czy warto walczyć?

17.10.05, 12:41
Kiedyś pisałam o tym, ze jestem w ciąży i nie chcę być z ojcem dziecka.
Możemy się kumplowac, moze z czasem przyjaznic, ale to wszystko. Nieźle mi
się wtedy oberwało od niektórych. Decyzji nie zmieniłam, a tatuś miał
zdecydowac co zrobi i jaką rolę chce odgrywać w życiu swojego dziecka (Czy
chce je uznać, widywać itp.). Uznałam, że to najlepszy pomysł - dac mu wolną
rękę. Prosiłam o informację, co zamierza. To było kilka miesięcy temu.
Nastała cisza (tzn jakieś dwa telefony, w których mówił, że się kiedys
umówimy, pytał czy nie pomóc mi w czymś.) Ostatni telefon jakieś 3 miesiące
temu.
Kilka tygodni temu wysłałam sms z zapytaniem, czy już zdecydował. Odpisał, ze
się umówimy i zadzwoni. I cisza.
Ja zdania nie zmieniłam, dalej nie zależy mi na niczym od niego, choc mam
powazne problemy, zwlaszcza finansowe. Poród za 3 miesiące, czas kompletować
wyprawkę, nie wiem na czym stoję i czy jeszcze dalej mam go ponaglać, czy
odpuścić.
Nie interesuje się za bardzo mną - nawet nie pyta o stan zdrowia. Czy nie
lepiej olac, nie wpisywac jako ojca? Bo jeśli on nagle powie, ze chce być
ojcem i potem będzie robil takie numery, że dziecku powie, że do niego
przyjedzie, dziecko będzie czekac, a on je zlekcewazy, tak jak teraz moje
prośby. Czy ja potrzebuję jakichś świadków, że on jest nieobecny w moim
życiu, żeby w razie czego uznac jako ojca ale odebrac prawa?
Wydaje mi się, ze ja postąpilam fair, żądając dojrzałej decyzji...
Wiem że to skomplikowany problem i ciężko komuś doradzić, ale może jednak
któras się wypowie? smile Albo któryś?
    • anetina Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 13:11
      proszę nie oceniać mojej wypowiedzi, ale piszę z własnego doświadczenia

      poczekaj na pojawienie się dziecka na świecie
      załóż sprawę o ustalenie ojcostwa (ale nie nadawaj mu praw, ani nazwiska jego
      dziecku)
      załóż sprawę o alimenty i zwrot połowy wyprawki i utrzymania się w czasie
      trwania ciąży

      czas pokaże, czy dasz mu prawa rodzicielskie

      mój przypadek:
      nie chciałam się kontaktować z eksem (bardzo długa historia, pozostawiam to do
      swojej wiadomości)
      ustaliłam ojcostwo - dziecko teraz nawet nie ma rodzinnego
      eks nie jest w stanie płacić alimentów, więc szkoda mi było czasów na łażenie
      po sądach

      dziecko będzie chciało poznać ojca, pomogę
      na dzień dzisiejszy nie rozmawiam z Małym na te tematy

      teraz jest ktoś, kto nas kocha
      ktoś, kto chce uznać Krzysia za swoje dziecko

      gdyby dziecko było uznane przez ojca, to nawet nie mogłabym zmienić nazwiska
      nie wspominając, że prawie wszędzie musiałaby być zgoda eksa

      a Mały naprawdę sam podejmie decyzję, jak będzie starszy, co zrobić z facetem,
      który dał mu życie


      • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:09
        anetina napisała:

        > poczekaj na pojawienie się dziecka na świecie
        > załóż sprawę o ustalenie ojcostwa (ale nie nadawaj mu praw, ani nazwiska jego
        > dziecku)

        Anetina, ja Cię proszę - TO NIE JEST TAKIE PROSTE.
        Jeśli na sprawie ojciec dziecka przyzna się do ojcostwa, to AUTOMATYCZNIE
        dostaje pełnię praw.
        Naprawdę niewiele wtedy zależy od widzimisię matki, ba, nawet od DOWODÓW, ze
        ojciec dzieckiem się nie interesuje.

        Pzdr
        • anetina Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:34
          > Anetina, ja Cię proszę - TO NIE JEST TAKIE PROSTE.
          > Jeśli na sprawie ojciec dziecka przyzna się do ojcostwa, to AUTOMATYCZNIE
          > dostaje pełnię praw.
          > Naprawdę niewiele wtedy zależy od widzimisię matki, ba, nawet od DOWODÓW, ze
          > ojciec dzieckiem się nie interesuje.

          znam Wasz przypadek
          ale widzisz, ja miałam sprawę w październiku
          NIE ZGODZIŁAM SIĘ NA UZNANIE DZIECKA
          eks chciał uznać
          ja powiedziałam, że nie wyrażam zgody

          sędzia ustaliła więc tylko ojcostwo, bo tylko tyle chciałam
          • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:41
            anetina napisała:

            > znam Wasz przypadek
            > ale widzisz, ja miałam sprawę w październiku
            > NIE ZGODZIŁAM SIĘ NA UZNANIE DZIECKA
            > eks chciał uznać
            > ja powiedziałam, że nie wyrażam zgody
            >
            > sędzia ustaliła więc tylko ojcostwo, bo tylko tyle chciałam

            Ja też nie zgodziłam się na uznanie dziecka, to oczywiste. Moje zdanie jednak
            nie było istotne, ważne było to, że ojciec Ali chciał ją uznać.

            Przypuszczam, ze Twoja sprawa skończyła się tak jak się skończyła, bo moze były
            inne przepisy.
            Pzdr
            • anetina Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:47
              o te przepisy może masz rację
              ważne, że mi się udało, jeśli mogę tak napisać

              od początku ciąży eks się nie interesował
              dziecka nie widział ani razu, ani razu też o Małego nie zapytał

              nie wyobrażam sobie więc teraz, że musiałabym JA co jakiś czas w jakieś sprawie
              pytać się o zgodę
    • julia.68 Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:03
      Czegoś tu nie rozumiem. Najpierw pognałaś kolesia, bo nie wyobrażałaś sobie
      życia z niedojrzałym facetem, a teraz chcesz walczyć? O co, o ojca dla
      dziecka? Jakiego? Wirtualnego, papierowego?
      Jeżeli nie potrzebujesz alimentów, albo uważasz, że korzyści z marnych groszy,
      które wyrwiesz od niezaradnego eksa, nie równoważą kłopotów z ustaleniem
      ojcostwa itd. - odpuść sobie. I bądź konsekwentna. Jeżeli chcesz jego
      deklaracji, to rozumiem, że oczekujesz, że powie: kochanie, przykro, że nam nie
      wyszło, ale kocham nasze dziecko, uznam je, bedę odwiedzał tak często, jak
      tylko mi na to pozwolisz, oddam Ci całą pensję a nawet wiecej i nigdy w życiu
      nie spojrzę na inną kobietę, nie mówiąc już o prokreacji. Nasze dziecko będzie
      całym moim światem.
      Otóż wierzę Ci, że facet jest beznadziejny, ale po diabła szłaś do łóżka z
      takim gościem?
      " Ja zdania nie zmieniłam, dalej nie zależy mi na niczym od niego, choc mam
      > powazne problemy, zwlaszcza finansowe. Poród za 3 miesiące, czas kompletować
      > wyprawkę, nie wiem na czym stoję i czy jeszcze dalej mam go ponaglać, czy
      > odpuścić."
      Jak Ci nie zależy, to dlaczego piszesz o kłopotach finansowych? Pisząc o
      ponaglaniu masz na myśli pieniądze, jak rozumiem?
      Otóz nie mam nic przeciwko egzekwowaniu pieniędzy (najlepiej dużych)dla dziecka
      od jego ojca, ale nie podoba mi się taka niekonsekwencja: bzykam sie z facetem,
      który właściwie mi sie nie podoba, zabezpieczam się, ale zachodzę w ciążę,
      zdecydowanie mówię NIE zadowolonemu z obrotu sprawy mężczyźnie, a potem czekam
      na deklaracje, bo nie mam za co pieluszek kupić.
      Dla porządku: ojca się nie wpisuje. Albo sam uzna dziecko (w dowolnym
      terminie), albo Ty złożysz do sądu pozew o ustalenie ojcostwa (w dowolnym
      terminie).
      Pozbawienie praw rodzicielskich od urodzenia jest możliwe tylko w przypadku
      sądowego ustalenia ojcostwa, kiedy Ty złożysz taki wniosek, a on się na to
      zgodzi, albo udowodnisz mu, że się dzieckiem nie interesuje. Nawet pozbawienie
      praw rodzicioelskich nie oznacza zakazu osobistej styczności ojca z dzieckiem.
      • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:15
        julia.68 napisała:

        > Pozbawienie praw rodzicielskich od urodzenia jest możliwe tylko w przypadku
        > sądowego ustalenia ojcostwa, kiedy Ty złożysz taki wniosek, a on się na to
        > zgodzi, albo udowodnisz mu, że się dzieckiem nie interesuje.

        Owszem, sąd może nie nadać władzy rodz. ale TYLKO WTEDY jeśli ojciec dziecka
        się do dziecka nie będzie przyznawał (+dowody, ze sie dzieckiem nie interesuje).

        A coś mi się zdaje, że ojciec dziecka tsunami na sprawie o ojcostwo nie bedzie
        się dziecka wypierał.
        To już lepiej żeby to przez USC załatwili, mniej stresu.

        Pzdr
      • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 17:40
        Sorry julia, ale powody dla których szłam z nim do łózka są teraz nieistotne.
        Po prostu lubię? Nie sądziłam, ze faceci też "łapią na dziecko"?
        Jasne że oczekiwałabym, że powie, ze kocha dziecko i będzie je odwiedzał. Inne
        kobniety i inne jego dzieci mnie nie interesują i nie mają tu nic do rzeczy.
        A piszac o ponaglaniu mam na myśli ponaglanie w kwestii deklaracji - "Będziesz
        chciał uznac, czy nie będziesz".
        A zakazyywać styczności nei muszę - on sam sobie "nie wyobraża dojeżdżać do
        dziecka 100 km." więc tak często go nie będziemy oglądać smile to na końcu to była
        ironia i żart.
    • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 17.10.05, 15:33
      A więc tak - zgadzam się z postem julii68 (sory jesli przekręciłam nicka).
      Zwłaszcza z tym fragmentem mówiącym o Twojej niekonsekwencji.

      Możesz olać kwestię i nie zakładać sprawy o ustalenie ojcostwa - pamiętaj
      jednak, że ojciec TEŻ ma prawo taką sprawę założyć. Z tego co pisałaś cieszył
      się na wieść o ciąży, cąłkiem możliwe więc, że w przyszłości będzie chciał
      dziecko uznac i złoży sam pozew w sądzie.

      Radzę ci zadzwonić do niego po porodzie i umówić się na uznanie dziecka w USC,
      a potem spróbuj się z nim dogadać co do alimentów płacownych dobrowolnie.
      Jeśli nie będzie chciał płacic, załóż sprawę o alimenty.
      Jeśli nie będzie chciał uznać dziecka w usc, wtedy dopieor załóż sprawę o ust.
      ojcostwa (i alimenty).

      Wiele do "wygrania" nie masz - facet ewidentnie kasy nie ma i płacił nie
      będzie. Co do zainteresowania dzieckiem to różnie może być.

      Źle to rozegrałaś - jeśli zależało ci na kasie od faceta bez kasy, trzeba było
      ściemniać, że chcesz z nim rodzinkę tworzyć. Może wtedy by Ci jakoś pomagał.
      Teraz, kiedy się na niego wypięłaś, poczuł się zwolniony z obowiazku... Wiem,
      ze to gó..arskie z jego strony, ale raczej do przewidzenia.

      Radzę Ci zwrócenie się o pomoc do rodziny, a ewentualną kasę od faceta
      potraktować jako bonus, kóry może wystąpić, ale nie musi.

      Pzdr
      • tsunami05 Niekonsekwencja 17.10.05, 17:36
        Dzięki za rady - chodziło mi również o krytykę, więc za nią też dziekuję.
        Widzicie - ja tu jednak nie widzę niekonsekwencji. Nigdy nie obiecywałam
        facetowi, ze z nim będę. Dziecko tego nie mogło zmienić. On miał nadzieję, ze
        będzie inaczej. Pisałam wcześniej, że facet ma na inne rozrywni - narkotyki,
        alkohol - to też był powód mojej decyzji o nie wiązaniu się z nim.
        Kolejny krok to była rozmowa - dokladnie jak pisze Julia - "Jeśli chcesz być
        ojcem, ja ci wszystkoułatwię, przyjeżdżaj, wychowuj... no i niestety płać też".
        I po tej rozmowie nastąpiło milczenie.
        Nie rozumiem, dlaczego jestem niekonsekwentna, chcąc wiedzieć co dalej. Czy też
        chcąc,by teraz płacił za swoją głupotę. Ja za swoją część tej głupoty płacę
        cały czas, całą ciążę użerając się z rozmaitymi kłopotami (nie mam stałej
        pracy, świadczeń itp.)
        Dobrowolnie nie da nic, facetem bez kasy jest na własne życzenie. Mógłby
        przecież (tak ja teraz) brać zlecenia gdzie popadnie i starać się zaoszczędzić
        na dziecko.
        Wcześniej przy okazji mojego tematu podnoszone były sprawy natury moralnej - co
        pomyśli dziecko itd.. Dlatego się tak łamię, czy koleś ma być ojcem, czy nie.
        Chciałam własnie wiedzieć
        • virtual_moth Re: Niekonsekwencja 17.10.05, 19:05
          tsunami05 napisała:

          > Dlatego się tak łamię, czy koleś ma być ojcem, czy nie.
          > Chciałam własnie wiedzieć

          To się nie łam, bo od Ciebie to w ogóle nie zależy (no chyba że utrudniałabyś
          mu kontakty, co akurat pewnei Ciebie nie dotyczy).
          Po prostu jeśli będzie chciał mieć władzę rodzicielską, to ją będzie miał.
          Jeśli nie będzie się starał o uznanie dziecka (lub nie bedzie chciał uznać) no
          to jasne jest, że ojcem nie będzie, choćbyś sądownie ustaliła ojcostwo (choć
          będzie ojcem na papierze).

          Ciesz się, że nie masz tej odpowiedzialności, by czynić kogokolwiek "ojcem".
          Po prostu poczekaj na urodzenie dziecka, powiedz jego ojcu że do usc idziesz
          wtedy i wtedy - jeśli będzie chciał pójść to ok, jeśli nie, to mozesz wnieść
          potem o ustalenie ojcostwa.
          Tak czy inaczej to tylko od niego zależy czy będzie ojcem czy nie.

          Co do alimentów, to witamy w klubie - kasa jest ostatnią rzeczą, jaką można
          wyegzekwowac od faceta, jeśli on nie chce płacić. Nawet wyrok o alimentach
          pewnie nic tu nie pomoże.

          Pzdr
          • tsunami05 Re: Niekonsekwencja 18.10.05, 08:20
            Czyli mam w szpitalu nie podawac nazwiska ojca?
            Problem polega na tym, ze dziecko nie urodzi sie tam, gdzie on mieszka - ani
            nawet tam gdzie ja mieszkam. Bede miec cesarke - boje sie ze nie dam rady tego
            pozalatwiac z dojazdami itp. Dlatego chcialam wczesniej miec to poustalane,
            zeby w razie czego i on dojechal i ja jakos, choc pojecia nie mam jak - w
            gorach w styczniu po cesarce.
            Napisałam tu, bo naprawdę mam dylemat. Początkowo myślałam, że uda się "po
            przyjacielsku". Z innymi exami mam wspaniałe układy - pomagają mi nawet teraz -
            a właściwie zwłaszcza teraz. I to chyba najbardziej ze wszystkich. Myślałam, że
            z tym też się tak da - ot - nam nie wyszło, ale jest dziecko i ma być
            szczęśliwe, więc je wychowajmy razem. Z tego co tu piszą dziewczyny to mój
            błąd, bo jedynym wyjściem w przypadku ciąży jest zostać z facetem. Skoro z nim
            być nie chcę, on ma prawo uciec, nie być ojcem, nie płacić.
            Ja żeby zapewnić dziecku byt musiałam wyprowadzić się z miasta - tańsze
            mieszkanie do wynajęcia. Ponieważ nie miąłam etatu, tylko zlecenia, musiałam
            założyć firmę, żeby mieć jakiś macierzyński. Teraz po opłaceniu zusów i
            rachunków zostaje mi 100-200 zł. Ciężko za to przeżyć, nie mówiąc o wyprawce
            dla dziecka.
            Nie chodzi o to, że ja się teraz nagle obudziłąm bo kasy nie mam - po prostu ja
            musiałam w związku z tą ciążą przejąć pełną odpowiedzialność, zadziałać, bo nie
            należę do kobiet, które będą liczyły na zasiłki i na pomoc państwa. To dziecko
            ma do cholery dwoje rodziców, z czego jeden na głowie staje, zeby mu jakoś byt
            zapewnić. I strasznie mnie wkurza, że facet - na etacie, stała praca, kasa
            (niewielka, ale na pewno większa niż moja - i stała. Ja po macierzyńskim muszę
            już mieć znalezioną jakąś robotę - byle gdzie) popłakał sobie, że nie będziemy
            razem, po czym zniknął i dziecko ma w d... Niczego nie chciałam mu utrudniać.
            A pytanie "czemu ja się z nim zadawałam " zadaję sobie sama, więc nie trzeba mi
            już o tym przypominać... za późno na takie pytania.
            • anetina tsunami05 18.10.05, 09:46
              ja w szpitalu podałam nazwisko ojca dziecka
              ale nie masz takiego obowiązku
              możesz nie podawać, a póżniej po prostu wpisać

              eksowi daj znać, że rodzisz tego i tego
              że chcesz, żeby był z tobą, zawiózł cię czy coś tego typu

              odnośnie alimentów, ustalenia ojcostwa, praw też teraz jeszcze raz spróbuj
              rozmawiać
              póżniej z dzieckiem będzie ci ciężko rozmawiać

              • tsunami05 Re: tsunami05 18.10.05, 10:03
                Mnie się bardzo podoba to rozwiązanie, jakie jest u ciebie - że dziecko ma
                ustalonego, ale nie uznanego ojca. tylko jak to moze być, że w jednym kraju
                jednej matce na to idą a innej nie?
                Do szpitala to eks mnie raczej nie zawiezie - mieszka 100 km ode mnie smile Ja
                sama będe w pracy w tym mieście dzień przed planowaną cesarką (ze wskazań, nie
                fanaberii), więc sobie dojadę te 100 km do pracy i potem pojadę do szpitala.
                Mam nadzieję, ze tak się uda - musze pracować do samego porodu i najlepiej to
                już dzień po... Gorzej jak zacznę rodzić wcześniej u siebie w miasteczku, gdzie
                zamknęli własnie szpital a kolejny jest 40 km stąd... Nie mam tu nikogo kto mi
                pomoże...
                Próbuję rozmawiać teraz o alimentach, uznaniach itp, ale koleś wyraźnie mnie
                unika. Czasem mam już dość tego wszystkiego i żałuję, że nie usunęłam tej
                ciąży. Przeceniłam swoje siły, możliwości pracy i samodzielność.
                • anetina Re: tsunami05 18.10.05, 10:33
                  nie pisz tak

                  miałam wielokrotnie kryzysy w czasie ciąży i po porodzie
                  w ciąży nic nie zrobiłam, bo ja chciałam synka, chciałam, żeby się urodził

                  jak był mały, myślałam nad tym wszystkim
                  nawet siostrze powiedziałam, żeby wychowała Małego na porządnego człowieka

                  póżniej stwierdziłam, że to była totalna głupota
                  tsunami, samej jest bardzo ciężko, są kryzysy
                  ale są też ludzi i to nawet obci, którzy pomogą
                  ja na szczęście miałam przy sobie rodziców, siostrę, rodzinę dalszą i przyjaciół

                  wszystko, co złe, wynagrodzi jeden usmiech dziecka
                  jak tylko weźmiesz pierwszy raz na ręce, stwierdzisz, że dasz radę
                  że chcesz widzieć, jak robi pierwszy krok, jak idzie do szkoły, jak zakłąda
                  rodzinę, jak zostajesz babcią

                  to wszystko jest warte cierpienia teraz
                  nawet jak nie masz co do garnka włożyć

                  a czas pokaże, co dalej
                  ja rozstałam się z eksem, jak minął 2 miesiąc ciąży
                  ostatecznie powiedziałam mu, że to koniec, około 6 miesiąca ciąży

                  w sądzie założyłam sprawę
                  po rozmowie w gronie rodzinnym zrezygnowałam z alimentów
                  nie chciałam się po prostu już z tym wszystkim męczyć, bo szkoda było mi nerw i
                  czasu

                  teraz w czwartek Mały skończył 2 latka
                  od miesiąca jestem w związku, który odpukać rokuje nadzieję na trwałość
                  M. kocha mnie, Małego uwielbia
                  Mały się tak do M. przyzwyczaił, że w momencie wyjazdu (mieszkamy 350 km od
                  siebie) jest wielki krzyk

                  nie wierzyłam, że dam radę kogos pokochać
                  ułożyłam sobie życie już sama
                  chciałam żyć sama z Małym
                  • anetina Re: tsunami05 18.10.05, 10:57
                    los jednak był kolejny raz przekorny
                    postawił przede mną M.
                    dla niego nie liczy się, że mamy z Małym swoją przeszłość
                    nieważne jest to, że Mały nie jest jego synem
                    chce uznać jako swoje dziecko

                    kochamy i jesteśmy kochani

                    tobie też ułoży się jeszcze życie
                    zobaczysz
                    powodzenia
                    • tsunami05 Re: tsunami05 18.10.05, 12:54
                      Anetina, ciesze się, że się tak poukładało. Wiem, że na pewno bedzie dobrze,
                      ale na razie wokół mnie same złe rzeczy. Pracy mieć nie będe po porodzie. Juz
                      sa kwasy i boje sie, ze mnie wywala juz teraz - nie mam umowy, wiec moga.
                      Macierzyński wywalczyłam ogromnym kosztem. Rodzice mi nie pomogą, rodzeństwa
                      nie mam. Nienawidzę ojca mojego dziecka głównie za to, ze w jego zyciu nic sie
                      nie zmieniło, a ja mam takie problemy. Dziecko było jego przemyslanym
                      pomysłem - sam mi to powiedział, kiedy gorączkowo podczas długiego weekendu na
                      wsi jeździłam szukac lekarzy i apteki żeby wziąć tabletke "po".
                      To teraz taki okropny strach o przetrwanie. A gnojek sobie chodzi spokojnie po
                      swiecie i uzala sie, że go "rzuciłam" i zabrałam mu dziecko - nie dając mi i
                      sobie nawet szansy na dogadanie tych spraw...
                      • anetina Re: tsunami05 18.10.05, 13:07
                        ok

                        na początku ciąży dowiedziałam się, w jakiej tak naprawdę pracuję firmie
                        jeszcze trochę, to i pewnie mnie by wplątali i jeszcze wsadzili
                        od razu uciekłam na zwolnienie lekarskie
                        nie płacili mi chorobowego, więc zaczęłam sprawę w sądzie, wygrałam
                        powiedzmy, że mi oddali
                        umowa kończyła się po terminie porodu
                        nie zapłacili mi
                        w sądzie kolejną sprawę wygrałam już ze ZUS-em
                        powiedzmy, że uregulowali

                        po porodzie nie miałam macierzyńskiego, ani nawet rodzinnego
                        ponad pół roku byłam bez grosza
                        na szczęście rodzice mi pomogli

                        zaczęłam pracę
                        już pracuję 1,5 roku
                        teraz mamy jeszcze M.
                        jeszcze ze 2 godziny i przyjdzie nawet po mnie do pracy


                        tsunami
                        przeczytaj poniżej i wierz w to
                        przecierp i poddawaj się, a na pewno bedzie dobrze
                        jakby co, po prostu pisz
                        jak bedzie można, pomożemy
                        ok?


