"Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie)

14.06.04, 11:47
Tak wiec mamy poniedzialek po dlugim weekendzie. Spedzilam go uroczo w
Jaroslawcu nad morzem, stad cala masa mojego optymizmu smile)))) Ale tez i
przeprowadzilam z moim ksieciem z bajki powazne rozmowy, tak wiec nie tylko
zabawa byla mi w glowie smile)))))))
Po przeczytaniu wielu postow tutaj i na "Macochach" gnebil mnie ostatnio
temat ukladu pomiedzy moim synkiem i moim ksieciem z bajki. No i odwazylam
sie i pogadalam z nim na ten temat. I dochodze do wniosku, ze nie jest zle w
naszym zwiazku, mimo, ze moj ksiaze nie deklaruje wielkich i wznioslych uczuc
milosci do mojego dziecka!!! On toleruje mojego syna i akceptuje moja
przeszlosc i ja uwazam, ze to bardzo duzo i narazie wystarczy.
Kilka dziewczyn wypowiadalo sie, ze nie zwiazaloby sie z facetami, ktorzy nie
pokochaliby ich dzieci. I ja tak myslalam dawniej i "szukalam" ojca dla
Malego, ale takie zwiazki na dluzsza mete nie mialy sensu, bo faceci
wyczuwaja takie rzeczy i staraja sie okazywac do dziecka sztuczne uczucia, a
my chcemy w to wierzyc i myslimy, ze skoro jest taki dobry dla dziecka, to
warto sprobowac. Bylam w takim zwiazku przez okolo 2 lata, kiedy bylo gorzej
on byl lepszy dla dziecka, kiedy tylko robilo sie lepiej, on robil sie mniej
cierpliwy. Kiedy sie rozstawalismy pytal, czy moze sie z Mlodym widywac!!!
Teraz zyjemy na plaszczyznie kolezenskiej, nie rzucamy za soba kamieniami,
wymieniamy grzecznosci, ale oczywiscie o rzekomych uczuciach do dziecka
zapomnial juz dawno.
Teraz, czy wlasciwie rok temu, spotkalam faceta, ktorego nie traktowalam jako
material na ojca dla mojego dziecka, izolowalam ich na poczatku, zeby Malego
nie przyzywyczajac, nie robic mu kolejnej hustawki uczuc. Zakochalam sie po
uszy smile I on nie musi nic udawac, nie musi sie "sprawdzac" w roli ojca,
nawet na poczatku prosilam go zeby nie staral sie przekupowac Mlodego, zeby
mu prezentow nie robil, zeby nie staral sie bardziej niz to jest nam
wszystkim potrzebne.
Moja mama, jak teraz porownuje, to twierdzi, ze moj poprzedni facet byl
bardziej "czuly" dla Malego, przytulil go, wzial na kolana, ale nie widziala
wszystkich zachowan, tylko te na pokaz. Ja natomiast porownujac widze, ze
teraz Maly ma lepiej, bo nie ma miedzy nimi czulosci, ale jest stabilizacja.
Moj ksiaze to niespotykanie spokojny czlowiek, ktory nie krzyczy, a jak nawet
sie denerwuje, to nie daje tego odczuc Malemu. Bawi sie z nim, buduje zamki z
piasku, gra w badmingtona (tak to sie pisze???), maja swoje meskie sekrety,
ktorych mi nie zdradzaja. Nie przeszkadza mu obecnosc Mlodego, a ciagamy go
ze soba wszedzie!!! Wydaje na niego pieniadze, kiedy ja ich wydac nie moge i
nie wylicza, nie przelicza, mysle, ze spadkiem tez sie martwic nie bedzie,
choc to nie jego dziecko.
I choc sam przyznal mi szczerze, ze ciezko mu okreslic uczucia do mojego
dziecka, bo czasem jest to zlosc, czasem wstyd za jego zachowania, a czasem
rozczulenie, to ja jestem bardzo szczesliwa, ze znalalam takiego wlasnie
czlowieka, ktory potrafi zaakceptowac mnie i moje dziecko z naszymi zaletami
i wadami.

Tak wiec radze Wam dziewczyny nie patrzcie na potencjalnych facetow, jak
wylacznie na ojczymow dla swoich dzieci, bo to sie raczej nie sprawdza, bo
swojego zycia nie mozna zupelnie i w calosci poswiecic dla dziecka. Wam tez
sie cos od zycia nalezy!!! A jak spotkacie kogos, kogo pokochacie i on
zaakceptuje Was z calym Waszym bagazem doswiadczen i jak to mowi moj
kolega "dobrodziesjtwem inwentarza" (mam nadzieje, ze nikogo nie uraze tym
tekstem, strasznie mi sie spodobal, bo jest taki zartobliwy smile, to reszta sie
sama pouklada.
Nie zachecam oczywiscie do wiazania sie z facetami, ktorzy nie potrafia
zaakceptowac Waszych dzieci, bo tolerancja i akceptacja to moim zdaniem
podstawa!!! Reszta uczuc moze pojawi sie pozniej??? A moze nie??? Moze w
takich zwiazkach wystarczy poczucie bezpieczenstwa i stabilizacja, ktora moze
zapewnic partner matki??? Nie wiem, ale jak sie dowiem to na pewno napisze smile

No i czytajac wypowiedzi niektorych dziewczyn nie zrozumiem nigdy
niektorych "ojcow", bo ja nie wyobrazam sobie, ze im nie przeszkadza brak
zrozumienia i akceptacji przeszlosci przez ich obecne zony. I nie oskarzam
nikogo, nie oceniam ze robi zle, czy dobrze. Po prostu nie rozumiem, bo ja
nie umialabym byc z kims, kto nie akceptowalby mojego dziecka i kogo nie
akceptowaloby moje dziecko, jest to jeden z "testow" ktory u mnie trzeba
zdac smile No ale ja stoje po tej stronie barykady...


Pozdrawiam serrrrdecznie
    • ania_rosa Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 14.06.04, 14:14
      Hejsmile
      Ja mam wprawdzie zupełnie inne stanowisko, czemu dałam wyraz w moim
      wątku "Ojczym nie jest macochą", ale nie twierdze, że obrałam jedyną słuszną
      drogę i założeniasmile
      Myślę, że to jest dobre, co się sprawdza i co danej rodzinie słuzy. Ludzie mają
      inne temperamenty, podejście do kardynalnych spraw, charaktery i refleksje,
      trudno więc mówić o uniwersalnym wzorze "mieszanej rodziny".
      Tak więc życzę powodzenia i dalszej tak udanej "realizacji relacji"smile)))

      pozdrawiam

      Rosa
      • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 14.06.04, 14:26
        ania_rosa napisała:

        > Hejsmile

        Hej hej smile

        > nie twierdze, że obrałam jedyną słuszną
        > drogę i założeniasmile

        Zadna z nas nie ma recepty na zycie niestety, a fajnie byloby miec smile

        > Myślę, że to jest dobre, co się sprawdza i co danej rodzinie słuzy.

        To prawda smile

        > trudno więc mówić o uniwersalnym wzorze "mieszanej rodziny".

        Idealny dla mnie to bylby wtedy gdyby "ojczym" pokochal szczerze dziecko.
        Tylko, ze nie wiem, czy to jest mozliwe w momencie, kiedy ojciec biologiczny
        zyje i dziecko go zna. Wydaje mi sie, ze raczej nie.


        > Tak więc życzę powodzenia i dalszej tak udanej "realizacji relacji"smile)))

        smile)))

        Pozdrawiam serrrrdecznie
    • domali Czy ja mogę?... 14.06.04, 14:47
      pelaga napisała:

      > No i czytajac wypowiedzi niektorych dziewczyn nie zrozumiem nigdy
      > niektorych "ojcow", bo ja nie wyobrazam sobie, ze im nie przeszkadza brak
      > zrozumienia i akceptacji przeszlosci przez ich obecne zony. I nie oskarzam
      > nikogo, nie oceniam ze robi zle, czy dobrze. Po prostu nie rozumiem, bo ja
      > nie umialabym byc z kims, kto nie akceptowalby mojego dziecka i kogo nie
      > akceptowaloby moje dziecko, jest to jeden z "testow" ktory u mnie trzeba
      > zdac smile No ale ja stoje po tej stronie barykady...

