Czy to niestety nie jest prawda?

21.08.05, 17:21
kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53664,2873834.html
    • kini_m Re: Czy to niestety nie jest prawda? 21.08.05, 17:30
      Hehe, a czy ty myślisz że tylko kobiety dostają takie pytanie?
      Kiedyś gdy już dłuższy czas szukałem pracy i już zdesperowany w którymś LM
      wpisałem że mam na utrzymaniu małą córeczkę - to na rozmowie też otrzymałem
      takie pytanie.
      W końcu równouprawnienie - w zadawaniu tych pytań też.
      • czekolada72 Re: Czy to niestety nie jest prawda? 21.08.05, 17:48
        Hmmmmm, z tego co wiem czytajac posty twoje i Twojej bylej - dziecko jest pod
        opieka matki
        • kini_m Re: Czy to niestety nie jest prawda? 24.08.05, 21:20
          czekolada72 napisała:
          > Hmmmmm, z tego co wiem czytajac posty twoje i Twojej bylej - dziecko jest pod
          > opieka matki
          Dobrze pamiętasz. Pod samowolną opieką matki. (Sąd nie przyznał jej
          bezpośredniej pieczy a jedynie ustalił miejsce pobytu córki - to różnica. Córki
          nadal matka nie pozwala odwiedzić.)
          Ale sytuacja o której mówię była chyba ok. 4lata temu.
    • carlafehr Re: Czy to niestety nie jest prawda? 21.08.05, 19:18
      Myślę, że zdarza się, że to niestety prawda. Dużo zależy od otoczenia, miejsca
      zamieszkania ale też od nas samych. Jestem kilka lat po rozwodzie, sama
      wychowuję 6-letniego synka. Jakoś poukadałam sobie życie, mam to szczęście, że
      mieszkamy razem z moja mama, która pomaga mi a moje dziecko jest zdrowe. Ja ze
      swojej strony jestem raczej zadowolona z życia i nie epatuję nikogo złymi
      stronami samotnego macierzyństwa, zwłaszcza że byłam mężatką i wiem, że
      niesamotne wychowywanie wcale nie znaczy, ze jest lżej i łatwiej - mi tam jest
      lżej i łatwiej odkąd się rozwiodłam. Osobiście nie spotkałam się ze złym
      traktowaniem mnie lub synka z tego powodu, że jestem samotną matką. Już jako
      samodzielna mamusia znalazłam nową pracę. W pracy się oczywiście staram być
      dobrym pracownikiem - oprócz mnie pracuje u nas jeszcze kilka samotnych matek -
      wszystkie jesteśmy dobrymi pracownikami - może dlatego, że gdybyśmy pracę
      straciły, nie mamy nikogo, kto nas utrzyma. Szef docenia nasze starania -
      czasem żartujemy z nim, że powinien przyjmować same samotne, bo są
      najsumienniejszymi pracownikami. Faktycznie na firmowych spotkaniach zdarzają
      się pytania o to, z kim zostało moje dziecko. Nie przyszło mi jednak na myśl
      odbierać to jako atak na mnie jako matkę czy społeczną kontrolę - odbieram to
      raczej jako wyraz zainteresowania i tyle. Ponieważ w moim otoczeniu odczuwam
      raczej aprobatę niż dezaprobatę, więc nie jestem przewrażliwiona na temat mojej
      sytuacji. Ważne, że ludzie których lubię i cenię, lubią i cenią mnie. A reszta -
      cóż żyjemy w kraju demokratycznym i każdy ma prawo myśleć sobie, co chce. Nie
      spędza mi to snu z powiek smile
      Myślę, że najbardziej bolesna sytuacja jest wtedy, gdy najbliższa rodzina nie
      może zaakceptować naszej sytuacji. Wtedy dezabrobata dalszego otoczenia daje
      się bardziej we znaki, może być też tak, że tej dezaprobaty nie ma, ale
      jesteśmy przewrażliwieni i wszystko odbieramy jako atak..
    • rosaliza Re: Czy to niestety nie jest prawda? 24.08.05, 23:27
      Witam,
      znalazłam to Forum i piszę tu pierwszy raz.
      Niestety, ten artykuł wydaje mi się prawdziwy - w odniesieniu do wszystkich
      samotnych rodziców. Każdy, kto odbiega od społecznej normy pełnej rodziny, jest
      ze społecznego punktu pewnym dziwadłem. Od 10 lat sama wychowuję syna. Takie
      mam życie, jakie mam i nie mam do nikogo pretensji. Jednak w miarę upływu czasu
      czuję się dziwadłem. Dobrze sobie radzę, bo jestem silna i nie mam czasu się
      roztkliwiać. Prowadzę własną działalność i stać nas na w miarę dobre życie. W
      szkole traktowana jestem inaczej niż kobiety zamężne. Kiedy jednak zdarzają się
      problemy, wtedy matki rozmawiają, a w decydującym momencie zwykle wkraczają
      ojcowie. Jest jakiś podział ról. Ja muszę wszystko to robić sama. Balansowanie
      pomiędy byciem miłą, a wymagającą jest trudne.
      Pracuję sporo i w domu, ale wiele osób twierdzi, że zapewne dzieje się to
      kosztem syna. Ja jednak muszę zdobyć środki na utrzymanie nas obojga. Dzisiaj
      się zdenerwowałam, bo na koloniach, na które posłałam syna stosowane są
      forsowne ćwiczenia jako kary fizyczne i zastanawiam się, jak załatwić tą sprawę.
      Nie mam tego kogoś, kto powiedziałby "nie martwmy się, będzie lepiej".
      Ja sama zaczęłam od pewnego czasu mówić o sobie w liczbie mnogiej!
      Jestem ojco-matko-wszystkim na raz przez 24 godziny na dobę. Patrzę na to, co
      mnie otacza i zastanawiam się, skąd brać siłę.

      Pozdrawiam, Rosa
      • aglesnik Re: Czy to niestety nie jest prawda? 25.08.05, 09:00
        niestety jest sad kiedy zlikwidowali mi zakład pracy i przejął nas inny
        podstawowym problemem przyjęcia mnie do pracy było to, że samotnie wychowuje
        dwójkę dzieci. Miałam wykształcenie, praktykę zawodową, ale miałam dzieci i nie
        miałam męża. Niestety moja sytuacja w czasie małzenstwa była podobna, praca exa
        była najwazniejsza, tak więc obowiązków mi zbytnio po rozwodzie nie przybyło.
        ale dla mojego szefa był to problem NR 1!!
        co prawda dzięki mojemu uporowi pracuje i mam sie dobrze,ale dyskryminacja
        samotnym mam istnieje!!ag.
        • kini_m Re: Czy to niestety nie jest prawda? 30.08.05, 21:18
          Rosaliza
          >Dzisiaj się zdenerwowałam, bo na koloniach, na które posłałam syna
          >stosowane są forsowne ćwiczenia jako kary fizyczne i zastanawiam się,
          >jak załatwić tą sprawę.
          Jako dziecko bywałem na takich obozach (harcerskich).
          Jeśli to taki obóz który ma właśnie wyrabiać w młodych ludziach karność
          (harcerski, survivalowy, itp) to nie musi to być coś złego pod jednym wszak
          warunkiem - dziecko (dzieci) musi zdawać sobie sprawę za co jest kara. Pamiętam
          że gdy jako dzieciaki na obozie np nie stosowaliśmy się do ciszy nocnej - to
          zaraz byliśmy stawiani na nogi i szusowaliśmy w środku nocy. Następnej nocy już
          był spokój - nie wspominam tego źle, a jako małą szkołę życia.
Pełna wersja