jak to jest z wakacjami...?

02.11.04, 22:30
Przed chwila rozmawiałam z koleżanką.opowiadała o swojej kuzynce, która ma
dwójkę synów...sąd przyznał jej mężowi (mimo, iż wogole nie zajmował sie
dziećmi) maluchy na weekendy + miesiąc wakacji......aż się
przestraszyłam....od kiedy ojciec może jechać z dzieckiem sam na wakacje ?
chodzi mi o wiek dziecka.......kurcze......przecież mój eks nawet nie wie co
jego syn je, jak lubi zasypiać itp......mały wstaje co chwile w nocy......nie
wyobrażam sobie tego.......
    • tygrysica_krakow Re: jak to jest z wakacjami...? 02.11.04, 23:20
      U mnie na rozprawie to ja decydowałam jak będą wyglądały kontakty. ALe to
      pewnie dlatego, że eks nie był nigdy moim mężem, nie mieszkał z dzieckiem a
      małą ma dopiero 2,5 roku i gdyby wziął ją na miesiąć wakacji dostałaby obłędu -
      bo dla niej to obcy człowiek. O wakacjach nie było więc mowy. Wydaje mi się, że
      te wakacje nie zależą od tego w jakim wieku jest dziecko ( oczywiście pomijając
      kilkumiesięczne maluchy ) tylko od relacji ojciec - dziecko. Bo wiadomo, że
      maluch całe życie wychowywany przez oboje rodziców z radością pojedzie na
      miesiąć wakacji z tatą, a dziecko, którego ojciec nigdy z nim nie mieszkał
      będzie czuło się jakby było z kimś obcym...
      • samodzielny Re: jak to jest z wakacjami...? 02.11.04, 23:45
        tygrysica_krakow napisała:

        > U mnie na rozprawie to ja decydowałam jak będą wyglądały kontakty
        Ty?? Naprawde Ty , a nie sad????? Ty decydowalas????
        Wnioskowalas, a sad sie przychylil.
        Dlaczego Wasze poglady sa takie chore??????
        Dlaczego Wam wydaje sie, ze macie wladze absolutna????
        Dlaczego???????????
        Pozdr
        • maja45 Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 09:09
          Własnie po to są wspólne wakacje i weekendy, żeby ojciec mógł zbudować wiez z
          dzieckiem, bo jak nie wtedy , to kiedy?
          Pozdrawiam.
          Maja
          • czekolada72 Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 13:26
            Maju droga, naprawde wierzysz, ze tatus, ktory zyje wlasnym nowym, lepszym
            zyciem, z nowa lepsza rodzinka, zbuduje wiez w ciagu gora 4 godzin w miesiacu
            (sam taka decyzje podjal) i w trakcie wakacji, kiedy to dziecko-nastolatek jest
            nadete, ze tatus zburzyl mu jego wlasne plany wakacyjne??

            Wiezy istniej, kiedy sie dzieckiem zajmuje, ale nie sporadycznie i z jakiegos
            blizej nie okreslonego musu, ani nie dlatego zeby zrobic na zlosc bylej zonie
        • leeya Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 10:22
          samodzielny napisał:

          > Dlaczego Wam wydaje sie, ze macie wladze absolutna????
          > Dlaczego???????????
          > Pozdr

          Samodzielny, Zabko Zielona, ja Cie strrrasznie lubie, ale czasem mnie
          irytujeszsmile