      ... stojąc z tej drugiej strony?
      Tez nie rozumiem facetów, którzy akceptują niechęc swoich żon/partnerek do
      dziecka/dzieci z poprzedniego związku.
      A już tym bardziej nie rozumiem tych kobiet.
      Oczywiście nie mówię, że wszechobecnym uczuciem ma byc miłośc/uwielbienie czy
      co tam jeszcze. Ale akceptacja musi być. Musi, jesli ma to być normalny,
      świadomy związek.
      Jesli nie będzie tej akceptacji dla dziecka, spotkań, to na pewno ktoś kiedyś
      będzie cierpiał.
      Gorzej, jeśli tym kimś będzie dziecko, bo ojciec wybierze spokojne zycie z
      kobietą, niz spotkania i kontakty ze swoim dzieckiem.
      Rozumiem złość na eks za 'rzucanie kłód' pod nogi (bo nie oszukujmy, takie się
      zdarzają), za złosliwość i inne 'nieprzyjemne' zachowania (od razu - wiem, że i
      faceci, i next rózni są...)
      Ale nie może być złości na ojca, że chce odwiedzać dzeicko.
      Z drugiej jednak strony jest pewna niekonsekwencja - nie rozumiesz pelago braku
      akceptacji (uwazasz, że to źle i tu się z Tobą zgadzam), a jednak wszechobecne
      jest stwierdzenie, że macocha powinna stać jak najbardziej z boku.
      Czyli jak - akceptować spotkania, ale w nich nie uczestniczyć? A jak
      uczestniczyć, to w jakim stopniu?
      Stoję przed takim dylematem w obliczu niedługiego poznania synka mojego męża i
      spędzenia z Nim weekendu.
      I nie wiem, jaka ma być w trakcie niego moja rola? Opiekunki dla Wiktorka, żeby
      nie odbierał uwagi taty Kubie? Tła? Bo Wiktor będzie ważny, ja niekoneicznie.
      Ale jednak będę...
      • pelaga Re: Czy ja mogę?... 14.06.04, 20:54
        domali napisała:

        > Tez nie rozumiem facetów, którzy akceptują niechęc swoich żon/partnerek do
        > dziecka/dzieci z poprzedniego związku.
        > A już tym bardziej nie rozumiem tych kobiet.
        > Oczywiście nie mówię, że wszechobecnym uczuciem ma byc miłośc/uwielbienie czy
        > co tam jeszcze. Ale akceptacja musi być. Musi, jesli ma to być normalny,
        > świadomy związek.
        > Jesli nie będzie tej akceptacji dla dziecka, spotkań, to na pewno ktoś kiedyś
        > będzie cierpiał.

        Tez tak mysle.

        > Rozumiem złość na eks za 'rzucanie kłód' pod nogi (bo nie oszukujmy, takie
        > się zdarzają), za złosliwość i inne 'nieprzyjemne' zachowania

        Ja tez to rozumiem

        > Ale nie może być złości na ojca, że chce odwiedzać dzeicko.

        Nie wiem, czy nie moze... Jak widac wielokrotnie ona jest sad(( Moim zdaniem byc
        jej nie powinno. Ale dlaczego jest??? Nie wiem, bo w takiej sytuacji nigdy nie
        bylam.

        > Z drugiej jednak strony jest pewna niekonsekwencja - nie rozumiesz pelago
        > braku akceptacji, a jednak wszechobecne
        > jest stwierdzenie, że macocha powinna stać jak najbardziej z boku.

        Nie wiem, czy jak najbardzoej z boku. Nie umiem tego nazwac. Ale nie jak
        najbardzoej z boku. Tworzy rodzine ojca. Moim zdaniem nie powinna sie wtracac w
        wychowywanie nie swojego dziecka, bo od tego jest matka i ojciec (jesli jest
        oczywiscie zainteresowany), nie powinna naciskac na swojego meza, zeby te
        wizyty byly, czy zeby ich nie bylo. Bo dzialanie w ktorakolwiek ze stron jest
        bez sensu. Wymuszajac wizyty na swoim mezu, nie wzbudzi w nim poczucia
        odpowiedzialnosci i nie stworzy wiezi z dzieckiem, wizyty beda trwaly do
        momentu, kiedy to Next bedzie na nich zlezalo, kiedy ja zmeczy wieczne
        naciskanie, skoncza sie wizyty, czyli poszkodowane bedzie dzieko. Zniechecajac
        do kontektow dziala tez oczywiscie na szkode dziecka. Choc jesli ojciec jest
        normalny, to nie da soba recznie sterowac i sam bedzie wiedzial, co powinien
        robic. Ale to moja teoria.

        > Czyli jak - akceptować spotkania, ale w nich nie uczestniczyć? A jak
        > uczestniczyć, to w jakim stopniu?

        Nie wiem w jakim stopniu, nie bylam nigdy Next. A mojej, czy mojego exa Next
        nie narzucalam w jakim stopniu ma uczestniczyc w wizytach, chyba sama nie czula
        wielkiej potrzeby uczestnictwa w nich, bo Maly nie mowil, zeby spedzala z nimi
        duzo czasu. Bywal u nich w domu tylko chwilke, kilka razy byli razem na
        rowerach. Maly ja zaakceptowal, nawet chyba polubil. Ja normalnie rozmawialam.
        Wiekszosc czasu Mlody spedzal z samym ojcem lub jego matka. To wszystko. Ale
        gdyby Next zaczela np. krytykowac moje metody wychowawcze, albo Mlody by sie
        poskarzyl na nia, gdyby powiedziala do niego cos na mnie, lub gdyby probowala
        do mnie wybielac mojego exa, oj to mysle, ze obudzilaby we mnie demona.

        > Stoję przed takim dylematem w obliczu niedługiego poznania synka mojego męża
        > i spędzenia z Nim weekendu.

        Pewnie byloby Ci latwiej gdybys nie darla publicznie kotow z jego matka. Ja nie
        popieram Waszego dochodzenia sie kto ma racje, kto kiedy co powiedzial i czyj
        diabel jest starszy. Nie podobaja mi sie wypowiedzi i podchody Twojego meza
        (podawanie sie za kobiete pod nieznanym nickiem!!!), nie rozumiem tego, ze nie
        widzisz w tym nic zlego. Nie rozumiem. Tym bardziej, ze w watkach nie zwiaznych
        z Kamila potrafisz byc "normalna", a tamtych przepychankowych potrafisz zrazic
        do siebie chyba nawet najspokojniejszych "czytaczy" tego forum, a po co???
        A nie uwazasz, ze przeszlosc byloby dobrze odciac gruba krecha, bo kazdy musi
        ponosic konsekwencje swoich czynow, takie jest zycie. A ulady z Kuba, skoro Wam
        na nich tak zalezy, beda tym lepsze im lepsze beda Wasze stosunki z jego matka.
        Wywlekanie publicznie brudow, obrazanie sie, pisanie o kredytach, pozwach do
        sadow raczej nie wplynie korzystnie na Wasze kontakty z Kuba. Bo kontakty z
        Kuba oznaczaja koniecznosc kontaktowanie sie z jego matka.

        > I nie wiem, jaka ma być w trakcie niego moja rola? Opiekunki dla Wiktorka,
        > żeby nie odbierał uwagi taty Kubie? Tła? Bo Wiktor będzie ważny, ja
        > niekoneicznie.
        > Ale jednak będę...

        Jestes rodzina ojca dziecka, masz prawo uczestniczyc w ich spotkaniach, takie
        jest moje zdanie. Idealnie byloby gdyby obaj chlopcy byli traktowanie
        jednakowo, bez faworyzowania zadnego z nich, tylko, czy to jest mozliwe???????
        Nie wiem...
        No i czas chyba zakopac topor wojenny i przestac sie klocic z Kamila, przestac
        poruszac drazliwe tematy, ktore moga byc interpretowane przez kazda ze stron
        inaczej. Dogadac sie wreszcie ze soba. Ktoras z Was musi pierwsza wyciagnac
        reke, samo to sie nie zalatwi. A moze nienawisci, ktore tu wylewacie nie pomoze
        dziecku w nawiazaniu kontaktu z ojcem, ktory go przez tyle lat zaniedbywal.

        Pozdrawiam
        • pelaga Re: Czy ja mogę?... 14.06.04, 21:04
          pelaga napisała:

          > A moze nienawisci,

          Przepraszam za bledy. Nie lubie, jak ktos je robi, ale samej tez mi sie czasem
          cos "walnie" sad(( Zaluje, ze nie mozna edytowac postow, bo mozna byloby wtedy
          poprawic przeoczone byki...

          Mialo byc oczywiscie "morze nienawisci"

          Pozdrawiam
        • domali Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 08:30
          pelaga napisała:

          Moim zdaniem nie powinna sie wtracac w
          >wychowywanie nie swojego dziecka, bo od tego jest matka i ojciec

          To jest oczywiste.


          > Nie wiem w jakim stopniu, nie bylam nigdy Next.


          No tak, ale z perspektywy eks mogłabyś coś na ten temat powiedzieć.



          > Pewnie byloby Ci latwiej gdybys nie darla publicznie kotow z jego matka.


          Nie bardzo wiem, jaki ma to wpływ na mój kontakt z Kubą. Jedyny, jaki może
          mieć, to jej opinie kierowane do Kuby na ten temat. Bo mój mąż nigdy z nim nie
          rozmawiał na temat jego (czy tym bardziej moich) kontaktów z jego mamą. I
          rozmawiać nie ma zamiaru.


          > a tamtych przepychankowych potrafisz zrazic
          > do siebie chyba nawet najspokojniejszych "czytaczy" tego forum, a po co???


