kiedy i czy odejść?

06.07.04, 22:20
Moje małżeństwo jest moim największym życiowym zawodem.Mamy 10 miesięcznego
synka.Jesteśmy prawie 4 lata po ślubie, a razem od 10 lat - czyli od klasy
maturalnej.
Jak za niego wychodziłam wydawało mi się, że złapałam pana Boga za nogi.
Wydawał mi się przedsiębiorczy i ambitny. Właściwie od ślubu jest coraz
gorzej. Ma prawie 30 lat, studia ciągną się za nim od 10 lat (prywatne-
płacone cierpliwie przez rodziców), traci po kolei wszystkie prace, jest
praktycznie na utrzymaniu rodziców. Czy to normalne? Dla mnie mężczyzna,
który założywszy rodzinę, nie jest w stanie zapłacić choćby za prąd, czynsz,
jedzenie i pieluchy nie jest mężczyzną. Jest wielkim dzieckiem. Dodam, że
pochodzi z bardzo dobrze sytuowanej rodziny, wszystko zawsze miał, nic nie
robił, bo w domu była non stop gosposia.
Najgorzej było, jak w styczniu stracił pracę. O to nie mam pretensji-zdarza
się, ale on przez 2 miesiące leżał na kanapie, przez następne 2-gadał coś o
prywatnym interesie i kredycie, w końcu łaskawie zaczął wertować gazety.Po
pół roku zagroziłam, że jak nie pójdzie pomagać ojcu w firmie (taką możliwość
miał od samego początku), to się wyprowadzę z dzieckiem. Poskutkowało. ale
ten okres był bardo dla mnie stresujący i dał mi dużo do myślenia. Wprawdzie
jakoś to było - dostawałam pieniądze od matki, ale w końcu dlaczego mam od
niej brać skoro mój mąż - facet w pełni sił i z różnymi możliwościami mógłby
się zatroszczyć chociaż od podstawowe życie dla rodziny a zamiast tego
ma "niemoc twórczą"?
Wiem, ze są gorsi mężczyźni niż po prostu leniwy i niezaradny (ambicje to on
ma - chciałby z miejsca dostać posadę dyrektorską), biją żony, piją,
zdradzają. Są też na pewno gorsze dramaty od mojego małego piekiełka...Ja
widzę, że to wogle nie jest mężczyzna, z jakim chciałabym przeżyć życie.
Chyba go już po prostu nie kocham...Zawiódł mnie życiowo, nie mam w nim
żadnego oparcia!Nic nas chyba nie łączy oprócz dziecka, inny stosunek do
życia, zainteresowania, sposoby spędzania wolnego czasu.Denerwuje mnie jego
widok, zapach, głos...Czuję jakbym miała dziecko z wiecznym licealistą, a nie
z mężczyzną.Cały czas się kłócimy, przy dziecku tez...
Co zrobić?Czy ktoś ma podobne doświadczenia?Sama jestem z rozbitej rodziny i
strasznie chciałam, żeby ta moja, własna była idealna...Ale ciężko mi sobie
wyobrazić dalsze z nim życie...Kiedy jest lepiej dla dziecka, żeby sie
rozstali?Czy on mógłby chcieć mi odebrać dziecko?Szantażować mnie?
    • kamila77 Re: kiedy i czy odejść? 06.07.04, 22:50
      Ja tylko jedno słowo: wiej! I to szybko, zanim sie okaże, że jest jeszcze
      gorzej, niż myslisz.
    • kruffa Re: kiedy i czy odejść? 07.07.04, 12:15
      Miłam taką samą sytuację, tyle że nie mielismy dzieci. Sama jestem z rozbitej
      rodzimy. Z ojcem, dzieki jego dawnej kochance, a teraz jego żonie, wogóle nie
      utrzymuję kontaktów, bo jak nie znalazł czasu żeby wpaść na chrzciny swojej
      jedynej wnuczki - dałam sobie spokój.
      Rozwiodłam się, choc cała rodzina twierdziła, że robię błąd - cześc wręcz się
      odemnie odwrociła na poczatku.
      Poznałam faceta, nota bene młodszego, urodziłam córkę, ślub mi ani w głowie - i
      nigdy nie przypuszczałam, że będe miała tak dobre życie. Są cięzkie chwile, jak
      u kazdego, ale mogę ze spokojem powiedziec, że jestem szczęśliwą kobietą.
      Ja bym sie nie zastanawiała. Jego nie zmienisz, bo nie da się zmienic
      człowieka, który przez dwadzieścia parę lat był jakoś tam wychowywany. Tak już
      jest.
      Pozdr
    • sokka Re: kiedy i czy odejść? 07.07.04, 14:58
      oj,
      historia bardzo podobna do mojej, z tym ze nie bylismy malzenstwem i nie bylo
      bogatych rodzicow, wiec cale finanse byly na mojej glowie...
      odeszlam, bo go nie szanowalam sad
      niestety w tak zwanym miedzyczasie napsulismy sobie nawzajem krwi okropnie...