          Widzisz, tak o juz jest, ze Pan Tatus, ktory olewa rodzine zlozona w tym
          przypadku z dziecka i nie-zony musi sie liczyc z pewnymi konsekwencjami. Bo ta
          nie-zona, z ktora Pan Tatus nawet nie mieszkal, nie mowiac juz z dzieckiem, ma
          prawo narzucic, czy nawet wrecz dyktowac zasady kontaktow ojciec-dziecko.
          Pewnie teraz zarzucisz mnie pretensjamismile Ze sie niepowinno, ze tak nie mozna.
          Ale widzisz, ja patrze tylko ze swojej perspektywy. Co prawda naleze do
          tych "glupich", ktorym nie tylko zalezy na kontaktach, a nawet o nie zabiegaja.
          Wiesz do jakiej paranoi u mnie juz doszlo?? Jezeli poprosze Pana Tatusia, zeby
          przyszedl pol godziny pozniej, natychmiast slysze tyrade o ograniczeniu jego
          praw, a potem i tak nie przychodzi, mimo, ze ja stawiam na glowie swoje plany.
          Nawet nie slysze "sorry, cos mi wypadlo". Wlasnie jestem na etapie uczenia sie
          te, jak to nazwales, "wladzy absolutnej". Kiepsko mi wychodzi, ale ostatnio mam
          duze wsparcie i widze juz efektysmile

          Widzisz Samodzielny, nie moze byc tak, ze czlowiek, ktory z wlasnej
          nieprzymuszonej woli pozbyl sie kontaktow z dzieckiem zostawiajac je i matke,
          ma teraz prawo do nieograniczonych i niekontrolowanych kontaktow z dzieckiem,
          przykre, ale prawdziwe. Nalezy ponosic konsekwencje swoich czynow, a w takim
          przypadku jak zostawienie matki i dziecka skutkuje to utrata zaufania matki,
          przypominam, OPIEKUNA STALEGO dziecka. I wydaje mi sie, moze zle, ze ten staly
          opiekun ma PRAWO narzucac swoje rozwiazania w kwestii wychowania dziecka, a co
          za tym idzie takze kontaktow z dzieckiem. I coz... Wydaje mi sie sprawiedliwe,
          ze w tej kwestii ma te wlasnie "wladze absolutna"

          Pozdrawiam,
          Leeya
          • carlitta Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 13:46
            kontakty ojca z dzieckiem to w moim pojęciu wcale nie ojca prawo naturalne.
            Owszem, dziecko ma prawo mieć rodziców, ale jak mnie ex-nie-mąż zostawił w 5tym
            tygodniu ciąży a w 12tym powiadomił, że ma prawa ojcowskie, ale będę musiała
            zaakceptować jego Nową, to ja się pytam czy aby napewno? To jego ojcostwo jest
            chyba tylko trochę na złość, że "wpadłam" i mu życie zniszczyłam. Ale ja wiem,
            że się dziecko samo przez przypadek nie zrobiło... Ponieważ zostałam sama przez
            całą ciążę i sama dziecko muszę wychować, to chcę mieć możliwość decydowania o
            tym, jak dziecko będzie żyło. A przypadkowy tatuś nie narzuci mi swojego "ty mi
            musisz, bo ja mam prawa" - bo ja też mam prawa.
            • bob_dinozaur Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 14:51
              Carlitta, kontakty ojca z dzieckiem sa prawem dziecka a nie ojca, dlatego
              uniemozliwiajac te kontakty, ograniczajac lub ingerujac w nie z niskich pobudek
              (kierujac sie np nienawiscia do b.partnera a nie interesem dziecka) wyrzadzasz
              krzywde SWOJEMU DZIECKU, a nie jego tatusiowi. Niestety dziecko nie wybieralo
              sobie ojca, to ty mu go wybralas!. Dlatego pisanie o ojcu dziecka "przypadkowy
              tatus" nienajlepiej swiadczy o tobie. Poniewaz w praktyce, po rozwodzie to matka
              jest jedynym dysponentem kontaktow dziecka z ojcem, wiec jej obowiazkiem jest
              zapewnic takie warunki i atmosfere spotkan, zeby dziecko mialo poczucie ze
              posiada ojca i ze jest przez niego kochane. Tutaj prawo do prywatnosci matki
              musi ustapic prawu dziecka do posiadania normalnych relacji z ojcem. Na ile
              ojciec wykorzysta te mozliwosci zalezy od jego dojrzalosci i ewentualne
              zaniedbania obciaza jego sumienie.

              pozdrawiam
              • kamila77 Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 15:38
                bob_dinozaur napisał:

                > Carlitta, kontakty ojca z dzieckiem sa prawem dziecka a nie ojca

                Owszem, ojca.

