czy walczyłyście o ratowanie rodziny?

12.07.12, 23:23
Witam Samodzielne Mamy,
Z dużym zainteresowaniem przeglądam Wasze forum i zauważyłem, że w jednym z wątków poruszono kwestię strasznie mi bliską, a mianowicie odejście partnera po urodzeniu dzieci.

madmaddie90 forum.gazeta.pl/forum/w,571,137064690,137343006,Re_Dlaczego_nie_mozna_nam_dogodzic_.html
pisze: “Jeśli ktoś po narodzinach dziecka, a wielu latach życia z kimś w małżeństwie nagle dochodzi do wniosku, że się pomylił, to najczęściej nie jest to problem związku ani tej kobiety tylko faceta. Ja uważam, że człowiek dojrzały najpierw stara się sytuację jakoś ratować, próbować wyleczyć, czasem sie zdarzy, że się nie uda, ale przynajmniej był jakiś wysiłek”.

Ja miałem akurat sytuację odwrotną… na szczęście czas już dawno wyleczył rany. Mimo upływu lat wciąż zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że kobieta z trójką małych dzieci zniszczyła małżeństwo i skrzywdziła własne dzieci bez jakiejkolwiek próby ratowania tego, bez żadnego wysiłku?

Psycholog u której układaliśmy plan wychowawczy za głowę się złapała, że chcemy się rozstać. Szybko zdiagnozowała nasze problemy i chciała nam przeprowadzić terapię, ale z jej strony było twarde „nie”.

Nieraz słyszę opowieści o ciężkiej walce o utrzymanie rodziny – są to naprawdę wzruszające historie, przykłady miłości, oddania i poświęcenia. Gdzieś pozostaje żal…

Dlatego mam pytanie skierowane do mam, które odeszły od swoich mężów, czy wcześniej walczyłyście o ratowanie związku? Jeśli tak, to co zrobiłyście? Jeśli nie, to dlaczego? Chętnie posłuchałbym Waszych doświadczeń i spojrzał na problem od drugiej strony.

Pozdr.
T
    • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 07:39
      A jak myślisz, dlaczego żona chciała się rozstać? Dlaczego odeszła mając małe dzieci? A dlaczego twierdzisz, ze skrzywdziła dzieci? Zostawiła je na pastwę losu?
      To nie jest tak, że ty po wielu latach zrozumiałeś o co chodzi? Ale pewnie niestety znacznie za póżno. Nie ma rozstania bez przyczyny - partner nie tak się zachowuje, taki a nie inny charakter, a może ktoś trzeci. Tu można byłoby wiele wymieniać. Niestety.
      Ja np. "uratowałam" syna odchodząc, na pewno nie skrzywdziłam tym, że nie miał ojca na co dzień. Była walka o utrzymanie związku, rodziny, nie udało się - zdecydowanie wina eksa, ale tu już po prostu nie chcę się rozpisywać. Jest to dla mnie rozdział zamknięty.
      • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 08:27
        gosiamamaeryka1 napisała:

        > A jak myślisz, dlaczego żona chciała się rozstać? Dlaczego odeszła mając małe d
        > zieci?

        Wiem, co było nie tak między nami, ale w opinii mojej i jej psycholog to BYŁO do uratowania w swoim czasie. I właśnie chodzi mi o to jak można nie podjąć żadnego wysiłku aby tego spróbować? Zwłaszcza, że przed dziećmi, przez wiele lat byliśmy bardzo udanym małżeństwem. Dzisiaj też patrzę na to bez emocji, ale nie mogę zrozumieć.

        > A dlaczego twierdzisz, ze skrzywdziła dzieci? Zostawiła je na pastwę losu?

        Dziewczyno... Co za pytanie? Dlatego, że dzieci są jednakowo silnie związane z nami. Były w 3 poradniach pedagogiczno-psychologicznych i to wychodzi czarno na białym, jak cierpiały....
        • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 08:30
          > > A dlaczego twierdzisz, ze skrzywdziła dzieci? Zostawiła je na pastwę losu

          bo widziałem ich rozpacz, zagubienie i łzy...
          Z pewnością marzeniem każdego dziecka jest dorastać w rodzinie dysfunkcyjnej... żenua!
          • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 08:33
            No widzisz, a marzeniem mojego dziecka nie było się wychowywać w domu, gdzie króluje przemoc i inne dysfunkcje. Nie wiemy, co było przyczyną waszego rozstania, więc nie będziemy mogli stwierdzić, że masz rację, czy też jej nie masz. To że byłeś/jesteś dobrym ojcem, niestety nie jest równoznaczne tym, że byłem dobrym mężem/partnerem/przyjacielem.
            • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 14:28
              gosiamamaeryka1 napisała:

              > No widzisz, a marzeniem mojego dziecka nie było się wychowywać w domu, gdzie kr
              > óluje przemoc i inne dysfunkcje.

              Rozumiem. Dla jasności - ja nie jestem zwolenikiem bycia z kimś za wszelką cenę, czasem nie ma innego wyjścia jak rozwód. Nie rozumiem natomiast sytuacji rezygnacji bez żadnej walki i właśnie o to pytam.

              U mnie nie było żadnego alkoholu i przemocy. Ale znam dziewczynę, która była w podobnej sytuacji co Ty i to własnie jej opowieść o heroicznej, dwuletniej walce strasznie mnie wzruszyła... Z facetem nie dało się nic zrobić i odejście było jedynym wyjściem, ale wcześniej zrobiła wszystko, co tylko możliwe, żeby się tak nie stało. I właśnie to mi niesamowicie imponuje i pozwala jeszcze wierzyć w sens związków...
              • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 22:41
                Taaa, dwa lata walki i już imponuje. Miesiąc walki już jest gorszy? A ile te dwa lata kosztowały tą twoją znajomą? Nerw, stresu, kasy, sił itd. itp.???????????
                Nie da się porównać jakiejkolwiek walki u każdej z nas. Każda sytuacja jest inna, każdy eks jest inny, my same jesteśmy inne i nasze całe życie. Nie powiem, ile czasu walczyłam, ale straciłam przez to wszystko. Gdybym była mądrzejsza odeszłabym znacznie wcześniej. Człowiek zakochany niestety myśli inaczej, jeszcze wierzy itp. sad
                • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 23:16
                  gosiamamaeryka1 napisała:

                  > Taaa, dwa lata walki i już imponuje. Miesiąc walki już jest gorszy? A ile te dw
                  > a lata kosztowały tą twoją znajomą? Nerw, stresu, kasy, sił itd. itp.??????????
                  > ?