          Nie mam zamiaru 'zrażać', a chyba tylko to kłuje w oczy, że mam inne zdanie,
          niekoniecznie pasujące do konwencji forum. Jak już napisałam w odpowiedzi na
          post iziuli, więcej nie będę pisać, bo mi mąż zabronił smile

          > A nie uwazasz, ze przeszlosc byloby dobrze odciac gruba krecha, bo kazdy musi
          > ponosic konsekwencje swoich czynow, takie jest zycie.

          Uważam. I chciałabym.


          > Wywlekanie publicznie brudow, obrazanie sie, pisanie o kredytach, pozwach do
          > sadow raczej nie wplynie korzystnie na Wasze kontakty z Kuba.


          Czy jest do skierowane wyłącznie do mnie? I mojego męża?

          >Bo kontakty z Kuba oznaczaja koniecznosc kontaktowanie sie z jego matka.


          Mam tego świadomość.



          > Idealnie byloby gdyby obaj chlopcy byli traktowanie
          > jednakowo, bez faworyzowania zadnego z nich, tylko, czy to jest
          mozliwe???????

          Nie wiem, mam nadzieję, że tak.

          > No i czas chyba zakopac topor wojenny i przestac sie klocic z Kamila,
          > przestac poruszac drazliwe tematy, ktore moga byc interpretowane przez kazda
          > ze stron inaczej.


          Tu ponowię pytanie sprzed kilku linijek. Czy to jest skierowane tylko do mnie?

          > Dogadac sie wreszcie ze soba. Ktoras z Was musi pierwsza wyciagnac
          > reke, samo to sie nie zalatwi.

          Ja jestem bardzo chętna. Tylko nie wiem, jak zareaguje druga strona. Może znowu
          padnie tekst o 'kandydującej na miejsce księżnej Diany'?
          • pelaga Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 09:25
            domali napisała:

            > No tak, ale z perspektywy eks mogłabyś coś na ten temat powiedzieć.

            Napisalam, jak ja postepowalam. Ja nie narzucalam, nie ograniczalam, nie
            wtracalam sie w uklad "moj ex-moje dziecko-Next". Nie dali mi powodow do
            niepokoju. Gdyby jednak cos mi sie nie podobalo, to interweniowalabym.
            Acha przypomnialo mi sie, ze na poczatku Mlody mowil do Next ciociu i
            powiedzialam, ze nie podoba mi sie to i ze maja z tym cos zrobic, bo to ciocia
            zadna jego nie jest. Zaczal mowic jej po imieniu i problem zniknal.

            > Nie bardzo wiem, jaki ma to wpływ na mój kontakt z Kubą. Jedyny, jaki może
            > mieć, to jej opinie kierowane do Kuby na ten temat. Bo mój mąż nigdy z nim
            > nie
            > rozmawiał na temat jego (czy tym bardziej moich) kontaktów z jego mamą. I
            > rozmawiać nie ma zamiaru.

            A jednak ma wplyw. Dzieci wyczuwaja doskonale nasze emocje. Jesli miedzy Wami
            beda negatywne emocje, to dziecko to doskonale wyczuje, moze nie po pierwszym
            spotkaniu, ale z czasem wyczuje, bez rozmowy z nim na te tematy (ktora bylaby
            oczywiscie wielce niestosownym pomyslem, z obu stron oczywiscie)

            > Nie mam zamiaru 'zrażać', a chyba tylko to kłuje w oczy, że mam inne zdanie,
            > niekoniecznie pasujące do konwencji forum.

            Ja to inaczej odbieram, ale coz... Nie przekonam Cie, bo Ty masz inne zdanie, a
            moja rola zyciowa nie jest przekonywanie do mojego zdania.

            > Jak już napisałam w odpowiedzi na
            > post iziuli, więcej nie będę pisać, bo mi mąż zabronił smile

            Sluszne posuniecie z jego strony smile Ma u mnie malutkiego plusika.


            > > Wywlekanie publicznie brudow, obrazanie sie, pisanie o kredytach, pozwach
            > do
            > > sadow raczej nie wplynie korzystnie na Wasze kontakty z Kuba.
            >
            > Czy jest do skierowane wyłącznie do mnie? I mojego męża?

            Ja moze i stronnicza jestem, ale z mojego punktu widzenia i z tego, co do tej
            pory przeczytalam, to jednak wiecej kontrowersyjnych watkow zaczynasz Ty. Od
            razu spiesze z wyjasnieniem, ze w archiwum nie grzebalam i nie zamierzam. Mnie
            nie obchodzi ktora z Was ma racje. Pisze o tym, co odczuwam w tej chwili. Nie
            znaczy to, ze ten poglad musi mi towarzyszyc az do smierci.
            Kamile rozumiem pewnie dlatego bardziej niz Ciebie, ze rozumiem jej zal do ojca
            dziecka za krzywde jaka dziecku wyrzadzil. Ja nigdy nie bylam porzucona
            kobieta, wiec nie wiem, co czuje sie w takich chwilach. Moge sobie wyobrazic,
            jak jest wtedy ciezko i jaki ma sie zal do faceta. Ja do mojego takiego zalu
            nie mialam i nie mam. Jedyny zal, jaki mam dotyczy dziecka. Z tej perspktywy
            oceniam postepowanie Kamilii. I dlatego mam dla niej wiecej zrozumienia niz dla
            Ciebie. Bo dla mnie ona dziala w imie szeroko pojetego dobra dziecka.
            Poza tym nie znam wszystkich szczegolow, ale z tego, co piszesz, to jednak
            idzie Wam na reke i przywozi Malego do Was. A ze dostrzega problemy, ktorych Wy
            nie dostrzegacie dla mnie jest to oczywiscie, przeciez Wy Kuby nie znacie, a
            ona zna.


            > No i czas chyba zakopac topor wojenny i przestac sie klocic z Kamila,
            > przestac poruszac drazliwe tematy, ktore moga byc interpretowane przez
            > kazda ze stron inaczej.

            > Tu ponowię pytanie sprzed kilku linijek. Czy to jest skierowane tylko do mnie?

            Wiadomo, ze jesli obie przestaniecie sie szarpac wzajemnie, to bedzie to w
            porzadku. Wyjsc jest cale mnostwo. Mozna ustalic, ze jedna pisza na tym forum,
            druga na tamtym, to co sie komu podoba i nie komentujecie sie wzajemnie. Mozna
            ustalic, ze nie poruszacie drazliwych tematow. Ustalenie zaleza tylko do Was.
            Chyba, ze obu Wam ta sytuacja odpowiada i uwielbiacie sie klocic publicznie.
            Ale nie oczekuj dobrej woli Kamilii piszac o splatach przez nia kredytow na
            koncie exa. Ja w takim przypadku dobrej woli bym nie wykazala. Szczegolnie, ze
            gdzies czytalam (w Twoim poscie zdaje sie), ze majatek wspolny podzielili
            polubownie, czyli jednym z punktow umowy musial byc kredyt. To jest juz
            przeszlosc, a Wy na sile szukcie powodow, zeby obciazyc odpowiedzialnoscia za
            nia kogos innego. Takie jest moje zdanie, dodam oczywiscie, ze subiektywne i
            wyrazone na podstawie napisanych postow. Nie musi byc zgodne z prawda.

            > Dogadac sie wreszcie ze soba. Ktoras z Was musi pierwsza wyciagnac
            > reke, samo to sie nie zalatwi.

            > Ja jestem bardzo chętna. Tylko nie wiem, jak zareaguje druga strona.
            > Może znowu padnie tekst o 'kandydującej na miejsce księżnej Diany'?

            Nie wiem, co padalo w przeszlosci. Ale z tego, co ja przeczytalam do tej pory
            odkad sie pojawilam na forum, nie wyczulam tej deklarowanej checi pojednania,
            ani z jednej ani z drugiej strony. I o ile moge rozumiec Kamile, bo obwinia
            pewnie Ciebie za rozpad malzenstwa, obwinia ojca za brak zaineteresowania
            dzieckim, to zupelnie nie wiem dlaczego Ty ja obwizniasz i za co. Czy ona
            ingeruje w Wasze zycie??? Czy wtraca sie, nachodzi Cie, dzwoni wiecznie z
            pretensjami??? Czy podwyzsza co kwartal alimenty??? Czy podwyzszyla je, jak
            urodzilo sie Wam dziecko??? Czy zabraniala kiedykolwiek kontaktow ojca z
            synem??? Czy deklarowala ze zniszczy Wam zycie??? Czy je niszczy???
            Ja rozumiem doskolale zal do ex, ktore zatruwaja zycie swoim Next i gnebia nowe
            rodziny, do takich, ktore nie rozstaly sie z przeszloscia i mszcza sie na
            swoicjh bylych. Ale Twojego zalu nie rozumiem. Moze nie znam wszystkich faktow,
            na pewno nie znam.


