nat_usia23
15.07.04, 23:06
Otoz wisi to nad nami od dluzszego czasu.I mimo, ze jestesmy jeszcze razem
(jesli mozna to tak nazwac), to nastapi predzej czy pozniej, bo ile mozna tak
zyc.........????????
W ciaglych klotniach, krzykach i ublizaniu, a przeciez jestesmy dorosli nie
mozemy myslec juz o sobie, bo nie jestesmy sami.Mamy przeciez kochana
coreczke, ktora jest jeszcze taaka malutka, ma niecale 4 miesiace.Jestesmy ze
soba 5 lat, a nigdy nie bylo miedzy nami kolorowo.Mimo to zawsze nas do
siebie ciagnelo.....
Przyzwyczajenie???
Nasza kazda ktotnia, najmniejsza nawet sprzeczka konczy sie wielka
awantura.Ublizaniem w stosunku do mnie, ze zmarnowal sobie ze mna zycie, ze
sie wje...l i ze przeciez na swiecie jest tyle kobiet a on wybral mnie.Nie
daje mu powodow do tego, aby tak mowil, na prawde jestem w stosunku do niego
ok, zawsze go kochalam.Ale czy ja nie mam prawa czuc tego samego?Nie
zasluzylam na to?
Nie czuje sie szczesliwa przy tym czlowieku i mimo ze sa chwile dobre to
nawet gdy jestesmy razem, ja mysle o tych slowach, ktore wypowiada bez
zastanowienia, ktore tak bardzo bola.A mimo tkwie w tym wszystkim, nie
uwolnie sie juz nigdy?Skad nabrac na to wszystko sily?
Boje sie wszystkiego....samotnych wieczorow, tej samodzielnosci, tego ze juz
zawsze bede zdana tylko na siebie, ze juz nikt mnie nie pokocha, tymbardziej
ze mam coreczke, za ktora tez bedzie musial byc odpowiedzialny.....
tak boje sie tej samotnosci..........
Jak dajecie sobie z nia rade????????
Tak bardzo sie boje....