                  Życie to nie allegro, tu się nie licytuje. Przeczytaj ze zrozumieniem o co mi chodzi. Z całą pewnością nie o gradację zasług. Chodzi o to, że znajoma zrobiła wszystko co mogła dla ratowania swojej rodziny, a exa nic.
                  • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 23:34
                    Skąd wiesz, co robiła znajoma, a co jej mąż? Całodobowo byłeś z nimi? Nie możesz tego oceniać, bo nie znasz sytuacji i nigdy niczego nie będziesz pewny.


                    to własnie jej opowieść o heroicznej, dwuletniej walce strasznie mnie wzruszyła...
                    no chyba jednak cie zrozumialam dobrze smile zaimponowala ci 2letnia walka

                    • miaowi Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 10:03
                      Ja bym się raczej zastanowiła, ile przez te dwa lata przeszło/ naoglądało się dziecko.
                      Nie sądze, żeby to pozostało bez wpływu na psyche. Mozna walczyć, można we własnym (i innych uznaniu) wyjść na bohatera ("patrz ile ona walczyła"). Ale trzeba pamietać, że dziecko to nie juest eksperyment na żywym organiźmie. Ono też uczestniczy w tej walce, patrzy, widzi brak szacunku, przemoc w domu. W tej sytuacji bardziej rozumiem osobę, która po miesiącu się zwija i ucieka zamiast ryć dzieciom beret przez dwa lata, a potem przez kolejne parę tułać się po psychiatrach.
                • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 23:17
                  gosiamamaeryka1 napisała:

                  > Taaa, dwa lata walki i już imponuje. Miesiąc walki już jest gorszy? A ile te dw
                  > a lata kosztowały tą twoją znajomą? Nerw, stresu, kasy, sił itd. itp.??????????

                  Życie to nie allegro, tu się nie licytuje. Przeczytaj ze zrozumieniem o co mi chodzi. Z całą pewnością nie o gradację zasług. Chodzi o to, że znajoma zrobiła wszystko co mogła dla ratowania swojej rodziny, a exa nic.
          • angazetka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 09:22
            O ile wiem, to rozwody służą m.in. temu, by dzieci NIE dorastały w rodzinach dysfunkcyjnych.
            • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 14:35
              angazetka napisała:

              > O ile wiem, to rozwody służą m.in. temu, by dzieci NIE dorastały w rodzinach dy
              > sfunkcyjnych.

              Być może ten termin jest skojarzony z zachowaniami patologicznymi. Dla mnie rodzina rozbita to też jest rodzina dysfunkcyjna... Dzieci mają rodzinę (ojca i matkę) ale nie funkcjonuje to normalnie, czyli jest dysfunkcja...
              • angazetka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 15:29
                Rodzina pełna, w ktorej nie ma miłości, szacunku, zrozumienia potrzeb innych, też jest dysfunkcyjna. Do tego nie trzeba patologii w potocznym rozumieniu.
        • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 08:32
          A skąd mam znać waszą sytuację i wiedzieć, czy dzieci to wszystko odreagowały? W niektórych przypadkach o wiele lepiej jest odejść i żeby dzieci były na co dzień tylko z jednym rodzicem. Ty twierdzisz i psycholog, że sytuacja była do uratowania. A obstawiam, że twoja żona myślała i wiedziała, że wręcz przeciwnie. Nie wiemy, o co dokładnie wam poszło, więc nie napiszę, że ty czy żona mieliście rację. Obstawiam jednak, że żona miała ewidentny powód, żeby jednak nie podejmować próby walki o wasz związek. Może wczesniej próbowała? Bez psychologa, a ty nie chciałeś? No nie wiem, możemy tu gdybać i zgadywać. Jakiś powód tego był i tyle.
          • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 08:54
            gosiamamaeryka1 napisała:

            > W niektórych przypadkach o wiele lepiej jest odejść i żeby dzieci były na co dz
            > ień tylko z jednym rodzicem.

            Na szczęście nie są!!! Moje wcześniejsze zaangażowanie w wychowanie dzieci przyniosło plony w postaci opieki naprzemiennej smile

            > Może wczesniej próbowała? Bez psychologa, a ty nie chciałeś?

            Nie było takich prób i to jest właśnie sednem sprawy. Z drugiej strony jej najbliższa przyjaciółka powiedziała, że przez wiele lat ona była we mnie zapatrzona jak w Boga... To co miałem zmieniać?

            • guderianka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 13:31

              Z drugiej strony jej najb
              > liższa przyjaciółka powiedziała, że przez wiele lat ona była we mnie zapatrzona
              > jak w Boga... To co miałem zmieniać?


              Tak samo patrzyć na nią.
              A tak..ideał sięgnął bruku a tego żadna walka o związek już nie uratuje..
              • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 14:39
                Hymm... Dlaczego Twój post pojawia się rano, ja na niego odpowiadam, a potem wyskakuje jeszcze raz po południu???
                • guderianka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 19:09

                  Naprawiłam swój mały bląd wink
    • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 09:23
      guderianka napisała:

      > Tak samo patrzyć na nią.
      Ale ja też tak ją postrzegałem.

