo są jacy są. I nawet z duża dozą
          altruizmu i dobrej woli nie przeskoczymy pewnych rzeczy jesli nie trafimy na
          podatny grunt i "właściwy egzemplarz". Pokochać miłością wielką można - i męża,
          i jego dziecko - ale to czy ta miłość będzie trwać nie zalezy tylko od nas, ale
          i od właśnie - interakcji. W relacjach z własnym dzieckiem w nieskończoność
          nadstawiamy drugi policzek, w relacjach z cudzym - jest pewna granica, za którą
          zaczyna się zaciskanie zębów.

          Co do macochowania i ojczymowanie to racja, więcej oczekuje się od kobiet, bo
          po prostu pokutują w podświadomości stereotypy, że kobieta lubi dzieci, że
          kobieta jest odpowiedzialna za atmosferę w domu, że to kobieta bardziej
          wychowuje i zajmuje się dziećmi. Stąd pewnie takie, a nie inne postrzeganie.
          Przerąbanesmile))

          • nooleczka Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 18:32
            No właśnie. Burza idealnie to wszystko ujęła.

            Przy pkazji dodam, że na podstawie relacji w swoim domu wyciągasz zbyt
            pochopne, czy też naiwne wnioski.

            No i absolutnie się nie zgadzam, że miłość jest decyzją. Miłośc to uczucie -
            nie ma nad nimi kontroli.
            • ania_rosa Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 19:18
              Stwierdzenie, że wyciągam zbyt pochopne lub naiwne wnioski zostawiam, bo tylko
              czas może je zweryfikowac i wówczas być może przyznam Ci, Nooleczko, rację.

              A odnośnie "decyzji w miłości".
              Jednak- tak. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że ma to sens.
              Literatura jest wprawdzie pełna opisów miłości od pierwszego wejrzenia, a
              podobno zdarzają się one i w rzeczywistości. Zakładam jednak, że w dośc
              specyficznej grupie, jaką tworzymy, czyli grupie kobiet z jakąś blizną (ogolnie
              mam tu na myśli bolesny kop od życia i wiano w postaci dziecka lub dzieci) na
              pierwsze miejsce wysuwa się jednak świadome decydowanie i robienie, niż
              rzucanie się głowa na oślep. Jasne, że są motyle w żołądku, ktoś nam się podoba
              i tak dalej, ale w końcu pojawia się pytanie "wchodze w to czy nie wchodzę?".
              Dla mnie to pytanie jest wyraźne i moment odpowiedzi na nie okreslam
              jako "świadomą decyzję o milości". Czy może raczej jako przygotowanie gruntu na
              ewentualną miłość. Chodzi w każdym razie o powiedzenie sobie samej "tak". "Tak"
              na "czy jest czlowiekiem odpowiedzialnym, z którym stworzę coś konstruktywnego,
              dobrym kandydatem na ojczyma i tak dalej". Przepraszam, że tak dalece odzieram
              to z romantyzmu, ale romantyzmu to ja miałam w życiu dużo i jednak dziękuję,
              postoję.
              Bardziej dziwi mnie miłość "a bo on miał takie ładne oczy i mówił do mnie:
              Pysiu, polez, teraz ja ci zrobię herbatki" niż miłośc mająca u źródła rozsądek
              i świadomą decyzję.


              Rosa
        • burza4 Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 04.06.04, 19:06
          Dodam jeszcze tylko jedno - w nawiązaniu do projektu Zimbardo - teorie naukowe
          mają to do siebie, że albo się je przyjmuje, albo nie. W sferze uczuć sprawa
          jest inna, jeśli nie doświadczysz czegoś na własnej skórze, możesz mieć jedynie
          mgliste pojęcie jak byś się w takiej sytuacji zachowała, nawet jesli naukowcy
          dowiodą, że z dużym prawdopodobieństwem zachowasz się tak i tak...

          Wiedziałam, że poród boli, z drugiej strony czytałam tez czyjeś fachowe
          wypociny, że nad tym bólem można zapanować siła woli, oddychaniem itd. Wygodnie
          mi było w to wierzyć smile ale dopiero przeżycie swojego porodu dało mi jakiś
          konkretny pogląd na sprawę. Co naturalnie nie znaczy, że wszystkie inne kobiety
          reagują tak samo!

          Moja przyjaciólka miała jasne i klarowne poglady na temat zdrady i możliwości
          wybaczenia. Kiedy ją to dotknęło osobiście powiedziała mi szczerze, że nigdy,
          przez moment nawet nie przypuszczałaby że poniży się do błagania na kolanach
          żeby został... kiedyś dałaby sobie rękę uciąć za to, że uniesie się ambicją,
          wypieprzy go na zbity łeb i nie będzie chciała widzieć go więcej na oczy...

          Dlatego gdybyś słowa o wielkiej miłości do dziecka partnera pisała z pozycji
          istniejącej sytuacji, pochyliłabym głowę z niekłamanym szacunkiem i podziwem. A
          tak, sorry, nie chcę być niegrzeczna - ale ślepy nie powinien autorytatywnie
          wypowiadać się o kolorach...
    • judytak Re: Ojczym nie jest macochą- o mieszanych rodzina 08.06.04, 10:18
      jest bardziej prawdopodobne, że ojczym pokocha pasierba, niż, że go macocha
      pokocha

      ponieważ
      1. statystyczny ojczym wie, że będzie mieszkać z dzieckiem, i staje się
      ojczymem tylko jeśli na to się zdecyduje, podczas gdy statystyczna macocha wie,
      że nie będzie mieszkała z dzieckiem, więc stosunek do dziecka nie wpływa tak
      silnie na jej decyzję o związaniu się z ojcem dziecka

      2. rodzina statystycznego ojczyma otrzymuje alimenty od ojca dziecka (albo i
      nie), i taką sytuację ojczym nie postrzega jako godzącą w jego interesy,
      podczas gdy rodzina statystycznej macochy płaci alimenty, co często jest
      powodem konfliktu między macocha a jego mężem (a w tle konfliktu: dziecko)

      3. formy wyrażania miłości, jakie świat oczekuje od ojców, są bardziej
      powściągliwe, bardziej wyrażające się w czynach, niż w czułościach - jeśli
      ojczym zachowuje się w stosunku do dziecka "przyjaźnie, pomocnie,
      odpowiedzialnie", jest to wystarczającym wyrazem "miłości", podczas gdy takie
      same zachowanie macochy może być kwitowane, jako "dystans"

      pozdrawiam
      Judyta
Pełna wersja