Czegoś tu nie rozumiem...

31.01.05, 13:18
Większość samodzielnych mam wie, że faceci woleliby kobiety bez inwentarza.
Dużo jest też przypadków, że na słowo "dziecko" robią po prostu wtył zwrot.
Wczytując się w forum "macochy" obserwuję odwrotną sytuacje: Kobiety często
nie chcą zaakceptować inwentarza swojego wybranka... i proszą o pomoc jak
zaakceptować czy pokochać czyjeś dziecko!!

Czy na prawde tak ciężko jest pokochać dziecko? Tak szczerze i poprostu- nie
tylko wtedy jak ktoś patrzy i wtedy kiedy "sytuacja tego wymaga"?
Wychodzi na to,że łatwiej kochać nam męża alkoholika- bo lepszy "znajomy"
alkoholik niż "obce" dziecko! No na litość boską.........
    • virtual_moth Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 13:33
      Wiesz, co, ja jestem samodzielną mamą (a raczej samotnąwink, ale trudno byłoby
      mi pokochać dziecko partnera. Myślę, że nie nadawałabym się na macochę, a jeśli
      już, to zostałabym nią z poczucia odpowiedzialności niż miłości.

      Uważam, że zdolność do pokochania czyjegoś dziecka nie zależy od
      statusu "pierwsza żona" czy "druga żona". Już bardziej od tego, czy same mamy
      dzieci, choć niekonieczniewink Ja nigdy nie lubiłam dzieci i nic się nie
      zmieniło po porodzie oprócz tego, ze własną córkę kocham nad życiewink

      Decyduja się na związanie z dzieciatym powinnyśmy zastanowić się, czy w razie
      nieprzewidzianych okoliczności byłybyśmy w stanie być pełnowymiarową macochą.
      Ja chyba nie byłabym w stanieuncertain

      A więc uważam, ze to nic dziwnego i nienaturalnego, ze ktoś móglby mieć kłopoty
      z pokochaniem dziecka partnera. Co innego jednak świadome branie chłopa z
      dziećmi, skoro wie się, że tych dzieci się nigdy nie pokocha.

      Pzdr
      • omama Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 14:41
        Ano tak. To trochę tak samo, jak podział na osoby, które niemogąc mieć włąsnego
        dziecka gotowe są adoptować i takie, które tej decyzji nie podejmują. i Virtual
        ma rację - w niemożności pokochania, a przynajmniej serdecznego
        zaaprobowania "cudzej krwi" nie ma niczego złego. Tyle, że dla mnie jest
        oczywiste: jeżeli tej zdolności nie mam, nie adoptuję i nie wiążę się z
        dzieciatym.
    • iziula1 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 13:37
      Czasem tak po prostu jest.Kiedys nie zgadzałam sie ze zdaniem,że za błędy
      rodziców bedą płacic dzieci.Dziś wiem,ze to prawda i spotykam ja pod różnymi
      postaciami.
      Widzisz o sytuacji która opisujesz trudno jest rozpatrywać pod katem ludzkiego
      odruchu serca. Pamietac trzeba,że każda z Macoszek jest ta druga, kolejna
      zoną,ze gdzieś zawsze jest ta mysl że jakas część jej męża nie należy do niej.
      Że to dziecko ma w sobie nie tylko geny mego faceta ale także kobiety, którą On
      kochał wcześniej.
      A to,że pojawiaja sie posty z prośba jak zaakceptować lub pokochac to dziecko
      moim zdaniem świadczą o próbie wyjscia poza schemat, o tym że chce walczyć z
      własnym egoizmem i stereotypami.
      Zdarzają sie też i takie osoby, które nie chca "pokochać z całym dorobkiem
      inwentarza" ale moim zdaniem taka osoba nie nadaje sie na partnera.
      A dzieci pokochac można całym sercem bez wzgledu czy jest nasze czy cudze, bo
      dzieci są cudem.
      Najwspanialszym skarbem jakie spotyka nas w życiu.
      Pozdrawiam.
      Iza
      • burza4 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 14:24
        Pamietac trzeba,że każda z Macoszek jest ta druga, kolejna
        > zoną,ze gdzieś zawsze jest ta mysl że jakas część jej męża nie należy do niej.
        > Że to dziecko ma w sobie nie tylko geny mego faceta ale także kobiety, którą
        On kochał wcześniej.