      > A tak..ideał sięgnął bruku a tego żadna walka o związek już nie uratuje..
      Mam inne podejście do rozwiązywania problemów niż ucieczka przez nimi... Kiedyś, gdzieś przeczytałem:

      "Rozwód bardzo często bywa drogą na skróty, pójściem na łatwiznę. Bo małżeństwo wymaga pracy nad związkiem, czasu dla drugiego człowieka, trudu, by go zrozumieć. Wymaga uczenia się komunikowania z partnerem i rozwiązywania konfliktów. To trudne. Najłatwiej odwrócić się na pięcie i odejść.

      Ps. parafrazując Twój wpis w stopce powiedziałbym raczej, że powiniśmy nauczyć się ROZMAWIAĆ jak ludzie...
      • kajda28 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 10:41
        > "Rozwód bardzo często bywa drogą na skróty, pójściem na łatwiznę. Bo małżeńs
        > two wymaga pracy nad związkiem, czasu dla drugiego człowieka, trudu, by go zroz
        > umieć. Wymaga uczenia się komunikowania z partnerem i rozwiązywania konfliktów.
        > To trudne. Najłatwiej odwrócić się na pięcie i odejść.


        Ja długo mówiłam co mnie boli, i cholernie trudno mi było dalej funkcjonować po kolejnym zranieniu. Ja mówiłam, on przytakiwać, obiecywał, płakał. I w końcu poszłam na skróty, odeszłam, choć on mnie bardzo kochał - okazało się później że trochę chorą miłością, jednakże bardzo mocną. Moją miłość regularnie skutecznie zabijał. W którymś momencie następuje koniec - i nie ma już później odwrotu.
        Wszyscy walczą, może nie każdy książkowo , ale każdy walczy o swoje szczęście.
        • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 14:41
          kajda28 napisała:

          > Ja długo mówiłam co mnie boli, i cholernie trudno mi było dalej funkcjonować po
          > kolejnym zranieniu. Ja mówiłam, on przytakiwać, obiecywał, płakał. I w końcu p
          > oszłam na skróty, odeszłam, choć on mnie bardzo kochał

          Wiele wskazuje na to, że jednak nie poszłaś całkowicie na skróty, jednak próbowałaś coś robić.
          • kajda28 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 10:37
            > Wiele wskazuje na to, że jednak nie poszłaś całkowicie na skróty, jednak próbow
            > ałaś coś robić.

            Ale przecież nie było terapii, nie było poważnych rozmów - głównie ze względu na to że on nie umie tak rozmawiać. Więc fachowo oceniając nie walczyłam o ten związek, powiedziałam kilka razy koniec, nie poskutkowało więc skończyłam na prawdę.
            Pewnie w większości związków tak jest. Z ojcem moich dzieci było podobnie, walczyłam parę miesięcy, i znowu przyszedł kryzys którego nie byłam w stanie przeskoczyć. Dochodzę do pewnego momentu , gdzie się staram i walczę - tak jak umie, a później już nic nie jest wstanie powstrzymać mnie od odejścia.
    • lilith76 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 10:18
      Moja przyjaciółka odeszła tak właśnie, z idealnego, cudownego małżeństwa pozostawiając męża w rozpaczy, pragnącego wszystko ratować, naprawiać. W opinii otoczenia jest rozkapryszoną, niedojrzałą kobietą.
      Tyle, że ja wcześniej od kilku lat ją wysłuchiwałam. Nie była szczęśliwa, próbowała rozmawiać, próbowała coś zrobić, odbijała się od ściany. Gdy złożyła pozew, wszystko już wygasło, umarło, mąż był dla niej obcym człowiekiem. Jego próby naprawy nic już pomóc nie mogły.
      Zapewne, gdyby 3-4 lata wcześniej złożyła pozew, gdy jeszcze były w niej jakieś uczucia, emocje, miłość i spotkała się z propozycją terapii, to byłaby szczęśliwa i małżeństwo dałoby się uratować. Tylko, że zamiast pozwu składała propozycje naprawy.
      Są partnerzy, na których dopiero wizja rozstania działa jak silny motyw do pracy nad związkiem. Ale są też partnerzy, którzy - najczęściej słusznie - rozstanie widzą jako ostatni etap w próbach poradzenia sobie z sytuacją.
      • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 14:51
        To chyba najtrafniejszy opis mojej sytuacji... Tylko exa nikomu, niczego nie mówiła. Wszystko dusiła w sobie, aż było za późno.

        Czy nie uważacie, że takie zachowanie też jest przejawem braku dojrzałości emocjonalnej? Porównałbym to do jazdy samochodem w którym coś szumi w kole. Szum delikatnie zawadza, ale jedzie się dalej, potem szum przechodzi w stukot, ale jazda jest kontynuowana, następnie stukot przeradza sie w wibracje i wycie, ale jakoś to będzie... W końcu koło się urywa, następuje katastrofa i już niczego nie można zrobić... Tylko czy odpowiedzialnym zachowaniem dorosłego człowieka jest doprowadzenie do takiej sytuacji???
        • nandita_7 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 15:19
          > "Rozwód bardzo często bywa drogą na skróty, pójściem na łatwiznę. Bo małżeństwo wymaga pracy nad związkiem, czasu dla drugiego człowieka, trudu, by go zrozumieć. Wymaga uczenia się komunikowania z partnerem i rozwiązywania konfliktów. To trudne. Najłatwiej odwrócić się na pięcie i odejść.

          To bardzo bolesna prawda. Jedna osoba złamanego związku nie naprawi.
        • danaide Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 20:45
          Mój eks też nie mówił. Najczęściej potakiwał. I to on odszedł.