                        • tsunami05 Anetina 18.10.05, 16:21
                          Ok, jasne, że napiszę, choć wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto mi wypomni
                          nieodpowiedzialność, powie co mogłam zrobić rok temu, pół itp. Nazwie niemalże
                          puszczalską...
                          Jeśli będzie potzreba, pozwole sobie uderzyć do ciebie w sprawie tego
                          chorobowego (ja tez poprosiłam firmę, w której pracowałam na zlecenie o wypłatę
                          zaległego chorobowego i nie wiem czy to zrobiła.) Teraz pracuję na swoją firme,
                          sama sobie pacę, ale nie wiem, czy znowu się nie okaże że sa jakies jaja z
                          ZUSem...
                          Dzięki za wsparcie!
                          • anetina tsunami05 19.10.05, 09:14
                            ok
                            nie ma problemu
                            w razie czego odzywaj się

                            powodzenia
            • julia.68 Re: Niekonsekwencja 18.10.05, 13:57
              Widzę, że konsekwentnie twierdzisz, że nie ma związku pomiędzy seksem a ciążą
              i macierzyństwem. Moralność taka czy inna nie ma tu nic do rzeczy. Po to mamy
              rozum, żeby przewidywać nastepstwa: seks-ciąża- dziecko, albo seks-chlamydia-
              brodawczak- rak macicy - hif-aids i - póki co - smierć. Fu!
              Zadzwoń do tego narkomana i nie pytaj go co postanowił, bo każdy facet w takiej
              sytuacji uciekłby jak najdalej. Powiedz mu czego Ty chcesz. Skontaktuj się z
              jego rodzicami, może tam znajdziesz sprzymierzeńców.
              Naprawdę nigdy nie wpadło Ci do głowy, że dziecko kosztuje, a kobieta w ciazy
              powinna mieć opiekę kogoś nie oszołomionego hormonami?
              • julia.68 Re: Niekonsekwencja 18.10.05, 13:59
                I jeszcze jedno - nie przypominam sobie, żeby w szpitalu ktoś pytał o nazwisko
                ojca.
                • anetina Re: Niekonsekwencja 18.10.05, 14:10
                  w szpitalu proszą o dane ojca
                  wypełniają książeczkę zdrowia dziecka
              • tsunami05 Re: Niekonsekwencja 18.10.05, 14:08
                Kobieto. Co ma do tego seks? Byliśmy razem przez jakiś czas to i seks był...
                To już za późno teraz o tym rozmawiać. Uprawiam seks od 10 lat i żaden facet
                nie zachował się tak jak ten, każdy inny był odpowiedzialny za siebie i za
                mnie. To normalny facet, tyle że pali trawke codziennie, o czym dowiedziałam
                się późno dość. Nie traktuj mnie jak marginesu spolecznego, bo nic o mnie nie
                wiesz. Z jego rodzicami nie chcę miec nic wspólnego, zresztą pojęcia nie mam
                gdzie ich szukać.
                I daruj sobie teraz moraly - co mogłam zrobić. Skąd w ludziach ta chęc
                pouczania? Co ja mam teraz sobie w łeb strzelić, bo nie pomyślałam wcześniej?
                Zamiast brac byka za rogi mam rozpamiętywac przeszłość.
                Wiedziałam że dziecko kosztuje, ale sądziłam że dam rade sama - jako
                wykształcona, z odpowiedna pozycją i ilością zleceń. Ale z obiecanego
                zatrudnienia wyszły nici i jest jak jest. Dlatego się zastanawiam,inaczej nie
                miałabym dylematów i nie pisała takich postów. A ty idź uczyć religii, skoro
                taka rola ci pasuje.
                • julia.68 Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 10:31
                  CZY JEST TU JAKAŚ SAMOTNA MATKA DZIEWORÓDKA????
                  Statystyczna większosć dzieci bierze sie z seksu i legenda o nipokalanym
                  poczęciu z przed 2000 lat zasadniczo tej statystyki nie zmienia.
                  Nie pouczam Ciebie Tsunami, bo dla mnie jesteś wystarczająco zdegenerowana.
                  Ja stanowczo protestuję przeciw nieodpowiedzialności kobiet, niefrasobliwemu
                  traktowaniu seksu, małżeństwa, związku, rozwodów i macierzyństwa. Takie kobiety
                  jak Ty robia zły PR samotnym matkom. Mnie przeraża berefleksyjna akceptacja dla
                  takich zachowań. Tsunami, jest wykształcona niezależna u progu oszałamiającej
                  kariery, zmieniająca kochanków jak rekawiczki a nawet czasami nosi 2 pary i
                  ogólnie wszystko hop do przodu. A teraz co, pozostaje tylko kreacja
                  bohaterskiej samotnej matki? Trochę mniej atrakcyjna, prawda?
                  Ty po prostu wstydu nie masz Tsunami opowiadając takie historie na tym forum.
                  Nie czujesz, że to niestosowne w gronie porzuconych lub z trudem uwolnionych od
                  mężów tyranów kobiet? Chyba Twoje poczucie normy różni się zasadniczo od mojego
                  i nie tylko jak sądzę.
                  Normalny facet nie pali codzienie trawki.
                  Nie jest normalne uprawianie seksu z kilkoma facetami na raz BEZ ZABEZPIECZENIA.
                  Nie jest normalne komunikowanie ojcu in spe, że co prawda jest dawcą materiału
                  genetycznego dla Twojego dziecka, ale nie wyobrażasz sobie życia z nim, bo go
                  nie znasz i w ogóle to Ci sie nie podoba.
                  A religii uczyć nie będę, bo nie jak napiasałam na wstępie, w niepokalane
                  poczęcie nie wierzę.
                  • tsunami05 Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 10:51
                    Taaa. Tylko, że nie wiem, skad ci się biorą informacje o moim zmienianiu
                    facetów. Skąd wiesz z iloma naraz sypiam. Tak się składa, że są to bzdury , ale
                    nie obrażam się o twoją bujna fantazję.
                    Po prostu zdecydowałam sie na pewien układ z facetem, jak się okazało, że to
                    totalne dno i nieudacznik - wiesz, to nie zawsze widac od początku, a
                    uzależnienia od marihuany nie ma się wypisanego na twarzy - to ani nie
                    śmierdzi, ani nie jest widoczne, jak alkohol. Zamiast brnąć w związek,
                    odeszłam. Po co mi rozwody za lat kilka, męczenie się z facetem, na którego
                    musze zarabiać, ktorego dołki psychiczne musze znosić i ktory ciągnie mnie na
                    dół. Nic o mnie nie wiesz, a skoro nie masz nic ciekawego do dodania w
                    kwestiach procedur sądowych na których Samodzielne Mamy znają sie lepiej niz
                    ja, to bądź łaskawa przestac tu ziać jadem, naucz się trochę kultury od takich
                    dziwczyn jak np. Anetina i odczep sie ode mnie. Zajmij się swoimi problemami,
                    których jak sadzę masz wiele.
                    • anetina tsunami05 19.10.05, 11:14
                      do julii tak samo

                      wiążąc się z eksem - też nie znałam całej prawdy o nim
                      wolałam odejść niż wziąść ślub i jakimś czasie póżniej zastanawiać się nad
                      rozwodem

                      a czy kobieta nie ma takich samych praw jak facet?
                      facet może sypiać z 2-3 na raz, a dziewczyna nie?
                      tak, jeśli chodzi o ścisłość

                      ja jakoś w ogóle nie potrafiłabym z dwoma
                      jest jeden i koniec
                      ale to nie nam oceniać

                      ważne, że jest ciąża
                      tsunami, nie przejmuj się opiniami
                      ja niejedno usłyszałam
                      nawet rodzice potrafili powiedzieć, że jestem k... i itp.
                      a teraz nie wyobrażają sobie życia bez Małego
                      to jest ich wnuk
                      i jak to mój tato stwierdził, nie ręczy za siebie, jakby tylko ktoś spróbował
                      Mu krzywde zrobić - zabiłby

                      jakoś za dużo przeszłam, aby oceniać negatywnie czyjeś decyzje
                      każdy odpowiada za siebie, no i za własne błędy
                      a pamiętajcie, że dziecko na pewno nie jest błędem
                      jest cudem natury
                      powinno też być owocem miłości, ale to już nie jest takie proste
                      ważne, żebyś ty tsunami kochała swoje dziecko i dała dla niego całą siebie
                      a ojciec?
                      pózniej się będziesz zastanawiać
                      ustal teraz, co się da

                      odnośnie sprawy w sądzie, mnie się udało
                      złożyłam dokumenty w ostatniej chwili przed zmianą przepisów
                      sędzina poszła mi na rękę
                      gdyby było inaczej - chyba bym się teraz załamała
                      cokolwiek teraz załatwiać - musiałabym szukać eksa
                      a ja nawet nie wiem, czy on żyje, a co dopiero gdzie mieszka

                      tsunami
                      nie słuchaj innych
                      wsłuchaj się w siebie
                      i w to drugie serduszko, które bije w tobie

                      tyle co ja przeszłam w trakcie ciąży i w ciągu roku życia Małego - nie życzę
                      nikomu
                      ale to mnie wzmocniło
                      wiem, po co żyję i dla kogo
                      chcę wychować synka na porządnego faceta, który na pewno nie zostawi nikogo w
                      potrzebie
                      chcę zostać babcią (nawet teraz już o tym myślę)

                      teraz wiem jeszcze, że mamy obok siebie kogoś, kto nigdy nas nie zostawi
                      kogoś, kto nas kocha i kogo my kochamy
                      rodzice, rodzina, znajomi zaakceptowali M.
                      śmieją się też, kiedy nasz ślub (moja siostra wychodziła za mąż miesiąc temu)]
                      moja mam nazywa się juz teściową M.

                      a odnośnie twojej sprawy w sądzie - ciężko będzie pozbawić lub chociaż
                      ograniczyć prawa
                      wiele tu dziewczyn i ich dzieci nie ma kontaktu z eksami / ojcami, a i tak
                      sedzia nie zabrała praw
                      więc nie wiem, tu ci chyba zbyt wiele nie pomogę
                      ale zawsze pytaj
                    • julia.68 teraz hipokrytka? 19.10.05, 11:55
                      tsunami05 napisała:

                      > Taaa. Tylko, że nie wiem, skad ci się biorą informacje o moim zmienianiu
                      > facetów. Skąd wiesz z iloma naraz sypiam. Tak się składa, że są to bzdury ,
                      ale nie obrażam się o twoją bujna fantazję.

                      Ja tylko potrafię korzystać z forumowej wyszukiwarki.
                      Informacje mam z Twoich wcześniejszych wypowiedzi:

                      "Z ojcem dziecka nie tworzyłam związku - co mam powiedzieć - to był kolejny dla
                      mnie niezobowiązujący układ
                      (nawet nie jedyny, nie miałam powodu by być z jednym facetem - o jezu - już
                      widze te gromy, jaki potencjalnie spadną).

                      • tsunami05 Re: teraz hipokrytka? 19.10.05, 13:57
                        kolejny nie implikuje ze symultaniczny z innym smile
                        • anetina Re: teraz hipokrytka? 19.10.05, 14:06
                          wydaje mi się, że to nie jest temat dop dyskusji
                          to jest sprawa tsunami
                  • virtual_moth Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 11:34
                    Heh, julia, podoba mi się jak się wkurzasztongue_out

                    Masz rację, oczywiście. Mnei też sie bardzo nie podoba postawa tsunami.

                    Cóż zrobic? Wiele nie doradzimy. Ja tylko wiem, że cała optyka zmienia się
                    diametralnie po urodzeniu dziecka i w wielu przypadkach jest to zmiana na
                    lepszewink
                    • anetina Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 11:48
                      tsunami, tak do końca źle nie myśli
                      po prostu wolała odejść, a właściwie nawet nie była z facetem
                      na siłę tworzyć związek - to nie o to chodzi
                      na siłę utrzymywać kontakty - też źle
                      ciężko tu powiedzieć

                      patrząc na mnie
                      długo się nie znałam też z eksem
                      dziecko u nas było przemyślaną sprawą
                      myśleliśmy o ślubie, chcieliśmy dziecko
                      los się jednak odwrócił
                      wolałam odejśc od eksa niż utrzymywać związek, który nie ma sensu
                      po co dziecku taki ojciec, którego nigdy nie ma w domu, który nie wiadomo,
                      gdzie jest
                      jesteśmy szczęśliwy we dwójkę, a w trójkę mielibyśmy chyba życie jak z meliny
                      to prawda

                      dlatego, ja rozumiem tsunami
                      trochę źle próbowała nam to wszystko przekazać
                      ale sens jej rozumowania jest ok
                      • tsunami05 Wyjasnienia 19.10.05, 14:22
                        Dziewczyny - nie wiem, jak mnie zrozumiałyście, ale chyba nieslusznie mnie
                        oskarzacie. Skoro juz sie do was zwracam, to mimo ze sie nie znamy, chcialabym
                        zebyscie wiedzialy, ze troszke mnie niesprawiedliwie oceniacie. Po pierwsze nie
                        mialam niogdy na mysle, ze sypiam z kilkoma naraz. Ja po prostu nie chcialam na
                        razie zwiazku powaznego, zadnych malzenstw, trzymania sie za raczki.
                        Poznalam faceta, kiedy bylam dosc poobijana po - nazwijmy to "rozwodzie".
                        Poniewaz z poprzednim partnerem - pięcioletni związek - nie miałam ślubu, on
                        mnie zostawił dla innej, a ja zostalam z niczym. Bez mieszkania, mebli, po
                        prostu z niczym. Kiedy się juz pozbierałam poznajdowałam zajęcie, zaczęłam
                        zarabiać, pojawił się ojciec dziecka. Byl mily, opiekowal sie mna, pomogl bo
                        akurat bylam bardzo chora. Ale nagle 1. zechcial sie wprowadzac do mnie, wbrew
                        mojej woli zostawal na noc - po prostu nie moglam mu wyperswadowac, ze nie che
                        jego towarzystwa.
                        2. zabronil mi pracowac, mial preetensje o moje wyjazdy 3. zabronil kontaktow
                        towarzyskich - i to wszystko w imie milosci.
                        Potem zaczal mowic o dzidziusiu. Ja nie zwrocilam uwagi, nie zapalila mi sie
                        czerwona lampka. Potem okazalo sie ze pali non stop. Poptem okazalo sie ze
                        barzo niefajnie postapil i moge byc w ciazy. Probowalam zareagowac, zeby nie
                        dopuscic do ciazy, ale nie zdazylam.
                        Poczulam sie osaczona, facetowi sie nie dalo wytlumaczyc, robil mi awantury o
                        prace, nie poswiecanie mu czasu itp.
                        W pewnym momencie poczulam sie ofiara emocjonalnego szantazu. Zdecydowalam sie
                        zerwac te znajomosc. Jednoczesnie pewna bylam ze nie jestem w ciazy. Ael
                        miesiac po zerwaniu, nie za bardzo wierzac w to, zrobilam test. I krotko po tym
                        napisalam posta na tym forum.
                        Wiem, ze tutaj sa kobiety, od ktorych odeszli faceci, w innej niz ja sytuacji.
                        ale to ze akurat, ze ode mnie wyszla inicjatywa rozstania nie moze mnie
                        dyswalifikowac.
                        Dzieki, anetina, że staralas się mnie zrozumieć...
                        Ja uwazam że jedynym moim błędem było to, ze w ogóle odebtrałam kiedykolwiek
                        telefon od tego faceta, że uwierzyłam, że znowu moge z kimś być na poważnie i
                        ze nie odeszłam od razu, w pierwszym momencie, kiedy zaczęłam mieć dość tej
                        smyczy. Wtedy już bym o nim nie pamiętala.
                        A dziecko swoją drogą zawsze chciałam mieć i cieszę się z niego, choć wymagało
                        postawienia na głowie całego mojego świata i jest mi bardzo ciężko, a zwłaszcza
                        kiedy ktoś mnie niesprawiedliwie oskarża.
                        • anetina Re: Wyjasnienia 19.10.05, 14:34
                          ja cię nie oceniam

                          ja zrobiłam to samo
                          z eksem raczej pewnie byłam dlatego, że mam swoje lata, no i chciałam dziecko
                          wtedy dla mnie nie było ważne, czy będziemy mieć rodzinę (chociaż wolałam
                          normalnie najpierw ślub)

                          stało się, jak stało
                          jestem teraz sama z Małym i mi jest dobrze

                          a czy sumienie eksa kiedyś ruszy i pomysli, że gdzieś na świecie ma syna, to
                          jest jego sprawa
                          ja powiedziałam, że dziecko sie urodziło, że jak go nie ma, to zakładam sprawę
                          pal go licho

                          dziecko moze to wszystko zrozumie

                          ja też wierzyłam, że z eksem utworzymy normalny dom
                          okazało się jednak, że dla niego jest wazniejsze dotychczasowe życie (za dużo
                          by tu wymieniać, a poza tym to nie jest temat)

                          tsunami
                          jeśli rzeczywiście wiesz, że facet się nie odezwie do was, daj sobie spokój ze
                          sądem itp.
                          jeśli dasz radę, wychowuj sama dziecko
                          gdyby rzeczywiście facet chciał, nie zraziłby się twoimi wypowiedziamy
                          kobieta w ciąży ma przecież wahania nastroju

                          tsunami posłuchaj swojego serca
                          • tsunami05 Re: Wyjasnienia 19.10.05, 14:55
                            Nie wiem, jak mogam aż tak bardzo stracic obrany kierunek Wszyscy znajomi
                            mówili, że z tego nic nie będzie, że ten facet nie jest dla mnie, że zacznie mi
                            przeszkadzać spora rżnica w sposobie życia, spędzania wolnego czasu i
                            wykształceniu. Ja po poprzednim związku z factetem, który nie mógł się
                            zdecydować czy woli mnie, czy swoją licealną miłość (facet przed 40tką) byłam
                            bardzo niedowartościowana i sądziłam, że skoro ten jest miły, prawi
                            komplementy, jest zapatrzony jak w obrazek, podziwia (bo sam do niczego nie
                            doszedł) poczulam sie dobrze. Myślałam przez moment, że nam się uda, że znajomi
                            nie mają racji, że liczy się uczucie, że moje uczucie przyjdzie z czasem...
                            Ale z czasem przyszło rozczarowanie, niezadowolenie, poczucie, ze facet mnie
                            ogranicza, jest zazdrosny o sukcesy, nigdy nie był w knajpie, supermarkecie,
                            kinie, zachowuje się jak w komediach o ludziach ze wsi, którzy pojawili sie
                            wmieście. dodatkowo zabrania mi prowadzić takie zycie jak dotychczas. Potem
                            zaczęly się histerie i awantury. Ponieważ pracowałam daleko, nie musiałam tego
                            często znosić - ale zaczęly się szantaże smsowe... Emocjonalne. Ja już myślę,
                            że nie ma normalnych facetów po trzydziestce, wszyscy są zwichrowani,
                            zakomplesieni, idealizują przeszłość (mój ex ex i jego dylematy czy nie wrócic
                            do licealnej miłości, wybierający na koniec mężatkę z dzieckiem).
                            Kiedy złość mi przeszła, pogadaliśmy, on miał określić co chce, ja się
                            zgodzilam - bez emocji, pokojowo. I nic. Chyba zrezygnuję, jak on będzie
                            chcial, to będzie sobie ustalał ojcostwo, dziecku coś powiem, nie wiem jak mnie
                            oceni.
                            Ale dla mnie większą hipokryzją sa pozamałżeńskie dzieci w małżeństwie,
                            zdradzanie w małżeństwie, utrzymywanie fikcyjnych związków dla dobra dzieci.
                            Tego nigdy bym nie zrobila.
                            • anetina Re: Wyjasnienia 19.10.05, 15:16
                              > Ale dla mnie większą hipokryzją sa pozamałżeńskie dzieci w małżeństwie,
                              > zdradzanie w małżeństwie, utrzymywanie fikcyjnych związków dla dobra dzieci.
                              > Tego nigdy bym nie zrobila.