                > dlatego uniemozliwiajac te kontakty, ograniczajac lub ingerujac w nie z >
                niskich pobudek

                A co z wysokimi pobudkami? Np. zly wplyw ojca na dziecko, alkoholizm, przemoc
                itd.?

                > Dlatego pisanie o ojcu dziecka "przypadkowy tatus" nienajlepiej swiadczy o
                tobie.

                Forum to nie agencja PR ani tez Biuro Wystawiania Swiadectw Moralnosci.


                > a wiec jej obowiazkiem jest
                > zapewnic takie warunki i atmosfere spotkan, zeby dziecko mialo poczucie ze
                > posiada ojca i ze jest przez niego kochane.

                Nie opowiadaj bzdur. Jedynym obowiazkiem matki jest umozliwienie tych
                kontaktow. A juz zdanie o stwarzaniu atmosfery, ktora ma przekonac dziecko, ze
                ojciec je kocha, rany boskie, na czym to by mialo polegac? Zawsze mi sie
                wydawalo, ze milosc okazuje ten, kto kocha, a nie ten, kto stoi z boku.

                > Tutaj prawo do prywatnosci matki
                > musi ustapic prawu dziecka do posiadania normalnych relacji z ojcem.

                Nie, wcale nie musi. Posiadanie normalnych relacji dziecka z ojcem nie musi byc
                okupione rezygnacja matki z prywatnosci. Po to miedzy innymi sa ustalenia
                kontaktow (sądowe albo i nie). Wybacz, ale ja np. w imie rozwijania kontaktow
                mojego dziecka z rowiesnikami nie bede sie godzic na niezapowiedziane wizyty
                hordy rozwrzeszczanych dziewieciolatkow o godzinie 21. Za to owszem, w imie
                chronienia prawa do swojej prywatnosci pogonie towarzystwo do domów.

                > ewentualne zaniedbania obciaza jego sumienie.

                A ze przy okazji rozpieprza prywatnosc matki i dziecka, to juz drobiazg, nie?
                Zrozum, tu nie chodzi o sumienie, tu nie chodzi o "sprawiedliwosc dziejowa", tu
                chodzi o to, zeby maksymalnie chronic dziecko. Przed 'ojcem', ktory dziecka nie
                zna i poznac nie bardzo ma ochote.
                • bob_dinozaur Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 18:22
                  bob_dinozaur napisał:

                  "A co z wysokimi pobudkami? Np. zly wplyw ojca na dziecko, alkoholizm, przemoc
                  itd.?" - uwazam ze wtedy ograniczenie kontaktu jest nie tylko uzasadnione ale
                  rowniez jest obowiazkiem matki. Pisze o normalnych ludziach a nie dewiantach.


                  "> a wiec jej obowiazkiem jest
                  > zapewnic takie warunki i atmosfere spotkan, zeby dziecko mialo poczucie ze
                  > posiada ojca i ze jest przez niego kochane.

                  Nie opowiadaj bzdur. Jedynym obowiazkiem matki jest umozliwienie tych
                  kontaktow. A juz zdanie o stwarzaniu atmosfery, ktora ma przekonac dziecko, ze
                  ojciec je kocha, rany boskie, na czym to by mialo polegac? Zawsze mi sie
                  wydawalo, ze milosc okazuje ten, kto kocha, a nie ten, kto stoi z boku."


                  Taaaaaa, a jedynym obowiazkiem ojca jest placenie alimentow. Takie podejscie
                  jest niewatpliwie bardzo wygodne i korzystne, ale dla Ciebie nie dla twojego
                  dziecka. Juz tlumacze co mialem na mysli piszac o atmosferze i na czym mialoby
                  to polegac. Byloby mi niezmiernie milo gdyby tesciowa na czas mojej wizyty
                  moglaby wyjsc z pokoju w ktorym jestem z dzieckiem , bardzo bym docenil rowniez
                  gdyby zona w trosce o zdrowie i zycie synka nie ingerowala co 5 minut w zabawe,
                  gdyby mogla choc na 10 minut zostawic nas samych i gdyby rodzina zony mogla na
                  te kilka godzin w misiacu powstrzymac sie od zwracania sie do mnie przy dziecku
                  per gnoju. O spacerze nie smiem nawet marzyc. To wlasnie mialem na mysli piszac
                  o atmosferze. Oczywiscie jak widac matka jak najbardziej umozliwia mi kontakty.
                  Moze masz Kamila jakies ciekawe propozycje na okazanie dziecku milosci w ciagu
                  kilku godzin w miesiacu kiedy spotkania odbywaja sie w takiej wlasnie atmosferze
                  nienawisci?