        a według mnie - to akurat najmniej istotne. 90% ludzi ma za soba kilka
        związków, zanim trafi na tego właściwego i kwestia tego, że facet kogoś kochał
        wczesniej nie spędza dojrzałej, rozsądnej kobiecie snu z powiek. Ważniejszą
        (bardziej odczuwalną) sprawą jest natomiast to, że dziecko z poprzednego
        związku jest już zazwyczaj jakos tam ukształtowane, ma swój charakter, jest
        wychowane w jakiś sposób (niekoniecznie zgodny z naszą doktryną) itd. I dlatego
        jest trudniej - bo nie wszystkie dzieci są fajne i miłe, jesli trafi się np. na
        rozpieszczonego upierdliwca to po prostu trudno się w tym odnaleźć - tym
        bardziej, że na początku większość jest pełna dobrych chęci a z czasem te chęci
        mogą tez mijać. Łatwiej jest pokochać małe dzieci, ale czy równie łatwo byłoby
        pokochac zbuntowaną nastolatkę, która własnych rodziców przyprawia o
        przedwczesne siwienie? wątpię, normalna osoba raczej będzie reagowac coraz
        bardziej alergicznie...

        > A dzieci pokochac można całym sercem bez wzgledu czy jest nasze czy cudze, bo
        > dzieci są cudem.
        > Najwspanialszym skarbem jakie spotyka nas w życiu.

        Iziula - z całym szacunkiem - ale dla mnie dzieci żadnym cudem nie są - nawet
        moje własne, o cudzych w ogóle nie wspominającsmile
        • nowajulka Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 19:37
          > Iziula - z całym szacunkiem - ale dla mnie dzieci żadnym cudem nie są - nawet
          > moje własne, o cudzych w ogóle nie wspominającsmile

          Dla mnie też są najwspanialszym skarbem............
          • iziula1 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 19:45
            nowajulka napisała:
            > Dla mnie też są najwspanialszym skarbem............

            Ciesze sie, bo przez chwile poczułam sie jakims dziwologiem smile
            Kocham dzieci, czy to duże czy malutkie.
            Uważam ze są kims lepszym i madrzejszym od Nas dorosłych i dlatego trzeba je
            chronic i otaczać miłością.
            Pozdrawiam.
            Iza
      • chardonnay_79 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 14:37
        Dziekuje Dziewczyny za przybliżenie tematu i za odpowiedź smile
        Też jak wiecie jestem samotną mamą...ale nie wyobrażam sobie żeby mój partner
        kochał moje dziecko "z musu" albo "bo tak trzeba".
        A ja w sumie chciałabym żeby mój przyszły partner miał swoje dziecko... smile Nie
        były to dla mnie żaden problem.
        A co do schematów... nie wiem czy miłości można się nauczyć- chyba trzeba ją
        poczuć. Może w niektórych przypadkach wymaga to więcej czasu.. ale czasami (tak
        jak opisują to macoszki) wygląda to na straszną męczarnie..
        Nie jestem macoszką ale chciałabym poznać ten problem z dwóch stron. No bo z
        jednej sama chcę akceptacji dla mojego dziecka a drugiej chcę wiedzieć jak
        wygląda zaakceptowanie czyjegos inwentarza. smile)

        Pozdrawiam cieplutko samodzielne i "macoszki" smile i oby nas oświeciło tongue_out
        • gosza26 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 15:17
          Jest dużo racji w tym stwierdzeniu,że dzieci trudniej kochać bo one są
          obarczone wieloma zachowaniami , z którymi trudno pogodzić się osobom z nimi
          mieszkającymi, a nie będącymi rodzicami.

          Jest wiele takich opinii, że macocha/ojczym powinien stać z boku i nie
          ingerowac w wychowanie dziecka. Trudno więc zatem wymagać od pokochania dziecka
          jeśli nie jest się zaangażowanym właśnie w jego wychowanie. Ja myslę, że to
          również jest taki margines bezpieczeństwa, który zostawiają sobie nierodzice:
          nie ingeruję , nie biore odpowiedzialności, ale też nie ma z tego profitów w
          postaci uczucia dziecka.

