ania_rosa
10.01.05, 03:13
Chciałabym poruszyć dośc kontrowersyjny temat, trochę po to, aby dac wolne
pole do skojarzeń i wspomnień. Duzo się nam na forum zrobiło "historii z
życia wziętych", przewaznie smutnych (jak to na Samomamie), więc to temat na
oderwanie i swobodne refleksje.
Zacznę tak: często podczas lektury rozmaitych postów natrafiam na zdania o
tym, jak to rodzina kobiety stoi murem za nią, albo jak to wredna rodzina
wrednego Eksa stała murem za nim. I tu pierwsze pytanie: co powoduje, że
czasem ta stojąca murem rodzina jest wredna, a czasem jest ostatnią deską
ratunku? Innymi słowy: czy punkt widzenia nie zależy zazwyczaj od punktu
siedzenia? A jeszcze innymi słowy: ile małżeństw i związków rozwaliło się
przez troskliwe mamusie i zapobiegliwych ojców obojga partnerów? I dlaczego
nasza rodzina ingerująca w małżeństwo jest "kochająca", a rodzina Eksa, która
robiła dokładnie to samo, staje się "wredna"?
Kiedy rozwodziłam się z męzem słyszałam od Niego nieustannie, że moja rodzina
wtrącała się w nasze małżeństwo i nie zostawiała wolnego pola dla nas.
Naturalnie zbijałam te argumenty, ale z perspektywy czasu widzę, że facet
miał swoje racje. I teraz, kiedy czytam o tym, jak to rodzice radzą
dzieciom "zostaw w cholerę tego drania, nawet ci stóp nie masuje, choć jestes
w drugim trymestrze ciązy" czy "znajdziesz jeszcze innego, który będzie cię
bardziej kochał" zastanawiam się, czy nie wyrządzają swoim córkom
niedźwiedziej przysługi.
Oczywiście nie piszę o przypadkach patologicznych, gdzie kobieta potrzebuje
nawet najmniejszego wsparcia. Pisze o tym, ile z nas z ręką na sercu mogłoby
powiedzieć "żadna opinia mojej matki/ ojca nie wpłynęła na mój stosunek do
męża/partnera i nie przyczyniła się do rozstania".
Widziałam już wiele związków, których podstawową wadą było to, że zięc czy
synowa nie podobali się teściom. Ha, powiecie, że jesli dwoje ludzi się
kocha, to ten związek przetrwa. Otóż niekoniecznie. Z obserwacji (moich)
wynika, że długotrwałe sączenie komentarzy, przytyków i zarzutów wobec
zięcia/synowej po pewnym czasie wywoła pożądany efekt. Katalizatorem tego
efektu najczęściej bywa ciąża, jako moment szczególnie nasilonych emocji i
wyśrubowanych wymagań. Tak więc wiele razy rozmawiałam z kobietami, których
lista zarzutów wobec męża czy partnera była długa, niczym kodeks
Hammurabiego. Jedyny słaby punkt tej listy był taki, że w rzeczywistości
powtarzały one zarzuty własnych matek/ojców/ przyjaciół wobec faceta, a nie
swoje wlasne. Po pewnym czasie jednak wkodowywały sobie te zarzuty i
powtarzaly je juz z pełnym przekonaniem. W tym czasie troskliwi rodzice
kiwali głowami mówiąc " a nie mówiliśmy?" i wyciągali otwarte ramiona do
córek, które "drań wykiwał/ zostawił". I faktycznie, ten "drań" nierzadko
zostawiał biedne córki, bo nikt go nie uprzedził, że poślubia nie tylko zonę,
ale tez teściów. Z rodziną nikt nie wygra.
Jedyny mankament tej sytuacji tkwił w tym, że rodzice wprawdzie stawiali na
swoim (często nawet sobie nie uświadamiając własnego rodzaju w tej grze
psychologicznej), ale za to córka zostawała sama i nierzadko wcale nie była
przez to szczęsliwsza. Po jakimś czasie naturalnie tworzyła setki
usprawiedliwień, które czarno na białym miały udowodnić, że wcale do siebie
nie pasowali, że na szczęscie rodzice byli w tym przytomni, a w ogóle to Eks
był głupi, nieodpowiedzialny itd.
Zastanawiam się więc, ile rodzin dałoby się uratować, gdyby nie "dobre rady"
najbliższych.
Rosa