      nie wiem czy czlowiek uczy sie na cudzych bledach... powiem, co uwazam, ze
      zrobilam zle:
      1) szacunek da sie odbudowac, choc jest to trudne, uwazam ze za szybko
      odpuscilam sobie ten zwiazek, powinnismy byli skorzystac z pomocy psychologa,
      sami juz nie potrafilismy ze soba rozmawiac,
      2) jesli juz go sobie odpuscilam, powinnam byla byc bardziej stanowcza - nie
      dawac 35 szans: zrywalam z nim, wiec jako osoba wolna umawialam sie na randki,
      on chcial, zeby dac mu szanse, wiec wracalam, bylo zle (owe randki,
      nieplatoniczne z reszta, bardzo go bolaly), wiec z nim zrywalam znowu itd... w
      trakcie ktoregos razu, gdy znowu bylismy razem zaszlam w ciaze... i tu
      dochodzimy do pktu 3
      3) mialam wrazenie ze jak mi zaczynalo na serio zalezec na naprawie zwiazku, on
      to kompletnie olewal... im bardziej byl mnie pewny, tym mniej mu zalezalo...
      jak nietrudno sie domyslec, kiedy zaszlam w ciaze, on stal sie bardzo pewny
      siebie i przez pewien czas mielismy w domu male piekielko...
      wiec sie rozstalismy, tym razem definitywnie i nieodwolalnie smile

      teraz nasze relacje sa na poziomie troche ponad ok, bardzo bym chciala, zeby mu
      bylo dobrze i chyba on tez mi dobrze zyczy... zas wspominac sie staram
      jasniejsze momenty, ktorych bylo bardzo wiele, stad ten sentyment smile

      pozdrawiam i zycze samych madrych wyborow

      acha, jestem teraz bardzo szczesliwa mezatka, a moj byly ma fajna dziewczyne,
      dla ktorej znalazl prace i konczy studia, wiec wszystkim wyszlo to na zdrowie :-
      )
      • soleilrouge Re: kiedy i czy odejść? 09.07.04, 00:10
        Sokko!!! Skąd w Tobie tyle siły? Co zrobić, żeby mieć taki stosunek do ex?
        Kwestia czasu?
        • sokka Re: kiedy i czy odejść? 09.07.04, 13:55
          dziekuje za mily, acz niezasluzony, komplement smile nie sadze bym byla cokolwiek
          silniejsza niz reszta mam z tego forum... niestety, bo to bardzo mile moc sobie
          pozwolic byc slaba kobietka i na kogos liczyc.

          na Twoje pytanie nie umiem odpowiedziec...

          pozdrawiam
    • tata_malolata Re: kiedy i czy odejść? 09.07.04, 13:25
      Witaj. Napiszę Ci kilka słów "z drugiej strony".
      Piszę bo zaintrygowała mnie w niektórych punktach zbieżność i podobieństwo
      Twojej i mojej historii a właściwie "historii choroby"...

      Trzy przykłady:

      mlodamama napisała:
      > Moje małżeństwo jest moim największym życiowym zawodem.Mamy 10 miesięcznego
      > synka.Jesteśmy prawie 4 lata po ślubie, a razem od 10 lat
      -------------
      U mnie 11 lat i 4 lata małżeństwa. Syn - w momencie gdy to coś "dopadło" moją
      ukochaną miał już 2 lata.


      > Właściwie od ślubu jest coraz gorzej.
      -------------
      U mnie żona też tak twierdzi. Ja - gdy wspomnę jak było przed i po - zauważam,
      że rzeczywiście skończył sie nam entuzjazm. A niestety po urodzeniu syna -
      ilośc obowiązków i ograniczeń była dla jej emocji chyba przytłaczająca...