                  "> Tutaj prawo do prywatnosci matki
                  > musi ustapic prawu dziecka do posiadania normalnych relacji z ojcem.

                  Nie, wcale nie musi. Posiadanie normalnych relacji dziecka z ojcem nie musi byc
                  okupione rezygnacja matki z prywatnosci. "
                  - nie pisze o rezygnacji matki z prywatnosci, to byloby chore, pisze ze prawa
                  dziecka sa wazniejsze niz prawa matki, tu sie chyba zgodzimy. Wszystko zalezy co
                  kto rozumie pod pojeciem "normalne relacje".

                  "A ze przy okazji rozpieprza prywatnosc matki i dziecka, to juz drobiazg, nie?"
                  - nie nie uwazam zeby parogodninne spotkania kilka razy w miesiacu rozpieprzaly
                  prywatnosc matki i dziecka. Uwazam ze jesli ojciec jest sie w stanie na tyle
                  zorganizowac zeby przyjechac, matka jest tym bardziej w stanie to zrobic. Mowie
                  o umowionych i zapowiedzianych wizytach a nie pokazywaniu kto tu rzadzi czy kto
                  ma wieksze prawa, takie zachowania uwazam za chore.

                  "Zrozum, tu nie chodzi o sumienie, tu nie chodzi o "sprawiedliwosc dziejowa", tu
                  chodzi o to, zeby maksymalnie chronic dziecko. Przed 'ojcem', ktory dziecka nie
                  zna i poznac nie bardzo ma ochote."
                  - Kamila cos ci sie pokrecilo. Jesli nie ma ochoty poznac dziecka, to po jaka
                  cholere za przeproszeniem tam przyjezdza. Myslisz ze to taka super rozrywka??
                  Nie ma nic lepszego do roboty tylko przyjezdza po to zapewne zeby "podokuczac"
                  mamusi swoim natrectwem??. Jasne jesli chroni sie dziecko przed wlasnym ojcem
                  (zaznaczam normalnym, nie pije, nie bije, nie stanowi zagrozenia dla otoczenia)
                  to na pewno nie pozna go nigdy. A na meczennikow nie ma ostatnio urodzaju, po
                  paru latach taki tatus w koncu sie zniecheci, wtedy bedzie mozna spokojnie i bez
                  wysilku wieszac na nim psy, tylko czy to bedzie fair wobec dziecka??
                  I zeby bylo jasne, nie chodiz mi o dogmaty, bo kazda sytuacja jest inna.
                  Najwazniejsze powinno byc dziecko. A czasami czytajac tu posty odnosze wrazenie
                  ze jest inaczej. Matka utozsamia dziecko ze soba, uwaza ze jesli sama nienawidzi
                  ojca on nie ma prawa, nie moze byc dobrym ojcem w zwiazku z tym cokolwiek by nie
                  zrobil bedzie zle. Powiedz co ma zrobic ten ojciec ktory "dziecka nie zna i nie
                  chce poznac", a nachodzi cie nie wiadomo po co i niszczy twoja prywatnosc, zeby
                  zasluzyl sobie i dostal twoje "pozwolenie" na poczucie sie rodzicem??. Rozumiem
                  i podzialam argumenty Chalsi i Pelagi, czasami sa sytuacje kiedy do psychiki i
                  wieku dziecka trzeba dostosowac swoje postepowanie, rozumiem bardzo dobrze ze
                  konsekwencja rozwodu jest to ze facet zostaje wyrzucony "poza" rodzine i tak na
                  prawde nigdy nie bedzie ojcem w pelnym tego slowa znaczeniu, pewne rzeczy sa nie
                  do przeskoczenia ze wzgledow obiektywnych jak praca, miejsce zamieszkania itd,
                  ale jesli nie bedzie marginesu dobrej woli, to szkody poniesie wlasnie dziecko.
                  I ta "dobra wola" z pktu widzenia dziecka, moim zdaniem, jest w wiekszym stopniu
                  obowiazkiem matki, wlasnie z tego wzgledu ze ona "zostaje" w rodzinie i chcac
                  czy nie chcac dziecko widzi swiat wlasnie poprzez jej pryzmat. Doprowadzanie do
                  sytuacji kiedy ojciec aby zbudowac jakis kontakt emocjonalny musi szturmowac
                  twierdze ktora matka buduje wokol dziecka, stawianie dziecka przed wyborami
                  pomiedzy mamusia i tatusiem, wreszcie przekazywanie (nawet nieswiadomie przez
                  swoje zachowanie) obrazu ojca jako intruza niszczacego spokoj rodziny do niczego
                  dobrego nie prowadzi. I to nie jest tak ze obowiazkiem matki jest wpuscic ojca
                  do mieszkania bo tak ma napisane w wyroku i za reszte odpowiada tatus, im gorzej
                  mu wyjdize tym lepiej dla mnie. W sytuacji kiedy rodzice sie rozwodza a dziecko
                  jest niemowlakiem, na pewno ojciec dla niego bedzie obcy tak jak w pewnym sensie
                  on bedzie obcy dla ojca. Jak maja sie siebie nawzajem nauczyc przez kilka godzin
                  w miesiacu, przy wyraznej wrogosci matki i w atmosferze nienawisci. Masz jakis
                  pomysl?? I nie chodzi tu o zadna "sprawiedliwosc".
                  • kamila77 Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 20:10
                    bob_dinozaur napisał:

                    > Taaaaaa, a jedynym obowiazkiem ojca jest placenie alimentow. Takie podejscie
                    > jest niewatpliwie bardzo wygodne i korzystne, ale dla Ciebie nie dla twojego
                    > dziecka.

                    Ale to nie jest moje pojecie, nie nadinterpretuj.

                    > Juz tlumacze co mialem na mysli piszac o atmosferze i na czym mialoby
                    > to polegac. (...)
                    > Oczywiscie jak widac matka jak najbardziej umozliwia mi kontakty.

                    Oczywiscie, ze nie umozliwia. Mysle, ze 'nasz' klopot ze zrozumieniem sie
                    polega na tym, ze z powodu wlasnych doswiadczen zupelnie co innego rozumiemy
                    pod pewnymi pojeciami. Dla mnie 'umozliwienie kontaktow' to zostawienie ojca i
                    dziecka w spokoju (tu sie przyznam - kiedy po trzech latach ojciec mojego
                    dziecka sobie o nim przypomnial, przez pierwsze 2-3 wizyty bylam przy tym, ale -
                    rzecz jasna - bez takich ekscesow, jakie opisujesz).

                    > Moze masz Kamila jakies ciekawe propozycje na okazanie dziecku milosci w ciagu
                    > kilku godzin w miesiacu kiedy spotkania odbywaja sie w takiej wlasnie
                    atmosferze nienawisci?

                    Przykro mi, nie mam. Powiedz, jakie masz prawne mozliwosci wyegzekwowania
                    spotkan poza domem dziecka? Albo chociaz w obecnosci osoby trzeciej?

                    > - nie pisze o rezygnacji matki z prywatnosci, to byloby chore, pisze ze prawa
                    > dziecka sa wazniejsze niz prawa matki, tu sie chyba zgodzimy.

                    Moim zdaniem te prawa (matki i dziecka) powinny byc rowne. Z opcja zrzeczenia
                    sie przez matkę jakiejs ich czesci.


                    > Mowie o umowionych i zapowiedzianych wizytach a nie pokazywaniu kto tu rzadzi
                    czy kto ma wieksze prawa, takie zachowania uwazam za chore.