                              i tu masz rację
                  • vialle Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 15:13
                    julia.68, Ty widze znasz JEDYNY SLUSZNY I WLASCIWY sposob na zycie? I dostalas,
                    od Stworcy zapewne, prawo do oceniania i wysylania na szafot ludzi zyjacych
                    inaczej? WOW! Klekajcie wszyscy. Pare slow na otrzezwienie:

                    To forum nie jest tylko dla matek samodzielnych bo porzuconych - takze dla
                    samodzielnych z wyboru.

                    Nierzadko rozstanie z facetem wymaga wiecej odwagi niz zostanie w zwiazku.

                    Ludzie wpadaja i maja dzieci z wpadki nawet jesli sie zabezpieczaja. Zapytaj
                    lekarza ginekologa, jesli Ci sie to nie miesci w glowie.

                    Fakt, ze sie jakis mezczyzna splodzil dziecko nie znaczy jeszcze, ze nalezy z
                    nim spedzic reszte zycia. Chocby dlatego, ze niekoniecznie jest to najlepsze
                    rozwiazanie - szczegolnie dla dziecka.

                    To, ze sie idzie do lozka z facetem nie majac mocnego postanowienia ze sie chce
                    z nim spedzic reszte zycia to prywatna sprawa kobiety. Moze w Twoim podejsciu
                    do zycia sie to nie miesci, ale to nie znaczy jeszcze, ze to co Twoje
                    to "norma" i "slusznosc", a inaczej myslacych nalezy ukamionowac.

                    Radzilabym wiecej tolerancji i powsciaganie jezyka.
                    • tsunami05 vialle 19.10.05, 15:24
                      Dzięki vialle, bo ja już doła łapałam. Wiem, że nie powinnam się przejmowac
                      forum, ale ostatnio tyle zlych rzeczy mnie spotyka, że już przekonana jestem ,
                      że muszę sama być sobie winna... Część to pewno hormony i stres wywołany lękiem
                      o przyszłość. chce iść do przodu, a tacy ja julia (i moja matka) non stop mnie
                      pouczają co by było gdyby... Jakbym sama nie żałowała...
                      • vialle Re: vialle 19.10.05, 15:46
                        zdecydowanie nie powinnas sie przejmowac forum smile a juz najmniej nalezy sie
                        przejmowac ludzmi, ktorzy "wiedza lepiej" i czuja sie uprawnieni do oceniania
                        innych.
                        Jestes odpowiedzialna za to co Cie spotyka - ale odpowiedzialna ma nieco inny
                        ladunek niz "winna". I o te drobna roznice semantyczna chodzi.
                        I nie zaluj. Kiedy urodzi sie Twoje dziecko bedzie Ci wstyd ze kiedykolwiek
                        myslalas o zalowaniu. Okolicznosci nie maja w gruncie rzeczy znaczenia -
                        dziecko jest wartoscia bezdyskusyjna i sama w sobie.
                        Bedzie dobrze.
                  • escribir Re: Niekonsekwencja 19.10.05, 18:54
                    Prawda jest taka, że większość z nas się bzykała i z tego bzykania mamy dzieci.
                    Część z nas teraz się nie bzyka: niektóre dlatego że nie chcą, niektóre dlatego
                    że nie mają z kim. Niektórym z tej drugiej grupy (które nie mają z kim) coś się
                    w umyśle porobiło. I dlatego Tsunami nie przejmuj się ich (jej?) gadką.
                    Mówię ci, będzie dobrze wink
                    Pozdrawiam
                    • anetina Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 08:17
                      escribir napisała:

                      > Prawda jest taka, że większość z nas się bzykała i z tego bzykania mamy
                      dzieci.
                      >
                      > Część z nas teraz się nie bzyka: niektóre dlatego że nie chcą, niektóre
                      dlatego
                      >
                      > że nie mają z kim. Niektórym z tej drugiej grupy (które nie mają z kim) coś
                      się
                      >
                      > w umyśle porobiło. I dlatego Tsunami nie przejmuj się ich (jej?) gadką.
                      > Mówię ci, będzie dobrze wink
                      > Pozdrawiam



                      masz rację

                      tylko do jakiej grupy ja się zaliczam?
                      mam z kim, a nic nie ma!
                      bo ja nie chcę i M. też jeszcze nie chce mnie przyspieszać

                      • escribir Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 13:33
                        anetina napisała:

                        mam z kim, a nic nie ma!

                        I dlatego masz zdrowe podejście do życia wink))
                        Nie sztuka kogoś krytykować i z błotem mieszać, sztuka przypomnieć sobie "jak
                        to kiedyś bywało", prawda? Każdy jakiś tam błąd w życiu popełnił, ważne żeby
                        potrafił wyciągnąc z niego wnioski.
                        Pozdrawiam cieplutko
                        • anetina Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 13:54
                          escribir napisała:

                          > anetina napisała:
                          >
                          > mam z kim, a nic nie ma!
                          >
                          > I dlatego masz zdrowe podejście do życia wink))
                          > Nie sztuka kogoś krytykować i z błotem mieszać, sztuka przypomnieć sobie "jak
                          > to kiedyś bywało", prawda? Każdy jakiś tam błąd w życiu popełnił, ważne żeby
                          > potrafił wyciągnąc z niego wnioski.
                          > Pozdrawiam cieplutko



                          A tak poważnie, to seks nie ma nic wspólnego z podejściem do życia
                          lubię, ale wcale nie oznacza, że będę z każdym i wszędzie

                          kiedyś myślałam w ten sposób:
                          nie znajdę partnera do wspólnego przejścia przez życie - to nic
                          ale nie ma problemów ze znalezieniem na pewno "kochanka"
                          wtedy chociaż będę miała dziecko
                          chciałam dziecko, a właściwie dokładniej, to syna
                          kiedyś było dla mnie nie ważne, że nie stworzę rodziny
                          chciałam dziecko i koniec

                          teraz wiem, że to było egoistyczne myślenie
                          poznałam eksa, postanowiliśmy stworzyć rodzinę - nie udało się
                          została sama
                          wiem, że zrobiłam krzywdę dziecku, że nie potrafiłam Mu wybrać odpowiedzialnego
                          ojca
                          stało się
                          wybrałam szczęśliwe życie we dwójkę

                          teraz to się zmienia
                          jest M.
                          żeby nie zapeszyć, myślimy poważnie o stworzeniu rodziny
                          myślimy o małżeństwie i uznaniu dziecka przez M.

                          patrząc jednak na przeszłość M. wie, że mimo naszych potrzeb (bądź co bądź,
                          jesteśmy dorosłymi ludźmi) nie chcę iść jeszcze z nim do łóżka
                          sam z natury też nie ciągnie od razu po krótkim czasie
                          zgodziliśmy się nawet ze stwierdzeniem, że jesteśmy gotowi czekać na noc
                          poślubną
                          chociaż nie jestem pewna, czy damy radę wytrzymać

                          trochę odbiegłam od tematu, ale ...

                          w przypadku tsunami, jak i innych dziewczyn najważniejsze jest to, czy umiemy
                          wyciagać wnioski z naszej przeszłości
                          czy damy radę stworzyć szczęśliwy dom dla dzieci
                          i czy da radę stworzyć zdrowy układ między nami, eksami i dziećmi
                          oby dzieci były szczęśliwe i wiedziały, że zawsze ktoś ich kocha i że zawsze
                          moga liczyć na pomoc czy to matki czy ojca
                          a to drugie same wiemy, że jest bardzo ciężko
                          • tsunami05 Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 14:03
                            Wiecie, ja nigdy nie byłam jakoś "rozpasana" seksualnie. W sumie od liceum
                            byłam w stałym związku - najpierw jednym długim, potem drugim. Potem się
                            napatrzyłam na to, co ludzie wyrabiają, jak żyją moi znajomi. Ja nie chciałam
                            tworzyć związku, ale zdarzyły mi się dwie znajomości z facetami, którzy to
                            rozumieli, nie mieli pretensji i podchodzili do tego normalnie. Kumplowaliśmy
                            się, spotykalismy się, zdarzył się potem i seks "przyjacielski". Obie
                            znajomości trwały dość długo. Trzeci był - ojciec dziecka (aha - w kolejności,
                            nie trzeci do kupy smile)) On już tego nie rozumiał, mimo moich zastrzeżeń.
                            Teraz jest ktoś w moim życiu, ale podchodze do tego bardzo ostroznie, na pewno
                            na razie mowy nie ma o tym, by został ojcem dziecka. Seksu tez nie ma smile
                            Podobnie jak Anetina - nie chcę. Chcę poczekać, przekonać się czy warto, czy
                            wytrwamy i czy coś się z tego rozwinie.
                            • escribir Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 14:19
                              A nawet gdybyś była "rospasana" to co komu do tego??? Byleby nie z moim
                              mężem wink)). Jednym wystarczy kostka czekolady, innym nie wystarczy nawet cała
                              tabliczka. Nie nam ciebie oceniać , bo żadna z nas święta nie jest. Problem w
                              tym że nie wszystkie potrafimy się do tego przyznać.
                              Ważne, żebyś dokonała mądrych wyborów- dla dziecka i dla siebie. Nic na siłę,
                              nic "bo tak wypada" albo "bo co ludzie powiedzą". To nie ludzie będą za ciebie
                              przeżywać twoje życie. Wszystko się ułoży: tak jak Anetinie, mnie i wielu innym
                              w podobnej sytuacji.
                              Pozdrawiam cieplutko

                            • anetina Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 14:19
                              tsunami05 napisała:

                              > Podobnie jak Anetina - nie chcę. Chcę poczekać, przekonać się czy warto, czy
                              > wytrwamy i czy coś się z tego rozwinie.


                              oprócz tego ja się boję podświadomie kolejnej ciąży
                              na dzień dzisiejszy nie chcę kolejnego dziecka
                              nie jestem w stanie pokochać

                              M. wie o tym
                              z jego wypowiedzi zrozumiałam, że byłby w stanie nawet nie chcieć więcej dzieci
                              ale to czas pokaże

                              na razie ciało chce, ale rozsądek woła STOP
                              i tego słuchamy
                          • escribir Re: Niekonsekwencja 20.10.05, 14:11
                            A tak poważnie to masz 100% rację!
    • emag1 Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 13:26
      Z treści Twojego postu wywnioskowałam, ze nie do konca wiesz czego chcesz.
      Moze inaczej, nie dokonca potrafisz postawic na swoim.

      Jeżeli chcesz zeby Twój były partner uznał wasze dziecko, to poprostu mu
      powiedz ze umówiłaś was na spotkanie w USC i powinien przyniesć ze sobą takie i
      takie dokumenty. Kropka.
      Nie pytaj go czy się zdecydował, bo najwyraźniej nie jest w stanie dać Ci
      odpowiedzi.

      Najważniejsza jednak jest kwestia wzięcia odpowiedizalnosci za Wasze dziecko.
      Prawdopodobnie znasz swojego bylego bardzo dobrze. O ile decyzja o rozstaniu
      nie zapadła pod wpływem impulsu, należy się jej trzymać ze wszelkimi
      konsekwencjami.

      Pisząc o narkotykach itp nakreślasz pewien obraz tego faceta. O ile odczytuję
      go poprawnie, nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego. Nawet nazwisk widocznych
      na jednym blankiecie metryki urodzenia dziecka.

      Dla 300 zł miesięcznie chyba nie warto...
      • anetina Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 13:37
        emag1 napisała:

        > nakreślasz pewien obraz tego faceta. O ile odczytuję
        > go poprawnie, nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego. Nawet nazwisk
        widocznych
        > na jednym blankiecie metryki urodzenia dziecka.
        >
        > Dla 300 zł miesięcznie chyba nie warto...




        nie warto
      • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 13:58
        hmmm - 300 zł przy moich 200 to razem 500 smile
        ale nie o to chodzi - mam nadzieje, ze te finansowe klopoty sa przejsciowe, po
        macierzynskim bede miec juz etat gdzies i dam rade...
        Ja nie wiem czego chce, bo czekam na wiadomosć od kolesia. Nie chciałam
        decydować za jego plecami. Faceta znałam trzy miesiące, w sumie go nie znam.
        Nie jest nawet moim byłym, widywałam się z nim czasami tylko. Nie miałam czasu
        na stały związek, wiecznie pracując (na czarno - stąd teraz kłopoty z kasą).
        Te narkotyki to nałogowe palenie... Ale zawsze coś. Nie widzialam go od
        czterech miesiecy.
        Pytanie - czy warto teraz walczyc o ojca (i alimenty - sa dla mnie teraz
        kwestia niebagatelna), bo mam doła i nie wiem, jak przetrwam z dzieckiem. Czy
        moze potraktować to jako decyzję na całe życie i się po prostu nie odzywać
        więcej do niego, nie ustalac ojcostwa i nic nie chcieć.
        Radzicie to drugie - traktuję to powaznie, bo wiem, ze macie doświadczenie.
        Zastanowię się nad tym i uciszę w sobie chęć zemsty smile Bo w końcu chodzi o
        dzidzię.
        • anetina Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 14:17

          > Radzicie to drugie - traktuję to powaznie, bo wiem, ze macie doświadczenie.
          > Zastanowię się nad tym i uciszę w sobie chęć zemsty smile Bo w końcu chodzi o
          > dzidzię.


          dziewczyno, my nie radzimy, my opwiadamy ci swoje historie
          każdy jest inny
          ja np. nie ustalałabym ojcostwa (a ustaliłam)
          ale głupio bym się czuła, jakby syn zapytał się mnie, mamo to nie wiesz, z kim
          mnie miałaś
          nie da się ukryć przed dzieckiem, kto jest prawdziwym ojcem, nawet gdybym teraz
          wyszła za M. i on uznałby dziecko
          każdy kto mnie zna, wie, że dziecko jest eksa
          a kim on był, też każdy wie
          nie ważne, jakie nazwisko będzie miał syn
          pozna prawdę, kto jest ojcem
          będzie chciał, pomoge go znaleźć
          nieważne jest teraz
          nie myslę o tym
          eks się nie odzywa, nie interesuje nami, nie płaci złotówki
          ja mam to gdzieś
          i mam nadzieję, że Mały to zrozumie
          że nie będzie mi miał za złe, że wybrałam mu szczęśliwe dzieciństwo we dwójkę
          niż nieszczęśliwe w trójkę

          tsunami, zrób tak, jak uważasz
          nie patrz na nas
          nie sugeruj się naszymi wypowiedziami
          zrób to, co instynkt macierzyński mówi
          ważne jest dobro dziecka
        • emag1 Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 15:07
          No tak. typowy homo ludens wink (mówię o facecie). Typ człowieka nieszkodliwy,
          acz mało odpowiedzialny.

          Za trzy miesiące w twoim życiu nic nie będzie sie działo przez przypadek. I
          niewiele bedzie rzeczy związanych z twoim dizeckiem, za które inni bedą
          odpowiedzialni. bedziesz musiała przewidziec i zadbać o wiele rzeczy. w wielu
          sytuacjach bedziesz musiała zdać się tylko na własne siły i własne pomysly.

          Nie wiem skąd się te siły u rodziców biorą, ale ci którzy tylko chcą, mogą
          naprawde wiele.
          Ciebie bedize czekac to samo. Bedziesz musiała znaleźć prace, dom i zapewnic
          przyjazne otoczenie swojemu dizecku. I nie bedzie "zlituj się".

          Czasami ma się serdecznie dosyć. Ale jak to wszystko po malutku uda Ci się
          osiągnąć, to poczujesz się tak super, ze nie bedziesz chciała stawać w miejscu,
          tylko przec dalej.

          I na koniec. wsrto walczyć o dobrego ojca. nie o jakiegobądz.

          serdeczne pozdrawiam.






          • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 16:18
            Dzięki!
            Właśnie na ten przypływ sił czekam. I staram się wyciszyć negatywne emocje, nie
            dążyć do sprawiedliwości, bo nie ma jej na tym świecie.
            Wkurza mnie, że facet kreuje się na nieszczęśliwego , opowiada o "złej
            kobieice"(ja) przy czym nawet się nie postara powalczyć, skoro taki
            pokrzywdzony... Nie chce sie spotkać, nie informuje co zamierza. A kiedyś np
            powie dziecku , że mamusia utrudniała spotkania. Chciałam dac mu szansę,
            widocznie nie dorósł do odpowiedzialności i samodzielnego podejmowania decyzji,
            wystraszył sie i myśli, ze jak ucieknie, to problem zniknie.
            Najgorsze, że jak pisała virtual_moth - on mi kiedys może założyć sprawe o
            ojcostwo... Ja sie nastawię, że zniknął z naszego życia, a on się objawi...
            • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 18.10.05, 21:29
              tsunami05 napisała:

              > Najgorsze, że jak pisała virtual_moth - on mi kiedys może założyć sprawe o
              > ojcostwo... Ja sie nastawię, że zniknął z naszego życia, a on się objawi...

              Wiesz, wydaje mi się, ze to wcale nie jest najgorsze. No bo co się stanie?
              Złoży pozew, uzna dziecko przed sądem i tyle. I nawet alimenty od razu zasądzą.

              Musisz się niestety przygotować na to, ze to na Tobie będzie spoczywać cała
              odpowiedzialność, a tatuś będzie tym, który raz na pół roku oceni czy Ci dobrze
              idzie (o ile bedzie go to w ogóle interesowało). Taki lajf... Ja nauczyłam się
              tym nie przejmować.

              Pzdr
            • anetina tsunami05 19.10.05, 09:16
              jeśli ty nie założysz sprawy o ustalenie ojcostwa, to eks ma chyba rok czasu,
              aby sam to zrobić
              jak to moja sędzina powiedziała, wtedy dostałby wszystkie prawa, bo sam chce
              przemyśl to
              • tsunami05 Re: tsunami05 19.10.05, 10:06
                Dziewczyny, to mi jeszcze na chłopski rozum wyjaśnijcie.
                Zakładam sprawę o ustalenie ojcostwa. Zakładam drugą o alimenty, tak? On
                przychodzi i wiedząc, ze jest ojcem, uznaje dziecko, bo nie chce płacic za
                badania. I skoro uznaje - dostaje pełnię praw. Rozumiem, że mnie przy tym nie
                ma (bo chyba nie muszę być, a poza tym do tego sadu muszę dojechac 100 km). I
                on ma tę pełnię praw, płaci alimenty (załóżmy - choć kurcze u mnie w pracy np.
                jest facet z zasądzonymi alimentami i przychodzi do nas pismo od komornika, że
                zajmuje jego wynagrodzenie na alimenty - chyba ja też tak mogę...)
                Albo nie zakladam sprawy i on sam idzie do sadu - i moze dostac pelnie praw.
                Co moge zatem zrobic, zeby nie dostal pelni praw - bo jesli on sie nie odezwie
                teraz, to ja nie mam podstaw do uznania, ze zajmie sie kiedys dzieckiem. Skoro
                mnie teraz olewa... Mam założyć drugą sprawę o ograniczenie praw. Nie wiem, co
                będzie, ale może będe chciała wyjechac za granicę, zależy od moich planów
                zawodowych. Jak będzie miał prawa, to już mi kiedys pozwiedział, że się nie
                zgodzi.
                Kurcze, z każdym się w zyciu dogardam to w końcu trafiłam na takiego co mnie
                uwiązał do końca życia i może mi bruździć...
                • virtual_moth Re: tsunami05 19.10.05, 10:29
                  tsunami05 napisała:

                  > Dziewczyny, to mi jeszcze na chłopski rozum wyjaśnijcie.
                  > Zakładam sprawę o ustalenie ojcostwa. Zakładam drugą o alimenty, tak?

                  Nie, w tym samym pozwie wnosisz o alimenty.

                  On
                  > przychodzi i wiedząc, ze jest ojcem, uznaje dziecko, bo nie chce płacic za
                  > badania. I skoro uznaje - dostaje pełnię praw.

                  Tak własnie bedzie, jeśli będzie chciał uznac dziecko.

                  Rozumiem, że mnie przy tym nie
                  > ma (bo chyba nie muszę być, a poza tym do tego sadu muszę dojechac 100 km).

                  Musisz byc. poza tym jesli ty złozysz pozew o ustalenie ojcostwa, to mozesz go
                  zlozyc w Twoim miejscu zameldowania (no chyba ze do miejsca zameldowania masz
                  100 km, no to sorry gregory)

                  I
                  > on ma tę pełnię praw, płaci alimenty (załóżmy - choć kurcze u mnie w pracy
                  np.
                  > jest facet z zasądzonymi alimentami i przychodzi do nas pismo od komornika,
                  że
                  > zajmuje jego wynagrodzenie na alimenty - chyba ja też tak mogę...)

                  Możesz.

                  > Albo nie zakladam sprawy i on sam idzie do sadu - i moze dostac pelnie praw.

                  Jesli Ty zlożysz pozew do sądu o ustalenie ojcostwa i on uzna dziecko, to TEŻ
                  dostanie pełnię praw. Anetina jeszcze załapała się na starą ustawę.

                  > Co moge zatem zrobic, zeby nie dostal pelni praw - bo jesli on sie nie
                  odezwie
                  > teraz, to ja nie mam podstaw do uznania, ze zajmie sie kiedys dzieckiem.
                  Skoro
                  > mnie teraz olewa... Mam założyć drugą sprawę o ograniczenie praw.

                  Tak. Jeśli ojciec dziecka uzna je przed sądem, dostaje pełnię praw (to, ze ty
                  się na to uznanie nie godzisz, nie ma żadnego dla sadu znaczenia). Jeśli
                  chciałabyś mu władzę rodz. ograniczyc lub odebrac, musiałabys później zalożyc
                  osobną sprawę.

                  Nie wiem, co
                  > będzie, ale może będe chciała wyjechac za granicę, zależy od moich planów
                  > zawodowych. Jak będzie miał prawa, to już mi kiedys pozwiedział, że się nie
                  > zgodzi.

                  No to po uznaniu dziecka złożysz sprawę o odebranie/ograniczenie władzy rodz.