            Pozdrawiam
            • domali Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 09:43
              pelaga napisała:


              > Acha przypomnialo mi sie, ze na poczatku Mlody mowil do Next ciociu i
              > powiedzialam, ze nie podoba mi sie to i ze maja z tym cos zrobic, bo to
              > ciocia zadna jego nie jest. Zaczal mowic jej po imieniu i problem zniknal.


              No tak, też myślę, że mówienie po imieniu to najlepsze rozwiązanie.


              > Sluszne posuniecie z jego strony smile Ma u mnie malutkiego plusika.

              Uff smile

              > Kamile rozumiem pewnie dlatego bardziej niz Ciebie, ze rozumiem jej zal do
              > ojca dziecka za krzywde jaka dziecku wyrzadzil.

              To i ja, ale w rozsądnych granicach (dla mnie rozsądnych, co nie znaczy
              obiektywnie rozsądnych) jestem w stanie zrozumieć.

              > Ja nigdy nie bylam porzucona kobieta, wiec nie wiem, co czuje sie w takich
              > chwilach. Moge sobie wyobrazic, jak jest wtedy ciezko i jaki ma sie zal do
              > faceta.

              Ja przepraszam, wiem, że nie powinnam, ale napiszę.
              Kamila też nie była porzucona i w takich sytuacjach dostrzegam, że jednak
              czasami moje pisanie jednak nie jest na darmo. Bo po raz kolejny widac, że na
              podstawie jej słów wyciąga się wnioski. Niekoniecznie słuszne.

              > Poza tym nie znam wszystkich szczegolow, ale z tego, co piszesz, to jednak
              > idzie Wam na reke i przywozi Malego do Was.

              Przywozi, bo dziecko bardzo chce tej wizyty. I przywozi, bo uważa, że powinna.
              I jej prawo - dla nas ważniejsze, ze wizyta w końcu się odbędzie.


              > Ale nie oczekuj dobrej woli Kamilii piszac o splatach przez nia kredytow na
              > koncie exa. Ja w takim przypadku dobrej woli bym nie wykazala. Szczegolnie,
              > ze gdzies czytalam (w Twoim poscie zdaje sie), ze majatek wspolny podzielili
              > polubownie, czyli jednym z punktow umowy musial byc kredyt.

              Umowa co do kredytu (a właściwie kredyty i pożyczki) była. I w którymś
              (nieistniejącym już chyba) poście Kamila tę umowę złamała.

              > I o ile moge rozumiec Kamile, bo obwinia
              > pewnie Ciebie za rozpad malzenstwa,


              Kogoś przecież trzeba, prawda?

              > dzwoni wiecznie z
              > pretensjami???

              Teraz nie. Zdarzały się 'ciekawe smsy i to był głowny powód niepodawania jej
              numeru telefonu.

              > Moze nie znam wszystkich faktow,
              > na pewno nie znam.

              No właśnie. I nie poznasz, bo podobno nie chcesz. I ok, na siłę nie będę ich
              podawać, a i chyba nie ma po co.
              Więc, skoro sama wiesz, że nie znasz, nie wydawaj sądów (bo tak się dzieje,
              wbrew Waszym deklaracjom).
              • pelaga Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 10:51
                domali napisała:

                > Przywozi, bo dziecko bardzo chce tej wizyty. I przywozi, bo uważa, że
                > powinna.

                Czyli jak dla mnie dziala odpowiedzialnie, dla szeroko pojetego dobra dziecka.
                Nie unosi sie ambicja, nie rzuca Wam klod pod nogi. Pewnie chetnie by nie
                przywozila (wiem, po sobie, co dla matki byloby lepsze, czy raczej latwiejsze),
                ale przywozi, bo wydaje jej sie, ze wie, co jest lepsze dla dziecka, bo sie
                ludzi, ze te kontakty beda jednak regularne. Jak dla mnie wykazuje bardzo duzo
                dobrej woli.
                W miejscu, w ktorym ja sie teraz znalazlam nie zawiozlabym mojego dziecka do
                mojego exa, niczego bym mu nie ulatwiala. Nie ma we mnie dobrej woli. Moze jest
                to spowodowane tym, ze wlasciwie zburzono moja teorie, ze dzialalam dla dobra
                dziecka, pozwalajac na nieregularne wizyty??? Tylko, czy ktos mi da gwarancje,
                ze ich brak jest na pewno lepszy niz nieregularne kontakty?????? Jestem na
                rozdrozu i przelamanie sie kosztowaloby mnie duuuuuzzzo wysilku, ktorego nikt
                nigdy nie doceni, bo ja pewnie jestem ta zla ex, co sie nie godzi na obnizenie
                alimentow.

                > Umowa co do kredytu (a właściwie kredyty i pożyczki) była. I w którymś
                > (nieistniejącym już chyba) poście Kamila tę umowę złamała.

                Czy Ty aby na pewno nie myslisz rzeczywistego swiata z wirtualna
                rzeczywistoscia???????? Jak mozna w poscie zlamac umowe??????????

                > Teraz nie. Zdarzały się 'ciekawe smsy i to był głowny powód niepodawania jej
                > numeru telefonu.

                Wiesz ja tez kilka razy powiedzialm przez telefon mojemu exowi rzeczy z ktorych
                nie jestem dumna i on powiedzial takie, ktorych uslyszec chyba nie chcialam. A
                jednak zadne z nas nie ukrywalo sie nigdy przed drugim.

                > Więc, skoro sama wiesz, że nie znasz, nie wydawaj sądów (bo tak się dzieje,
                > wbrew Waszym deklaracjom).

                Czyim Waszym????????????? Znowu podzialy?????? My Wy Oni...
                Wiesz kilka razy pisalam, ze staram sie nie osadzac od razu, staram sie nie
                pisac obrazliwych postow. Jesli ktos ma ochote (tak jak Ty teraz w tym watku,
                troche nie na temat, bo jakos tak nam sie odbieglo smile podyskutowac ze mna, bez
                obrazania sie, bez wyzywania i na spokojnie, to ja chetnie wyraze swoje opinie.
                Ale to sa wlasnie moje opinie, czasem moze i sady (ale chyba bez szafotu???),
                bo i o czym mozna dyskutowac nie wyrazajac swoich opinii. Napisalam Ci, jak to
                wynika z mojego punktu widzenia. Nie wydaje mi sie, zebym Cie obrazala, czy
                atakowala. Mam inne zdanie na pewne tematy. Jesli oceniam, to przez pryzmat
                swojego zycia i swoich doswiadczen, do tego juz doszlysmy wszystkie. Zawsze
                jednak staram sie zrozumiec druga strone. Nie zawsze umiem, czasem to
                przekracza moje mozliwosci. Wtedy zazwyczaj pisze, ze nie rozumiem czegos. I
                jakos nieczesto ktos stara sie to wytlumaczyc...

                A sady wydaje tak samo, jak Ty, jak kazda z osob tu piszacych. Pewnie kazdemu
                juz zdarzylo sie ocenic kogos, nie zawsze slusznie. Staram pisac o konkretych
                zachowaniach, do konkretnych wypowiedzi ustosunkowywac. Nie potepiam wszystkich
                ojcow po rozwodach, wszystkich Next (nie wyganiam ich do roboty dla zasady
                itp.), czy nie gloryfikuje wszystkich Ex, nie wrzucam danej "grupy" do jednego
                wora. Przynajmniej staram sie tak robic.
                I byloby cudownie, gdyby dalo sie nie osadzac nikogo, ale to nasza ludzka
                natura taka jest, ze mamy swoje zdanie na kazdy temat.

                Pozdrawiam
                • domali Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 13:57
                  pelaga napisała:
                  > Jak dla mnie wykazuje bardzo duzo dobrej woli.

                  Tez myślę, że tak można powiedzieć.

                  > Czy Ty aby na pewno nie myslisz rzeczywistego swiata z wirtualna
                  > rzeczywistoscia???????? Jak mozna w poscie zlamac umowe??????????


                  Przepraszam, może źle się wyraziłam. Nie można w posćie złamać umowy, a tym
                  samym pisanie o ewentualnym 'pociągnięciu' drugiej strony do spłaty debetu nie
                  jest czymś złym, prawda?


                  > A jednak zadne z nas nie ukrywalo sie nigdy przed drugim.

                  Ja nie uważam, że było to ukrywanie. Raczej dbanie o spokój. Myślę, że teraz
                  takie smsy już się nie pojawią/

                  > Czyim Waszym????????????? Znowu podzialy?????? My Wy Oni...


                  Waszym - samodzielnych tu piszących. Bo w wielu postach się pojawiały
                  zapewnienia, że nie chcecie osądzać, a jednocześnie pisałyście, ze jest tak,
                  tak i tak. Ale masz rację, dyskutuję z Toba, nie z całą resztą.


                  > Ale to sa wlasnie moje opinie, czasem moze i sady (ale chyba bez szafotu???),
                  > bo i o czym mozna dyskutowac nie wyrazajac swoich opinii. Napisalam Ci, jak
                  to
                  > wynika z mojego punktu widzenia. Nie wydaje mi sie, zebym Cie obrazala, czy
                  > atakowala. Mam inne zdanie na pewne tematy. Jesli oceniam, to przez pryzmat
                  > swojego zycia i swoich doswiadczen, do tego juz doszlysmy wszystkie. Zawsze
                  > jednak staram sie zrozumiec druga strone.