                    Zapowiedziane nie znaczy umowione, naprawde. Nie raz i nie dwa o wizycie mojego
                    eksa dowiadywalam sie nie od niego, ale od np. mojej mamy, ktorej taka
                    informacje przekazal dzien wczesniej. I nie raz i nie dwa mialam ochote wyjsc
                    wtedy z dzieckiem, zeby szanowny tata w koncu pojął, ze to ze mna ma ustalac
                    terminy i godziny przyjazdu. No ale nie bede robic cyrkow i sprawiac dziecku
                    przykrosci.

                    > - Kamila cos ci sie pokrecilo. Jesli nie ma ochoty poznac dziecka, to po jaka
                    > cholere za przeproszeniem tam przyjezdza. Myslisz ze to taka super rozrywka??

                    Mnie sie pokrecilo? Poczytaj forum i policz, ile jest takich historii: pan tata
                    zjawia sie raz na kilka lat, kreci dziecku w glowie, po czym znika rownie
                    szybko jak sie pojawil. Moj syn tez cos takiego przezyl. Zapewniam cie - zadna
                    przyjemnosc.

                    > Matka utozsamia dziecko ze soba, uwaza ze jesli sama nienawidz
                    > i
                    > ojca on nie ma prawa, nie moze byc dobrym ojcem w zwiazku z tym cokolwiek by
                    ni
                    > e
                    > zrobil bedzie zle.

                    Mysle, ze naduzywasz slowa 'nienawisc'. W wiekoszosci wypadkow chodzi tu raczej
                    o niechec, żal, zawiedzione zaufanie itd. Piszesz "cokolwiek by nie zrobil" -
                    problem w tym, ze zazwyczaj 'oni' niewiele albo i nic nie robia. Oczywiscie -
                    mam tu na mysli nasze, forumowe historie.


                    > Powiedz co ma zrobic ten ojciec ktory "dziecka nie zna i nie
                    > chce poznac", a nachodzi cie nie wiadomo po co i niszczy twoja prywatnosc,
                    zeby
                    > zasluzyl sobie i dostal twoje "pozwolenie" na poczucie sie rodzicem??.

                    Pytanie skierowane do mnie, jak rozumiem? Nie wiem co prawda, czy moj byly mąż
                    poczul sie w koncu rodzicem dla naszego dziecka, ale jak rozumiem,
                    piszac 'pozwolenie' masz na mysli jakies rozszerzenie kontaktow? A to w takim
                    razie musial zrobic bardzo prosta rzecz - pokazac, ze w jakims tam stopniu na
                    dziecku mu zalezy. Czyli odwiedzac je czesciej niz raz na rok, pamietac o jego
                    urodzinach, od czasu do czasu zadzwonic i zapytac, co slychac. Proste, prawda?

                    > I ta "dobra wola" z pktu widzenia dziecka, moim zdaniem, jest w wiekszym
                    stopniu obowiazkiem matki.

                    No widzisz, dla ciebie to 'dobra wola', dla mnie - zwyczajne i normalne
                    zachowanie.

                    > I to nie jest tak ze obowiazkiem matki jest wpuscic ojca
                    > do mieszkania bo tak ma napisane w wyroku i za reszte odpowiada tatus, im
                    gorzej mu wyjdize tym lepiej dla mnie.

                    Nie pisz tak, bo mozesz nieswiadomie obrazic piszace tu dziewczyny. Myslisz, ze
                    to taka wielka satysfakcja, obserwowac, jak ojciec nie potrafi zupelnie zlapac
                    kontaktu z dzieckiem? Jak nie wie, co go interesuje, co lubi, o czym marzy? A
                    czasem nawet nie przyjdzie mu do glowy, zeby z dzieckiem porozmawiac?

                    Nie mam pomyslu na dobre kontakty w atmosferze nienawisci. W takiej sytuacji
                    uwazam, ze to niemozliwe. I stawia w potwornie trudnej emocjonalnie sytuacji
                    dziecko, ktore musi sobie poradzic z ambiwalencja uczuc.