                  Pzdr
                  • tsunami05 Re: tsunami05 19.10.05, 10:43
                    Dzieki!
                    Do miejsca zameldowania mam 230 km smile)) Taki lajf - wyjechalam na studia do
                    duzego miasta, tam zostalam i mialam prace, potem dostalam kolejne zlecenie w
                    innym malymi miescie i te miasta sa na takim trojkacie o bokach mniej wiecej
                    100 km. smile))
                    Naprawde wdzieczna jestem za te rady, nabieram wiekszej swiadomosci, wiem juz
                    jak to dziala. spróbuję oświecić tego faceta, żeby się już nie zastanawiać co
                    on zrobi. Moze się uda!
                    • virtual_moth Re: tsunami05 19.10.05, 10:58
                      tsunami05 napisała:

                      > Naprawde wdzieczna jestem za te rady, nabieram wiekszej swiadomosci, wiem juz
                      > jak to dziala. spróbuję oświecić tego faceta, żeby się już nie zastanawiać co
                      > on zrobi. Moze się uda!

                      Jak sama widzisz, najlepiej i tak uznac dziecko w USC, z pominięciem sadu.
                      NIezależnie od tego czy ty złożysz pozew czy on sprawa skończy się tak samo -
                      czyli uznanie dziecka i pełnia praw. Lepiej zatem od razu uderzyc do USC.

                      Pzdr
    • escribir Re: czy warto walczyć? 19.10.05, 10:41
      Nie wiem jak jest teraz, ale 5 lat temu mozliwa była taka sytuacja: po
      urodzeniu dziecka SAMA rejestrujesz je w USC- podajesz jakieś imię ojca i USC
      dopisuje w danych ojca twoje nazwisko (nie ma czegoś takiego jak NN). Dziecko
      ma akt urodzenia. Jesli dogadasz się z ojcem dziecka to idziecie do USC i akt
      urodzenia jest zmieniany- nie potrzeba żadnego wyroku sądu itp. Jesli
      decydujesz się na założenie sprawy o ojcostwo i alimnety- to ją zakładasz. A
      może za 2 lata poznasz TEGO JEDYNEGO? Może będzie chciał po slubie przysposobić
      dziecko? Wtedy idziecie do USC i zmieniacie akt urodzenia- nie trzeba sądownie
      jesli nie ma tam faktycznych danych ojca.
      Weź pod uwagę, że sprawy rodzinne toczą się parę miesięcy (ustalenie ojcostwa,
      zasądzenia alimentów). Przez ten czas wiele może sie zmienić w twoim życiu! Czy
      warta jest skórka za wyprawkę?
      Jaka jest różnica między aktem urodzenia z wpisanym ojcem a bez danych ojca?
      Dziecko może spytać : "Nie wiedziałaś kto jest moim ojcem?" albo "Dlaczego
      ojciec nie chce mnie widywać?"
      Moim zdaniem odpowiedź na pierwsze jest prosta: "Wiedziałam, ale okazało się że
      on nie był na tyle odpowiedzialny, żeby być twoim ojcem, chodźby na papierze" I
      taka jest prawda.
      Życzę powodzenia i mądrych decyzji
      • kini_m Re: czy warto walczyć? 20.10.05, 19:49
        ialle napisała:
        >To, ze sie idzie do lozka z facetem nie majac mocnego postanowienia ze sie
        >chce z nim spedzic reszte zycia to prywatna sprawa kobiety.
        Vialle, z tym co napisałaś można się zgodzić tylko w części.
        Otóż od momentu połączenia jajeczka z plemnikiem nie jest to już wyłącznie
        prywatną sprawą kobiety - staje się już sprawą: dziecka, jego ojca, także praw
        dziadków do wnuka/czki, systemu opiekuńczego państwa, itd.....
        Niestety ta część problemów, która przyczynę ma po stronie kobiet pochodzi
        właśnie z niezrozumienia tej kwesti, i dalszego poczucia nieograniczonej
        prywatności.
        • escribir Re: czy warto walczyć? 20.10.05, 20:52
          kini_m napisał:

          > ialle napisała:
          > >To, ze sie idzie do lozka z facetem nie majac mocnego postanowienia ze sie
          >
          > >chce z nim spedzic reszte zycia to prywatna sprawa kobiety.
          > Vialle, z tym co napisałaś można się zgodzić tylko w części.
          > Otóż od momentu połączenia jajeczka z plemnikiem nie jest to już wyłącznie
          > prywatną sprawą kobiety - staje się już sprawą: dziecka, jego ojca, także
          praw
          > dziadków do wnuka/czki, systemu opiekuńczego państwa, itd.....
          > Niestety ta część problemów, która przyczynę ma po stronie kobiet pochodzi
          > właśnie z niezrozumienia tej kwesti, i dalszego poczucia nieograniczonej
          > prywatności.
          Kini_m, powiedz to ojcom, którzy przez blisko 9 lat widzieli dziecko 2 razy (w
          pierwszym półroczu jego życia). Powiedz to babciom, które bez wiedzy i zgody
          matki "załatwiały" adopcję jeszcze nienarodzonego dziecka.
        • vialle Re: czy warto walczyć? 21.10.05, 11:15
          czyli gdyby kobiety sie bzykaly tylko z powodu wielkiej milosci i najlepiej po
          slubie to wszystko na swiecie byloby cacy, a wszystkie dzieci szczesliwe?
          Ale bredzisz, rety.... nie chce mi sie dalej komentowac.
          • anetina Re: czy warto walczyć? 21.10.05, 12:08
            vialle napisała:

            > czyli gdyby kobiety sie bzykaly tylko z powodu wielkiej milosci i najlepiej
            po
            > slubie to wszystko na swiecie byloby cacy, a wszystkie dzieci szczesliwe?
            > Ale bredzisz, rety.... nie chce mi sie dalej komentowac.



            tylko nikt tu nie wspomni, że praktycznie połowa dzieci ze związków małżeńskich
            też nie ma szczęśliwego życia
            a ja np. wiem, że mój Mały jest szczęśliwy
            nawet jak ma tylko mamę
            a ojciec wypiął na Niego swoje cztery literki
          • kini_m Re: czy warto walczyć? 21.10.05, 15:23
            vialle napisała:
            > czyli gdyby kobiety sie bzykaly tylko z powodu wielkiej milosci i najlepiej
            > po slubie to wszystko na swiecie byloby cacy, a wszystkie dzieci szczesliwe?
            Ależ nie. Nieco wypaczenie mnie rozumiesz.
            Niech się rypią na lewo i prawo, i kobiety i faceci, w małżeństwach i bez
            małżeństw, z wielkiej miłości i z płytkiej rozrywki. A jeśli któryś z partnerów
            pozwoli drugiemu to nawet w związkach niech maja po kilku partnerów.
            Ale jeśli się nie zabezpeiczyli skutecznie i doszło do poczęcia - to w tym
            momencie kończy się już to jako wyłączna sprawa jednej tylko osoby.
            Nawet jesli tatuś z takiego przygodnego związku nie wyrazi chęci
            zainteresowania dzieckiem - to nadal posiadanie/brak posiadania ojca jest
            wartością/brakiem wartości DZIECKA (a nie prywtaną sprawą mamusi).
            Własnie to poczucie nieograniczonej prywatności jest źródłem tego że moja exia
            ma w dupie ojca własnej córki, i nie pozwla własnej córce spotkać się z jej
            ojcem.
            Jesli tego nie rozumiesz to Twoje własne słowa:
            > Ale bredzisz, rety.... nie chce mi sie dalej komentowac.
            są lepszym komentarzem Twego wpisu.
            (Escribir, i inne panie - nie dopisujcie mi o ojcach którzy maja w dupie własne
            dzieci, wystarczająco razy juz się do nich ustosunkowywałem. Więc przypominam
            że piszę z pozycji ojca odcinanego z córką przez jej matkę.)
            • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 21.10.05, 16:56
              kini, ja bede dosadna. Zawsze mialam kontrole nad swoim zyciem i antykoncepcja
              tez. Ale co powiesz o facecie, ktory na poczatku "rypania" prezerwatywe ma,
              nakloniony przez kobiete, a na koncu juz nie? Sorry, ale na niebie i ziemi
              zdarzaja sie rzeczy, ktore nie snily sie filozofom. I wypadki rozne chodza po
              ludziach i nie zawsze jest skad zalatrwic recepte na Postinor i nie zawsze jest
              gdzie to kupic w odpowiednim czasie. A sa psychopatyczni faceci niestety
              (kobiety na pewno tez), choc ja wczesniej wiedzialam tylko o
              kobietach "lapiacych na dziecko"... JAk widac roznie bywa...
              • kini_m Re: czy warto walczyć? 21.10.05, 20:11
                tsunami05 napisała:
                > choc ja wczesniej wiedzialam tylko o
                > kobietach "lapiacych na dziecko"... JAk widac roznie bywa...
                Jeśli utrzymuje kontakt z częstotliością raz na 3 mieiące - to raczej nie
                myslałbym ze to delikwent który chce złapać na dziecko.

                > Ale co powiesz o facecie, ktory na poczatku "rypania" prezerwatywe ma,
                > nakloniony przez kobiete, a na koncu juz nie?
                Nic nie powiem, bo taki typ jest mi obcy, i nie umiem się z nim w jakikolwiek
                sposób utożsamić. Facet raczej dosadnie mówiąc lubi "jazdę na maxa." Ale jeśli
                Ty zapomniałaś pigułki, albo nie wymierzyłaś z dniem no to też zrobiłaś taką
                samą jazdę.
                Ale szkoda teraz biedować, bo trzeba zatroszczyc się o maleństwo w brzuszku.
                Na pewno będzie wspaniałe.
                • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 22.10.05, 08:21
                  > tsunami05 napisała:
                  > > choc ja wczesniej wiedzialam tylko o
                  > > kobietach "lapiacych na dziecko"... JAk widac roznie bywa...
                  > Jeśli utrzymuje kontakt z częstotliością raz na 3 mieiące - to raczej nie
                  > myslałbym ze to delikwent który chce złapać na dziecko.
                  >
                  Bo mu się nie udało i dość dosadnie mu o tym powiedziałam. Kiedy zawiodły
                  wszystkie sposoby "Złapania" - bo wczesniej były szantaże i inne perswazje,
                  kolega się wycofał - zresztą ułatwiłam mu to, wynosząc się z miasta, w którym
                  nie było mnie stać na wynajęcie mieszkania.
                  > > Ale co powiesz o facecie, ktory na poczatku "rypania" prezerwatywe ma,
                  > > nakloniony przez kobiete, a na koncu juz nie?
                  > Nic nie powiem, bo taki typ jest mi obcy, i nie umiem się z nim w jakikolwiek
                  > sposób utożsamić. Facet raczej dosadnie mówiąc lubi "jazdę na maxa." Ale
                  jeśli
                  > Ty zapomniałaś pigułki, albo nie wymierzyłaś z dniem no to też zrobiłaś taką
                  > samą jazdę.
                  Hm, wiesz, myślałam, ze prezerwatywa jest wystarczająca ochroną, zwłaszcza w
                  dzień, w który teoretycznie nic się nie może zdarzyć. Pigułek brać nie mogę.

                  Wiem, że maleństwo będzie wspaniałe, tylko szkoda mi po prostu tego, że
                  powstało w taki sposób. I trochę też tego, że do końca życia nie zapomnę o jego
                  ojcu. Który nota bene zrobił mi przedwczoraj niezłą jazdę. Zapytałam czy moze
                  już mi odpowiedzieć, co zamierza. Spytałam też dlaczego mimo obietnic nie
                  odezwał się miesiąc temu. Ja musze się umawiać z dużym wyprzedzeniem, bo
                  pracuję po 16 godzin na dobę, dużo jeżdżę autem, przemieszczam się, mieszkamy w
                  innych miastach. A on na to, że nie miał czasu, teraz zas tez mi nie odpowie bo
                  jest chory.
                  Jeśli to jest odpowiedzialność i troska o dziecko (nawet mnie nie spytał jak
                  płeć, bądź czy wszystko ok) i jeśli z takim człowiekiem mam się liczyć przez
                  kolejne kilkanaśnie lat, to ja wolę chyba zrobić, to co mówiła Anetina i dac
                  sobie prawo do prywatności i decydowania o dziecku. On, jak sądzę walczyć nie
                  będzie.
                  Widzisz, kini - są różni faceci, więc nie możesz generalizować.
                  • anetina Re: czy warto walczyć? 24.10.05, 08:20
                    > Jeśli to jest odpowiedzialność i troska o dziecko (nawet mnie nie spytał jak
                    > płeć, bądź czy wszystko ok) i jeśli z takim człowiekiem mam się liczyć przez
                    > kolejne kilkanaśnie lat, to ja wolę chyba zrobić, to co mówiła Anetina i dac
                    > sobie prawo do prywatności i decydowania o dziecku. On, jak sądzę walczyć nie
                    > będzie.

                    dlatego teraz:
                    znasz jego poglądy na ten temat
                    chyba rzeczywiście sobie odpuścił facet
                    czas pokaże
                    ale jeśli rzeczywiście jesteście w innych miastach i póżniej musiałabyś go
                    ganiać po całej Polsce o jeden jakiś podpis, to chyba nie ma wszystko sensu
                    rozumiem z twoich wypowiedzi, że on po prostu sobie odpuścił
                    na tym etapie poczekaj do rozwiązania
            • vialle Re: czy warto walczyć? 24.10.05, 16:56
              > Ale jeśli się nie zabezpeiczyli skutecznie i doszło do poczęcia - to w tym
              > momencie kończy się już to jako wyłączna sprawa jednej tylko osoby.
              > Nawet jesli tatuś z takiego przygodnego związku nie wyrazi chęci
              > zainteresowania dzieckiem - to nadal posiadanie/brak posiadania ojca jest
              > wartością/brakiem wartości DZIECKA (a nie prywtaną sprawą mamusi).
              no i co z tego rozumowania ma wynikac???? idac tym tropem: wiec jesli nawet
              dawca zainteresowania dzieckiem nie wyrazi, to zapewne matka - pokutujac
              za "rypanie sie" na lewo i prawo i bezmyslne dopuszczenie do zaplodnienia (bo
              tylko kobiety sa winne jesli dochodzi do zaplodnienia, przeciez to jasne, no
              nie?) - powinna narzucic dawcy sila jego PRAWO do bycia ojcem. W imieniu, i
              oczywiscie w interesie, dziecka. Matki w tym wszystkim w ogole byc nie powinno,
              nie istnieje - jej emocje i potrzeby nie istnieja, bo jest li i jedynie worem
              sluzacym do noszenia plodu a potem podmiotem umozliwiania OJCU i DZIECKU
              korzystanie z ich praw. Superancka koncepcja. Wow.

              Wiesz, zastanawiam sie po co w ogole podejmuje z Toba polemike. Jak sam
              okreslasz, piszesz "z pozycji ojca odcinanego od córki przez jej matkę"
              (niezalenie od tego jaka jest prawda) - i ta "pozycja" powoduje, ze masz
              drastycznie skrzywiony punkt widzenia.

              To nie poczucie nieograniczonej prywatnosci (co to w ogole za semantyczna
              figura!) jest przyczyna, ze matki odcinaja ojcow od ich dzieci, przyczyn jest
              wiele roznych - wsrod nich zarowno debilizm i egoizm matek jak tez ich trafna
              ocena, ze to co ojcowie nazywaja "kochaniem" jest w istocie demonstracja sily.
              Podobnie jak z ojcami, ktorzy porywaja dzieci i uniemozliwiaja im kontakt z
              matkami - przyczyn jest wiele.

              Ty masz pewna teze nt swojej eks i ta teza rozlewa Ci sie na wszystkich
              dookola. Zachowujesz sie jakbys chcial, zeby na uzytek Twojej prywatnej wojny
              stworzyc jedno wyjasnienie i jedną regułę, uogolnione na cala galaktyke. Zeby
              wszyscy, po udowodnieniu tej jedynej slusznej prawdy, nie mieli innego wyjscia
              jak tylko zakrzyknac wielkim glosem "rzeczywiscie - teraz rozumiemy, wredna
              eksia, biedny kini! Na sądy, na barykady! Oddac mu dziecko!". "Pozycja" z
              ktorej wystepujesz i potrzeba, aby swiat przyznal Ci racje sprawiaja, ze nie
              dostrzegasz subiektywnosci swoich sadow. Nie ma takiej jednej prawdy, kini.
              • kini_m Re: czy warto walczyć? 24.10.05, 19:05
                Tsunami
                Z tej polemiki wychodzi mi taki mianowicie zasadniczy problem (rachucnek):
                a) ile/które oczekiwania wymagać jako minimum do w miarę zgodnego współżycia z
                takim oddzielnie zyjacym tatusiem;
                b) --//
                • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 25.10.05, 11:43
                  kini - bardzo mi sie podaoba takie syntetyczne ujęcie sprawy. Dla mnie
                  najlepiej byłoby gdyby - uznał dziecko w USC, dobrowolnie płacił 400 zł
                  miesięcznie i oddał połowę kosztów wyprawki, odwiedzał dziecko, z czasem
                  zabieral je do siebie, wychowywał normalnie, w zgodzie ze mną.
                  Tylko że:
                  1. On nawet nie wie, jak się okazuje, że już nie mieszkamy w tym samym miescie.
                  2. nie interesuje się niczym - płcią, zdrowiem dziecka, moim zdrowiem (a
                  troszkę się sypię...).
                  3. oskarżył mnie właśnie (bo się w końcu odezwałam, ponagliłam do udzielenia mi
                  odpowiedzi) o to, że ja NIE SZUKAM KONTAKTU i "jak zwykle nie mam sobie nic do
                  zarzucenia" (a przedcież 4 tygodnie temu pytałam kiedy możemy coś poustalac i
                  nie odpowiedział). Oraz spytał gdzie mi się tak spieszy, on jest chory, a jak
                  wyzdrowieje to do mnie PRZYJDZIE (ha! nie wie, że do PRZEJŚCIA ma 100 km).
                  To była kolejna przepychanka, a mam tego dość.
                  W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak egoizm w trosce o moje zdrowie
                  psychiczne i komfort dziecka - urodzić, zarejestrować bez niego, a jeśli
                  przejawi inicjatywę to sam sobie będzie sprawy zakładał o ustalenie ojcostwa.
                  Kini, ja gościa znałam 3 miesiące, nic mnie z nim nie łączy, w ciąży mnie nie
                  wspieral jak ty swoją eksię - sama się przeprowadzałam nosząc swoje meble i
                  rzeczy, sama je woziłam, sama kompletuje wyprawkę. A on co, przyjdzie na gotowe
                  ze swoją wielką chęcia do bycia ojcem?
                  • virtual_moth Re: czy warto walczyć? 25.10.05, 11:52
                    tsunami05 napisała:

                    > W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak egoizm w trosce o moje
                    zdrowie
                    > psychiczne i komfort dziecka - urodzić, zarejestrować bez niego, a jeśli
                    > przejawi inicjatywę to sam sobie będzie sprawy zakładał o ustalenie ojcostwa.
                    > Kini, ja gościa znałam 3 miesiące, nic mnie z nim nie łączy,

                    Doszłaś IMHO do słusznych wniosków. Olej gościa, a jak sam będzie chciał, to
                    siędo Ciebie zgłosi lub założy sprawę o us. ojcostwa. Proste. Wiąże się to z
                    brakiem alimentów, ale przypuszczam, że i tak być ich nie dostawała po
                    zasadzeniu.


                    w ciąży mnie nie
                    > wspieral jak ty swoją eksię

                    Nie nazwałabym olania partnerki w ciąży, podczas gdy miała
                    krwotok, "wspieraniem".


                    - sama się przeprowadzałam nosząc swoje meble i
                    > rzeczy, sama je woziłam, sama kompletuje wyprawkę. A on co, przyjdzie na
                    gotowe
                    >
                    > ze swoją wielką chęcia do bycia ojcem?

                    Musisz się do tej myśli jak najszybciej przyzwyczaić, bo JEST taka możliwość.
                    Nie taki jednak diabeł straszny jak go malują - co z tego, że przejawi
                    zainteresowanie raz na kwartał i będzie coś sobie roscił? W większosci
                    przypadków i tak kończy się tylko na słowach.