                  Ok. Bez szafotu smile
                  Nie atakujesz mnie. Wcale tak nie uwazam. Ale skoro chcesz zrozumieć obie
                  strony, to musisz znać ich argumenty, prawda? I właśnie po to, żeby osoby
                  chętne (a takie jak widać są), które chcą wyrazić swoje zdanie na temat tej
                  sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, mogły wyciągnąć wnioski bliższe prawdy,
                  pisałam.
                  I tak jak już napisałam, niektóre Twoje stwierdzenia potwierdzają słuszność
                  moich decyzji, jeśli chodzi o to pisanie.

                  Dominika
                  • pelaga Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 19:41
                    domali napisała:

                    > Nie można w posćie złamać umowy, a tym
                    > samym pisanie o ewentualnym 'pociągnięciu' drugiej strony do spłaty debetu
                    > nie jest czymś złym, prawda?

                    Wiesz ja to odbieram negatywnie, opierajac sie na tym, co przeczytalam i na
                    swoim podejsciu do zycia oczywiscie. Napisalas, ze zostal ustalony podzial
                    majatku, polubownie. Dla mnie to oznacza, ze sie umawiamy: ja biore to, Ty
                    tamto, ja splacam to, Ty tamto. Czyli obie strony zgadzaja sie na taki podzial.
                    Nie wierze tez, ze podczas takiego podzialu Twoj obecny M. zgodzil sie na
                    umowe, ze splacaja jego debet na jego koncie wspolnie i nie zabezpieczyl sie w
                    zaden sposob, przed ewentualnym rozmysleniem sie drugiej strony. Na zdrowy
                    choplski rozum to musialo wygladac tak, ze debet przypadl jemu w udziale. Tak
                    to interpretuje ja. I teraz, nagle po tylu latach on sobie przypomina, ze ten
                    debet to oni wspolnie zaciagali i ze on sam splacal nie bedzie??? Dla mnie to
                    jak szukanie chetnych do splacenia dlugu. I wiesz, ja nawet Was staram sie
                    rozumiec, bo z tego, co piszesz macie problemy finansowe, wiec takie sytuacje
                    wykanczaja psychicznie, przynajmniej mnie. Uwazam, ze problemy finansowe
                    zabijaja milosc i przyjazn, po kawaleczku i systematycznie, za to bardzo
                    skutecznie. I pewnie szukacie na sile wyjsc z tej trudnej sytuacji, ale
                    dlaczego dopiero teraz probujecie obciazyc Kamile splata kredytu??? Dlaczego,
                    jesli byl ustalony wspolny plan jego splaty, nie dochodziliscie (czy raczej nie
                    dochodzil!!!) sie tego wczesniej??? Dlaczego nie ustalono podzialu majatku w
                    czasie rozprawy rozwodowej???


                    > Bo w wielu postach się pojawiały
                    > zapewnienia, że nie chcecie osądzać,

                    Bo chyba wiekszosc ludzi reprezentujacych jakis poziom nie chce osadzac dla
                    samego osadzania i nie jest to ich celem zyciowym.

                    > a jednocześnie pisałyście, ze jest tak,
                    > tak i tak. Ale masz rację, dyskutuję z Toba, nie z całą resztą.

                    Ale to nie tylko tutaj i nie tylko my, to chyba tendencja powszechna. Ja nie
                    popieram takiego osadzania na wstepie, bez jakiejkolwiek proby wczucia sie w
                    czyjac sytuacje. No i jest roznica, czy napisze: "pani X zachowala sie
                    beznadziejnie", czy "zachowanie pani X nie wywarlo na mnie dobrego wrazenia".
                    Niby jedno i drugie jest osadem, ale to drugie jest "moim zdaniem", czyli, ze
                    wedlug mnie zachowanie pani X bylo niestosowne, czyli niekoniecznie tak musi
                    brzmiec "wyrok publiczny". No i czy napisanie "pani Y jest swietna i jej
                    zachowanie jest idealne", czy "wedlug mnie pani Y swietnie sie zachowuje" to
                    nie jest osad??? Tez, tylko pozytywny.
                    Strasznie trudny temat z tym osadzaniem, moze powinnysmy zastapic to raczej
                    slowem "krytykowaniem" dla samej krytyki???? Bo wlasciwie, jak sie zaglebic to
                    kazda opinia to jakis osad, jesli sie nie zgadzam, to znaczy, ze zle osadzam,
                    czyz nie tak???? A z drugiej strony to z krytyka mozna taki sam wywod
                    poprowadzic, ze jesli sie nie zgadzam to krytykuje. Sama nie wiem smile
                    No bo wlasciwie, skoro to forum dyskusyjne, to polega na wyrazaniu przez
                    kazdego swoich opinii...

                    > Ok. Bez szafotu smile

                    smile))))))

                    > Nie atakujesz mnie. Wcale tak nie uwazam.

                    Ciesze sie, ze dobrze formuuje swoje slowa, bo obrazanie nie jest moim celem.

                    > Ale skoro chcesz zrozumieć obie
                    > strony, to musisz znać ich argumenty, prawda?

                    Tak, prawda. I chyba musze cos sprostowac. Ja nie jestem taka dociekliwa i nie
                    mam tyle czasu, zeby poszperac w archiwum i poznac, cala sytuacje od poczatku,
                    (zreszta pewnie i to nie daje pelnego obrazu). Na poczatku mi ona szczerze
                    mowiac rowno zwisala i nie interesowalo mnie zupelnie kto ma racje. Pisalam
                    zlosliwe posty i juz wink
                    Teraz jakos sie "wciagnelam", po przeczytaniu tych wszystkich postow wyrobilam
                    sobie swoje zdanie i stanelam jakby po stronie Kamili, bo jakos bardziej umiem
                    ja zrozumiec, patrzac przez pryzmat swoich doswiadczen, ale to nie znaczy ze
                    zamierzam Cie linczowac, staram sie Ciebie tez zrozumiec, choc nie zawsze mi
                    sie udaje.

                    > I tak jak już napisałam, niektóre Twoje stwierdzenia potwierdzają słuszność
                    > moich decyzji, jeśli chodzi o to pisanie.

                    Tylko, ze czasem to, co piszecie jest co najmniej niesmaczne i mnie osobiscie
                    oslabiasad((
                    Czasem wyjasnia, a czasem nie. Czasem i pomimo wyjasnien, ludzie maja swoja
                    koncepcje wink To tak, jak ja Ci pisalam, ze ja "skreslam" (tak osadzam i to malo
                    ematycznie) na wstepie Twojego meza, bo porownuje jego zachowanie do zachowania
                    mojego exa i chocbys nie wiem, jak go zachwalala, ja sie raczej nie przekonam.

                    Acha i jeszcze mysle, ze w jakims stopniu kazda z nas z jakichs powodow
                    jest "uzalezniona" od tego forum. Zagladamy tu dosc czesto...

                    Pozdrawiam
                    • domali Re: Czy ja mogę?... 16.06.04, 10:17
                      pelaga napisała:

                      > Wiesz ja to odbieram negatywnie, opierajac sie na tym, co przeczytalam i na
                      > swoim podejsciu do zycia oczywiscie. Napisalas, ze zostal ustalony podzial
                      > majatku, polubownie. Dla mnie to oznacza, ze sie umawiamy: ja biore to, Ty
                      > tamto, ja splacam to, Ty tamto. Czyli obie strony zgadzaja sie na taki
                      podzial.


                      No właśnie. Dokładnie tak było.

                      Na zdrowy
                      > choplski rozum to musialo wygladac tak, ze debet przypadl jemu w udziale. Tak
                      > to interpretuje ja. I teraz, nagle po tylu latach on sobie przypomina, ze ten
                      > debet to oni wspolnie zaciagali i ze on sam splacal nie bedzie??? Dla mnie to
                      > jak szukanie chetnych do splacenia dlugu.


                      Widzisz, ustalone było (a właściwie zapowiedziane przez mojego męża), że ten
                      debet rzeczywiście spada na jego głowe. Generalnie wszystkie długi, POZA
                      POŻYCZKĄ OD SIOSTRY KAMILI. I skoro Kamila zaczyna dopominać się o spłatę
                      pożyczli o swojej siostry przez mojego meża (a właściwie przez nas), to znaczy,
                      ze umowa na temat długów jest nieaktualna. A skoro tak, to mi jak najabrdziej
                      pasuje jej zmiana - podział spłaty długów po połowie. My na tym zyskamy.

