Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie...

08.01.06, 00:02
Jesteśmy 4 lata po ślubie,mamy dwuletnie dziecko.Mój mąż nie pije,nie
bije,nie zdradza,nie obraża i twierdzi,że kocha nas nad życie.

Natomiast od skończenia studiów,czyli od 7 lat nie znalazł stałej pracy a od
półtora roku pozostaje bez pracy w ogóle.Najdłużej-rok- pracował na stacji
benzynowej za 700 zł.Poza tym ma na koncie parę kilkumiesiecznych epizodów
pracy w zawodzie(skończył Akademie Rolniczą)-wszystkie zakończone
nieprzedłużeniem okresu próbnego.

Nie ma kompletnie żadnych swoich pieniędzy,nie mamy
mieszkania,samochodu,mebli,choćby minimalnych oszczędności.Mieszkamy od roku
z moimi rodzicami,wcześniej omal nie zdechliśmy z głodu na wynajmowanym.Ja
pracuję w szkole i dodatkowo w szpitalu,ale,jak się domyślacie nie daje to
oszałamiajacych zarobków.

Mój mąż:nie szuka pracy(bo nie wie jak!),nie zajmuje sie domem(bo robi to
moja mama i ja!),nie zajmuje sie dzieckiem(bo mama jest na emeryturze,a poza
tym dziecko go irytuje!),nie dokłada sie do rachunków(bo nie ma z
czego!).Najchetniej pije kawę przed telewizorem i siedzi w necie(za internet
płacę ja).Nie potrafi bawić się z Krzysiem,rozmawiac z nim,w ogóle nie lubi z
nim przebywać,czego juz absolutnie nie rozumiem bo mały jest cudowny.

Wyczerpałam już zapas poważnych rozmów,proszenia,ostrzegania i straszenia
rozwodem.Od paru lat prosi,żebym dała mu miesiąc a wszystko się zmieni,ale ja
mam juz dość!To nie jest normalne życie.Byłam głupia,że za niego wyszłam i
zdecydowałam sie na dziecko,to już wiem,tych informacji mi zaoszczędźcie.

Czy ja się czepiam?czy za dużo chcę od życia jak twierdzi mój teść?Czy jest
sens trwać w związku z facetem który kompletnie nie czuje odpowiedzialności
za rodzinę?Wszystko co napiszecie będzie dla mnie ważne.Pozdrawiam!

Lidka
    • nangaparbat3 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 00:09
      Jeśli jesteś pewna, ze nie choruje na depresje, to go rzuć.
      Jeśli choruje (a na pewno jest uzależniony od netu, to tez juz się leczy),
      nich sie wyleczy - a jak nie, to odpuść go sobie, bo to na pewno bedzie lepiej
      dla Ciebie, a moze i dla niego, moze sie otrząsnie i zacznie coś robić.
      Truteń po prostu. Brrrrr
      • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 00:15
        Siedmioletnia depresja??Chyba nie...Poza tym on jest bardzo zadowolony z zycia!
        • zuziotek Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 02:03
          ja raz a zdecydowanie powiedziałabym mu i dała na kartce w punktach jakie mam
          zastrzeżenia, zażadała wyprowadzenia się i powrotu dopiero jak weźmie się za
          siebie. Jeśli NIC to nie da wniosek o separację
          • edzieckokarenina Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 10:25
            Mój mąż:nie szuka pracy(bo nie wie jak!),nie zajmuje sie domem(bo robi to
            moja mama i ja!),nie zajmuje sie dzieckiem(bo mama jest na emeryturze,a poza
            tym dziecko go irytuje!),nie dokłada sie do rachunków(bo nie ma z
            czego!).Najchetniej pije kawę przed telewizorem i siedzi w necie(za internet
            płacę ja).Nie potrafi bawić się z Krzysiem,rozmawiac z nim,w ogóle nie lubi z
            nim przebywać,czego juz absolutnie nie rozumiem bo mały jest cudowny.
            ***
            witaj
            wiesz-to nie będzie krytyka wink ale w sumie same z Twoją mamą we wszystkim go
            wyręczacie.Facet oprócz tego,że nie pracuje to jeszcze w domu nie ma obowiązków.
            To że teściowa jest na emeryturze to zaden powód do tego,aby on nie gotował i
            nie zajmował się dzieckiem.Twoja mama ma prawo wypocząć na zasłużonej
            emeryturze,a nie pracować za Twojego męża.
            Nie wiem czy powinnaś się rozwodzić.Może najpierw zmieńcie organizację życia.
            Założę się że nawet Twojej mamie będzie trudno zmienić rytm dnia i obowiązków
            ale porozmawiaj najpierw z nią poważnie.Powiedz mamie że prosisz ją,aby od dziś
            (jutra,środy,przyszłego tygodnia-jak sobie tam ustalicie) przestała
            pichcić,zajmować się dzieckiem i niech sobie robi co chce.
            Jak mąż nie dostanie obiadu pod nos i dziecko zacznie mu wchodzić na głowę to
            może się ocknie.To jego obowiązki.Jak przestaniecie go wyręczać to może
            zadziała.Jak nie-to szczerze z nim pogadaj-postaw swoje warunki.
            A skoro siedzi na necie to może niech w ten sposób poszuka sobie pracy,jest
            sporo ofert w necie.
            Pozdrawiam
    • foretka Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 10:24
      Hej