                    Pzdr
                    • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 25.10.05, 15:57
                      Wiesz, to typ złośliwy. Już mi mówił na poczatku, że się nie zgodzi na wydanie
                      dziecku paszportu. A ja nie wiem, czy chce życ w tym kraju, gdzie człowiek z
                      doktoratem pracuje na czarno, grozi się mu rezygnacją z usług, kiedy jest w 6
                      miesiącu ciąży itp. Będe szukać innej pracy - zaczynam już teraz. Ale jeśli to
                      nie wypali, chcę wyjechać. Ja nie umiem opisać tego, jak trudno mi sie z nim
                      dogadać. Jest wredny, uparty i złośliwy. Zaprze się i mi zatruje zycie.
                      • kini_m Re: czy warto walczyć? 25.10.05, 17:01
                        Tsunami,
                        zacznę od
                        > Wiesz, to typ złośliwy. Już mi mówił na poczatku, że się nie zgodzi na
                        > wydanie dziecku paszportu.
                        Każdy rodzic nie chcialby aby jego dziecko wyjechało daleko od niego - to
                        zrozumiałe. (Zwłaszcza że ucieczkowość, niestety dla facetów, miesci się bardzo
                        często w naturze kobiety.)
                        I tu Twoja chęć wyjazdu staje mocno w poprzek porozumieniu. Zakładam że jeszcze
                        tego nie przesadziłaś.
                        Ja rozważyłbym kwestię w ten sposób - facetowi trzeba powiedzieć coś jasno i po
                        męsku (dałbym jeszcze może oststnią szansę - np okres do narodzin dziecka):
                        Albo zacznie się interesować i pomagac Ci w okresie ciązy, w takim zakresie jak
                        bedzie Ci potrzebny i dojdzie do porozumienia - więc rozważyłabyś jeszcze
                        kwestie wyjazdu.
                        Albo jesli będzie nadal wyrażał takie zainteresowanie jak dotychczas to od razu
                        po urodzeniu prosisz w sadzie o ograniczenie jego praw rodzicielskich i
                        zezwolenie na wydanie paszportu dla dziecka (w sądzie trzeba jasno wytłumaczyć
                        dlaczego na ojcu nie można było dotychczas polegać). Wytłumaczyć ojcu, że jesli
                        pojawia sie raz na kilka miesięcy w zyciu dziecka - powinien miec owszem prawa
                        których nie odmawiasz, ale pojawiając sie tak sporadycznie nie może też wiązać
                        swoimi decyzjami całego zycia matki dziecka. Tu racjonalność udziału w
                        decyzjach zycia dziecka wynika z zaangażowania i interesowania się jego zyciem
                        (czyli też ciążą).
                        >A on co, przyjdzie na gotowe ze swoją wielką chęcia do bycia ojcem?
                        Jedną okoliczność jednak wypada rozumieć (funkcje faceta jako - kochanka, męża,
                        ojca):
                        Kochanek - oboje się pisaliscie jednak tylko na czasowych kochanków. To się juz
                        skończyło, nie ma co nad tym płakać.
                        Mąż - nie ma co oczekiwać, aby spełniał rolę męża, bo na to sie nie pisaliście.
                        A z tego wynika że takie czynności jak: nosił meble, przeprowadzał Cię - tez
                        stoją pod znakiem zapytania (bo to głównie funkcja męża).
                        Ojciec - tu jest problem odziedziczony niemal całym społeczeństwem, bo
                        mężczyźni niestety nie są zazwyczaj wychowywani do roli ojca prędzej niż od
                        momentu narodzin dziecka. Tego muszą się uczyć w okresie ciąży niejako
                        sztucznie bo on tego dziecka jeszcze nie ma namcalnie, kobieta uczy sie tego
                        naturalnie mając dziecko w brzuszku. Facet praktycznie staje sie rodzicem 9
                        miesięcy później niz kobieta i to tez trzeba przyjąć do wiadomości (z tego tez
                        wynikaja zapóźnienia w umiejetności zajęcia się dzieckiem), niestety stąd tez
                        wynika że kobieta mając szybszy kontakt z dzieckiem musi nieco na początku
                        przyuczać ojca do jego rodzicielskiej roli.
                        Więc czy wypada zrozumieć że w czasie ciąży jeszcze nie sprawdza sie w roli
                        ojca, jesli nie pisaliscie na bycie mężem/żoną i kochankami dalej? (i dać na to
                        ewentualnie więcej czasu) Odpowiedź pozostawiam Tobie.
                        pozdrawiam

                        virtual_m
                        1.mylisz i przeinaczasz fakty,
                        2.całkiem "miło" że masz tak wybiórczą pamięć
                        3.opierałem się o własne słowa mojej pani, najbliżsym razem jak je odszukam to
                        specjalnie dla Ciebie je wkleję
                        4.potwierdzasz niezrównoważenie kobiety która faceta widzi jako pieska który na
                        zawołanie pani leci wszędzie, o każdej porze, pod każdym pretekstem, rzuca
                        wszystkie inne odpowiedzialności nawet jesli jedyny efekt jaki to przyniesie to
                        wyłącznie samozadowloenie kobiety (a żadnej praktycznej wartości ani pomocy)
                        5.odrób swoje zadanie domowe zanim następnym razem zgłosisz się do odpowiedzi -
                        bo faktu który próbujesz mi przypisać nigdy nie było, a zlepek jaki próbowałaś
                        tutaj czynić pod moim adresem jest na poziomie lepperyzmu
                        6. nie chce Cię dalej wypunktowywać
                        Ciebie V_M też pozdrawiam, na kredyt
                        • tsunami05 kini 26.10.05, 09:26
                          Wiesz, za granice chcę wyjechac, zeby lepiej żyć, to nie jest problem w
                          dzisiejszych czasach, wsiadasz w samolot i lecisz. Teraz mieszkam 100 km od
                          niego (on nawet nie wie tego, ze już nie kilka ulic dalej) od trzech miesięcy i
                          kiedy mówiłam mu o ewentuualności wyprowadzki, mówił, że sobie nie wyobraza
                          odwiedzać dziecka oddalonego o 100 km. Zwazywaszy że mieszkam pod granica już
                          teraz te dodatkowe 30 km chyba większej róznicy nie robią.
                          Nie chę mu na złość wyjechac, tylko dlatego, że tak byłoby lepiej, w tej chiwli
                          mam ciężką sytuację, praktycznie nie mogę przestac pracować ani na moment, po
                          porodzie także. A prace mam absorbująca i średnio jest to płatne, mimo starań,
                          kilku zleceń itp.

                          Mężem nie był, ale deklarował wielką miłość i to dziecko miało się do
                          małżeństwa przyczynić. W przeprowadzce pomagał mi były wieloletni partner, z
                          którym równiez w małżeństwie nie żyłam, a jakoś się poczuł. Sorry, ale uważam,
                          ze ojciec mojego dziecka mógłby się zainteresować. Przy noszeniu mozna poronić
                          i to zagraża już nie tylko matce, ale i dziecku.

                          Pojawiając się sporadycznie w życiu dziecka nie może wiązac życia matki - no
                          widzisz - on mi kiedyś powiedział, ze gdybym z nim zamieszkała, nie pojawiałby
                          się sporadycznie. A tak, to ja go ograniczyłam. Czyli jego chęci są ograniczone
                          do jednej ewentualności - wspólnego mieszkania - jeśli się mu podsunie pod nos
                          dziecko (i mnie) - zajmie się.
                          Po męsku to niestety myślę ja. On nie. O tym, że jest kochankiem, a nie
                          kadndydatem na męża wiedział, ale do wiadomości nie przyjął. Potem zachowywał
                          się tak, jakbym go zostawiła po 5 latach małżeństwa.
                          Psychopaci niestety isnieją i ja się chce przed kontaktami z nimi uchronić.
                • vialle Re: czy warto walczyć? 26.10.05, 14:08
                  Widzisz kini, ja mam klopot z polemizowaniem Toba. Rozne sensowne watki
                  mieszasz z zajadłymi, ciemnogrodzkimi pogladami, uogólnieniami i stereotypami
                  od których po prostu opadaja rece. Nie wiem czy traktowac cie jak powaznego
                  interlokutora czy w ogole machnąć reka.

                  Nie chce nikogo obwiniac o ciaze, menstruacje, podobnie jak nie obwiniam o
                  urok, sraczke czy przemarsz wojsk. Ani nie zazdroszcze czym kogo natura nie
                  obciążyła. W ogole nie interesuje mnie obwinianie ani zazdroszczenie jako
                  sposób reagowania czy metoda na rozwiązywania czegokolwiek. Nie oczekuje i
                  nigdy w zyciu nie oczekiwałam hołdów, noszenia na rekach etc akrobacji – wie to
                  każdy facet który mnie poznal - w ogole nie jestem slaba kobietka, nie
                  umiałabym takowej odegrac nawet jeśli bym bardzo chciala.

                  Chyba każdy chce być zrozumiany. Ale wcale nie wszyscy oczekuja współczucia,
                  przy czym ta potrzeba wydaje mi się dosc zrozumiala. Pod warunkiem ze nie
                  oczekuje się współczucia caly czas i wbrew faktom.

                  Popełniasz w swoich postach mase uogólnień i powtarzasz prymitywne stereotypy.
                  Z upodobaniem przypisujesz brednie kobietom i jako prawdy objawione traktujesz,
                  ze sprawy tocza się zle bo KOBIETY JAKIES SA. To jest kini żenujące. Za każdym
                  razem, kiedy już mam się zabrac za powazna polemika z Toba, trafiam na jakis
                  kolejny kwiatek w Twojej kolekcji stereotypow i ogolnien – no i po prostu
                  odechciewa się polemizowac. Bo ze stereotypami nie da się polemizowac. Podobnie
                  jak z zabobonem, ksenofobia etc. Przykłady glupstw które piszesz i których
                  powinienes się zwyczajnie wstydzic, jeśli masz się za człowieka inteligentnego:
                  - „huśtawki emocjonalne u kobiet” - wiesz, chetnie poznam Cie z moim ojcem –
                  odkryjesz nowy wymiar tego co znaczy hustawka emocjonalna, a będzie to wymiar
                  kosmiczny!
                  - „ucieczkowość, niestety dla facetów, miesci się bardzo często w naturze
                  kobiety” – bzdet! Skad to bierzesz???? Z jakiegos poradnika dla przegranych
                  życiowo facetow „jak zmniejszyć swoje poczucie porazki – 100 praktycznych
                  sposobów przypisywania winy innym”?
                  - „Mąż - nie ma co oczekiwać, aby spełniał rolę męża, bo na to sie nie
                  pisaliście. A z tego wynika że takie czynności jak: nosił meble, przeprowadzał
                  Cię - tez stoją pod znakiem zapytania (bo to głównie funkcja męża).” – o
                  cholibka, „funkcje meza” powiadasz? Kurdesz, ja to mam np. przyjaciol, którzy
                  się w takich wypadkach życzliwie interesuja i jakoś nie mowia „se wyjdz za maz,
                  będzie ci miał kto meble przesuwac”. Nie rozumiem czemu ex bedacy „ojcem w
                  drodze”, nie mialby się zainteresowac - po ludzku i zwyczajnie! Wszystko albo
                  nic? Jak nie jesteśmy razem to gon się i mam Cie gdzies? Dziwne to dla mnie, i
                  dziwne ze jako czlowiek inteligentny taka postawe akceptujesz.
                  - „Facet praktycznie staje sie rodzicem 9 miesięcy później niz kobieta i to tez
                  trzeba przyjąć do wiadomości (z tego tez wynikaja zapóźnienia w umiejetności
                  zajęcia się dzieckiem), niestety stąd tez wynika że kobieta mając szybszy
                  kontakt z dzieckiem musi nieco na początku przyuczać ojca do jego
                  rodzicielskiej roli.” – kolejny stereotyp, datujący się gdzies pewnie z czasow
                  krola cwieczka. Jakos nie widze związku pomiedzy faktem ze się ma wielki brzuch
                  a tym ze się umie zajmowac dzieckiem – to po co te baby lataja do szkoly
                  rodzenia, skoro maja cala potrzebna wiedze przez sam fakt noszenia brzucha??
                  Ale zaskocze Cie jeszczed bardziej – ja w zasadzie nie znam młodych ojcow,
                  którzy by mieli jakies zapoznienia w umiejetnosciach zajecia się dzieckiem! Nie
                  umiem znaleźć, w licznym gronie znajomych młodych ojcow, ani jednego
                  zapóźnionego!!! A może trick w tym, ze oni po prostu nie potrzebuja takiej
                  wymowki???
                  - Twój niedawny watek o oddanym kompie ze zlota mysla „dziewczyny, nie
                  nasylajcie policji na swoich exow, nic wam to nie da” – czy jakos tak. Te bite
                  przez pijanego meza tez maja nie wolac policji? Sadze, ze nie o to Ci chodzilo,
                  ale w euforii i checi dopieczenia exi napisałeś drażniące uogólnienie. Czyste
                  emocje i to nieładne. Zauważasz zacietrzewienie u swojej exi, ale w ogole nie
                  widzisz ile zacietrzewienia jest w Tobie samym! Ile checi zatryumfowania. I jak
                  bardzo te emocje powoduja, ze Twoje sady o oceny sa totalnie subiektywne, jak
                  bardzo widzisz swiat w krzywym zwierciadle, przefiltrowany przez Twoja teze nt
                  exi i przyczyn Waszej sytuacji.

                  Ale tez zgadzam się z Toba (nie wiem jak moja klawiatura zniosla wystukanie
                  tych slow smile)) ), ze w naszym kraju sady w większości sa matriarchalne – już
                  kiedys pisałam, ze moja mama była sedzia ds. nieletnich i rodzinnych przez 43
                  lata i z jej ust wiem, jak bardzo kodeks rodzinny jest ograniczający dla
                  sędziego, jak niskie sa kompetencje sędziów rodzinnych, kuratorow etc (a mowie
                  o sadzie rejonowym, gdzie moja mama przez cale lata była przewodniczącym
                  wydzialu rodzinnego). Pisałam już tez, ze moja mama, gdy ja rozstawałam się ze
                  swoim exem, powtarzala do znudzenia „tak dlugo jak się uda rozwiązujcie sprawy
                  miedzy soba, nie idz do sadu – wtedy zacznie się prawdziwy koszmar”. A przeciez
                  wiedziała co mowi. Wiec daleka jestem od idealizowania sadownictwa rodzinnego w
                  Polsce. Rozumiem tez, ze majac te wiedze przyzwoity ojciec może się czuc na z
                  gory przegranej pozycji. Ale sadownictwo to jedno, a bezsensowna
                  definicja „nieograniczonej prywatnosci” która wyprowadziłeś na kanwie tego
                  samego tematu, ma się do tego jak pieść do nosa. I odbieram ja jako wyraz
                  Twoich emocji związanych z Twoim związkiem, które Ci się uogólniają na
                  wszystkich dookoła – bo nie jest to teoria, która daje się obronic.

                  Jeszcze raz zgoda: dorosli, którzy nie umieja (umieja a nie umia) oddzielic
                  swoich złych emocji wobec byłyego partnerem od dziecka sa toksyczni i
                  szkodliwi. Można zrozumiec – w sensie zrozumienia mechanizmu dlaczego robia to
                  co robia – postepowanie takich osob, ale w mojej ocenie w żaden sposób nie daje
                  się ich usprawiedliwic. Wszelkie rozgrywki miedzy dorosłymi, mniej czy bardziej
                  brutalne, w sferze psychicznej czy/i fizycznej, które rzutuja na dziecko uwazam
                  za wredne i niewybaczalne. „Wyzalanie się” małemu dziecku, oczernianie drugiego
                  rodzica etc sztuczki świadczą, ze rodzic nie potrafi dostrzec dramatu wlasnego
                  dziecka – rozdarcia dziecka pomiedzy dwojka ludzi, którzy sa mu bliscy i
                  ktorych na ogole dziecko CHCE kochac. Nie mówiąc juz o potrzebie każdego
                  dziecka by moc szanowac i nie wstydzic się rodzicow. Takie zachowanie pokazuje
                  ze dorosly nie panuje nad soba do tego stopnia, ze swoja chec odwetu stawia
                  wyzej niż emocje dziecka. To niewybaczalne. Oczerniając drugiego rodzica
                  wytracamy grunt pod nog wlasnemu dziecku. Umiem zrozumiec, ze ktos tak postapil
                  w nerwach, w afekcie, bo się nie pohamowal, raz. Natomiast planowe, celowe
                  dzialanie zmierzające do szkalowania drugiego rodzica, powtarzające się
                  agresywne zachowania w obecności dziecka... nie uwazam, zeby trzeba było
                  komentowac jakie to dno. No comment także nt wulgaryzmow, w obecności dziecka,
                  pod adresem drugiego rodzica, w ogole pod adresem kogokolwiek! Przyznam, ze nie
                  miesci mi się to w glowie. I pewnie mam szczescie ze udalo nam się z exem nie
                  rozstawac w takim stylu (choc to nie tyle "szczescie", ale efekt naszego
                  wspolnego starania by nie skrzywdzic naszego syna, choc emocje byly nieliche i
                  kilka scen tez nam sie zdarzylo, ktorych zaluje, niewazne na ktore mialam wplyw
                  a na ktore nie). I zgadzam się z Toba w ocenie takich zachowan.

                  Tylko mi opada wszystko jak zaczynasz sadzic zlote mysli....
                  pozdr,
                  • kini_m Tsunami 27.10.05, 11:25
                    Co do wyjazdu za granicę 2 kwestie:
                    - jesli przeniesienie sie za granicę to u Ciebie kwestia 30 km, no to
                    faktycznie co innego niz przeprowadzka o przynajmniej 500km (jesli ktoś rzuca
                    hasło - przeprowadzka za granicę, to raczej percepcja odbiera większa skalę
                    odległości). Zasadniczo nie chodzi o granicę lecz o fakt odległości i trudności
                    jej przebycia.
                    - statystycznie rzecz ujmując mężczyźni są konsewratystami (to kobieta zmienną
                    jest), także w kwesti zamieszkiwania. Niezaleznie od innych czynników częściej
                    u nich można sie spodziewać opóru co do zmian. Jak się ustawisz do jego
                    stanowiska to już Twój wybór. Ważniejsze niz decyzja może być sposób jej
                    wytłumaczenia.

                    >Mężem nie był, ale deklarował wielką miłość i to dziecko miało się do
                    >małżeństwa przyczynić.
                    Jego deklaracji miłości w uprzednich warunkach (gdy łudził się nadzieją na
                    trwały związek) nie można wprost przekładać na miłość w zmieniających się
                    warunkach. Sama wiesz że każdą miłość aby trwała należy pilegnować - co znaczy
                    utrzymać warunki jej rozwijania się. Więc jeśli zmieniają się warunki (np
                    kończą się jego nadzieje na związek, nawet jeśli Ty tego nie deklarowałaś) to
                    trzeba się liczyć z tym, że ta miłość też się zmieni. Zmieniają się warunki -
                    to zmienia się zakres deklaracji.
                    Zresztą deklaracja milości to jeszcze nie miłość.
                    On sie przeliczył na nadziejach co do Ciebie, Ty się przeliczyłaś na jego
                    deklaracji miłości.

                    >W przeprowadzce pomagał mi były wieloletni partner, z
                    >którym równiez w małżeństwie nie żyłam, a jakoś się poczuł.
                    >Sorry, ale uważam,
                    >ze ojciec mojego dziecka mógłby się zainteresować
                    Musisz jednak pamiętać że to jest plus dla przyjaciela, a nie jego obowiazek.
                    Tak samo nie jestem pewien czy to jest obowiązkiem osoby której nic nie
                    obicałaś, a właściwie jedyne co dałaś pewnego to niestabilność/przelotność
                    znajomości. Oczywiscie można osobę o której mówimy porównywać do innych
                    oddanych przyjaciół - tylko co to da, poza wykazaniem jaki on jest be.
                    Oczywiście że mógł się zainteresować, ale niestety rozprawiamy tu o osobie
                    która nie jest Twoim przyjacielem, tylko niegdysiejszym kochankiem, całkiem
                    inną od Twojego przyjaciela osobą. A że jest ojcem, o tym niżej.

                    > Przy noszeniu mozna poronić
                    >i to zagraża już nie tylko matce, ale i dziecku.
                    Oczywiście że mogłaś poronić. Ilość sytuacji w których można poronić można
                    mnożyć bez końca. Ale samemu dostrzega się zazwyczaj te w których mozna
                    przypiąć łatę niechcianej osobie. A dziecko w brzuszku jest naprawdę dobrze
                    chronione, zresztą ciąża daje też trochę speeda - moja pani w pierwszym
                    trymestrze miała ochotę wyjechać na wspinaczkę.
                    Przeprowadzka to była Twoja decyzja - i tu nawet niewiele istotne czy to Twoje
                    widzimisię, czy to konieczność wyjazdu za np pracą. Przykro mi gdy kobieta
                    uważa że dlatego że ona jest w ciąży to facet juz musi podporządkować się jej
                    każdej decyzji i pełnić funkcję oddanego pomagacza. Tym bardziej gdy nie dałaś
                    szansy aby to były wspólne decyzje (nie zdecydowałaś się na wspólny związek).
                    Jasne że fajnie mieć oddanych przyjaciół, oddanego ojca dziecka - tylko czy
                    dzieckiem można usprawiedliwiać oczekiwanie pomagania w czymkolwiek zechcesz.
                    Jeśli pójdziesz to ścieżką to jedyne co uzyskasz to kolejne rozczarowania +
                    samozadowlenie ze swej zaradności. Ale czy to drugie jest warte tego
                    pierwszego? Ty wybierasz.

                    >Pojawiając się sporadycznie w życiu dziecka nie może wiązac życia matki - no
                    >widzisz - on mi kiedyś powiedział, ze gdybym z nim zamieszkała, nie pojawiałby
                    >się sporadycznie. A tak, to ja go ograniczyłam. Czyli jego chęci są
                    ograniczone
                    >do jednej ewentualności - wspólnego mieszkania - jeśli się mu podsunie pod nos
                    >dziecko (i mnie) - zajmie się.
                    No tak. Ja też żałuję że nie on nie spełnia Twoich oczekiwań.
                    Ale tutaj najlepiej widzisz jaki to jest rachunek ciągniony dziecko-matka,
                    dziecko-ojciec.
                    Ty byś chciała - aby on za to że Ty nosisz jego dziecko pomagał Ci w
                    przeprowadzce.
                    On by chciał - w zamian za to że będzie miał blisko siebie dziecko zająć się
                    Tobą.
                    No kurde, nie widzę tu szans na porozumienie jeśli każde z Was (czyli też Ty)
                    zostanie na takim stanowisku że ta druga osoba to powina, a ta pierwsza osoba
                    to nie musi.

                    >Po męsku to niestety myślę ja. On nie. O tym, że jest kochankiem, a nie
                    >kadndydatem na męża wiedział, ale do wiadomości nie przyjął. Potem zachowywał
                    >się tak, jakbym go zostawiła po 5 latach małżeństwa.
                    >Psychopaci niestety isnieją i ja się chce przed kontaktami z nimi uchronić.
                    O jeju, jeśli facetowi uderzyło serduszko i teraz jego rozpacz tak się odciska,
                    to od razu nie nazywaj tego psychopatyzmem. Może złamałaś komuś serce, a teraz
                    się złościsz że taki połamany przez Ciebie facet nie pełni właściwie roli ojca.
                    No nie wiem jak to inaczej skometować.