                      Co do spraw finansowych, to mam nadzieję, że neidługo SAMI, dzieki naszym
                      staraniom wyjdziemy na prostą, a wtedy będzie neizwykłe poczucie satysfakcji,
                      że nikomu nie musimy tego zawdzięczać.
                      A nas, szczerze mówiąc, trudne sytuacje póki co wzmacniają smile

                      Dominika
          • ak81 Re: Czy ja mogę?... 14.01.05, 16:08
            > > Pewnie byloby Ci latwiej gdybys nie darla publicznie kotow z jego matka.
            >
            >
            > Nie bardzo wiem, jaki ma to wpływ na mój kontakt z Kubą. Jedyny, jaki może
            > mieć, to jej opinie kierowane do Kuby na ten temat. Bo mój mąż nigdy z nim
            nie
            > rozmawiał na temat jego (czy tym bardziej moich) kontaktów z jego mamą. I
            > rozmawiać nie ma zamiaru.
            >

            Naprawde nie wiesz? Przeciez to oczywiste, ze dziecko wyczuwa i widzi wiecej,
            niz nam sie wydaje. I na pewno zauwazy wasza niechec do jego matki. I mysle, ze
            nie bedzie sie z tym czul zbyt dobrze.
      • pelaga Re: Czy ja mogę?... 14.06.04, 20:56
        domali napisała:

        Acha zapomnialabym. Jesli Twoje sygnaturka jest kpina, a tak ja odbieram, to
        jakos nie umiem tego zrozumiec sad(( Czyzbys Ty nie robila wszystkiego dla dobra
        swojego dziecka?????????? Ja staram sie wlasnie tak postepowac.

        Pozdrawiam
        • domali Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 08:31
          Oczywiście, robię wszystko dla dobra dziecka, natomiast nie wycieram sobie tym
          dobrem twarzy i nie usprawiedliwiam każdego zachowania. Była to reakcja na
          pewną dyskusję, sygnaturki, skoro tak razi, już nie ma.
      • cheddar Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 18:12
        domali napisała:


        > I nie wiem, jaka ma być w trakcie niego moja rola? Opiekunki dla Wiktorka,
        żeby
        >
        > nie odbierał uwagi taty Kubie? Tła? Bo Wiktor będzie ważny, ja niekoneicznie.
        > Ale jednak będę...
        >

        Domali, kurka, ile miałaś lat na przygotowanie się do tego? Do tej pory nie
        wymyśliłaś, jaką masz pełnić rolę? Przez kilka lat kamila pełniła rolę
        opiekunki dla Kuby, żeby nie odbierał uwagi Tobie i od paru lat Wiktorkowi.
        Może tak 5 minut dla Kuby? He? Kuba jeszcze nie przyjechał, a Ty już z nim
        rywalizujesz? Bo jakos nie chce mi się wierzyć w szczerość Twoich dylematów,
        jesteś matką, więc od czasu urodzenia dziecka powinnaś rozumieć, czego
        potrzebuje dziecko, które tyle lat było pozbawione ojca. Poczytałam sobie w
        wątku o odsetkach Twoje posty zalane żółcią, złośliwą ironią itp. i raczej od
        tej pory nie uwierzę w Twoją maskę zatroskanej. Daj im kobieto trochę czasu ok?
        I mówię Ci to z perspektywy macochy. Gdy mój eks podejmował próby spotykania
        sie ze swoim synem - dla mnie za rzadko, ale porównując z Twoim mężem to był
        troskliwym ojcem - raz na miesiąc, raz na dwa, ja byłam na spotkaniach ze
        znajomymi, w sklepach itp. Byłam obecna tylko na tyle, aby nie być tajemnicą,
        ale pozostałe godziny synek mojego byłego miał dla siebie. Nawet gdy byłam w
        ciąży, nawet gdy urodziło się moje dziecko. Wiedziałam że dzieciak nie może się
        nim nacieszyć na zapas, ale chciałam, aby miał go maksymalnie dużo. Bo jako
        matka wiem, jak bardzo dziecko potrzebuje ojca. KAZDE dziecko, nie tylko moje.
        • domali Re: Czy ja mogę?... 15.06.04, 19:18
          cheddar napisała:


          > Może tak 5 minut dla Kuby? He? Kuba jeszcze nie przyjechał, a Ty już z nim
          > rywalizujesz?


          Boże drogi! Rywalizuję??? Nigdy w życiu! Gdyby takie przesłanki mną kierowały,
          nie chciałabym w ogóle tego spotkania. Ja rozumiem, ze przypisujesz mi wszelkie
          cechy złej macochy, ale może jednak opanuj się trochę!

          > Daj im kobieto trochę czasu ok?

          Alez taki mam zamiar.

          >
          > I mówię Ci to z perspektywy macochy. Gdy mój eks podejmował próby spotykania
          > sie ze swoim synem - dla mnie za rzadko, ale porównując z Twoim mężem to był
          > troskliwym ojcem - raz na miesiąc, raz na dwa, ja byłam na spotkaniach ze
          > znajomymi, w sklepach itp. Byłam obecna tylko na tyle, aby nie być tajemnicą,
          > ale pozostałe godziny synek mojego byłego miał dla siebie. Nawet gdy byłam w
          > ciąży, nawet gdy urodziło się moje dziecko. Wiedziałam że dzieciak nie może
          się
          >
          > nim nacieszyć na zapas, ale chciałam, aby miał go maksymalnie dużo. Bo jako
          > matka wiem, jak bardzo dziecko potrzebuje ojca. KAZDE dziecko, nie tylko
          moje.


          Spotkania z ojcem Kuba ma. Teraz przyjeżdza po to m.in., żeby poznać Wiktora. I
          przy okazji mnie.

    • iziula1 Re: Domali 14.06.04, 21:09
      Nie sądze,że bycie tłem w momencie odwiedzin Kuby jest odpowiednie.On już jest
      na tyle duży,że rozumie stosunki łączące Cie z jego matką.On wie,że sie nie
      lubicie.I z pewnością ta świadomośc bardzo mu przeszkodzi w tej wizycie.
      Może wykazcie z mężem dobra wole i nie poruszajcie tematu Kamili podczas Jego
      wizyty.To tylko dzieciak,które kocha swą matke i zawsze będzie po jej
      stronie.Masz trudne zadanie przed soba.
      Uważam że w wojne z Kamila twój mąż nie powinien Cie wciągac.Powinien załatwiac
      to sam.A ciebie chronić przed tego typu sytuacjami.To jego przeszłość.Kiedyś
      byli małżeństwem,kochali się i zostaw to im.Z pewnościa kierujesz się dobrymi
      chęciami ale wcale im nie pomagasz.Nie oskarżam Cię,próbuje Cie
      zrozumieć.Jesteś bardzo młodą osobą w trudnym związku.Życze Ci jak najlepiej.
      Tak jak Kamili.I udanej wizyty Kuby.
      Pozdrawiam.
      • domali Re: Domali 15.06.04, 08:21
        iziula1 napisała:

        On już jest na tyle duży,że rozumie stosunki łączące Cie z jego matką.On wie,że
        sie nie lubicie.I z pewnością ta świadomośc bardzo mu przeszkodzi w tej wizycie.

        Szczerze mówiąc nie wiem, czy on w ogóle WIE, jakie sa 'stosunki' między mną a
        jego matką.

        > Może wykazcie z mężem dobra wole i nie poruszajcie tematu Kamili podczas Jego
        > wizyty.To tylko dzieciak,które kocha swą matke i zawsze będzie po jej
        > stronie.


        Oj, to na pewno nie będzie temat w czasie tych spotkań. Bo po co???

        > Uważam że w wojne z Kamila twój mąż nie powinien Cie wciągac.Powinien
        załatwiac to sam.A ciebie chronić przed tego typu sytuacjami.


        Szczerze? Wszystko, co pisałam było tylko i wyłącznie z mojej inicjatywy.
        I już dostałam zakaz smile pisania.

        >Życze Ci jak najlepiej.
        >I udanej wizyty Kuby.


        Dziekuję bardzo smile
        I również pozdrawiam.
        • konkubinka Re:ojczym i dziecko 15.06.04, 10:00
          z gory uprzedzam ze nie czytalam powyzszych postow.
          Dodam od siebie tylko i na swoim przykladzie , ze gdybym traktowala mojego
          partnera jak ojczyma od poczatku to pewnie nie mialabym teraz corki i nie
          tkwilabym w tym zwiazku.Ale madry Polak po szkodzie .
          Uwazam ze faceta nalezy jak najbardziej to mozliwe pod tym wzgledem
          przeswietlic ZANIM podejmiemy decyzje o zamieszkaniu razem.
        • omama Re: Domali 15.06.04, 11:26
          OJ, Domali, Domali....
          Na sugestię: "On już jest na tyle duży,że rozumie stosunki łączące Cie z jego
          matką.On wie,że sie nie lubicie.I z pewnością ta świadomośc bardzo mu
          przeszkodzi w tej wizycie
          Piszesz:
          > Szczerze mówiąc nie wiem, czy on w ogóle WIE, jakie sa 'stosunki' między mną
          a jego matką.