          Z całej Twojej historii zapamiętałam dwa elementy: że mieliście za sobą wiele lat szczęśliwego małżeństwa przed dziećmi i że mieliście trójkę dzieci. Dla mnie pojawienie się jednego dziecka było rewolucją, trójka by mnie dobiła=) Postrzegam tę sytuację przez pryzmat własnej osoby, coś się miało, coś się straciło, pytanie na ile bezpowrotnie - przede wszystkim wolność, samotność, przestrzeń wyłącznie osobistą - Twoja eksa - także Ciebie tylko dla siebie. Ja po dwóch latach samotnego macierzyństwa przy trzyletnim dziecku wywalczyłam sobie już całkiem sporą przestrzeń - ale przy trójce nie byłoby mi tak łatwo. Znam zresztą dwa małżeństwa z długoletnim stażem, dziećmi, szczęśliwe - w obu pomoc rodziny, pań do dzieci i pań do sprzątania (tak, tak) oraz z tego co widzę jakieś nierezygnowanie z siebie gwarantują, że (chyba dobrze) to funkcjonuje. Kobiety (niektórzy faceci też?) chyba tak mają: robią coś, bo tak trzeba, a w środku coś wyje. A potem coś pęka. Bezpowrotnie.

          Nie wiem czy to kwestia niedojrzałości. Nieumiejętność rozmawiania o swoich potrzebach. Nieumiejętność rozpoznania swoich potrzeb. Na pewno jest to problem.
          • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 22:36
            Rewolucja to mało powiedziane, zwłaszcza, że między żadną nie ma nawet dwóch lat różnicy.

            Z całą pewnością masz rację w sprawie rezygnacji z siebie – wygląda na to, że to co zrobiłem to był błąd. Ona nigdy nie pracowała, nigdy nie zastanawiała się skąd bierze się cash, gosposia 5x w tygodniu ugotowała i wysprzątała, starsze dzieci w przedszkolu, więc co jej zostawało? Nuda… totalna nierównowaga w zajęciach. Ja zapier… jak osioł, a jak wracałem do domu to przejmowałem opiekę nad dziećmi, żeby ją odciążyć… Nie było już czasu dla nas. Tym bardziej się dziwię, że właściwie niewiele robiąc nie znalazła czasu na to, żeby zająć się spajaniem rodziny…

            danaide napisał(a):

            > Ja po dwóch latach samotnego macierzyństwa przy trzyletnim dziecku wywalczyłam sobie już całkiem sporą przestrzeń - ale przy trójce nie byłoby mi tak łatwo.

            To nie do końca jest tak – o ile z małymi dziećmi to jest kierat, to ze starszymi już to tak nie wygląda. Teraz zdecydowanie, zdecydowanie lepiej mi się funkcjonuje z całą trójką (5-7-9) niż z jedną. Oczywiście czasu dla siebie nie ma, ale szczerze mówiąc, to wolę go nie mieć. Wtedy przynajmniej nie mam czasu na myślenie, wnikanie i tworzenie nonsensownych wątków jak ten…
            • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 22:45
              Ty miałeś siebie, pracę, towarzystwo, dom i rodzinę na chwilę. Nic dziwnego, że żona pewnie czuła się jak piąte koło u wozu i odeszła sad Coś przegapiłeś sad Na pewno żona dawała znać, jednak nie widziałeś tego, bądź nie chciałeś widzieć.
              • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 23:33
                gosiamamaeryka1 napisała:

                > Ty miałeś siebie, pracę, towarzystwo, dom i rodzinę na chwilę. Nic dziwnego, że
                > żona pewnie czuła się jak piąte koło u wozu i odeszła sad Coś przegapiłeś sad Na
                > pewno żona dawała znać, jednak nie widziałeś tego, bądź nie chciałeś widzieć.

                Powtórzę poraz kolejny - nie chodzi mi o zrozumienie przyczyn odejścia, bo te już mniej więcej znam. Chodzi mi o zrozumienie postawy kiedy niczego się nie robi dla ratowania małżeństwa, kiedy jeden z partnerów czuje, że coś go w zwiazku uwiera?

                Twierdzisz, że dawała znać, jednak ja tego nie widziałem, albo nie chciałem widzieć. Ale czy nie uważasz, że obowiązkiem osoby, która chce coś ważnego przekazać jest upewnienie się, że została zrozumiana? Wiesz, faceci trochę inaczej odbierają komunikaty kobiet i odwrotnie (doskonale opisane jest to w "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus). Jeżeli samemu się nie potrafi o tym rozmawiać, wyrazić tego, to wszędzie mamy dziesiątki poradni małżeńskich. Wystarczy pójść... tak mało...
            • danaide Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 08:04
              No i mamy kolejne puzzle do układanki

              > Z całą pewnością masz rację w sprawie rezygnacji z siebie – wygląda na to
              > , że to co zrobiłem to był błąd. Ona nigdy nie pracowała, nigdy nie zastanawiał
              > a się skąd bierze się cash,

              dlaczego tak mówisz? Przecież to nie dziecko, które wie, że pieniądze wypadają z dziury w ścianie na ulicy. Doskonale wiedziała - z pracy, która jest dla Ciebie ważna, w której spędzasz kupę czasu.

              gosposia 5x w tygodniu ugotowała i wysprzątała, sta
              > rsze dzieci w przedszkolu, więc co jej zostawało? Nuda… totalna nierówno
              > waga w zajęciach.

              Czyli wolność dla siebie miała. Twierdzisz, że jeśli kobieta nie zajmuje się domem (gosposia) czy dziećmi (przedszkole) to pozostaje nuda... Jeśli było tak w Waszym wypadku, to cóż, może są takie kobiety dla których facet i czas tylko i wyłącznie z facetem to sens życia, bo innego pomysłu na życie i siebie nie ma. Jeśli tak było, to widzisz, że jej to zabrałeś. Zresztą sam odpowiedz sobie na pytanie o wieczory, weekendy, wakacje - czas z rodziną czy czas wyłącznie z żoną. Czas, w którym małżonkowie z dziećmi pozbywają się dzieci (wszystkich!) choćby na parę godzin w tygodniu - bezcenne.