      > widzę, że to wogle nie jest mężczyzna, z jakim chciałabym przeżyć życie.
      > Chyba go już po prostu nie kocham...Zawiódł mnie życiowo, nie mam w nim
      > żadnego oparcia!Nic nas chyba nie łączy oprócz dziecka, inny stosunek do
      > życia, zainteresowania, sposoby spędzania wolnego czasu.Denerwuje mnie jego
      > widok, zapach, głos...
      -----------------
      Też to wszytko usłyszałem. Nie rozumiałem. Kiedyś - gdy zacząłem rozumieć, że
      to nie dąsy ale coś poważniejszego - próbowałem przytulić... to się
      dowiedziałem, że próbuję ją dusić... Jezu !!! Wiesz co przeżyłem. A najgorsze,
      że chyba ona naprawdę tak myslała.



      No widzisz. Chyba omawiamy bardzo podobny przypadek zmian emocjonalnych.
      Powiedzmy też sobie prawdę - prosto w oczy. Te zmiany są w Twojej głowie. Nie
      znaczy to że on jest niewinny. Oboje zaniedbaliście sprawę.

      Problem jest jeszcze jeden. Gdy Ty cierpisz na utratę wiary, zaufania, miłości
      i borykasz się z rozterkami - on nie ma pojęcia jak poważna jest sprawa.
      Zapewne mysli sobie" "takie tam babskie humory". Dałbym głowę (a może lepiej
      nie smile

      Jest źle - ale nie tak bardzo, jeśli dziś zdasz sobie sprawę z kilku spraw:

      1) sami sobie nie pomożecie - wy rozmawiacie "innymi językami" - potrzebny jest
      tłumacz, mediator (gdyby mnie ktoś dał szansę zawrócić czas na pewno zrobiłbym
      wszystko by się porozumieć, zmienić w sobie to co było nie tak). W Waszym
      stanie emocji nie ma szans by on był tym, który Cię do czegoś przekona, byś Ty
      potrafiła spokojnie wyjaśnić czego chcesz. Stąd biorą się ciągłe kłótnie ale co
      gorsza eskalacja złych emocji...

      2) wszystkie rzeczy wspomniane przez Ciebie są dość błahymi powodami by spalić
      mosty. A już na pewno by zabrać dziecku rodzinę.
      Piszesz np: "Najgorzej było, jak w styczniu stracił pracę.... ..ten okres był
      bardo dla mnie stresujący ......" Tak - to stresujące dla żony bezrobotnego,
      ale chyba dla tego kto stracił pracę także. Jeśli nie bardziej.
      Piszesz też sama: "...są gorsi mężczyźni ..., biją żony, piją, zdradzają. Są
      też na pewno gorsze dramaty od mojego małego piekiełka..." TAK WŁAŚNIE JEST !!!!


      Na koniec jeszcze jedno. Skoro juz piszesz takie zdania: "Kiedy jest lepiej dla
      dziecka, żeby sie rozstali? Czy on mógłby chcieć mi odebrać dziecko?" to
      znaczy, że jesteś w fazie planowania. Bardzo kiepsko to rokuje dla Twej
      rodziny... Twoje tytułowe pytanie "czy" już chyba jest przesądzone. Pytanie
      brzmi raczej "kiedy i jak"... sad

      A może zamiast planować "rozmontowanie" tej rodziny zaplanuj jej naprawę ?
      To cholernie trudne - ale może warto?

      pozdrowienia

      ----------------------------------------

      P.S. Napisałem na początku o zbieżności sytuacji. Powiem więcej - Twoja
      historia to nie jest to pierwsza TAKA historia z którą się zetknąłem.
      Koresponduję nawet z pewną dziewczyną z innego forum. Przeczytałem kiedyś jej
      opowieść i zaciekawiony motywami dla których "rozmontowuje" rodzinę zacząłem z
      nią wymieniać e-maile. Znalazłem wiele odpowiedzi na moje pytania. Zrozumiałem
      trochę tego czego wcześniej w kobiecie nie rozumiałem (prawdę mówiąc niby
      rozumiem ale...nadal nie rozumiemsmile