                    Kobieta - matka, żona, kochanka.
                    Mężczyzna - ojciec, mąż, kochanek. To są integralne przymioty u większości
                    ludzi.
                    Jeśli w któryś z tych przymiotów wkradnie sie problem, to należy sie spodziewac
                    że pociągnie to za sobą też zaburzenia funkcjonowania pozostałych. No a Ty
                    chciałabyś z człowieka wybrać sobie tylko jeden z tych przymiotów. Nie bardzo
                    to widzę. To bedzie poważny problem i wątpię czy jest możliwe aby kiedykolwiek
                    zostały spełnione Twoje wstępne oczekiwania. Dlatego uważam że trzeba sobie
                    zrobić taki rachunek o jakim uprzednio pisałem - okreslić oczekiwania na miarę
                    tych okoliczności (tego konkretnego tatusia, związków jakie Was łączą - także
                    odległości liczonej w km), najlepiej na poziomie minimum, nie robić sobie
                    większych rozczarowań.

                    Co do przyjaciół... Też mam przyjaciółkę z którą możemy na siebie liczyć,
                    nieraz sie nawzajem prosiliśmy o pomoc. Wiesz.... mimo że jesteśmy
                    rówieśnikami, to ja miałem dotychczas tylko jedną partnerkę bo tak chciałem,
                    ona zmieniała często. No i mimo że mój osobisty stosunek do takiego trybu życia
                    jest nieprzychylny, no to nie mówię jej że jest latawica (sorry jesli nieco
                    przygadałem). Ona nadal będzie mogła na mnie liczyć. Rozdzielam to. Niektórzy
                    tego nie rozdzielają, i nie mam im tego za złe. Ojciec Twojego dziecka też
                    widocznie nie umie pewnych kwesti rozdzielić, nie ma co nad tym płakać. Nie ma
                    sensu mieć życzeniowego stosunku do niego. Ja staram się nie mieć życzeniowego
                    stosunku do swojej exi - nie dzwonię do niej codzień wypraszać o spotkanie z
                    córką (ostatnio zezwoliła się nam widzieć 82 dni temu, choć sąd orzekł że mogę
                    2-4dni/tyg). Swój i córki interes załatwiam w sądzie, bo tam jest możliwe jego
                    załatwienie gdy wstrzymała wykonanie i złożyła apelację, a exia jest w tym
                    momencie niestety nieskutecznym adresem postulatów.
                    • kini_m Vialle, (odp. bedzie długo) 27.10.05, 11:27
                      >Widzisz kini, ja mam klopot z polemizowaniem Toba. Rozne sensowne watki
                      >mieszasz z zajadłymi, ciemnogrodzkimi pogladami, uogólnieniami i stereotypami
                      >od których po prostu opadaja rece. Nie wiem czy traktowac cie jak powaznego
                      >interlokutora czy w ogole machnąć reka.
                      Tak się zazwyczaj odbiera płeć przeciwną jeśli nie jest uległa.
                      Albo jesli nie umie się zrozumieć że ma się inny sposób (nie tylko punkt)
                      spojrzenia, i chce się uzasadnic swój jako jedyny słuszny, przypinając
                      inwektywy na inne sposoby spojrzenia. No gdyby Tobie ex porwał dziecko i
                      zakazał widywać, jestem ciekaw czy Tobie tez stanowczość by się nie udzielała?

                      >Chyba każdy chce być zrozumiany.
                      Choć tutaj mówisz juz od rzeczy.

                      >Ale wcale nie wszyscy oczekuja współczucia,
                      Ty nie musisz płakać po porwanym dziecku.

                      >przy czym ta potrzeba wydaje mi się dosc zrozumiala. Pod warunkiem ze nie
                      >oczekuje się współczucia caly czas i wbrew faktom.
                      Jakim faktom????

                      >Popełniasz w swoich postach mase uogólnień i powtarzasz prymitywne stereotypy.
                      >Z upodobaniem przypisujesz brednie kobietom
                      Jeśli pozwalam sobie na uogólnienie to po spostrzeżeniach (niejednych) z
                      rzeczywistości, które dodatkowo na forum dają się też wyczuwać.

                      >i jako prawdy objawione traktujesz,
                      >ze sprawy tocza się zle bo KOBIETY JAKIES SA. To jest kini żenujące. Za każdym
                      >razem, kiedy już mam się zabrac za powazna polemika z Toba, trafiam na jakis
                      >kolejny kwiatek w Twojej kolekcji stereotypow i ogolnien
                      Kiedys Pwrzes zmusiła mnie do spojrzenia do słownika z wyrazami obcymi bo nie
                      wiedziałem akurat co to jest kwantyfikator. Ale jesli chcesz to możemy nie
                      rozmawiać o faktach i zjawiskach społecznych, ale o tym czy są one jednostkowe
                      czy ogólne, lub jakiej części społeczeństwa dotyczą.
                      No na Twoje życzenie możemy się i w to bawić.

                      >- Twój niedawny watek o oddanym kompie ze zlota mysla „dziewczyny, nie
                      >nasylajcie policji na swoich exow, nic wam to nie da” – czy jakos tak. Te bite
                      >przez pijanego meza tez maja nie wolac policji? Sadze, ze nie o to Ci
                      chodzilo,
                      >ale w euforii i checi dopieczenia exi napisałeś drażniące uogólnienie. Czyste
                      >emocje i to nieładne.
                      Uff. Chociaż nie przesadzasz z podejrzeniami. Dziękuję.
                      Ale dobrze sobie zdaję sprawę, że tam gdzie są te naprawdę bite przez pijanego
                      męża tam raczej nie dochodzi internet. Winnaś sobie chłodno zdawać sprawę, że
                      pod wieloma przytaczanymi przykładami przemocy fizycznej - tak naprawdę kryje
                      się obopólna agresja fizyczna (a to wg niektórych terapetów już nie przemoc).
                      Znając z bliska przykłady trzech rodzin mojej, rodziców, tesciów, i tego jak
                      teściowa próbuje mężowi bezpodstawnie zarzucać agresję, podobnie jak dzisiaj
                      exia mnie - wnioskuję jedno: że 95% przemocy wobec kobiet i dzieci - to liczba
                      nie faktyczna lecz przypadki ujawnione. Bo faceci nie ujwaniają przemocy wobec
                      siebie, bo nie umieją krzyczeć we własnej obronie. Bo to wstyd dla faceta, i
                      chyba winnaś sobie z tego zdawać sprawę. Jeśli na podstwie rodzin które znam
                      miałbym ocenić ilość stosowanej agresji fizycznej to stosunek wypadłby z
                      niekorzyścią dla kobiet. Tylko że to chyba niepoprawna politycznie infromacja.
                      A jeszcze wracając do tego kompa - mój tryumfu to ja obwieściłem tylko w
                      połowie, bo o stratach jakie w tej sytuacji poniosła moja exia dowie się na
                      sali sądowej w postępowaniu rodzinnym. Tę rozgrywkę nie wygrałem 1:0 ale 2:0,
                      ale o tym za jakiś czas i może wtedy wyjasnię czemu w pierwotnym wątku o tej
                      samej nazwie 2,5 mies temu pisałem że będę szybko współpracował z policją. Jej
                      się to nie opłaciło jak cholera. Ale poczucie tryumfu nie tyle wynika z mojej
                      postawy, ale z tego że to co uzyskałem dokonało się w warunkach zerwania przez
                      exię dyskusji, co ona sama uczyniła dążąc do jedynej konfrontacji w sądzie.
                      Lepiej nie robić czegoś takiego jeśli nie ma wpierw na chłodno kalkulacji
                      skutków prawnych. Ale ona nadal może wrócić do dyskusji o ugodzie, na siłę
                      nakłaniał nie będę.

                      >Zauważasz zacietrzewienie u swojej exi, ale w ogole nie
                      >widzisz ile zacietrzewienia jest w Tobie samym! Ile checi zatryumfowania.
                      O boże.... Znowuż pokaż mi człowieka który nie cieszyłby się że coś wygrał.
                      Kurde, Ty byś zapewne chciała aby jesli któryś facet w końcu coś wygrał z
                      teroryzującą (nie zmienię tego słowa) go kobietą, to żeby nadal siedział cicho
                      i aby nie ważył podskakiwać z radości.
                      Oraz jednocześnie aby statystyki, w których faceci nie wykazują przemocy wobec
                      siebie były jednymi prawdziwymi i żeby dalej siedzieli cicho nie umiejąc
                      wyrzucić z siebie prawdy o ich traktowaniu. A jeśli ja przełamałbym tę barierę
                      milczenia to oznacza to skrzywienie spojrzenia i napewno nieprawdziwe fakty
                      (patrz 4 akapit?).
                      Wiesz czemu mówię o zacietrzewieniu u niej, a u mnie nie?
                      Bo ona - nie podejmuje żadnej dyskusji, nasyła na mnie policję gdy chcę
                      podejść odwiedzić córkę, składa z rodziną już kolejny wniosek na mnie (za to że
                      próbuję odwiedzić córkę - 193 KK), nie zamierza wdrożyć postanoiwienia sądu,
                      zwleka poprzez apelację z uprawomocnieniem postanowienia, to co nieprawdziwie
                      tu wypisuje o mnie na forum to pominę i potraktuję jako wolność słowa (pamiętaj
                      też że to jej zasługa ujawnienie parntera na forum).
                      Ja - takich czynów przeciw niej nie podejmuję - nie nasyłałem na nią policji
                      gdy zbliżała się do mojego domu, za to średnio 1-2 razy na miesiąc ponawiam
                      próbę rozmowy telefonicznej (ona nigdy), kolejny raz proponowałem terapię dla
                      exów zalecana przez psychiatrę (odrzucone), o każdym odstępstwie ją informuję
                      (gdy zdarzyło się że córka się spóżniła gdy jeszcze się spotykaliśmy -
                      uprzedzałem lub prosiłem o dłuższy jej pobyt, gdy spóźniłem przed weekandem w
                      banku alimenty - pytałem czy chce do ręki czy poczeka). Na forum pozwalam sobie
                      na stanowczość bo jest ono stworzone dla otwartej wypowiedzi. Vialle, no sory
                      ale od ojca, któremu pozostało być już jedynie bankomatem nie oczekuj nie
                      wadomo jak górnolotnej wspaniałomyślności.
                      Chcesz abym pisał wrażliwie? Mogę zatem pisać o tym jak bardzo brakuje mi kogoś
                      bliskiego, ciepła drugiej osoby, poczucia zaufania, jak chciałbym poczuć czyjś
                      delikatny dotyk, odpocząć przy kimś kto nie będzie obdarzał mnie niepewnością
                      dnia jutrzejszego. Ale czy tu (samomama?) to właściwe miejsce dla mnie na to?

                      >I jak
                      >bardzo te emocje powoduja, ze Twoje sady o oceny sa totalnie subiektywne, jak
                      >bardzo widzisz swiat w krzywym zwierciadle, przefiltrowany przez Twoja teze nt
                      >exi i przyczyn Waszej sytuacji.
                      No tak, ja napewno jestem subiektywny a Ty obiektywna?
                      Czy jednak nieco inaczej: moja subiektywność jest skrzywiona, a Twoja
                      subiektywność jest poprawna.
                      Hmm...? Hmm...? Hmm...?
                      Co do przyczyn mojej i exi sytuacji - przyczyn starałem się dociekać od 5 lat -
                      czyli od kiedy zaczęły pojawiać sie pierwsze problemy, które poważnie mnie
                      bolały i próbowałem im stawiać czoła od razu gdy się pojawiały - czyli juz po
                      pierwszym roku naszego związku (z 5 lat wspólnych). I największym moim błędem
                      było zlekceważenie problemu rodziny alkoholowej - bo teściu w chwili naszego
                      poznania już od 2 lat nie pił - więc znając to wtedy myslałem że wszystko już
                      za nami. I to był brak wiedzy o problemie (bo picie to zaledwie fragment
                      alkoholizmu). Do mojej tezy dochodziłem bardzo długo - to co dziś uważam za
                      przyczynę rozpadu zajęło mi 5 lat szukania. Część nowego światła rzuciły mi
                      dyskusje na forum, ale są to kwestie intymne i pozwoliłem sobie zapytać o to
                      dziewczyny na priva. Jeśli któraś z dziewczyn które wtedy zapytałem chce, to
                      niech Ci przesle mój list (bo go już dziś nie mam) - zezwalam aby był on
                      przesłany na priva.
                      Wiesz Vialle, to naprawdę bardzo paskudne uczucie gdy latami próbujesz dociec
                      przyczyny tego, czemu się cały czas nie układa. I widzisz jak czas przecieka
                      przez palce, a jednocześnie zdaje
                      • kini_m Re: Vialle, (odp. bedzie długo)cz.2 27.10.05, 11:29
                        Wiesz Vialle, to naprawdę bardzo paskudne uczucie gdy latami próbujesz dociec
                        przyczyny tego, czemu się cały czas nie układa. I widzisz jak czas przecieka
                        przez palce, a jednocześnie zdajesz sobie sprawę że jeśli nie postępujesz z
                        partnerem do przodu, to znaczy że związek zaczyna się wymykać. I oddajesz na
                        tym ołtarzu coraz to kolejne wartości (pracę, przyjaciół, dążenia, zmianę
                        zachowań) i to nic dalej nie daje. Vialle, po 1,5 roku związku już wiedziałem
                        czym grozi brak postępów. Próbujesz zrozumieć, ale jednocześnie widzisz że to
                        gdzieś poza możliwościami własnego umysłu, gdzieś niedaleko. To było jakbyś
                        latami szukał igły w stogu siana, a zegar tyka i wiesz że jest coraz mniej
                        czasu. Nie wiem jak Twój związek się rozpadał, ale moich przeżyć Ci nie życzę,
                        wiecznego szukania. Dopiero "po" gdy już wszystko się rozpadło, wchodzisz do
                        księgarni, chwytasz książkę która w jakiś sposób wydaje się właściwa (lęk przed
                        bliskością) i dopiero wtedy wszystko czego nie dało się zrozumieć zaczyna się
                        układać w jedną całość, wszystko, każdy kawałek. Wiesz co to za paskudne
                        uczucie, że gdyby sie trafiło na ten trop 2 miesiące wcześniej to córka miałaby
                        całą rodzinę, miałaby ojca, to umiałbym się ustawić, wiedziałbym na co nie
                        naciskać, jakie problemy omijać, na co dać znacznie więcej czasu. A tak te lata
                        prób, starań, wkładania w związek wszystkiego co umiałem poszło na śmieci. I
                        wiesz co.... Przez ten cały czas miałem poczucie, że to jest w zasięgu ręki,
                        tylko gdzie jest ten właściwy klucz? KU..AAAAA za późno go
                        znalałem ! ! ! ! ! ! ! ! ! !
                        (nie oczekuję poparcia w tych spostrzeżeniach, nie mają na celu one także
                        wybielania mojej osoby - ale znając moja historię do tego doszłem i tak myślę,
                        i nie spoczywam w dalszym badaniu całej sprawy).

                        >Ale tez zgadzam się z Toba (nie wiem jak moja klawiatura zniosla wystukanie
                        >tych slow smile)) ),
                        Więc więcej otwartości, ja na Ciebie nie będę krzyczał.

                        >ze w naszym kraju sady w większości sa matriarchalne – już
                        >kiedys pisałam, ze moja mama była sedzia ds. nieletnich i rodzinnych przez 43
                        >lata i z jej ust wiem, jak bardzo kodeks rodzinny jest ograniczający dla
                        >sędziego, jak niskie sa kompetencje sędziów rodzinnych, kuratorow etc (a mowie
                        >o sadzie rejonowym, gdzie moja mama przez cale lata była przewodniczącym
                        >wydzialu rodzinnego). Pisałam już tez, ze moja mama, gdy ja rozstawałam się ze
                        >swoim exem, powtarzala do znudzenia „tak dlugo jak się uda rozwiązujcie sprawy
                        >miedzy soba, nie idz do sadu – wtedy zacznie się prawdziwy koszmar”. A
                        przeciez
                        >wiedziała co mowi. Wiec daleka jestem od idealizowania sadownictwa rodzinnego
                        w
                        >Polsce.
                        Pamiętam Twoje słowa. Pamiętam że ujęłaś to wtedy krótko jako niską jakość
                        środowiska sędziowskiego.
                        Po lekturach sędziowskich (W. Stojanowskiej) mam osobiste dwa wnioski:
                        - sędziowie nie mają odwagi siegać po bardziej zdecydowane środki które mają do
                        dyspozycji,
                        - duża cześć wypaczeń w postępowaniu rodzinnym powstaje poza salą sądową w
                        Rodk. Na szczęscie ja trafiłem na sąd, który jeśli w wydanej przez Rodk opini
                        zaledwie 3 (słownie "trzy") wersy z 6 stron materiału dotyczyły bezposrednich
                        spostrzeżeń o dziecku to tę opinię potraktował odpowiednio, czyli ....
                        Nie jestem specjalistą, ale czy możesz wyjaśnić co znaczy że krio jest tak
                        ograniczający? Skoro sąd może nawet nie dać zgody na rozwód ze wzgl na dziecko,
                        wiem też że zdarzały się przypadki orzeczenia opieki naprzemiennej.

                        >Rozumiem tez, ze majac te wiedze przyzwoity ojciec może się czuc na z
                        >gory przegranej pozycji.
                        A właśnie że NIE. Problem można zwalczyć właśnie dopiero gdy się go pozna.
                        Właśnie mając wiedzę dopiero wtedy można skutecznie przeciwstawić takiemu
                        stanowi rzeczy, i skończyć utyskiwać na system prawny. Prawo samo z siebie za
                        nas nic nie zrobi. Trzeba pomóc temu prawu.
                        Przegrany będzie ojciec, który da sobie wmówić ten stereotyp jako stan
                        obowiązujący. Ja właśnie mając tę wiedzę wybroniłem się przed takim
                        ustawieniem swojej pozycji i mam z córką w postanowieniu tyle ile inni
                        utyskujący na stan prawny ojcowie mi zazdroszczą (i powalczę o więcej dla
                        córki, tak długo aż orzeczony zakres będzie spełniał na tyle potrzeby córki aby
                        nie płakała przy rozstaniach, i możesz się domyślać o co będę walczył w
                        finale). Tylko że trzeba się faktycznie dzieckiem zajmować, co faceci rzadko
                        robią. Choć na początku całej sytuacji właśnie ze względu na przygniecenie tym
                        stereotypem dałem za bardzo mnie i córkę podporządkować matce, a mogłem więcej
                        się wystarać.

                        >Ale sadownictwo to jedno, a bezsensowna
                        >definicja „nieograniczonej prywatnosci” która wyprowadziłeś na kanwie tego
                        >samego tematu, ma się do tego jak pieść do nosa. I odbieram ja jako wyraz
                        >Twoich emocji związanych z Twoim związkiem, które Ci się uogólniają na
                        >wszystkich dookoła – bo nie jest to teoria, która daje się obronic.
                        Nie zamierzałem wiązać tematu sądownictwa z poczuciem nieograniczonej
                        prywatnosci - to dwie odrębne rzeczy. Ale do konkretu: przykład 1:
                        Dzwonię do mojej exi i próbuję zapytać: "Co dziś porabiała córka, gdzie była,
                        co u niej?"
                        Odpowiedź jaką słyszę: "Dobrze, nic szczególnego, a co cię to obchodzi. Nie
                        będę ci mówiła gdzie była, bo to by znaczyło gdzie ja jestem w życiu prywatnym,
                        a tego nie zamierzam ci mówić, nie będę się przed tobą spowiadała." To jest jej
                        dosłowna odpowiedź z ostatnich dni - i tak w kółko Macieju za każdym razem gdy
                        próbuje się cokolwiek dowiedzieć o własnej córce by phone becasue other way I
                        can`t.
                        przykład 2:
                        Cała rodzina exi ma nieograniczony dostep do mojej córki. Jedna prababcia exi w
                        miejscu zamieszkania, druga 100 km dalej często się odwiedzają.
                        Ale gdy chciałem do mego najbliższego dziadka (100km) wyjechać z córką -
                        zakazała. Dwa razy jeszcze przyjeżdżał tutaj 80letni staruszek, chcąc zobaczyć
                        prawnuczkę. A tu stale zakazy exi żeby córka mogła wyjść na jakiekolwiek
                        spotkanie. W końcu zmarło się staruszkowi tydzień temu, widząc tylko raz w
                        życiu prawnuczkę dawno temu. Druga prababcia (z mojej strony) mieszkającą 500km
                        stąd też zapewne już może marzyć że zobaczy prawnuczke przed śmiercią.
                        Vialle, po takich przykładach mówię o poczuciu nieograniczonej prywatności (jej
                        prywatna sprawa co i gdzie robi z córką i ja nie mogę tego wiedzieć bo to by
                        naruszyło jej sferę prywatności, jej prywatna sprawa którym pradziadkom zezwoli
                        zobaczyć się prawnuczką, itp).
                        Wystarczająco uzasadniłem? A ile dziewczyn tutaj chce podobnie ograniczać życia
                        dziecka (czyt: wyznaczyć spotkania dziecka z ojcem 1na2tyg tak jak moja exia)?
                        Mam sypać nickami?

                        >- „huśtawki emocjonalne u kobiet” - wiesz, chetnie poznam Cie z moim ojcem –
                        >odkryjesz nowy wymiar tego co znaczy hustawka emocjonalna, a będzie to wymiar
                        >kosmiczny!
                        Stwierdzenia tego dokonałem po bliższej znajomości z kobietami gdzie odciska
                        się to na ich rodzinach. Konkretnie: moja była pani, moja siostra, moja
                        teściowa, musze przyznać że innej bliskiej kobiecie - mojej mamie też się
                        zdarza ale bez wiekszego wpływu na jej rodzinę. Mężczyźni których znam z
                        bliska - brat, nie zauważyłem takiego zjawiska, ojciec - trudny człowiek,
                        niemal stale jest nie w humorze, więc to raczej nie huśtawka, teść - zdarza mu
                        się ale raczej bez wpływu na rodzinę.
                        I co? Może teraz chcesz abym dla uwiarygodnienia swoich spostrzeżeń podał
                        jeszcze z pięć kolejnych przykładów dostrzeżonych z forum? Może zechce mi się
                        dla Ciebie dokonać kilkugodzinnej analizy wpisów z forum i dać Ci uzupełnienie
                        moich spostrzeżeń. Jak znajdę tyle czasu to Cię poinformuję.
                        A ja też zadam pytanie:
                        Czy jeśli nie zgadzasz się z różnymi nietypowymi/trudnymi dla faceta cechami
                        kobiecymi - to czy tak samo nie zgadzasz się z tymi którę piszę tu o kobietach
                        pozytywnie (np że wiele kobiet tutaj ma
                        • kini_m Re: Vialle, (odp. bedzie długo)cz.3 27.10.05, 11:31
                          (np że wiele kobiet tutaj ma większe jaja niż faceci na forum tatusiów
                          utyskujący na sysytem prawny)?
                          Ale rozumiem tę polemikę, bo zawsze polemizujemy o tym co nas niepokoi (własne
                          stwierdzenie, czyjeś stwierdzenie), a to co nas zadowala uważamy za normalne.