              Ja zapier… jak osioł, a jak wracałem do domu to przejmo
              > wałem opiekę nad dziećmi, żeby ją odciążyć… Nie było już czasu dla nas. T
              > ym bardziej się dziwię, że właściwie niewiele robiąc nie znalazła czasu na to,
              > żeby zająć się spajaniem rodziny…

              Spajaniem rodziny? A może dla niej rodzina to byłeś przede wszystkim Ty, może chciała dzieci, bo Ty chciałeś dzieci. Może nie chciała spajania rodziny, tylko spajania związku, ale dla Ciebie ważne były praca i dzieci, a ona czuła, że poszła w odstawkę.

              Przepraszam, że nie będąc psychologiem bawię się w psychologa. Robię to, bo sama jestem kobietą, która wiele lat spędziła na wolności. Będąc w związku próbowałam się dostosować, zgodziłam się na dziecko, choć to nie był mój pomysł. Ale gdy zostałam sama poczułam pętlę zaciskającą się na mojej szyi. Od dwóch lat pracuję nad jej rozluźnieniem, nad przepracowaniem mojego nastawienia, by moje życie z dzieckiem było dla nas obu jak najszczęśliwsze. Mam tysiąc pomysłów na spędzenie czasu bez dziecka. Twoja żona miała chyba tylko jeden. Z Tobą. Może za długo czekała. Nie wiem czy wiesz jak uporała się w swojej głowie z upływem czasu, zmianą fizyczną, seksualnością, starzeniem. Może zwyczajnie przestała Cię kochać. A dzieci - chciała je czy chciała je dla Ciebie? Najstarsze dziecko ma 9 lat? Miała dużo czasu na myślenie. I pewnie brak nadziei na poprawę z Twojej strony.
              • guderianka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 08:23
                Nie było już czasu dla
                > nas. T
                > > ym bardziej się dziwię, że właściwie niewiele robiąc nie znalazła czasu n
                > a to,
                > > żeby zająć się spajaniem rodziny…



                Zabrzmiało to tak, jak gdyby żona, która pracuje lepiej spajała rodzinę niż ta, która nie pracuje. A przecież sam wiesz, że nie zależy to od czasu jaki się posiada ale emocji i chęci. Napisałes wyżej o komunikacji. Może żona dawała Ci komunikaty ale Ty ich nie rozumiałeś, porozumiewaliście się innym kodem. Ja wiem, że mężczyznom nalezy mówić w sposób jasny i konkretny, wielkimi literami ale tego trzeba się nauczyć, to nie przychodzi ot tak. Czy zawsze tak bylo że żona nie pracowała-przy pierwszym dziecku, przy drugim ? Jak było przed dziećmi ? Dogadywaliście się bez problemu ?

                Wracając do pytania tytułowego-czy może byc tak, że żona ma kogoś innego ? Bo ot tak, bez ratowania związku odchodzi się albo do drugiego związku i żadne siły nie sprawią ,że chce sie walczyc o ten upadający albo....nie kocha Cię-i wtedy też szans nie ma..
                • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 09:53
                  Napisałes wyżej o komunikacji. Może żona dawała Ci ko
                  > munikaty ale Ty ich nie rozumiałeś, porozumiewaliście się innym kodem. Ja wiem,
                  > że mężczyznom nalezy mówić w sposób jasny i konkretny, wielkimi literami ale t
                  > ego trzeba się nauczyć, to nie przychodzi ot tak.

                  Być może tak było. Jeśli jednak chcesz coś przekazać drugiej osobie to powinno się to zrobić w taki sposób, aby odbiorca to rozumiał. W pracy jak się chcę porozumieć z obcokrajowcem nie mówiącym po ang. to biorę tłumacza, a nie negocjuję na migi. W życiu emocjonalnym też jest pełno takich tłumaczy - poradni psychologicznych...


                  Czy zawsze tak bylo że żona n
                  > ie pracowała-przy pierwszym dziecku, przy drugim ? Jak było przed dziećmi ? Dog
                  > adywaliście się bez problemu ?

                  Przed próbowała znaleźć pracę, ale nie wychodziło to jej. Potem była świadoma decyzja, że będzie trójka co dwa lata i to wykluczało pracę. Jak napisałem wcześniej ona pochodzi z bardzo konserwatywnej rodziny i sama wybrała taki model.


                  > Wracając do pytania tytułowego-czy może byc tak, że żona ma kogoś innego ? Bo o
                  > t tak, bez ratowania związku odchodzi się albo do drugiego związku i żadne siły
                  > nie sprawią ,że chce sie walczyc o ten upadający albo....nie kocha Cię-i wtedy
                  > też szans nie ma..

                  Czy się odchodzi do kogoś innego czy zwyczajnie nie ma znaczenia - wtedy już raczej niczego się nie czuje do drugiej osoby. Miłość jednak nie wygasa z godziny na godzinę, jej rozpad to długi proces. Mi chodzi o to, jak można nie próbować tego ratować?
                  • guderianka Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 10:01

                    By skorzystać z poradni trzeba czuć taką potrzebę. Skoro ona jej nie czuła, bo nie zależało jej na Tobie-to po co "zawracać sobie głowe". Poza tym pisałeś, że jest z rodziny konserwatywnej-może poradnia nie jest wg niej dobrym sposobem na porozumienie z własnym meżem, a skoro ona nie potrafi sie z nim dogadac/on z nia-to jak ma pomóc obcy czlowiek .

                    Miłość jednak nie wygasa z godziny
                    > na godzinę, jej rozpad to długi proces. Mi chodzi o to, jak można nie próbować
                    > tego ratować?


                    Nie masz racji,. Czasami coś sie tli i nagle wybucha, czasami płomień dogasa pomału. Nie ma reguły,
                    Może po prostu ją spytaj ; dlaczego nie chciałaś ratować małżeństwa ?
              • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 09:40
                > Doskonale wiedziała - z pracy, która jest dla Ciebie ważna, w której spędzasz kupę czasu.

                Nie zupełnie, nie spędzam kupy czasu w pracy, staram się kończyć jak większość ludzi ok 17.00. Znam wielu facetów, którzy wolą posiedzieć w pracy niż wrócić do obowiązków domowych, ale to nie ja.