          I postawa z drugiej strony barykady: uczestniczę w wychowaniu dziecka, biorę za
          nie odpowiedzialność i próbuje się z nim zaprzyjaźnić/ pokochać.

          wybór należy do każdego z nassmile
        • burza4 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 15:26
          > A ja w sumie chciałabym żeby mój przyszły partner miał swoje dziecko... smile
          Nie > były to dla mnie żaden problem.

          Ja na twoim miejscu nie wypowiadałabym tak pochopnie życzeńsmile zawsze lepiej
          mieć mniej problemów niż więcej - a kazda relacja międzyludzka problemy niesie.
          Tym bardziej w systuacji, gdzie te relacje dotyczą nie tylko dorosłych, ale i
          dwójki dzieci, wychowywanych w innych warunkach, na innych zasadach - tych
          problemów jest dużo. I czasem przytłaczają.

          No bo z
          > jednej sama chcę akceptacji dla mojego dziecka a drugiej chcę wiedzieć jak
          > wygląda zaakceptowanie czyjegos inwentarza. smile)

          wiesz, to zalezy od tak wielu czynników. I od charakteru strony dorosłej i
          charakterku tej młodszej... rzadko kto lubi wszystkie dzieci, trafiają się
          przecież takie, na widok których człowiek ma ochotę zgrzytać zębami. Generalnie
          w stosunku do swojego dziecka człowiek jest bardziej tolerancyjny i
          wyrozumiały. Zaakceptowanie dziecka jest czasem trudne, podobnie jak
          zaakceptowanie teściowejsmile. Poza tym to nie jest akt jednostronnej deklaracji -
          dziecko też coś czuje i jakoś reaguje. Jesli ta reakcja jest nieustannie
          irytująca, to trudno "nauczyć się" miłości. Niektóre macochy piszą np. o
          problemach ze starszymi dziećmi - że nie sprzatają, nie słuchają próśb,
          pyskują - jaka obca osoba na dłuższą metę będzie miała tyle życzliwości co
          rodzice? mnie moje własne dziecko czasem doprowadza do szału, nie oszukujmy
          się - mojego męza przy całej jego cierpliwości - zapewne tym bardziej. Rola
          macochy/ojczyma jest w ogóle niewdzięczna. Partner widzi nasze dzieci w
          bardziej obiektywny sposób, bywa tak, że zwracanie uwagi rodzicowi na pewne
          błędy wychowawcze jest odbierane jako przejaw braku akceptacji, czepialstwo
          itd. A czasem ten partner ma wiele racji, bo patrzy bez różowych okularków...
          czasem rodzic niby wie, że cos źle robi, ale serca nie ma, żeby to
          wyegzekwować... i na partnera patrzy wrogo, bo ten nie ma takich obiekcji.
        • poxywka Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 16:34
          niektorzy tez boja sie odrzucenia; jak sie pokocha takie dziecko ryzyko
          zranienia bardzo rosnie; kiedys ono pewnie w jakiejs klotni w wkieku lat nastu
          moze ci powiedziec 'nie jestes moja matka/ojcem'; to nic strasznego w gruncie
          rzeczy, bo x dzieci potrafi powiedziec rodzicom 'wolalabym miec inna
          matke/ojca' ; to zwykly bunt, ale w tym przypadku bardziej boli; a moze
          naprawde wzniesc mur w stosunku do nie-rodzica; mysle, ze ta obawa w ludziach
          istnieje; zarowno jak podzial praw i obowiazkow; masz obowiazek kochac ale nie
          masz prawa decydowac o wszystkim; wiez chyba buduje sie dlugo; mozna obiecac,
          ze sie czlowiek postara; wazne sa dobre intencje; ale nic nie ma 'na pewno';
          lecz takze ten, kto z gory mowi, ze nie potrafi nie wie tego tak naprawde
          pozdrawiam
          poxywka
          • chardonnay_79 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 17:00
            Dlaczego napisałam ,że chciałabym żeby mój przyszły partner miał już inwentarz.
            Ano to narazie teoretyczne stwierdzenie, bo taka sytuacja miejsca nie miała.
            Aczkolwiek nie wycofuje się ze stwierdzenia smile
            Wydaje mi się, że bylibyśmy wtedy w takiej samej sytuacji i wspieralibyśmy się
            w tym a nie jedno obwiniało by drugiego że ktoś się nie stara, czy że nie chce
            zaakceptować "małego obcego". Nie wiem, może jestem niepoprawna optymistką ale
            to tylko teoria. A może raczej pryzmat przez który chciałabym żeby patrzył mój
            next.... hmm. Cięzko mi o subiektywizm w tej kwestii smile)
            Dziekuje za wszystkie odpowiedzi, bo nie wszystkie opcje brałam wcześniej pod
            uwage smile
            • burza4 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 11:36
              chardonnay_79 napisała:

              > Wydaje mi się, że bylibyśmy wtedy w takiej samej sytuacji i wspieralibyśmy
              się > w tym a nie jedno obwiniało by drugiego że ktoś się nie stara, czy że nie
              chce > zaakceptować "małego obcego".

              Wiesz, to jest trochę bardziej skomplikowane. Nie bylibyście w tej samej
              sytuacji, kazde z was ciągnęłoby w stronę własnego dziecka - a to oznacza
              konflikt interesów. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się kiedyś, ze facet
              wychowujący sam dziecko będzie miał mniejszy problem z zaakceptowaniem mojego.
              A tymczasem problem był o tyle większy, że każdy rodzic faworyzuje własne
              dziecko i trudno się pogodzić z tym, że jednemu nie wolno, a drugiemu się
              pozwala, że od jednego się wymaga więcej, od drugiego wcale itd. Zaakceptowanie
              faktu istnienia dziecka to jedno, ale już wypracowanie wspólnej i
              jednolitej "polityki wychowawczej" - to drugie i czasem niewykonalne.

              Jak wspomniały dziewczyny - nie-rodzic jest w fatalnej sytuacji, niby nie
              powinien wtrącać się w wychowanie, ale jak tego uniknąć skoro np. mieszka po
              jednym dachem? Tatusiowie często mają poczucie winy, że nie mieszkają razem i w
              czasie wizyt niczego nie wymagają - ich dziecko zazwyczaj pojawia się
              weekendowo i jest traktowane jako gość; co z kolei naszemu jest solą w oku, bo
              kurka, ono ma swoje obowiązki, a tu przychodzi taki książę i jemu wszyscy
              nadskakują... tatusiowie przy tym mają przekonanie, że "dziecku trzeba
              wynagrodzić" więc i macocha i jej dziecko mają się podporządkować, a nasze
              patrzy na to z poczuciem wielkiej niesprawiedliwości. I to generuje konflikty -
              bo niby czemu nasze dziecko ma być wiecznie na drugim planie?

              Powiem tak - gdybym nie miała porównania, uwazałabym, ze mój mąż traktuje moją
              córkę jak własną. Ale mam porównanie i mimo tego, że poświęca jej wiele czasu i
              nie żałuje jej niczego (szczerze mówiąc wręcz ją rozpuszcza), to różnica między
              traktowaniem jej a własnego syna jest po prostu kolosalna.
              • chardonnay_79 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 12:18
                Ehhh
                ja chyba oporna jestem, bo dalej trzymam się swojego stwierdzenia.. smile)
                Zawsze wydawało mi się że ludzie decydują się być razem, żeby móc razem
                rozwiązywać problemy a nie je piętrzyć..
                Ale przyznacie chyba, że nawet w całej (biologicznie) rodzinie, gdzie jest
                więcej niz jedno dziecko, też jest zauważalna faworyzacja. Więc nie jest to
                tylko problem par, które swoje rodziny łączą.
                To samo myśle dotyczy współnej i jednolitej polityki wychowawczej tzn. nie jest
                to tylko problem "biologicznie całej" rodziny.
                Sama więc już nie wiem co jest bardziej skomplikowane ale na pewno "wspólnie"
                problem da się rozwiązać smile
                • cienki_bolek Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 15:33
                  I to jest właśnie kolejny przykład na to, że samodzielne nie są i nigdy nie
                  będą w stanie zrozumieć macoch/ojczymów dopóki same się w takiej sytuacji nie
                  znajdą, czego Ci, uwierz mi, nie życzę. Bo chociaż wydaje Ci się, że wszystko
                  byłoby kolorowe i po prostu extra a miłość zwycięży wszystko, to przekonałabyś
                  się sama, że tak wcale nie jest. Dlatego właśnie, że tak nie jest, jak sama
                  piszesz: tylu facetów robi w tył zwrot na informację o tym, że masz dziecko i
                  tyle macoch ma problemy w związkach, w które wchodzą.