                          >- „ucieczkowość, niestety dla facetów, miesci się bardzo często w naturze
                          >kobiety” – bzdet! Skad to bierzesz????
                          Stąd że zarówno uciekanie psychicznie od rozwiązywanie problemów, jak również
                          fizyczne uciekanie pod skrzydła rodziny lub za ogrodzenie własnej posesji gdy
                          się nie podejmuje rozwiązywania tych problemów zauważyłem podobnie u osób jak
                          wyżej. Jak dla mnie wynika to też ze znacznie wiekszej potrzeby poczucia
                          bezpieczeństwa u kobiety (w końcu raczej mężczyźni to ryzykanci którzy gaszą
                          pożary itp).

                          >- „Mąż - nie ma co oczekiwać, aby spełniał rolę męża, bo na to sie nie
                          >pisaliście. A z tego wynika że takie czynności jak: nosił meble, przeprowadzał
                          >Cię - tez stoją pod znakiem zapytania (bo to głównie funkcja męża).” – o
                          >cholibka, „funkcje meza” powiadasz? Kurdesz, ja to mam np. przyjaciol, którzy
                          >się w takich wypadkach życzliwie interesuja i jakoś nie mowia „se wyjdz za
                          maz,
                          >będzie ci miał kto meble przesuwac”. Nie rozumiem czemu ex bedacy „ojcem w
                          >drodze”, nie mialby się zainteresowac - po ludzku i zwyczajnie! Wszystko albo
                          >nic? Jak nie jesteśmy razem to gon się i mam Cie gdzies? Dziwne to dla mnie, i
                          >dziwne ze jako czlowiek inteligentny taka postawe akceptujesz.
                          A gdzie ja to niby akceptuję??????????? Ja to próbuję rozróżnić i
                          wytłumaczyć/zrozumieć przyczynowo, to nie znaczy że akceptować lub
                          usprawiedliwiać!!!! Jakbyś nie zauważyła słowo "przyjaciel" nie jest tozsame ze
                          słowem "mąż" i na odwrót. Ja też ubolewam że niektórzy mężowie/ojcowie (lub
                          żony/matki) nie umieją być przyjaciółmi - to tak chore jak to że kwadrat nie
                          chciałby byc prostokątem. Teraz OK?

                          >- „Facet praktycznie staje sie rodzicem 9 miesięcy później niz kobieta i to
                          tez
                          >trzeba przyjąć do wiadomości (z tego tez wynikaja zapóźnienia w umiejetności
                          >zajęcia się dzieckiem), niestety stąd tez wynika że kobieta mając szybszy
                          >kontakt z dzieckiem musi nieco na początku przyuczać ojca do jego
                          >rodzicielskiej roli.” – kolejny stereotyp, datujący się gdzies pewnie z czasow
                          >krola cwieczka.
                          Akurat to jest pogląd, który przyjąłem przysłuchując się mądrym psychologom w
                          środkach masowego przekazu. Więc nie za króla ćwieczka. I to już nie moje
                          uogólnienie, choc logicznie zbieżne z moim sposobem spostrzegania (więc nie
                          wstydzę sie swoich spostrzeżeń).

                          >Jakos nie widze związku pomiedzy faktem ze się ma wielki brzuch
                          >a tym ze się umie zajmowac dzieckiem – to po co te baby lataja do szkoly
                          >rodzenia, skoro maja cala potrzebna wiedze przez sam fakt noszenia brzucha??
                          (To był c.d. poglądu przyjętego w sposób jak ww za mądrymi głowami.)
                          Nie tylko te baby chodzą do szkół rodzenia.
                          Ja też chodziłem do szkoły rodzenia (więc wiem: jak ściągać pokarm, jak pomóc
                          maleństwu odwrócić sie w brzuszku gdy ma nieprawidłową pozycję, od kiedy zacząć
                          sie martwić opóźnieniem w porodzie i jak pomóc w sposób naturalny przyspieszyć
                          mu wyjście na świat, jak od pierwszych dni bezpiecznie myć maleństwo, na czym
                          polega kolor wód płodowych i co go powoduje, jak wyciągnąć cycka z buzi
                          maleństwa gdy mocno go zassało i z tym zasnęło - zdziwiona?). A nawet woziłem
                          nas oboje do szkoły rodzenia oddalonej o 140km od miejsca gdzie mieszkaliśmy
                          (zdziwiona?). A jak się nadarzy jeszcze okazja to i drugi raz wziąłbym z chęcią
                          udział, bo wiem że wiedza w tej dziedzinie postępuje naprzód i kolejny raz coś
                          nowego można się dowiedzieć i nauczyć.

                          >Ale zaskocze Cie jeszczed bardziej – ja w zasadzie nie znam młodych ojcow,
                          >którzy by mieli jakies zapoznienia w umiejetnosciach zajecia się dzieckiem!
                          Nie
                          >umiem znaleźć, w licznym gronie znajomych młodych ojcow, ani jednego
                          >zapóźnionego!!! A może trick w tym, ze oni po prostu nie potrzebuja takiej
                          >wymowki???
                          To ja Cię też zaskoczę - ja też w moim kręgu towarzyskim takiego ojca nie znam,
                          moi koledzy też chodzili do szkół rodzenia. Co nie znaczy żeby nie zdawać sobie
                          sprawy, że poza moim towarzystwem świat sie nie kończy i nie przyjmować tego co
                          mówią mądrzejsze ode mnie głowy (patrz dwa akapity wyżej). To nie była wymówka
                          dla mnie. Więc czemu tak pisałem? Bo piszę o tych rodzicach (tu:ojcach) którzy
                          mają problemy, a nie o tych którzy są OK, tacy jakich ja i Ty osobiście znamy.

                          >Jeszcze raz zgoda: dorosli, którzy nie umieja (umieja a nie umia) oddzielic
                          >swoich złych emocji wobec byłyego partnerem od dziecka sa toksyczni i
                          >szkodliwi. Można zrozumiec – w sensie zrozumienia mechanizmu dlaczego robia to
                          >co robia – postepowanie takich osob, ale w mojej ocenie w żaden sposób nie
                          daje
                          >się ich usprawiedliwic.
                          Uff. Widzę że sie rozumiemy co znaczy rozumieć a co usprawiedliwić. W ogóle
                          najlepiej wyrzucić kategoryzowanie na: usprawiedliwione / nieusprawiedliwione
                          poza rozważania - bo jedno i to samo zachowanie może w jednych warunkach być
                          usprawiedliwione, a w innych warunkach nieusprawiedliwione. Okoliczności są
                          zawsze tak indywidualne, że na forum nie dociekniemy wszystkich szczegółów.

                          >Umiem zrozumiec, ze ktos tak postapil
                          >w nerwach, w afekcie, bo się nie pohamowal, raz.
                          Ja też mam granice pojedynczej tolerancji.

                          >Tylko mi opada wszystko jak zaczynasz sadzic zlote mysli....
                          Nie zwracaj wobec tego na kwatyfikatory (ale fajne słówko) jakich używam.
                          Bo co do mojej emocjonalności - to być może w tej jednej rzeczy zgodzę - że jej
                          efektem jest używanie takich kwantyfikatorów - i czynienie ze swoich
                          spostrzeżeń uogólnień. No ale jeśli jakieś zjawisko widzę powtarzalnie, to
                          trudno mi tego nie stwierdzić jako powszechne.
                          Vialle, wszstko co sadzę to tylko własne spostrzeżenia (jeśli powtarzalne - to
                          czasem sformułuję jako uogólnienia) lub światopogląd zaczerpnięty od mądrych
                          głów lub tam gdzie coś pozytywnie naiwnego to dążenia oparte na wierze w lepszą
                          przyszłość.
                          Uogólnieniem jest też to że kobiety mają długie włosy - a przecież wiadomo że
                          nie wszystkie, a faceci czasem też, jak np ja.
                          Długo wyszło? Eh, znowu wracam do tasiemców.
                          Vialle, to co piszę to nie piszę tego pod aplauz, więc ciszę się że odpisałaś.
                          pozdr,

                          PS: zazdroszczę Tobie i exowi sposobu rozejścia, no i mądrej teściowej exowi
                          (moja pisze przeciw mi wnioski na policję, ten 193KK)
                          • vialle odpadlam :) 27.10.05, 12:50
                            Kini, no normalnie odpadlam. A myslalam, ze to ja pisze dlugie posty... smile
                            Nawet gdybym nie siedziala w robocie nie porwalabym sie chyba na odpowiadanie
                            watek po watku, zreszta w wielu przypadkach nie trzeba. Bo najwazniejsze wg
                            mnie jest w tym ostatnim kawalku.
                            Przytaczasz cala mase roznych przykladow, ktore ksztaltuja Twoje poglady - ale
                            piszesz tez, ze faktycznie na skutek emocjonalnosci posuwasz sie do uogolnien.
                            Wiesz dlaczego uwazam, ze to wazne, ze to napisales? Wcale nie dlatego ze
                            zgadza sie z moja opinia smile Chodzi mi o to, ze - jak juz Goebbels mowil - jesli
                            powtarza sie odpowiednio czesto jakas teze, zaczyna ona miec "znamiona faktu".
                            I to jest niestety prawda. Poslugiwanie sie uogolnieniami powoduje z czasem
                            powstawanie etykietek - tez w naszych wlasnych glowach - ktorych juz sami nie
                            zakwestionujemy, bo za bardzo przysychaja. Sam mozesz w ten sposob zastawic na
                            siebie pulapke i odebrac sobie zdolnosc zblizenia sie w swoich diagnozach do
                            prawdy - bo zamiast zadawac pytania i szukac odpowiedzi, wyciagniesz po prostu
                            etykietke.
                            Troche z tym zwiazana uwaga na boku - to co napisales o tym, ze ksiazka
                            wyjasnila Ci istote problemu... podrazylabym troche, wiesz? Bo istnieje tzw
                            syndrom czytania encyklopedii medycznej - zaczynasz czytac i zauwazasz u siebie
                            wszystkie objawy kolejnych chorob. Per analogiam - czytasz ksiazke
                            psychologiczna i nagle idealnie pasuje - toksyczni rodzice (jako zywo!), "w co
                            graja ludzie" (juz wiem czemu zona prowokuje klotnie - probuje unikac seksu),
                            etc. Mozna sie fatalnie poczuc jak za jakis czas odkryjesz ze to wcale nie bylo
                            ostatnie dno, ze pod nim jest kolejne - czlowiek traci zaufanie do wlasnych
                            osadow. No i moze narobic glupstw po drodze.
                            Nawiasem mowiac nigdy nie twierdzilam, ze Twoja emocjonalnosc popychajaca do
                            uzywania kwantyfikatorow jest bezpodstawna - ja nie mam wiedzy nt Waszej
                            sytuacji, ktora by mi pozwolila rozsadzac kto w czym zawinil i mysle ze
                            rozumiesz, dlaczego nie mam zdania w kwestii Twoich doswiadczen osobistych.
                            Przeciwstawiam sie tylko konsekwentnie podejsciu "mam powody byc emocjonalnym
                            bo mnie zycie skopalo i w zwiazku z tym bede pozwalal emocjom soba rzadzic i
                            bede wyglaszal uogolnienia i przypisywal ludziom pobudki i cechy zgodnie z
                            moimi uprzedzeniami". No bo to jest postawa totalnie zamknieta, ktora eliminuje
                            szanse na dialog. Emocje ma kazdy tylko nie nalezy im pozwalac na zbyt wiele.
                            Tak sobie mysle.

                            Co do mnie i exa to nam pewnie bylo latwiej, bo nie bylismy malzenstwem i nie
                            mieszaly sie do naszych spraw nasze rodziny (ojciec exa zadzwonil do mnie
                            znienacka jakies 1,5 roku po naszym rozstaniu, bo sie wlasnie dowiedzial ze juz
                            nie jestesmy razem...). Jako najgorszy moment w naszej relacji wspominam ten
                            czas, kiedy - przez chwile - niemal exa nienawidzilam, a on zial potworna
                            zloscia do mnie. Bo to oznaczalo nasza wspolna totalna i calkowita porazke -
                            przeciez cos nas kiedys laczylo, mialo to niewatpliwie swoja wartosc. I nagle
                            patrzysz a tu taki gnoj... dla mnie to bylo najgorsze, i niewiarygodne - czy az
                            tak sie kiedys pomylilam? czy raczej pozwolilam zeby z wartosciowej niegdys
                            relacji zrobic kloake? I na szczescie czas pokazal, ze to byly zle emocje, ale
                            poradzilismy sobie z wiekszoscia z nich. I mimo wszystko potrafimy sie szanowac
                            (chyba wzajemnie, mysle ze nie tylko ja czuje szacunek) i w zasadzie nie
                            wciagac syna w nasze problemy.

                            A co "tesciowej exa" czyli mojej mamy - nigdy nie trzymala "mojej strony" w
                            naszej sprawie, nie "szczula", wskazywala zlo plynace z zacietrzewienia i
                            przypominala o potrzebach dziecka, namawiala mnie do szukania kompromisu.
                            Mowila do mnie jak bezstronny sedzia, popierajac swoje uwagi doswiadczeniem
                            zawodowym - no a pewnie nie bylo jej tak calkiem latwo. Strasznie mi jej
                            brakuje, zmarla 30 maja. Zawsze gdy ex mnie wkurzy mysle sobie co by
                            powiedziala tym swoim wywazonym, spokojnym tonem - jak zwykle wysluchalaby
                            spokojnie jak sie rzucam, a gdy juz "wypuszcze pare" zasugerowala, ze moze nie
                            wszedzie mam racje... Potrafila tak pokazac czlowiekowi ze bladzi, ze nie
                            czules sie upokorzony ani zaatakowany - pozwalala wyjsc z glupstw z twarza,
                            zachecala. Staram sie postepowac tak, zeby mogla byc ze mnie zadowolona. I
                            wiem, ze to przywilej, ze mam wspomnienie jej rad i podejscia.
                            • kini_m Re: odpadlam :) 27.10.05, 17:38
                              > Wiesz dlaczego uwazam, ze to wazne, ze to napisales? Wcale nie dlatego ze
                              > zgadza sie z moja opinia smile Chodzi mi o to, ze - jak juz Goebbels mowil -
                              > jesli powtarza sie odpowiednio czesto jakas teze, zaczyna ona miec "znamiona
                              > faktu".
                              > I to jest niestety prawda. Poslugiwanie sie uogolnieniami powoduje z czasem
                              > powstawanie etykietek - tez w naszych wlasnych glowach - ktorych juz sami nie
                              > zakwestionujemy, bo za bardzo przysychaja.
                              Rozumiem o co chodzi. Niemniej uważam że własne spostrzeżenia dokonuję na
                              podstawie zachodzących sytuacji, a nie li własnej wyobraźni, imaginacji. Jedyny
                              błąd może być w użyciu tego nieszczęsnego kwantyfikatora. Ale jak już pisałem,
                              jeśli coś widzę jako powtarzalne (u różnych jednostek) - to myślę że można
                              uznać to jako powszechne. Ale teraz z kolei Ty nie uznawaj, że powszechne to
                              znaczy wystepujące u każdego (przykład jak z długimi włosami u kobiet -
                              powszechne, ale nie znaczy że u każdej.)
                              Zresztą moje poglądy też ewoluują, co nie znaczy aby ktoś oczekiwał że zmienią
                              się akurat pod niego.

                              > Troche z tym zwiazana uwaga na boku - to co napisales o tym, ze ksiazka
                              > wyjasnila Ci istote problemu... podrazylabym troche, wiesz? Bo istnieje tzw
                              > syndrom czytania encyklopedii medycznej - zaczynasz czytac i zauwazasz u
                              > siebie wszystkie objawy kolejnych chorob. Per analogiam - czytasz ksiazke
                              > psychologiczna i nagle idealnie pasuje - toksyczni rodzice (jako zywo!), "w
                              > co graja ludzie" (juz wiem czemu zona prowokuje klotnie - probuje unikac
                              > seksu), etc.
                              Wiesz jestem akurat typem, który stroni od książek, nie lubię czytać, wiedza
                              pisana słabo do mnie dociera. Wolę poznawanie przez autopsję, dyskusję. Tę
                              wiedzę, o której mówiłem to ja raczej od siebie odpychałem.
                              Niby jak? Ano gdzieś w połowie związku teściu mówił mi:
                              - "Nas dotyczy problem dorosłych dzieci" - słabo załapałem wtedy o co chodzi.
                              Kiedy indziej rozmawialiśmy:
                              [teść]- "U [tu imię pani,jego córki] występuje problem skutków rodziny
                              alkoholowej."
                              [ja]- "No nie, bo podobne różne zachowania też widzę u siebie, a ja z rodziny
                              alkoholowej nie pochodzę."
                              [teść]- "Ale pewne zespoły tych cech świadczą już właśnie o tym problemie."
                              Vialle, więc ja raczej uprzednio odpychałem te wiedzę od siebie. Nie chciałem
                              wtedy widzieć akurat tego problemu. Dopiero później moja świadomość przyjęła tę
                              wiedzę.

                              > "w co graja ludzie" (juz wiem czemu zona prowokuje klotnie - probuje unikac
                              > seksu), etc.
                              Z tym seksem, to akurat ja sam miałem problemy - trudno było mi się kochać po
                              nierozwiązanych kłótniach.

                              > Mozna sie fatalnie poczuc jak za jakis czas odkryjesz ze to
                              > wcale nie bylo ostatnie dno, ze pod nim jest kolejne - czlowiek traci
                              > zaufanie do wlasnych osadow. No i moze narobic glupstw po drodze.
                              To uczucie nie jest mi obce. Już właśnie po przykrych jak dla mnie problemach
                              po 1,5 roku związku twierdziłem że już gorzej być nie może. (Przykre dla mnie
                              rzeczy, co wcale nie znaczy że ona gdzies widziała problemu, choc ja byłem
                              załamany.) Mówiłem sobie że już gorszego dna nie może być. I za jakis czas było
                              jeszcze gorzej, jeszcze poważniejsze nierozwiązane sytuacje. Spadaliśmy na
                              jeszcze głębsze dno.
                              Ale to u mnie wynika z innej rzeczy niż podejrzewasz. Po prostu jest we mnie
                              dużo naiwności/nadziei (to jedno i to samo tylko zależne od okoliczności).
                              Inaczej też mówiąc: kto ma miekkie serce ten ma twardą dupę. I na tej zasadzie
                              życie daje mi w dupę.
                              Co do głupstw po drodze - spoko, mogę się wściekać i rozczarowywać, ale nie
                              bardzo umiem przekładać to na czyny szkodliwe dla innych.

                              > moimi uprzedzeniami". No bo to jest postawa totalnie zamknieta, ktora
                              > eliminuje szanse na dialog. Emocje ma kazdy tylko nie nalezy im pozwalac
                              > na zbyt wiele.
                              Obrona swoich poglądów to jeszcze nie zamknięcie się na dialog.

                              > Jako najgorszy moment w naszej relacji wspominam ten czas, kiedy - przez
                              > chwile - niemal exa nienawidzilam, a on zial potworna zloscia do mnie.
                              > Bo to oznaczalo nasza wspolna totalna i calkowita porazke - przeciez cos
                              > nas kiedys laczylo, mialo to niewatpliwie swoja wartosc. I nagle
                              > patrzysz a tu taki gnoj... dla mnie to bylo najgorsze, i niewiarygodne -
                              > czy az tak sie kiedys pomylilam?
                              A mi sie to nie przydarzy. Niezależnie od tego jak ona mnie rozczaruje, jaki
                              żal spowoduje, jak bardzo krytycznię ja oceniam, to jednak równolegle będę
                              twierdził że jest wspaniałą osobą i drugiej takiej nie znajdę. (Ktoś drugi to
                              będzie już ktoś całkiem inny, jakkolwiek nie dający sie porównać.) I zawsze
                              będę ja podziwiał za to, czym umiała za sobą pociągnąć. Będę starał się ją
                              kochać zawsze, już jako człowieka, nie jako kobitę. Nigdy nie uznam jej za
                              swoją pomyłkę.
                              pozdrawiam
                    • tsunami05 Re: Tsunami 27.10.05, 15:00
                      Kini - nie wiem co chcesz osiągnąc. Mnie chodzi o to, że facet może mi
                      zaszkodzić - na razie jest dobry tylko w gębie. Oskarża mnie o odebraniu mu
                      dziecka, mówi jak go to mobilizowało itp. A ja tylko wyniosłam się z miasta i
                      przestałam utrzymywac z nim kontakty i wolałabym zeby tak zostało, chcialbym
                      jednak mieć jego zgodę na to. Pokazujesz mi jak niewiele mogę sobie rościć. Ja
                      nie roszczę. ale ten kij powinien miec dwa końce. Ciekawe co bys powiedział
                      jemu. Moim zdaniem on nie powinien równiez niczego oczekiwać. Mnie
                      przekonujesz, ze nie powinnam, jemu byś też kazał odpuścić. Bo jak na razie
                      poza udowadnianiem mi tego, nie wniosłeś żadnej konkretnej informacji.
                      Ja nie mam żadnych oczekiwań co do faceta - wykazuję tylko, że jesli mu zalezy
                      na kontaktach z dzieckiem i chce zgrywac ojca, to niestety powinien tez dawac,
                      a nie tylko wymagać. Jesli nic nie daje, nie zabiega o kontakt ze mną i staje
                      się z dnia na dzień coraz bardziej obcym człowiekiem, nie mam zamiaru mu
                      przywozić dziecka, żeby mu umozliwić kontakty i wolałabym żeby po prostu się
                      odczepił ode mnie. Zero roszczeń z mojej strony i zero z jego.
                      - jesli ktoś rzuca
                      > hasło - przeprowadzka za granicę, to raczej percepcja odbiera większa skalę
                      > odległości). Zasadniczo nie chodzi o granicę lecz o fakt odległości i
                      trudności
                      >
                      > jej przebycia.
                      Mnie to nie interesuje - nie mamy żadnych trudności w przebywaniu granic - nie
                      zamierzam się wyprowadzac do Pakistanu, gdzie trzeba wizę, czy do Stanów. Gdzie
                      indziej jest łatwo. Odległóść - ha! mnie jest dalej do rodziny na Mazurach,
                      gdzie samoloty nie latają, niż do Londynu. Kwestia względna. Liczy się paszport
                      i nie robienie mi trudności w zabraniu dziecka wszystko jedno gdzie - nad
                      ciepłe morze, do cioci czy do pracy.