                > Czyli wolność dla siebie miała. Twierdzisz, że jeśli kobieta nie zajmuje się do
                > mem (gosposia) czy dziećmi (przedszkole) to pozostaje nuda...

                I do tego nie pracuje... Tak, takie mam wrażenie, że zabrakło jej obowiązków. Widzisz, pani pracująca u mnie w domu jest na nogach codziennie od 6.00 do 24.00. Ma trójkę dzieci, w tym najmłodsze niepełnosprawne. Przez cały rok wozi je do szkoły 2x 35km. Kiedy dziecko jest w szkole i ma też te swoje zajęcia pracuje u mnie. Potem wraca pędem do domu zająć się starszymi i domem. Mąż przy tym to pan i władca - wraca z pracy i nie tknie palcem - nie ma mowy, żeby zajął się dziećmi, lekcjami, coś ugotował, no way! Starsze dzieci też tak sobie ułożyła, że nie pomagają - mają się wyłącznie uczyć. Ale ta pani, mimo, że każdego dnia zapie... jak dziki osioł jest najbardziej pogodną i zadowoloną z życia osobą jaką znam. Ona też stwierdziła, że eksie z nudów odbiło...

                > Czas, w którym małżonkowie z dziećmi pozbywają się dzieci (wszystkich!) choć
                > by na parę godzin w tygodniu - bezcenne.

                W 100% się zgadzam. Niestety tego zabrakło. Ale wiedz, że podrzucić komuś w rodzinie jedno dziecko jest łatwo, trójkę małych to praktycznie niemożliwe...


                > Spajaniem rodziny? A może dla niej rodzina to byłeś przede wszystkim Ty, może c
                > hciała dzieci, bo Ty chciałeś dzieci.

                Nie. Ona pochodzi z bardzo konserwatywnej, wielodzietnej rodziny, gdzie jest tradycyjny podział ról, kobieta zajmuje się domem, a facet pracuje. Mi to się nie zbyt podobało, ale... Trójka została ustalona jeszcze przed ślubem i każde dziecko zostało poczęte świadomie.


                > Od dwóch lat pracuję nad jej rozluźnieniem, nad przepracowaniem mojego nastawienia, by moje życ
                > ie z dzieckiem było dla nas obu jak najszczęśliwsze. Mam tysiąc pomysłów na spę
                > dzenie czasu bez dziecka. Twoja żona miała chyba tylko jeden. Z Tobą. Może za d
                > ługo czekała. Nie wiem czy wiesz jak uporała się w swojej głowie z upływem czas
                > u, zmianą fizyczną, seksualnością, starzeniem. Może zwyczajnie przestała Cię ko
                > chać.

                Pewnie nie dała sobie z tym rady. Ale to był proces trwający kilka lat i zakończył się wygaśnięciem miłości. To co mnie właśnie najbardziej zastanawia, to nie dlaczego się tak dzieje, tylko dlaczego niczego nie zrobiła, gdy zaczęło ją to uciskać?

                Ja też nie czułem się w tym dobrze, trójka dzieci w zbliżonym wieku jednak trochę nas przerosła... Ale wiedziałem, że ten trudny okres minie i potem zyskamy czas dla siebie. Dzisiaj zajmuję się w 50% dziećmi, normalnie pracuję i nie jest to nic nadzwyczajnego. Wychowywanie podrośniętych dzieci jest dużą frajdą, a nie tylko obowiązkiem.
                • danaide Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 12:18
                  > I do tego nie pracuje... Tak, takie mam wrażenie, że zabrakło jej obowiązków. W
                  > idzisz, pani pracująca u mnie w domu jest na nogach codziennie od 6.00 do 24.00

                  Nie wiem czy się rozumiemy. Praca, dzieci, to obowiązki. Fajnie jeśli pokrywają się z samorealizacją. Ale nie muszą. Pytanie do Ciebie, nie musisz odpowiadać na forum - jak samorealizowała się Twoja żona? Bo wg mnie to w byciu żoną męża (a nie matką dzieci), a na to, jak przyznajesz, nie starczało Wam czasu.

                  Próbować szukać pracy, nie znaleźć i poddać się, bo dom dzieci nie oznacza, że akceptuje się ten stan. Ona wyszła z domu z pewnym skryptem, być żoną męża, matką dzieci, szczęśliwą. Wierzyła w to, ale nie wiem czy czuła, że jej to wychodzi, dobrze wychodzi, może nie dość dobrze, a może czasy się zmieniła i nie chciała już tego, ale nie potrafiła przyznać. Dlaczego ludzie nie rozmawiają o potrzebach? Bo się ich tego nie uczy. Uczy się obowiązków, norm, powinności, wypada nie wypada. Zadaj sobie na nowo pytania, które jej stawiałeś i odrzuć odpowiedzi, które dostawałeś jako błędne, skoro odeszła. I znajdź je na nowo.

                  Co do tej Pani, która pracowała u Was. Chapeau bas, miałam taką jakby sygnaturkę, a to jest klucz do wielu problemów - komfort zabija kreatywność. U mnie eks też nie mówił i: nie pracował, więc szukał pracy przez internet,wstawał między 13 a 17, miał dwa stałe obowiązki - wykąpać małą i zrobić wieczorem obiadokolację, inne negocjowałam, ale albo robiłam w końcu sama, albo musiałam razem z nim i, siłą rzeczy, dzieckiem (zakupy).

                  > W 100% się zgadzam. Niestety tego zabrakło. Ale wiedz, że podrzucić komuś w rod
                  > zinie jedno dziecko jest łatwo, trójkę małych to praktycznie niemożliwe...

                  A dlaczego podrzucać. Dlaczego nie mieć innej opiekunki, raz-dwa w tygodniu, która przychodzi tylko do dzieci, abyście mieli czas dla siebie? To kwestia priorytetów.