          Doamli, czy naprawdę nie pamiętasz swojego dzieciństwa? Ja pamiętam, i
          gwarantuję ci, że dziecko świetnie orientuje się także w niewypowiadanych
          rodzinnych niuansach. Dziecko ma radary i świetnie wyczuwa, co w trawie
          piszczy, wyłapuje nastroje, napięcia, niechęci, tabu jak najczulszy odczynnik.
          I nawet gdybyś ty poznała męża w dwa lata po rozwodzie, nawet gdyby twój ślubny
          był wobec Kamili i Kuby w porządku na 250%, to dziecko miałoby prawo mieć do
          ciebie dystans i niechęć, bo tata nie mieszka z mamą, jak powinien, tylko z
          inną panią. I miało by prawo mieć żal do ojca z tego samego powodu.
          Więc nie musicie wcale wszczynać dyskusji pt. "jaka to suka cię urodziła", żeby
          dziecko wiedziało. Wystarczy mina, ton głosu, słówko... Jakiś czas temu była tu
          wymiana zdań związana z faktem, że zorientowawszy się, iż w czasie owej
          warszawskiej wizyty Kamila planuje spotkanie ze znajomymi, zaczęliście się -
          jak rozumiem, dość stanowczo - dopytywać, kto w owym czasie zajmie się Kubą.
          KAŻDY EMOCJONALNY DEBIL (nie mówiąc już o dziecku) zorientowałby się wówczas,
          że stosunki między wami są wrogie do nienawiści, bo gdyby było inaczej po
          prostu padłoby pytanie " słuchaj, czy jak pójdziesz do xy to Kubę przyślesz do
          nas"?
          Ja rozumiem, że w swojej sprawie trudno o obiektwizm, ale uderzyło mnie, że ty
          chyba wówczas nie rozumiałaś, że tak sformułowane pytanie ma dla Kamili
          kontekst obraźliwy (nie ufam tej zołzie), podejrzliwy (oczywiście chce nas
          zaskoczyć a potem powiedzieć że ojciec sie do... nie nadaje) kontrolujący (czy
          zostawi dziecko pod opieką czy też puści je samo do meliny) i wreszcie
          zapraszający do pyskówki (taty nie obchodziło co dziecko je i co robi przez
          lata, a teraz niepokoi się, czy aby będzie miało wystarczającą opiekę przez 2
          godziny?
          Więc jak widzisz, takie niewerbalne interpretacje są naprawdę czytelnymi
          komunikatami.
          • domali Re: Domali 15.06.04, 14:02
            omama napisała:

            > dziecko świetnie orientuje się także w niewypowiadanych
            > rodzinnych niuansach. Dziecko ma radary i świetnie wyczuwa, co w trawie
            > piszczy, wyłapuje nastroje, napięcia, niechęci, tabu jak najczulszy odczynnik.


            Nie wiem, być może. Chociaż to pewnie trudne, jeśli raczej przy nich pewnych
            rozmów się nie prowadzi. Ale masz rację, są rozmowy z rodziną, znajomymi itd.
            A czy ja jestem ich tematem, tego nie wiem.

            Co do pytań o wizytę (a właściwie wyjście Kamili i opiekę wtedy nad Kubą), to
            podtekst był inny. Nie złośliwośc, brak zaufania itd.
            Chodziło o to, że Kamila przyjeżdza do Warszawy, aby pomóc Kubie znaleźć się w
            nowej sytuacji, być blisko. Po to, żeby ta wizyta była przyjamna, a nie
            stresująca.
            A zostawienie go pod opieką kogoś, kogo nie zna (w trakcie, kiedy Kamila spotka
            się ze znajomymi) mogłoby ten stres zwiększyć, bo jak sama Kamila napisała -
            dziecko trudno adaptuje się z nowym otoczeniu, sytuacjach. I stąd to pytanie.
            • omama Re: Domali 15.06.04, 15:02
              Domali, bo ja zaraz ręce nad tobą załamię!
              Ja mam na myśli zachowania OBU stron. Z zachowań KAŻDEGO z dorosłych Kuba
              będzie wyciągał wnioski. Twoich. Ojca. Mamy. Nawet bez świadkowaniu
              jakimkolwiek rozmowom. To ci usiłowałam wytłumaczyć. Nie mówienie o kimś,
              podniesieni brwi, pogardliwy dźwięczek na pograniczu siąknięcia - to są
              wszystko komunikaty, z których dziecko buduje swoją wizję świata.
              A co do waszej wymiany zdań na temat szczegułów organizacyjnych wyjazdu
              dziecka, to nie czyniłam ci zarzutów tylko wyjaśniałam - na przykładzie - jaka
              z tej prostej sytuacji wynika wizja łączących wasze domy stosunków. Nie
              oceniałam tu intencji żadnej ze stron, wyjaśniałam ci tylko, jak wasze - niech
              będzie, że całkowicie niewinne w założeniu pytanie zabrzmiało. Jakie niosło
              niemiłe podteksty. A dałam ten przykład a'propos tego co chłopiec będzie myślał
              o wszystkich dramatis personae i ich wzajemnych relacjach. I jak łatwo - nawet
              bez dyskursów konkretnych - pokazać, jaki ma się stosunek do strony przeciwnej.
    • sokka Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 13:23
      pozwole sobie powrocic do tematu ojczymowego:
      wiesz, Pelago, jak tak opisujesz jak Twoj partner zajmuje sie synkiem, to co mi
      przychodzi do glowy, to to, ze to wlasnie jest milosc... bo wlasciwie czy ktos
      z nas zna definicje milosci. ja nie znam, ale jak widze jak ktos czule, z
      troska zajmuje sie, bawi, opiekuje dzieckiem, to mysle, ze on/ona je kocha.
      milosc to sama abstrakcja i latwo wycierac nia sobie usta... nie ukladajmy jej
      w szufladki: milosc macierzynska najlepsza, ojcowska troche gorsza, ojczymowska
      ujdzie, a macoszasta do niczego wink to bzdura...
      ja wierze (widze, wiem), ze moj maz bardzo kocha naszego synka (nie jest jego
      biologicznym ojcem), choc on tez tego nie deklaruje co 5 minut...
      pozdrawiam
      • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 13:53
        sokka napisała:

        > pozwole sobie powrocic do tematu ojczymowego:

        smile))

        > wiesz, Pelago, jak tak opisujesz jak Twoj partner zajmuje sie synkiem, to co
        > mi przychodzi do glowy, to to, ze to wlasnie jest milosc...

        Ladnie to napisalas, ale w naszym przypadku to na razie raczej nie jest milosc.

        > bo wlasciwie czy ktos
        > z nas zna definicje milosci. ja nie znam,

        Ja tez nie znam smile Ale pewne sprawy sie wyczuwa. Wydaje mi sie, ze jakbysmy
        sie rozstali (tfu tfu tfu... co mam nadzieje nie nastapi) to byloby widac
        najlepiej, ze to nie milosc...

        > ale jak widze jak ktos czule, z
        > troska zajmuje sie, bawi, opiekuje dzieckiem, to mysle, ze on/ona je kocha.

        U nas (w relacji facet-syn smile specjalnej czulosci nie ma i przyznam, ze czasem
        mi jej brakuje. Wolalabym zeby wzial czesem Malego na kolana, przytulil, bo
        widze, ze Malemu tego brakuje.
        Wydaje mi sie, ze mojemu ksieciu jest czasem zal Malego, bo widzial, jak sie
        miotal po tym, ja ojciec przestal go odwiedzac, byl z nami w tych najgorszych
        chwilach, widzial, jak Maly cierpial i jak przezywal.
        I czuje sie za nas odpowiedzialny w taki sposob, jakiego ja zupelnie do tej
        pory nie znalam, choc podobno to "normalny" sposob smile I rozpieszcza nas
        czasami smile

        > milosc to sama abstrakcja i latwo wycierac nia sobie usta... nie ukladajmy
        > jej
        > w szufladki: milosc macierzynska najlepsza, ojcowska troche gorsza,
        > ojczymowska ujdzie, a macoszasta do niczego wink to bzdura...

        Nie, w szufladki to raczej nie ukladajmy smile

        > ja wierze (widze, wiem), ze moj maz bardzo kocha naszego synka (nie jest jego
        > biologicznym ojcem), choc on tez tego nie deklaruje co 5 minut...

        Gratuluje Ci wyboru smile))) Dla mnie to jest bardzo optymistyczne, jak czytam
        takie slowa smile Moze i ja kiedys tak napisze???? Mam nadzieje, ze nie bede sie
        doszukiwac dziury w calym i kiedys zaufam, uwierze... smile
        Moze u nas to wszystko jeszcze za krotko trwa...

