carri
01.10.04, 09:52
Witam!
Nie wiem właściwie, czy piszę, żeby się wygadać, czy prosząc o radę.
Obawiam się, że nie dostanę innej, jak "zrób to, co będzie najbardziej Tobie
odpowiadało" lub "wygoń męża z porodówki, żeby Cię nie denerwował". Ale może
znajdzie się ktoś, kto mi poradzi coś innego i przekona?
Ale od początku. Historia w skrócie wygląda tak: po tym jak mąż mnie
zostawił, miał kogoś innego i usilnie próbował przekonać, że nie kocha,
spróbowaliśmy jeszcze raz. Właściwie tylko dlatego, że to ja bardzo chciałam
i kochałam. Zaszłam w ciążę. Niestety, bo właśnie wtedy się zorientowałam, że
nic z tego nie będzie. On nie starał się tak, jak bym chciała, właściwie ani
trochę; ja nie umiałam zadowolić się namiastką małżeństwa: bez miłości,
szczerości, prawdziwej przyjaźni. Ciąża go trochę zmieniła, ale nigdy nie dał
mi do zrozumienia nawet, że zależy mu na mnie. Nie chce już rozwodu, ale robi
to wszystko dla dziecka, żeby ono nie miało rozbitej rodziny, a odbudowa
jakiejkolwiek więzi między nami nie ma miejsca. Uważa, że nad wszystkim mamy
przejść do porządku dziennego, mimo że ja wiele razy prosiłam o jakąś szczerą
rozmowę, aby to uporządkować i zacząć od nowa. Jest fajnie, jak mam dobry
humor, ale ja potrzebuję czuć się kochana, mieć jakieś bezpieczeństwo, móc
zaufać. Czy to tak wiele w wieku dwudziestukilku lat? Nie chcę rezygnować z
tego na resztę życia. Nie mam siły zabiegać o niego, nie mam na to ochoty, bo
to on przecież powinien bardziej się starać, a jeśli ja nie wyciągam ręki do
niego, to on nic nie robi.
I tak zrezygnowałam z tego małżeństwa. Nie widzę szans. Mieszkamy razem,
ale obok siebie, bo nie chcę póki co wyprowadzać się do rodziców, a na
samodzielne mieszkanie mam szansę dopiero na początku przyszłego roku.
I teraz nie wiem, co mam zrobić: pozwolić mu być przy porodzie. On
bardzo jest przejęty rolą ojca, bardzo się zmienił, cieszy się. Chce być przy
porodzie i z jednej strony ma do tego prawo. Przecież jest ojcem. Z drugiej
strony, z dnia na dzień staje się coraz bardziej obcym mi człowiekiem. Prawie
nie rozmawiamy, coraz bardziej mnie denerwuje jego obecność i nie wiem, czy
to wpłynie pozytywnie na mnie podczas porodu. Może jakoś to nas do siebie
zbliży? A może będzie mnie tylko wkurzało, że będzie oglądał mnie w takim
stanie?
Zawsze miałam jakieś małe obiekcje odnośnie obecności faceta przy
porodzie, ale myślałam, że kochany i kochający człowiek może być ogromnym
wsparciem, a w takiej chwili estetyczna strona wydarzenia nie ma znaczenia.
Ale skoro już nie jest ani kochający ani kochany, to chyba nie ma sensu i
tylko będę żałować. A może nie?