                      Co do obowiązków - nie, on nie ma żadnych obowiązków. Po prostu kazdy normalny
                      facet pomaga w sytuacji przeprowadzki- zwłaszcza że ma do dyspozycji duży
                      samochód itp. Dziecko jest chronione - to nie znaczy, że moge dźwigac meble.
                      chodzi tu o troskę o własne dziecko - nie tyle o mnie. Jesli nazwiesz to
                      obowiązkeiem, to żal mi ciebie...
                      Jesli deklaruję, ze interesuje się dzieckiem, czemu u diabła jeszcze nie kupił
                      wózka, łóżeczka, nie spytał jakiej jest płci? Chodzi mi o konsekwencję. Jeśli
                      za gadaniem nic nie idzie, to ja naprawdę nie mam zamiaru sobie życia marnowac
                      uzgadniając cokolwiek z obcym mi człowiekiem tylko dlatego że mial przyjemność
                      zdjąć prezerwatywę w dość kluczowym momencie mojego życia....
                      • kini_m Re: Tsunami 27.10.05, 16:45
                        tsunami05 napisała:
                        > Kini - nie wiem co chcesz osiągnąc. Mnie chodzi o to, że facet może mi
                        > zaszkodzić - na razie jest dobry tylko w gębie. Oskarża mnie o odebraniu mu
                        > dziecka, mówi jak go to mobilizowało itp. A ja tylko wyniosłam się z miasta i
                        > przestałam utrzymywac z nim kontakty i wolałabym zeby tak zostało, chcialbym
                        > jednak mieć jego zgodę na to. Pokazujesz mi jak niewiele mogę sobie rościć.
                        > Ja nie roszczę. ale ten kij powinien miec dwa końce. Ciekawe co bys
                        > powiedział jemu. Moim zdaniem on nie powinien równiez niczego oczekiwać. Mnie
                        > przekonujesz, ze nie powinnam, jemu byś też kazał odpuścić. Bo jak na razie
                        > poza udowadnianiem mi tego, nie wniosłeś żadnej konkretnej informacji.
                        Nic nie chcę osiągnąć. Przedstawiam tylko inny punkt widzenia, z którego
                        dobierzesz sobie tyle ile chcesz, jeśli to Cie interesuje.
                        Co bym powiedział jemu? - To zależy od tego, co bym od niego usłyszał. Ale
                        starałbym się raczej polemizować z jego odczuciami, jak najmniej wikłając w to
                        fakty. Bo rozmawiając zawsze należy się próbować dopasowywać do subiektywnego
                        spojrzenia rozmówcy. Jeśli Cię zbyt mało w tej kwesti zadowoliłem, przykro mi.
                        Nie chcę nic udowadniać, a wypowiedziami zmierzam raczej do racjonalizacji
                        oczekiwań w danych konretnych warunkach.
                        Jasne że bym chciał aby on pomagał tyle ile powinien, jasne że bym chciał aby
                        on umiał rozdzielać pewne kwestie. Tylko zadaję pytanie: Co da taki koncert
                        życzeń? A jakie minimum należy pozostawić oczekiwać dla przyzwoitości?
                        W rozważaniach próbuję zrozumieć: "Dlaczego?" a nie "Czy to jest
                        usprawiedliwione?"
                        Bo myślę, że tylko to pierwsze podejście może przybliżyć do podjęcia w
                        przyszłości jakiejś efektywności zadanego problemu. To drugie podejście ma sens
                        tylko w konfesjonale i na sali sądowej.

                        > Co do obowiązków - nie, on nie ma żadnych obowiązków. Po prostu kazdy
                        > normalny facet pomaga w sytuacji przeprowadzki- zwłaszcza że ma do dyspozycji
                        > duży samochód itp. Dziecko jest chronione - to nie znaczy, że moge dźwigac
                        > meble. chodzi tu o troskę o własne dziecko - nie tyle o mnie. Jesli nazwiesz
                        > to obowiązkeiem, to żal mi ciebie...
                        Kwestia nazewnictwa, poczucia powinności, itd - jakie to ma znaczenie? Można w
                        ten sposób rozważać i stawiać oczekiwania - tylko dokąd to doprowadzi? Zapewne
                        do własnej frustracji.

                        > Jesli deklaruję, ze interesuje się dzieckiem, czemu u diabła jeszcze nie
                        > kupił wózka, łóżeczka, nie spytał jakiej jest płci? Chodzi mi o konsekwencję.
                        > Jeśli za gadaniem nic nie idzie, to ja naprawdę nie mam zamiaru sobie życia
                        > marnowac uzgadniając cokolwiek z obcym mi człowiekiem tylko dlatego że mial
                        > przyjemność zdjąć prezerwatywę w dość kluczowym momencie mojego życia....
                        Deklaracje, konsekwencje - słowa, słowa, słowa, ....
                        Jasne, że za słowami za którymi nic nie idzie nie ma sensu sobie zaprzątać
                        głowy. Bo po co? Ale to działa też z drugiej strony - jeśli na razie tylko
                        gadał i gadał to skąd faktyczne przesłanki że może Ci zaskodzić: "Mnie chodzi o
                        to, że facet może mi zaszkodzić - na razie jest dobry tylko w gębie." ??
                        • tsunami05 Moje wnioski z lektury calego forum SM - kini 27.10.05, 17:57
                          Juz wiem, że:
                          1. Dziecko nie jest moją własnościa i muszę się liczyć z jego ojcem, jesli on
                          będzie tego chciał. PROBLEM: nie wiemy co chce teraz, bo kiedys mówił, że chce
                          wszystkiego, ostatnio się nie odzywa. ROZWIĄZANIE: spytac go, tyle, że nie mam
                          jak.
                          2. Nie mogę żądać płacenia alimentów jesli nie chce by miał pełne prawa
                          rodzicielskie. PROBLEM: żaden - po prostu nie chcę tych alimentów ale niech się
                          odczepi. I w drugą stronę - jesli chce czegokolwiek, niech płaci.
                          3. ojciec ma prawo nie odwiedzac dziecka, nie płacic alimentów a mimo to miec
                          do dziecka prawa. Bez obowiązków.
                          4. mogłam się z nim związac po zajściu w ciążę. PROBLEM - teraz bym zyła w
                          dyskomforcie psychicznym, albo bez pracy na jego utrzymaniu czyli bym nie zyła
                          już chyba w wyniku śmierci głodowej lub utrzymując jego, gdybym dojeżdżała do
                          pracy, którą już przed ciążą miałam 100 km od mojego miejsca zamieszkania.
                          Mieszkałabym z narkomanem uzaleznionym od marihuany, pijącym sobie co wieczór 3
                          piwka plus paczka fajek i wieczne niezadowolenie z życia. Ale wtedy spełniłabym
                          jego oczekiwania.
                          Kini - to jest proste i nie ma co tu analizować - dla mnie licza się wyłącznie
                          fakty - facet chciał mnie uwiązac przy sobie, nie wyszło, więc olał. Ale na
                          razie nie wie co ma dalej zrobić - olać też dziecko czy może nie. Nie ma kasy
                          na alimenty więc pewno oleje.
                          Skąd wiem, ze może zaszkodzić? Bo teraz mi szkodzi - złośliwością, pretensjami,
                          brakiem chęci dogadania się. Napisałam do niego niedawno z zapytaniem co z nim,
                          czemu się nie odzywa - odpowiedź brzmiała - "A co, spieszy ci się? Chory
                          jestem, zadzwonię jak wyzdrowieję, wczesniej też nie miałem czasu". I
                          jeszcze "Uwazam, że powinnas mieć więcej sobie do zarzucenia" - jako odpowiedź
                          na pytanie dlaczego miał dzwonić miesiąc temu i uzgadniac nasze sprawy a
                          milczy. Co mogę sobie zarzucic? No chyba nic...
                          Kini - nie byłeś w ciąży i nie wiesz, że kobiecie pracującej 16 godzin dziennie
                          może być w tymm okresie ciężko. Sama przygotowuję grunt dla siebie i dziecka,
                          startuję od zera - od wynajęcia pustego mieszkania, nie mam pomocy znikąd.
                          Chciałabym po prostu wiedziec na czym stoję, jakie mam opcje, możliwości,
                          dlatego pisze na forum. Uczucia tego faceta mnie nie interesują, podobnie jak
                          on sam i chyba podobnie jak jego nie interesują moje. Ale uwazam, ze skoro do
                          tej pory nie zrobił nic dla dziecka (a na razie to ono niestety tylko pewnych
                          dóbr materialnych potrzebuje), to ja mam wszelkie podstawy by go traktowac jak
                          dawcę materiału genetycznego i wywalczyc w przyszłości ograniczenie praw. Dla
                          mnie konsekwencja jest bardzo ważna. Liczy się kazdy gest dobrej woli, a na
                          razie kolega czegoś takiego nie wykazuje, więc niech nie płacze, że go
                          skrzywdzono.
                          Żałuję bardzo, że go poznałam, że nie moge go wyrzucić definitywnie ze swojego
                          życia, że dziecko będzie miało takiego ojca. Ale już niczego nie zmienię, teraz
                          pozostaje takie rozwiązanie, które będzie najkorzystniejsze dla dziecka. tylko
                          mi nie mów, że najkorzystniejsze byłoby sttworzenie związku z jego ojcem - bo
                          chyba matka w wariatkowie i ojciec odurzony THC nie jest najlepszym co się może
                          dziecku przytrafić...
                          Popełniłam błąd i teraz musze niwelowac jego skutki, by nie odbiło się to na
                          dziecki i - co tu duzo mówić - na mnie też. Niestety będę bezwzględna i zrobię
                          wszystko by 1. odsunąc od siebie tego faceta. albo 2. jesli się nie da i on
                          faktycznie okaże się dobrym tatusiem, postaram się zmienić do niego nastawienie
                          ALE - będzie łożył na dziecko.
                          • kini_m Re: Moje wnioski z lektury calego forum SM - kini 27.10.05, 18:29
                            > tylko mi nie mów, że najkorzystniejsze byłoby sttworzenie związku z jego
                            > ojcem - bo chyba matka w wariatkowie i ojciec odurzony THC nie jest
                            > najlepszym co się może dziecku przytrafić...
                            To że ja próbowałem walczyć o rodzinę, to nie znaczy że chcę tylko napominać o
                            jedynym słusznym rozwiązaniu. Oczywiście że rodzina to marzenie, ale zdaje
                            sobię sprawę że w waszych okolicznościach to marzenie ściętej głowy.

                            > Popełniłam błąd i teraz musze niwelowac jego skutki, by nie odbiło się to na
                            > dziecki i - co tu duzo mówić - na mnie też.
                            No ja, ani nikt Cię tu nie zamierza obwiniać.

                            > Niestety będę bezwzględna i
                            > zrobię wszystko by 1. odsunąc od siebie tego faceta.
                            Po prostu nie wiązać się - to Twoje święte prawo, raczej trudno do tego
                            kogokolwiek zmuszać. Nie czuj sie w ten sposób. To nie bezwzględność.

                            > albo 2. jesli się nie da
                            > i on faktycznie okaże się dobrym tatusiem, postaram się zmienić do niego
                            > nastawienie ALE - będzie łożył na dziecko.
                            Więc aż tak bardzo bezwzględna nie jesteś, bo liczysz się z innym rozwojem
                            wypadków.

                            > 2. Nie mogę żądać płacenia alimentów jesli nie chce by miał pełne prawa
                            > rodzicielskie. PROBLEM: żaden - po prostu nie chcę tych alimentów ale niech
                            > się odczepi. I w drugą stronę - jesli chce czegokolwiek, niech płaci.
                            > 3. ojciec ma prawo nie odwiedzac dziecka, nie płacic alimentów a mimo to miec
                            > do dziecka prawa. Bez obowiązków.
                            Przyznam że to nawet wspaniałomyślne.
                            Ale też może lepsze dla własnego zdrowia psychicznego, zamiast prawdopodobnej
                            stałej użerki o alimenty.
                            A Twoje zdrowie jest teraz najważniejsze dla dziecka.
                            Myślę że zachwujesz bardzo dobry dystans do ojca dziecka, dystans bez urazów.
                            Podoba mi się Twoje bardzo trzeźwe myślenie.

                            Oczywiście kiedyś zaczną się niuanse z braku tatusia, myślę o tym gdzie dziecko
                            zaczyna dostrzegać że inni maja tatusia a ja nie. Ale do tego czasu masz
                            jeszcze ładnych parę lat. To kwestia na później i jeszcze wiele może się do
                            tego czasu wydarzyć.
                            Powodzenia, dasz sobie świetnie radę
                            • tsunami05 Re: Moje wnioski z lektury calego forum SM - kini 27.10.05, 19:20
                              Dzięki! Nareszcie jakieś porozumienie smile
    • asca25 Re: czy warto walczyć? 29.10.05, 20:00
      Witaj tsunami. Podobna sytuacja. Ja powinnam urodzić jutro smile))) Zadzwoniłam do
      niego i powiedziałam, że ma wybór - albo przyjedzie do USC podpisać papiery
      albo wnoszę sprawę i będzie płacił za testy. Dodatkowo uświadomiłam mu co dla
      niego jest korzystniejsze, bo tak się wkurzał i negocjował, zresztą był pijany,
      że chyba nie zrozumiał smile
      Nastepnego dnia przemyślał sprawę i zadzwonił, że przyjedzie podpisać w USC -
      nawet mu podziękowałam, bo naprawdę nie uśmiechało mi się rozgrzebywać swoje
      wspomnienia i opowiadać o pożyciu przed obcymi ludźmi.
      Obecnie ma wyłączoną komórę od tygodnia - nie ma odwagi dowiedzieć się czy już
      jest na świecie nasza córeczka (on twierdzi, że mnie kocha/ał, tylko na dziecko
      i rodzinę mnie był gotowy...)
      Nie wiem czy przyjedzie do tego USC jak obiecał (dzieli nas 300km), jeśli nie -
      ostrzegałam go co zrobię.
      Jestem zdecydowana na wpis w akcie urodzenia i tyle.
      Z alimentów chyba zrezygnuję, bo i tak są raczej nie do uzyskania. Ponadto na
      razie daję radę, jak będzie źle, to zawsze będę mogła wnieść.

      Dodam, że też sie długo biłam z myslami co zrobić. Decyzję podjęłam dopiero 2
      tygodnie temu i już jej nie zmienię.

      Życzę Ci powodzenia, a niektórymi tekstami na forum w ogóle się nie
      przejmuj smile))
      • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 30.10.05, 12:03
        Trzymam kciuki! Świetnie cię rozumiem. A podasz go mimo wszystko jako ojca? Czy
        w USC wpiszesz cokolwiek? A co z prawami rodzicielskimi? Wniesiesz sprae o
        ograniczenie/pozbawienie?
        Ha! a moze juz twoja corecza jest na swiecie smile
        Tez ci zycze powodzenia!
        • asca25 Re: czy warto walczyć? 30.10.05, 22:39
          Niestety, jeszcze nie urodziłam smile Przeterminowana już jestem, hi hi smile Aż się
          dziwię, bo tyle stresu i nerwów to dziecko przeszło, widocznie silne jest smile

          On jest ojcem i chcę żeby w papierach był wpisany jako ojciec!!! Mam nadzieję,
          że zrobi to "dobrowolnie" w USC. Jeśli nie, wniosę sprawę o ustalenie ojcostwa.

          Co do praw on twierdzi, że ich nie chce, ale jeśli uzna dziecko to tak czy siak
          będzie je miał. Po jakimś czasie wniosę sprawę o odebranie (przecież i tak nie
          będzie widywał Małej) i mam nadzieję, że nie będzie robił problemów. Chociaż
          może być złośliwy, albo może te prawa traktować jako kartę przetargową, żebym
          nie wnosiła o alimenty... hmmm... co będzie to będzie. Nad tym będę się głowić
          później.

          A co do momentów załamania, ja mogę podsumować tę ciażę jako 9 misięcy wielkiej
          depresji i zarazem 9 miesięcy czegoś pięknego w moim życiu. Tyle pięknych uczuć
          i tyle łeż - wszystko się przeplatało. Jedno jest pewne, im bliżej, im bardziej
          ten dzidziulek realny się staje tym jest lepiej (chociaż jeszcze dziś rano
          znowu zaliczyłam doła, hi hi, tęsknię za palantem czasami, chociaż jak go
          słyszę i jego obcy już głos to źle mi się robi, a zwłaszcza od bezsensów które
          gada). Ale będzie dobrze. Ja już tylko myslę o niebieskich oczętach i małym,
          pachnącym ciałku, nawet wizja obsrajdusa i beksy mnie nie przeraża, hi hi smile)))
          Pozdrawiam, trzymaj się dzielnie smile
          • tsunami05 Re: czy warto walczyć? 02.11.05, 08:43
            Fajnie wiedzieć, że są takie kobiety jak ty. Od razu mi raźniej, zwłaszcza że widzę, że podchodzisz do sprawowania władzy rodzicielskiej przez ojca trzeźwo. Ja dość histerycznie bo wolałabym nie mieć z nim nic wspólnego, jeśli nie zmieni podejścia i nie przestanie być taki wredny i złośliwy. Też ci życzę powodzenia i zazdroszczę, ze jesteś już tak blisko zobaczenia swojej dzidzi. Ja musze jeszcze poczekać prawie trzy miesiące. smile
    • kiniusia24 Re: czy warto walczyć? 02.11.05, 14:02
      Witaj,bardzo dobrze Ciebie rozumiem bo byłam w podobnej sytuacji.Mam teraz 16
      miesięczna corkę.Z ojcem dziecka nawet dobrze mi się układa w co wciąz nie moge
      uwierzyć zważywszy na nasze stosunki przed porodem.Krzysiek także nie
      interesował się mna gdy byłam w ciąży.Rzadko kiedy widywaliśmy się ze
      sobą.Myślałam tak jak Ty,że żaden z niego będzie ojciec.I nawet po porodzie nie
      bardzo sie zmienił.Potrzebował czasu,żeby się przyzwyczaic do nowej
      sytuacji.Odwiedzał córkę od czasu do czasu.A potem leciał do kumpli i na
      imprezy.
      A ja cierpiałam.I bałam się tak jak Ty co powiem dziecku jak zapyta
      kiedyś:"Gdzie tatuś?"Co jej powiem>"Tatus woli imprezki i kumpli od
      Ciebie,kochanie?"
      Mimo tego nie broniłam Krzyśkowi widywać sie z córka.Może dlatego,że bardzo go
      kochałam i mimo wszystko wierzyłam,że jeszcze dorośnie.
      Teraz jak już mówiłam Wiki ma prawie póltora roku.Tata przychodzi
      codziennie,chociaz na chwilę.Czasem zdarza się, ze zawali albo coś zrobi nie
      tak.Imprezuje,ale dopiero jak Wiki pójdzie spać(a nie mieszkamy razem,jest
      ojcem dochodzącym).Mamy nawet jakies wspólne plany,żeby razem zamieszkać,bo co
      do mnie to też sie bardzo zmienił.Co prawda to na razie kropla w morzu,ale jak
      widzę jak Wiktoria się cieszy,gdy widzi ojca...Nie mam serca jej tego
      ograniczać.Mimo wszystko ciągle się boję,że kiedys nie przyjdzie na umówione
      spotkanie,że znowu cos spieprzy.że Wiki będzie cierpiała.Ale wiem,że moja córka
      bardzo go kocha i on ją.Widze,że jak ona już więcj rozumie,im łatwiej jkest się
      ze sobą porozumieć.I ro zumiem po częsci też Krzyśka.Niemowlę nie potrafi
      okazać miłości.Dziecko roczne juz tak.I widzę teraz dopiero jak on czuje się
      szczęsliwy gdy Wiki go przytula.
      Nie odbieraj tego dziecku.Nie wiadomo napewno,ale może ojciec Twojego
      dzieciątka także pokocha je tak,jak Krzysiek pokochał Wiki.Nie pozwalaj mu na
      wszystko,bacznie obserwuj,staraj się być stanowcza,ale jednocześnie wyrozumiała.
      I uznaj go jako ojca.Tzn zrobisz co zechcesz,ale ja Ci tak radzę.I nie możesz
      broń Boże podarować mu alimentów.Teraz znieśli dodatek na samotne matki.Nie
      dasz rady sama.Musisz walczyć o pieniądze,choćby nie wiem co.Nalęża sie Twojemu
      dziecku.
      Wiesz,to jest bardzo trudny temat.Podaję Ci mój adres e-mail gdybyś chciała
      pogadac albo coś.kiniusia24_23@o2.pl
Pełna wersja