      Czytając Ciebie też widzę te same motywy, te same przesłanki. I życzę Ci by nie
      skończyło sie to tak jak u mnie.
      • mlodamama Re: kiedy i czy odejść? 09.07.04, 22:22
        Rada 'z drugiej strony' to na pewno istotny głos. Jednak nie rozumiem
        stwierdzenia, że to się dzieje w mojej głowie. Są po prostu pewne fakty. Faktem
        jest, że mamy małe dziecko, mąż ma prawie 30 lat i nie poczuwa się do
        odpowiedzialności za rodzinę(mówię tu o totalnych podstawach-
        prąd,czynsz,pieluchy,jedzenie,bynajmniej nie jakieś luksusy), nie przeszkadza
        mu, że jest cały czas na garnuszku rodziców. Czy kobieta z małym dzieckiem przy
        piersi może się czuć w takiej sytuacji bezpiecznie i mieć poczucie oparcia w
        mężu? Dodam, że moja mama załatwiała mu nie raz różne posady i spotkania o
        pracę, ale jakoś nie mógł na nie dotrzeć, choć czasu miał pod dostatkiem po
        zwolnieniu z pracy. Do pomocy w domu też ciężko go zagonić nie mówiąc o jego
        własnej inicjatywie. Faktem jest też, że sama zajmuję sie domem, dzieckiem, od
        5 miesięcy ciężko pracuję, tydzień temu obroniłam drugi fakultet, a mój mąż po
        pół roku obijania się (wiadomo, że zawsze na pieluchy, czy lekarza dla dziecka
        dadzą rodzice) po groźbie rozwodu łaskawie ruszył tyłek do pracy w firmie ojca.
        I czy to są babskie humory?
        • mlodamama Re: kiedy i czy odejść? 09.07.04, 22:37
          Jeszcze jedno - nie przytłacza mnie wcale ilość obowiązków przy dziecku,
          przytłacza mnie niefrasobliwość ojca mojego dziecka, to, że nie jest on w
          stanie zarobić nawet na własny chleb, nie mówiąc już o potrzebach dziecka!!!
          A jeśli chodzi o stan psychiczny człowieka, który stracił pracę, to nie leźy on
          chyba całymi dniami na kanapie przed tvn turbo! Tylko chociaż przegląda oferty
          pracy i chodzi na umówione spotkania. Oczywiście, jeśli bez studiów i beż
          doświadczenia ma się takie ambicje, żeby od razu być dyrektorem to ciężko
          znaleźć jakąkolwiek pracę.
          A co do tego, że są większe dramaty to oczywiście, jak sama napisałam, prawda.
          Co nie znaczy, że mam sobie marnować życie z leniem i nierobem. Do tego kłótnie
          pomiędzy nami nie tworzą chyba domowego ciepła dla dzidziusia...A decyzji
          jeszcze wcale nie podjęłam. Rozwarzam odejście ale nie wiem, czy mam siłę.
          • iwcia75 Re: kiedy i czy odejść? 11.07.04, 17:04
            mlodamama, nie wiem,nad czym sie zastanawiasz. z takiego faceta nie ma zadnego
            pozytku i powinno sie go przegonic jak najszybciej,bo to zwykly pasozyt,ktory
            marnuje ci zycie i sprawia,ze nie mozesz czuc sie kobieta. taki facet to kara.
            tylko zazwyczaj niewiadomo za co. moze za nasza naiwnosc?
            • mlodamama Re: kiedy i czy odejść? 12.07.04, 12:08
              Na co czekam? oczywiście na to, że może on się jeszcze opamięta, weźmie w
              garść...Oczywiście, ktoś powie, że to naiwność, ile można dawać szans! Ale nie
              chcę odchodzić, nie mając choć trochę przeświadczenia, że się starałam,
              umożliwiałam i próbowałam...Ze względu na małe dziecko! Choć zastanawiam się,
              czy właśnie ze względu na dziecko nie jest lepiej, kiedy rodzice się rozstają,
              jak jest jeszcze bardzo malutkie...
              Kara za co? na pewno za głupotę. Jak wychodziłam za mąż to priorytetami były u
              mnie inne kwestie niż teraz, jak już jestem kobietą a nie dziewczyną. Łatwo się
              domyślić, jakie. Nie patrzyłam na fakty i na rzeczywistość. A może to miłość...
              Faktem jest, że miłość w dorosłym życiu nie wystarczy! Miłością nie zapłaci sie
              z pieluchy, czynsz...Łatwo poza tym jest mówić, że się kocha i obiecywać w
              nieskończoność poprawę leżąc na kanapie!
Pełna wersja