siamamama
30.03.05, 11:23
Pisze tu bo zastanawiam sie czy moj problem z sama soba jest juz na tyle duzy
ze powinnam szukac porady i wsparcia u specjalisty. Czy poradze sobie sama ze
swoja psychika i bede w stanie wziac sie w garsc? Moze ktos cos podpowie.
Mam 2,5 letniego chłopczyka- samotnie go wychowuje. Moj były maz porzucił nas
kiedy Mały miał 2 miesiace. Narobił przy okazji strasznego bigosu. Okazało
sie ze ma zaburzenia osobowosci o charakterze socjopatycznym.Przez cala ciaze
i w pierwszych miesiacach zycia dziecka przechodziłam katusze psychiczne.
W koncu zostawil nas i ja sama powiedzialam mu ze też nie chce go znac. Nie
utrzymuje kontaktu z nami- nie wiem nawet gdzie jest. Ukrywa sie chyba gdzies
za granica. Nie wazne- tesknilam za draniem, ale udało mi sie wyrzucic go z
umysłu i zabic wszelkie cieplejsze uczucia. Musiałam zajac sie malenkim
dzieckiem- kąpac, karmic, oporządzic.Sama. Jakos wzielam sie w garsc. Miałam
duze wsparcie psychiczne ze strony rodzicow, tesciow i przyjacioł. Po całym
tym rozgardiaszu w moim zyciu miałam poczucie porazki, mimo wszystko
trzymalam sie. Pracowalam na pol etatu zeby zapewnic synkowi doba opieke z
mojej strony. Finansowo pomagali mi rodzice i tesciowie.
Potem pojawil sie ktos. Kolega z dawnych lat. Byl dla mnie taki dobry ze
pozwolilam mu sie zblizyc do nas-bylismy przez jakis czas razem. Było nam tak
dobrze.Nie pozwolilam mu z nami zamieszkac0 nie chciałam zeby dzieciak
przyzwyczail sie za bardzo, ale bylismy razem.Miałam wsparcie z jego strony,
moglam sie w niego wtulic i sama dawalam duzo z siebie zeby ten zwiazek
przetrwał. I to z radoscia. Trwalo to niezbyt długo- kilka miesiecy. Znajomy
w koncu "wylał sobie na głowie wiadro zimnej wody" i stwierdził ze to nie dla
niego. Jest mu z nami bardzo dobrze,obawia sie ze nie znajdzie juz drugiej
takiej jak ja, ale ..dziecko nigdy nie bedzie jego, ja jestem po rozwodzie
i ... Przypuszczam ze nagadali mu rodzice, kumple itd Postapił z nami bardzo
niedojrzale- typ człowieka ktory wszystko w zyciu musi miec idealnie
poukładane. Zreszta jakis czas po tym znalazl sobie idealna kandydatke na
zone.
Teraz jestem od jakiegos czasu koszmarnie smutna. Tesknie za tamtym moim
znajomym- mimo ze okazał sie taki. Moze za wspolnie spedzonym czasem,
dotykiem, obecnoscia kogos, więzia emocjonalna? Męzem ,ktorego nigdy tak
naprawde nie zaznałam. I to tak bardzo ze nie moge sobie z tym wszsytkim
poradzic. Ciagle płacze, jest mi okropnie smutno, mam poczucie
beznadziejnosci. Nie potrafie sie pogodzic ze tak schrzaniłam sobie to zycie-
sobie i dziecku. Dwie porazki to juz chyba za duzo na jedna osobe.Jestem
chyba tez na swoje nieszczescie bardzo wrazliwa, wszystko przezywam silniej
niz inni.
A mysl ze przez reszte zycia moge byc sama (bez partnera) jest dla mnie
nieznosna. Kiedys byłam bardzo towarzyska i wesoła dziewczyna- lubie ludzi i
zawsze było ich wokoł mnie sporo. Przyjaciele ktorzy byli przy mnie podczas
koszmaru jaki przezyłam z moim byłym mezem powoli i dyskretnie usuwali
sie.Wracali do swoich spraw, rodzin i problemow jak zauwazyli ze pojawił sie
ktos i ze jestem w "dobrych rękach".
Maly jest bardzo nerwowy -zawsze taki był.Kochany i sliczny ale czesto
nieznosny i byc moze nawet nadpobudliwy. Opieka nad nim jest dla mnie jako
samotnej osoby coraz bardziej trudna. Nie mam nikogo kto moglby mnie odciazyc-
rodzcie nie mieszkaja w tej samej miejscowosci. Czasem mam wrazenie ze
oszaleje z tej samotnosci.
Nadal pracuje na pol etatu, nie ma mnie w domu 5h dziennie(małym zajmuje sie
niania).Spedzam z dzieckiem duzo czasu razem i coraz bardziej mnie to dołuje
zamiast dodawać sił. Boje sie ze jestem jakas labilna emocjonalnie, ze
dziecko czesto widzi jak ja płacze i ze nie jest to korzystne dla jego
rozwoju. Staram sie przy nim trzymac, ale małe potkniecia powoduja ze
wybucham płaczem. Nie mam apetytu, zle sypiam. Budze sie czasem w nocy
przerażona.
Dodam ze mam 30 lat i ze jakos nigdy na brak powodzenia nie narzekałam. Jakos
teraz nie ma okazji na zawieranie nowych znajomosci. Ja nawet nie mam gdzie
wyjsc i do kogo. I nawet chyba boje sie probowac po raz ktoryś. Przeciez nie
jestem odpowiedzialna za sama siebie- jest jeszcze synek.
Dopiero teraz odczułam ze samotna matka jest czesto niechetnie widywana w
niektorych kregach- wsrod sparowanych znajomych jakos tak "nie przystaje".To
sie daje odczuc. Jest mi z tym wszystkim zle. Strasznie źle. Moze powinnam
wspomoc sie jakos psychoterapia? Farmakologia? Przez te kilka lat było dobrze-
a teraz cos we mnie pękło. Co robic? Przejdzie samo?