                  Sama byłam opiekunką lata świetlne temu. Ja zajmowałam się dziećmi, czasem prasowałam. Co do zasady do pomocy w domu/sprzątaniu był ktoś inny. Rodzina nade mną ma dwie opiekunki, na różne wypadki. Coś za coś
                  • danaide Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 16:21
                    I jeszcze jedno. Właściwie można powiedzieć, że kiedy facet powiedział odchodzę, też nie walczyłam. Powiedziałam po paru minutach "Dobrze", pomogłam mu się spakować i w dwie godziny go nie było. Wysłałam jednego sms-a z prośbą, by wrócił. A potem maile z konkretem - zostawił dziecko, ale będzie na nie łożył. Dostałam odpowiedź: ileś z sufitu wziętych argumentów, dla których nie musi płacić, ale oczywiście, może wziąć dziecko jeśli mi za ciężko i nie żądać nic w zamian.

                    Dlaczego kiedy rozstawaliśmy się wcześniej ze dwa razy walczyłam a tym razem nie? Bo takie zachowanie, małe, podłe, tchórzliwe, krzywdzące dziecko najbardziej ze wszystkich przeszło moje pojęcie. Bo ostatnie miesiące, gdy brakowało mi tchu, żeby dojść do siebie po ciąży, po porodzie, po powrocie z kilkuletniej nieobecności w kraju, gdy robiłam wszystko, żeby czul się komfortowo, jak u siebie, nie prosząc go o pieniądze na nic, besztana za byle chusteczkę wałęsającą się po mieszkaniu czy byle śmietniczkę, którą ustawiłam na te chusteczki - ENOUGH. Nie walczymy gdy ktoś nam dokopał. Po prostu - mamy dość, chcemy być sobą. Polecam wątek "1000 rzeczy...". Czasem chodzi o zupełnie banalne sprawy.
                    • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 21:21
                      Bardzo dużo mądrego tu powiedziałaś. Jasne, że zabrakło jej samorealizacji - tradycyjny model rodziny, który wyssała z mlekiem matki i który wprowadziła u siebie nie sprawdził się, ale pewnie bała się przyznać to nawet przed sobą. Jasne, że zabrakło komunikacji, żeby zrozumieć wzajemne potrzeby, oczekiwania i sprostać nim. Jasne, że można było (trzeba było!) zapewnić dodatkową opiekę, chociażby na sobotnie wieczory i co któryś weekend. I jeszcze wiele innych spraw można wymienić, które trzeba było zrobić inaczej.

                      Tylko widzisz, pytanie jest takie dlaczego ludzie z tym nic nie robią, kiedy jest czas? I nie dotyczy to mojej eksy, ale większości ludzi. Dałem przykład z kołem: porównałbym to do jazdy samochodem w którym coś szumi w kole. Szum delikatnie zawadza, ale jedzie się dalej, potem szum przechodzi w stukot, ale jazda jest kontynuowana, następnie stukot przeradza sie w wibracje i wycie, ale jakoś to będzie... W końcu koło się urywa, następuje katastrofa i już niczego nie można zrobić...

                      Skoro osoby czują się coraz bardziej nieszczęśliwe i niezrealizowane w związku to dlaczego nie robią czegoś, nie skorzystają z pomocy? Psycholog powiedziała to samo co Ty: "dlaczego nie wzięliście sobie dodatkowej opieki w weekendy"? Takie to proste, wystarczyło w fazie kryzysowej pójść do jakiejś poradni i wszystko byłoby jasne. Pewnie eksa usłyszałaby, że jako osoba niesamowicie pracowita i charyzmatyczna nie może być kurą domową, że to wpędziło ją w deprechę. Że to, że jej matka się świetnie czuła w tej roli nie znaczy, że ona też. Ale nie, lepiej być biernym cielęciem i czekać, aż się posypie i skwitować jak wiele osób w tym wątku: „jak miłość wygaśnie to już nic nie da się zrobić”. Tylko ZANIM wygaśnie DA się dużo zrobić! Życzę powodzenia tym paniom, które myślą, że trafią na idealnego partnera, i tak się wszystko wspaniale samo ułoży… z całą pewnością przyjedzie książę na białym koniu i będzie czytał w ich myślach i spełniał wszystkie potrzeby zanim o nich pomyślą… a potem znowu zadzwoni budzik.
                      • danaide Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 22:10
                        Nie mam pojęcia!
                        Tak, samochód (mam na końcu języka, "tak, samolot").
                        Bo to się nie może przydarzyć nam.
                        Bo to się nie dzieje nam.
                        Jakiś mechanizm obronny.
                        Wyparcie?
                        Pytałeś psy?
                        • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 22:38
                          > Tak, samochód (mam na końcu języka, "tak, samolot").

                          Ha, wyjątkowo celne skojarzenie! W głowie „terrain ahead! pull up! pull up!”, ale leci się dalej. Faktycznie, jak się nie zareaguje na czas, to później i pełna moc nie pomoże…

                          > Pytałeś psy?

                          Nie, nie zapytałem, byłem skoncentrowany na opracowaniu planu wychowawczego. Wypracowanie tego zajęło kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuupę czasu.
        • gosiamamaeryka1 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 13.07.12, 22:38
          A skąd wiesz, że nie mówiła? Może ktoś, ty - nie chcieli słuchać? ALbo w ogóle nie rozumieli, dlaczego ona chce coś innego, że ma problem?
        • braktalentu Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 16.07.12, 12:53
          "Czy nie uważacie, że takie zachowanie też jest przejawem braku dojrzałości emocjonalnej?"