        Pozdrawiam
        • vialle Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 17.01.05, 14:45
          Pelago, wiesz co? Ja mysle, ze fakt iz Twoj Ksiaze przy takim "stazu" Waszego
          zwiazku nie deklaruje dozgonnej milosc do Twojego dziecka, to jest fakt
          pozytywny smile Taka deklaracja popelniona zbyt szybko bylaby wg mnie dowodem
          braku odpowiedzialnosci. Mysle, ze odpowiedzialny facet wchodzacy w zwiazek z
          kobieta, ktora ma dziecko, musi rozwazac swoja odpowiedzialnosc nie tylko za
          nia, ale i za dziecko. Bardzo jestem wdzieczna mojemu partnerowi za to, ze
          ostroznie dobieral slowa. Nie mowil, ze kocha moje dziecko - mowil, ze maly
          jest mu bliski, ze jest cudowny i rozczulajacy, okazywal uczucia poprzez swoj
          stosunek do dziecka - troszczyl sie o niego, bawil sie z nim, pocieszal go,
          tlukl sie na dywanie, byl anielsko cierpliwy, etc. Wiem, ze sam sie duzo
          zastanawial nad tym co czuje, jaka to jest relacja, kim moj synek jest w jego
          zyciu. Nic dziwnego - przeciez najpierw pokochal mnie zanim mial szanse poznac
          moje dziecko smile No i nie ma dzieci smile Rozmawialismy wielokrotnie, ze chcemy
          miec jeszcze dzieci, wieksza rodzine. Wiem, ze moj partner bardzo powaznie
          traktowal to, czy bedzie umial kochac oboje, zeby nie krzywdzic starszego innym
          traktowaniem (poza "normalnym" innym traktowaniem dzieci w rodzinie). To tez
          jest bardzo wazne dla faceta, ktory mysli odpowiedzialnie o swojej rodzinie.

          Teraz jak sie zastanawiam, to chyba do tej pory nie slyszalam - a moze raz -
          zeby mowil, ze kocha mojego synka. Ale rozplywa sie nad nim, ma swieczki w
          oczach kiedy maluch sie do niego przytula, przybiega kiedy sie przestraszy,
          pokazuje przywiazanie i zaufanie. Zajmuje sie nim niemal tak samo jak ja,
          niewiele obowiazkow jest zarezerwowanych dla mnie - i sadze ze to sa takie
          rzeczy, ktore sa po prostu "tylko dla mamy" na tym etapie zycia mojego synka.
          Roznica jest moze taka, ze moj partner jest cieplym i raczej wylewnym
          czlowiekiem - bardzo duzo przytula malego, obaj sa strasznymi "przylepcami".
          I mysle sobie, ze jesli do tej pory to nie jest milosc, to cos bardzo
          podobnego smile

          Moze z Twoim Ksieciem jest podobnie? Moze potrzebuje czasu aby byc pewnym co
          czuje, zeby Was nie oszukac pochopnym slowem? Taka relacja to rewolucja dla
          faceta, a uczucie ewoluuje, buduje sie. czasme trudniejszy moment uswiadamia
          nam, co do kogos czujemy. Mysle, ze u Was to sie rozwija w jak najlepszym
          kierunku! Sciskam za Was kciuki bardzo mocno.
          • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 17.01.05, 16:27
            Ciesze sie Vialle, ze Wam sie udalo stworzyc szczesliwa rodzine smile)
            To budujace smile)) A to wszystko co napisalas to bardzo madre slowa smile
            Pozdrawiam Cie serdecznie smile
    • iziula1 Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 21:30
      Wiesz Pelago byłam przed chwilą na Macochach i przeczytałam wątek-"ojciec czy
      ojczym"Sanny.Nie nastroił mnie optymistycznie.Zresztą mam dziś wisielczy humor.
      Ludzie się zmieniają a może to my nie dostrzegamy tych prawdziwych cech?Może
      łatwiej,wygodniej jest dopasować kogoś do własnych wyobrażeń?
      Nie rozważam zamążpójścia ale wiem jedno,jeśli memu dziecka działaby się
      krzywda ze strony mego partnera nie zawaham sie z nim rostać.Bez względu na
      konsekwencje.
      Tak dziś troche smutno i pesymistycznie,no cóż deszcz,deszcz i deszcz.
      • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 22:09
        iziula1 napisała:

        > Wiesz Pelago byłam przed chwilą na Macochach i przeczytałam wątek-"ojciec czy
        > ojczym"Sanny.Nie nastroił mnie optymistycznie.

        Tez czytalam i tez nie nastroil mnie optymistycznie sad((

        > Ludzie się zmieniają a może to my nie dostrzegamy tych prawdziwych cech?Może
        > łatwiej,wygodniej jest dopasować kogoś do własnych wyobrażeń?

        Nie wiem sad(( Ale chyba i troche sie zmieniaja i troche wierzymy w idealy...

        > Nie rozważam zamążpójścia

        A ja sie nie zarzekam ostatnio, choc nie w najblizszej przyszlosci raczej smile
        My spotykamy sie rok i wszyscy dookola pytaja sie mnie kiedy "cos" postanowimy,
        a dla nas to chyba jeszcze za wczesnie, nawet na decyzje o wspolnym
        zamieszkaniu. Ja chcialbym wlasnie przeswietlic go pod kazdym wzgledem smile
        Wydaje mi sie, ze im wiecej czasu sobie damy, zobaczymy sie w roznych zyciowych
        sytuacjach, tym miejsze prawdopodobienstwo rozczarowan pozniejszych bedzie.
        Oczywiscie dopiero zamieszkanie razem da pelniejszy obraz, ale na razie sobie
        jeszcze "poprzeswietlam" smile

        > ale wiem jedno,jeśli memu dziecka działaby się
        > krzywda ze strony mego partnera nie zawaham sie z nim rostać.Bez względu na
        > konsekwencje.

        Na dzien dzisiejszy mysle tak samo jak Ty, ze nie zawahalabym sie rozstac...
        Mam jednak nadzieje ze nie bede musiala nigdy stanac przed takim dylematem...

        > Tak dziś troche smutno i pesymistycznie,no cóż deszcz,deszcz i deszcz.

        Jutro bedzie lepiej smile))) Musi byc lepiej wink))

        Pozdrawiam
        • iziula1 Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 22:15
          Dziekuje.Mam dzis małe smuteczki i dobre słowo na wage złota.
          Słodkich snów!
          • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.06.04, 22:31
            iziula1 napisała:

            > Dziekuje.

            Po to tu jestesmy, zeby sie wspierac miedzy innymi smile)))

            > Mam dzis małe smuteczki i dobre słowo na wage złota.

            Wypij sobie lampke dobrego winka, lub koniaczku, pomysl o czyms milym, moze o
            wakacjach smile Takie rzeczy jak praca sa wazne dla samodzielnych (i nie tylko),
            ale nie najwazniejsze. Wazne jest zdrowie i dobre samopoczucie Twoje i
            dziecka smile
            Dla mnie wazny jest dzien bez ataku furii u Mlodego smile Dzien kiedy dzwoni moj
            ksiaze z bajki (a to prawie codziennie wink, kiedy przyjezdza (niestety tylko w
            weekendy), dzien kiedy nie musze klocic sie z otoczeniem smile)))
            I sama nie wiem skad bierze sie we mnie w ostatnich dniach tyyyyyle optymizmu,
            bo z natury jestem urodzona pesymistka wink

            > Słodkich snów!

            I wzajemnie smile Z rozowym paseczkiem wink))))))))

            Pozdrawiam serrrdecznie
            • nooleczka Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 16.06.04, 14:40
              pelaga napisała:

              > I sama nie wiem skad bierze sie we mnie w ostatnich dniach tyyyyyle
              optymizmu,
              > bo z natury jestem urodzona pesymistka wink
              >
              Jest wiosna a zaraz będzie lato, i jesteś zakochana smile
              To chyba wystarczające powody do bycia szczęśliwym smile
              • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 16.06.04, 14:53
                nooleczka napisała:

                > Jest wiosna a zaraz będzie lato, i jesteś zakochana smile

                Mam nadzieje, ze lato bedzie jednak w tym roku, no i ze zakochanie mi nie
                minie smile))))))))))))))))

                > To chyba wystarczające powody do bycia szczęśliwym smile

                Chyba tak smile))))

                Pozdrawiam serrrdecznie wink)
                • gosza26 Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 14.01.05, 16:48
                  pelaga napisała:

                  >
                  > bo z natury jestem urodzona pesymistka wink
                  >
                  -----------------------------
                  • pelaga Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 14.01.05, 18:10
                    > Ja czesto powtarzam ,że to Młody mnie pierwszy zaadoptowałsmile

                    Bardzo mi sie spodobal ten tekst smile)) Mysle, ze moje dziecko tez juz
                    zaadoptowalo mojego partnera, boje sie, czy w druga strone dziala to tak samo.
                    Faceci sie dobrze dogaduja, ale nie wiem, jak byloby, gdybysmy mieli razem
                    zamieszkac. Dlatego na razie sie nie spiesze smile
                    Pozdrawiam
                    • gosza26 Re: "Ojczym" a dziecko - uklady (b. dlugie) 15.01.05, 11:38
                      pelaga napisała:
                      Mysle, ze moje dziecko tez juz
                      zaadoptowalo mojego partnera, boje sie, czy w druga strone dziala to tak samo.
                      -----------------------------
Pełna wersja