                    Pozdrawiam
        • zeltow Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 15:25
          kochane dziewczyny, jakie wy macie doświadczenia z facetami,smutno się robi
          czytając o waszych związkach z mężczyznami i traktowaniu ojców waszych dzieci
          jako kompletną miernotę, to żle też świadczy o was samych ,niestety.
          znam bardzo wielu ojców znających dobrze potrzeby swoich dzieci ,te biologiczne
          i emocjonalne, spędzających wakacje w nieszablonowy sposób z korzyścią dla obu
          stron. nie wiem oczywiście o dzieciach w jakim wieku mówimy bo to bardzo
          istotne, ale decydujące jedynie o formie wakacji a nie o tym czy wogóle tata ma
          je spędzić czy nie z własnym dzieckiem , ojcowie też kochają,pozdrawiam
          • owsik102 Re: jak to jest z wakacjami...? 03.11.04, 15:56
            Problem wakacji...
            Owszem - mysle , ze dziecku przyda sie sam na sam z ojcem w wakacje ..Jak to
            ojciec zorganizuje - trudno rzec i to juz raczej jego kwestia- o ile nie godzi
            w bezpieczenstwo dziecka.
            pozostaje jedno ALE.
            To ale brzmi:
            1. Dzieko musi chciec
            2. Musi czuc sie bezpieczne
            3. Musi byc pewne , ze gdy bedzie chcialo wracac ojciec odwiezie...

            No i tu pojawiaja sie schody. Bo to jak z kolonia- dziecko by chcialo , ale..
            teskonota itd... czesto nie pozwala - szczegolnie w malym wieku.
            Nie uwazam by budowianie wiezi musialo nastepowac kosztem rozpaczy czy tesknoty
            dziecka.
            Uwazam , ze nalezy realizowac pewne rzeczy powowli i z umiarem.

            Co do tego , ze mataki same wystawiaja sobie opinie piszac zle o ojcach- powiem
            tak...
            Tak mysmy ich sobie wybieraly - ale tez naprawilysmy ten blad rozchodzac sie z
            nimi i trudno sobie wyobrazic - ze to my jestesmy zle - bo nie przewidzalysmy
            ze oni oszukjua. No moze naiwne i wierzace w czyjesc slowa - ale czy to wada????
            Pozdrawaim
    • tygrysica_krakow DO SAMODZIELNEGO 03.11.04, 21:04
      Samodzielny !! Ty mi wytykasz niewłaściwe spojrzenie na prawa ojca do dziecka.
      Uważasz, że moje poglądy są chore.
      Ja nie mam nic przeciwko ojcom - mężom, którzy spędzili X lat z dzieciakami,
      opiekowali się nimi, kochają je i chcą np miesiąca wakacji. Niech je biorą i na
      całe 2 miesiące, jadą gdzie chcą i dobrze się bawią.
      Ale nienawidzę wprost niedzielnych tatusiów - takich jak mój eks, którzy nie
      mają bladego pojęcia o byciu mężem nie mówiąc już o ojcu. Którzy wyrzekają się
      dzieci i nie bywają u nich przez rok czy pół roku i w d...pie mają czy ich
      dziecko wogóle żyje i czy ma co jeść.
      Słowo ojciec nie oznacza zawsze tego samego. Gdybym moją dwulatkę dała ojcu na
      połowę wakacji dostałąby chyba obłędu bo eks to dla niej obcy człowiek, ona
      jest jeszcze zbyt mała by uświadomić sobie, że to on ją spłodził. Poza tym mój
      eks nie chciałby połowy wakacji - to dla niego zbyt wielki wysiłek - przecież
      dziecko wymaga opieki. Tak więc sam widzisz.
      Ja nie uważam siebie za jakąś wyrocznię w sprawach rodzicielstwa i kontaktów
      dzieci z ojcami. Ja poprostu jestem w innej sytuacji niż TY. Miałeś żonę,
      rodzinę - masz inne spojrzenie na sprawę. I w przeciwieństwie do mojego eksa
      kochasz swoje dzieci i dbasz o nie.
Pełna wersja