          Ale czyjego braku dojrzałości? Tego z partnerów, który wysyła sygnały, czy tego, który ich nie słyszy? Ty twierdzisz, że żona nieodpowiedzialnie dusiła wszystko w sobie. Z jej punktu widzenia mogłeś być głuchym na szumy, stuki, wibracje i wycie kierowcą.
    • miaowi Nie 14.07.12, 09:41
      Nie walczyłam. Nie widzę powodu. Ojciec dziecka jest tak samo dorosły jak ja. Jeżeli olewa, dopuszcza się przemocy i naweet nie chce mu się wziąć własnego dziecka na ręce, to nie mam zamiaru go uczyć i prowadzić za rączkę w nadziei, że któregoś dnia załapie. Mnie nikt nie prowadził.
      W skrócie - jeśli ktoś okazuje się draniem, na pewno nie będę o niego walczyć.
      Natomiast owszem, walczyłam, żeby się wyprowadził. On zaś nie walczył nawet o cotygodniowe odwiedziny u dziecka, choć proponowałam.
    • dziennik-niecodziennik Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 10:50
      wiesz, sytuację można wyleczyc jesli dzieje się coś złego, ale jest podkłąd - MIŁOŚC.
      Jesli miłosc się skończyła, to o co tu walczyc? o to żeby sie zakochac na nowo? to tak nie działa. mozna ratowac więzi rodzinne, komunikację, wzajemną atrakcyjność - ale jesli się drugiej osoby nie kocha to po co? skoro to się wszystko znów wyrypie na pysk przy pierwszej mysli "przeciez ja go nie kocham, po co mi to?"...
      • he_xe Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 21:49
        a mnie zastanawia, jakim cudem kobieta, która nigdy nie pracowała, jest przyzwyczajona do luksusu a przynajmniej do "niewielerobienia", z konserwatywnej rodziny, mająca trójkę dzieci na utrzymaniu (przynajmniej przez 50% czasu) decyduje się na odejście. Gdzie odeszła? do kogo? jak sobie radzi? czy ma wsparcie u rodziny?
        • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 22:08
          Przejmuje biznes swojego ojca, a że jest osobą charyzmatyczną i niezwykle pracowitą świetnie sobie z tym daje radę. Decyzja o przejęciu była kropką nad "i" do odejścia.

          Co do wsparcia... hymmmm... pomimo ultrakatolickich poglądów swoich rodziców otrzymała ogromne. Wcześniej jak jej ojciec słyszał o rozwodach dostawał piany na pysku, ale w tym przypadku był baaaaaaaardzo wyrozumiały i tolerancyjny.
        • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 22:12
          Dostała nowy dom przy firmie. Dla nich to nic wielkiego.
          • madmaddie90 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 14.07.12, 23:10
            Wiele tu juz zostalo napisane i nie zamierzam sie powtarzac, ale jedno rzuca mi sie w oczy: co drugi post jest, ze "milosc wygasla.." "nie bylo milosci..." "bylo dla milosci za pozno" itp. I teraz nalezy zaytac, coz to jest, ta milosc? Motyle w brzuchu, walenie serca, a moze po prostu zwykle trwanie? Ja mam wrazenie, ze czesto mysli sie o tych motylach i jak one sie koncza to zaczyna sie panika. Ze moze przegrywam zycie, ze moze mozna lepiej, pelniej, z wieksza adrenalina.... jesli nie zdefiniujemy pojecia milosci dla kazdej z osob w zwiazku, do niczego nie dojdziemy. problem tez w tym, ze ta definicja moze sie zmieniac.

            Ja akurat walczylam o swoje malzenstwo, ktore przez kilka lat szczesliwe, zaczelo sie sypac po urodzeniu starszego synka. I scenariusz ten sam, zero komunikacji, ucieczka w internet, wysiadywanie w pracy, unikanie obowiazkow.... A usilowalam ratowac dla siebie, dla dzieci i dla niego też, bo czułam sie za niego odpowiedzialna, bo na tym swiecie jest sam jak palec i jak mu sie noga powinie to zbierze niezle ciegi. Ale kiedy sie zorientowalam, ze ani mąż, ani ojciec z niego, odpusciłam.
    • lilith76 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 16.07.12, 10:36
      Był tu zarzut, że "trzeba mówić, że coś się psuje, coś się nie podoba, nie jest się szczęśliwym".

      Co jeśli nie zostało się tego nauczonym? Nasze pokolenie nie zostało wychowane w kulcie rozmów o uczuciach, emocjach, o tym co boli, co jest nie tak. Chyba, że generalizuję, ale nikt się z tym nie rodzi. Człowiek uczy się tego - najczęściej w domu rodzinnym.
      Patrzyliśmy na stabilne związki rodziców, ale stabilne tradycją, a nie zawsze rozmowami o uczuciach. Oni się nie rozstawali, bo tego się zwyczajnie "nie robiło" w porządnym domu.
      Nasze pokolenie się rozstaje, bo już wie, że nie musisz być z kimś na zawsze, ale nie potrafi zrobić tak, by jednak było na zawsze.
      Fajnie by było wychować następne pokolenie tak, by wiedziało, że nie musisz być z kimś na zawsze, ale rozmawiaj, nie milcz, nie cierp w zacięciu.
      • to75 Re: czy walczyłyście o ratowanie rodziny? 16.07.12, 12:24
        Święte słowa, nasi rodzice nie nauczyli nas rozmawiać. Ich też nikt tego nie nauczył. Ciekawe tylko, czy my, poza odkryciem, że nie musimy być z kimś na zawsze, wyciągniemy z tego wnioski?

        Jasne, że „fajnie by było wychować następne pokolenie tak, by wiedziało, że nie musisz być z kimś na zawsze, ale rozmawiaj, nie milcz, nie cierp w zacięciu”, ale samo się to nie zrobi. Do tego trzeba jeszcze innej umiejętności, znacznie trudniejszej niż rozmawianie – umiejętności przyznania się, co się zrobiło nie tak. Kto się przyzna dziecku, że rozpadło się, bo nie umiałam/em rozmawiać, wyrażać własnych pragnień, oczekiwań itd? Zdecydowanie łatwiej jest zrzucić winę na partnera - mam wrażenie, że 99,9% rozwiedzionych tak właśnie robi. A wobec tego nadzieja, że nasze dzieci będą szczęśliwsze jest nikła…
Inne wątki na temat:
Pełna wersja