                  Oczywiście, że się da mieć nawet życzliwe i ciepłe układy w takiej rodzinie (na
                  więcej nie licz bo to raczej abnorma niż norma) ale nie myśl sobie, że Twoje
                  optymistyczne podejście to wszystko. To jest okupione niesamowitą pracą i
                  wyrzeczeniami ze strony wszystkich zaangażowanych w taki układ osób i nie
                  przychodzi samo. A ze stwierdzeniem, że nie wszystkie dzieci są cacy zgadzam
                  się w zupełności. Przez wiele lat uczyłam dzieci w wieku szkolnym i
                  przedszkolnym i wierz mi, nie na darmo mamy powiedzenie: Obyś cudze dzieci
                  uczył. Dzieci są słodkie bez granic tylko dla ich zaślepionych rodziców. I
                  dobrze, że to zaślepienie nam natura dała bo inaczej niejeden rodzic by
                  zwariował.

                  Więc nie opowiadaj takich farmazonów i nie oceniaj ani macoch ani potencjalnych
                  ojczymów Twojego dziecka w ten sposób bo nie masz pojęcia o czym mówisz.
                  • chardonnay_79 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 16:20
                    Nie wiedziałam że próba postawienia się w czyjejś sytuacji albo zrozumienia jej
                    jest "opowiadaniem farmazonów"... i na pewno nikogo nie oceniam. Jeśli ktoś to
                    tak odebrał- coż.. widocznie nie umiałam tego inaczej ubrać w słowa.
                    A poza tym nie oddzielałabym tak kategorycznie samodzielnych od macoch czy
                    ojczymów, bo oni przecież się uzupełniają. W sensie druga połowa samodzielnych
                    rodziców będzie macochą bądź ojczymem. Mogę więc chyba mieć obawy co do
                    sytuacji w takim przyszłym związku i zapytać o to kogoś z większym
                    doświadczeniem smile
                    Co do norm.. cóż nie od dzisiaj wiadomo, że co dla jednych jest normą dla
                    drugich marginesem. Z resztą to dość głęboki i niebezpieczny temat.

                    Jasne że nie wszystkie dzieci są cacy co nie znaczy że dzieci
                    bardziej "upierdliwe" nie zasługują na naszą miłość. Bo właściwie co oznacza
                    zasłuzyć sobie na czyjąś miłość? Być grzecznym i robic to co ktoś nam karze?
                    Wtedy jest cacy i można go pokochac??
                    Ciężką pracą osiąga się to samo w każdej rodzinie- nie tylko łączonej. I ja się
                    od tej pracy nie odwracam, a mój optymizm pomaga mi w spojrzeniu na tę kwestie
                    z dobrej strony.
                    Pozdrawiam cieplutko i dziekuję za przedstawienie problemu z innej strony smile

                    --
                    Moje Szczęście
                    => forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=18800301
    • kicia031 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 31.01.05, 19:13
      Prawde mowiac, ja tez nie rozumiem. NIe uwielbiam wszystkich dzieci za to, ze
      sa dziecmi, ale z latwoscia przyszlo mi zaprzyjaznic sie z corka mezczyzny,
      ktorego kocham. Zreszta takiego wlasnie mezczyzny z dzieckiem szukalam,
      poniewaz przez 7 czy 8 lat staran ulozenia sobie zycie po rozwodzie bylam
      zmuszona zaakceptowac fakt, ze mezczyzna nie majacy dzieci nie potrafi
      zrozumiec emocji i obowiazkow zwiazanych z rodzicielstwem.
      Moj ukochany tez stara sie zaprzyjaznic z moim Babelkiem, stara sie tez pomoc
      mi w jego wychowaniu podrzucajac sugestie czy uwagi, pozwalajace wlasnie
      spojrzec na sprawy z dystansu, to jest bardzo pomocne. Ja przyznaje w przypadku
      konfliktow czesciej staje po stronie Malej niz mojego mezczyzny (wiem ze nie
      powinnam publicznie, ale czasem nie moge sie powstrzymac) gdy wydaje mi sie, ze
      jest dla swojej corki zbyt surowy.
      Dzieci sa takie bezbronne - nawet te najbardziej bojowe, naprawde nie jest
      trudno sie do nich przywiazac, obdarzyc uczuciem, niekoniecznie musi to byc od
      razu wielka milosc...
      Pozdrowienia
      Kicia
      • burza4 Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 13:28
        kicia031 napisała:

        > Dzieci sa takie bezbronne - nawet te najbardziej bojowe, naprawde nie jest
        > trudno sie do nich przywiazac, obdarzyc uczuciem, niekoniecznie musi to byc
        od > razu wielka milosc...

        Dzieci bywają też złośliwe, krnąbrne, uparte jak osioł i nieznośne i potrafią
        manipulować otoczeniem. Patrząc na zachowanie mojej córki od czasu do czasu,
        sama na miejscu obcej osoby miałabym problem z zaakceptowaniem takiego
        stwora... Trudno obdarzyć uczuciem dziecko, ktore np. ostantacyjnie cię
        lekceważy. Bezbronne są maluchy - nie jest trudno przywiązać się do miłego,
        przylepnego dziecka, gorzej jesli jest się skazanym na kontakt z takim, którego
        zachowania nijak się nie akceptuje - a wpływu na jego wychowanie się nie ma
        żadnego, albo mały.

        Kicia - masz wiele szczęscia w tym, że trafiłaś na taki, a nie inny układ.
        Miałaś dobre chęci, ale rownież trafiły one na podatny grunt, gdybyś trafiła na
        dziecko innego pokroju, twoje dobre chęci mogłyby nie wystarczyćsmile
    • mama_ameleczki Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 15:37
      Meżczyźnie łatwiej jest pokochać nie swoje dziecko niż kobiecie. Kobieta jest
      zawsze bardziej przywiążana do swojego dziecka. Jest z nim non stop od chili
      poczęcia. Nosi go w sobie przez 9 miesięcy a puźniej rodzi w bólach. Dziecko to
      dosłownie i w przenośni część jej.Ta miłość jest niejako automatyczna. Mężczyna
      zaś musi pokochać dopiero to dziecko. Podchodzi do tego bardziej
      psychologicznie. Przeważnie pokochuje dziecko, nie dlatego, że powstało z jego
      komórki tylko dlatego, ze kocha jego matkę. I właśnie dlatego kobiecie jest
      trudniej pokochać nie swoje dziecko. Nie wiem czy dobrze wytłumaczyłam to co
      miałam na mysli, ale mam nadzieję, ze zrozumiecie o co mi chodziłowink

      Pozdrawiamy Maja i Amelka

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=19979845
      • ania_rosa Re: Czegoś tu nie rozumiem... 01.02.05, 15:53
        Kiedyś popełniłam tu wątek na temat różnic w podejściu ojczyma i macochy do
        pasierba. Polecam, wypowiedziało się tam wiele mądrych osób.

        Natomiast jeśli chodzi o temat tego wątku, to cóż: nie da się dyskutowac z kimś
        o jego przeczuciach odnośnie układu, jaki jeszcze nie zaistniał. Autorka ma
        prawo formułowac dziesiątki tez, a macochy mają prawo te tezy zbijacwink Tu się
        porozumienia nie osiągnie.
        Myslę, że istnieją setki subtelności w rodzinach "mieszanych"- sa ojczymowie i
        macochy, którzy kochają dzieci jak własne, sa i tacy, którym akceptacja
        przychodzi z trudem. Jesli jednak mówimy o jakiejś medianie, to jest nią raczej
        rodzina posiadająca różnorodne problemy wynikające z sytuacji.

        Uważam także, że tezy "każde dziecko się kocha" są naznaczone takim idealizmem,
        że trudno mi to czytac bez uśmiechu- ale to moja opinia.

        Rosa
Pełna wersja