borys.joszko
28.08.04, 18:15
Witajcie. Mam spory dylemat. Chodzi o rodziców matki mojego syna. Nigdy ich
nie poznałem. Ona była z nimi w jakimś konflikcie, nie utrzymywała kontaktu.
Ale to było na takiej zasadzie, że oni zabiegali o spotkania z nią,
wydzwaniali, a ona robiła wszystko, żeby ich unikać. Nie wiem, o co tam
poszło, dlaczego tak się na nich obraziła, zresztą, powiem szczerze, nie
interesowało mnie to zbytnio, nie była mi szczególnie bliska. Jej rodzice nie
mieszkali tam, gdzie my. Ona przyjechała tu studiować z małego miasta, oni
mieszkali tam nadal, więc i przez to kontakt był utrudniony. Z tego, co mi
mówiła, wychodziło, że do końca nie powiedziała im o ciąży. Oczywiście mogła
mnie okłamywać, co jednak mało prawdopodobne, gdyż nie było powodu, albo
mogła powiedzieć im później. W to jednak też wątpię, była z tych zaciętych, a
zresztą nie było się czym chwalić – przecież zostawiła dziecko. I ci ludzie
mogą nawet nie wiedzieć, że mają wnuka. Zresztą chyba w sumie mają dwoje
wnucząt, z tego, co mi znajomy doniósł, chyba, że powiększyła jej się znowu
rodzina. O tamtym dziecku/dzieciach jednak będą wiedzieć prędzej – ma je z
oficjalnym małżonkiem. Więc nie wiem, czy oni wiedzą o Jonaszu czy nie. A
nawet jeśli wiedzą, to najprawdopodobniej nie znają naszego nazwiska, więc
nawet gdyby chcieli, nie mogą się skontaktować. Przez cały czas tak naprawdę
miałem to gdzieś, nawet o nich nie myślałem, ale niedawno mnie natchnęło i
zacząłem się zastanawiać. Przecież to mogą być dobrzy ludzie, mogą nawet
chcieć małego poznać, jeśli wiedzą o jego istnieniu. Mogą chcieć być
dziadkami, skoro z córką praktycznie nie mają kontaktu (doniesienie
znajomego). I nie wiem teraz, co zrobić. Znaleźć ich to dla mnie żaden
problem, wiem, jak się nazywają, wiem, gdzie mieszkają, zresztą w sumie
niedaleko. Moi rodzice od dawna nie żyją, młody ich nie poznał, nie mam
rodzeństwa, dalsza rodzina w świecie. A ona miała dwoje rodzeństwa. Brat
mieszka tam gdzie ona za granicą, ale siostra chyba nawet w naszym mieście. Z
nią zresztą też nie utrzymywała kontaktów. Mój syn ma więc dziadków, ciocię i
pewnie kuzynostwo. Z drugiej strony – co, miałbym pojechać tam do nich,
pokazać im małego i powiedzieć: nie wiem, czy wiecie, ale to jest wasz
wnuk/siostrzeniec, kochajcie go. Zresztą dla mnie byłoby to utrudnienie, ona
dla nas praktycznie nie istnieje, syn przywiązuje się do mojej ukochanej, a
przez kontakty z rodziną matki, ona sama wciąż by powracała. Poza tym ja
przecież nie znam tych ludzi ani oni mnie. A syn jest akurat bardziej mój niż
jej. Czy ta biologia przeklęta ma mnie zmusić do kontaktu z ludźmi, którzy są
dla mojego dziecka i dla mnie tak naprawdę obcy? Czy to, że ich córka
urodziła mojego syna, ma być dla mnie wyznacznikiem do kontaktów z nimi? Ale
jeśli biologia nie ma znaczenia, to dlaczego ja o tym w ogóle myślę? Dlaczego
czuję jakieś wyrzuty sumienia na tle braku ich kontaktu, do którego mógłbym
przecież doprowadzić? Nie wiem, chyba za dużo myślę. Syn o rodzinę mamy nie
pyta. Wkrótce ma poznać krewnych mojej ukochanej, to i tak dużo wrażeń.
Przepraszam, że tak niezgrabnie i chaotycznie. Doradźcie coś, proszę.
Pozdrawiam. Borys