      Masz typowego pasozyta za mezawink Niestety. Znam troche z autopsji...
      Mozesz (a co zrobisz to Twoj wybor):
      - wywalic go z domu,
      - okreslic ewentualne warunki powrotu i sie ich trzymac wink to najtrudniejsza
      czesc,
      - wystapic o separacje,
      - wystapic o zasadzenie alimentow, postraszyc, ze jesli nie bedzie chial wziac
      sie do roboty, wystapisz o alimenty od dziadkow,
      - wystapic o rozdzielnosc majatkowa (to na przyszlosc, bo moze kiedys jeszcze
      dlugow narobic),
      - jesli powyzsze nic nie da, tzn. ze facetowi chce sie tylko pasozytowac a
      reszte ma... hm... wiadomo gdzie, wyjscie to chyba rozwod.

      Pozdrawiam
      ~ foretka ~ mama Paulinki (13.09.2004r.), która ma juz ...
      • maria_rosa Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 10:51
        A na poczatek zabkolować dostęp do komputera.smile

        pozdrawiam,
      • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 13:20
        Dzięki,dziewczyny.Utwierdzacie mnie w przekonaniu,że nie wymyślam sobie
        problemów.Przed ostatecznym pogonieniem męża z mojego życia powstrzymuje mnie
        tylko myśl,że pozbawię dziecko ojca.Byle jakiego,ale jednak ojca.
        Jestem na niego taka wściekła ,że doprowadził do takiej sytuacji i postawił
        mnie przed takim wyborem,że mogłabym go zabić.
        Jest tu watek o najlepszych tekstach eksów.Mój ,w tej sytuacji, zabłysnął
        tekstem w wigilię:"Mam nadzieję,że za rok będzie nas już czworo". On jeszcze
        myśli o rozmnażaniu!!!Boże za kogo ja wyszłam.
        • edzieckokarenina Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 13:25
          Jest tu watek o najlepszych tekstach eksów.Mój ,w tej sytuacji, zabłysnął
          tekstem w wigilię:"Mam nadzieję,że za rok będzie nas już czworo". On jeszcze
          myśli o rozmnażaniu!!!Boże za kogo ja wyszłam.
          **********
          hihihi-wiesz,nic dziwnego-BO JEMU W TAKIM UKLADZIE JEST DOBRZE.
          To Ty zarabiasz i razem z mamą dbasz o dom i syna-nic tylko rozmnażać się(z
          jego punktu widzenia).
          Ale ja na Twoim miejscu(jeśli oczywiście nadal coś czujesz do neigo i masz
          chęci do zmian) zmieniłabym organizację życia domowego.
          Mamie dalabym urlop od obowiązków-wtedy on chcąc nie chcąc zabrałby się do
          roboty.Spróbuj może w ten sposób???
          powodzenia
    • 18_lipcowa oczywiście że rzucić 08.01.06, 13:30
      po co Ci dorosły facet na utrzymaniu?
      • lidka73 Re: oczywiście że rzucić 08.01.06, 13:57
        Lipcowa ty tutaj????A ja chciałam zamieścić ten wątek na emamie,ciekawa będąc
        Twojej opinii.Lubię Cię czytać,sama nie wiem czemusmile)
        • 18_lipcowa Re: oczywiście że rzucić 08.01.06, 14:07
          lidka73 napisała:

          > Lipcowa ty tutaj????A ja chciałam zamieścić ten wątek na emamie,ciekawa będąc
          > Twojej opinii.Lubię Cię czytać,sama nie wiem czemusmile)

          Czasem tu zaglądam, mało pisze.
          Na emamie to samo Ci powiedzią- rzucić.
          Pozdrawiam wink))
    • marripossa Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 20:16
      >Jesteśmy 4 lata po ślubie
      >Natomiast od skończenia studiów,czyli od 7 lat nie znalazł stałej pracy

      Czyli już przed Waszym ślubem nie mial pracy od 3 lat. I Ty za niego wyszlaś??
      No to przecież widzialaś co to za facet.
      • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 21:12
        Marripossa,prosiłam,żeby zaoszczędzić mi informacji o tym,że byłam
        głupia.Złożyłam samokrytykę.Nie kop leżącego.Powiedzcie lepiej jak się załatwia
        rozdzielność majątkową,bo juz jeden dług za drania spłaciłam.
        • mmajja Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 09.01.06, 02:47
          wiesz co - nie chce sie bawic cudzym kosztem w telenowele brazylijska ale
          pozwole sobie jednak zabrac glos w sprawie. Zdecydowanie zadalabym cios kazac
          mu sie wyprowadzic.
          KONIEC z darmowym netem, koniec z darmowym zarciem i obsluga, koniec z lozkiem
          w ktorym chce sie rozmnazac bez odpowiedzialnosci i przytomnosci umyslu.
          Rzeczywiscie, wielkim bledem bylo wychodzenie za niego, ale masz racje, kobiety
          czasem robia takie kretynizmy z milosci, z nadzieja ze on sie zmieni. Gowno,
          oni sie zmieniaja, ale ... na gorsze. A my obrastamy w sile, spluwamy w blade
          dlonie i zarabiamy na drani.
          Wywal go z domu, niech sie peta po kolegach, waletuje u rodzicow. Sorry, ale
          dla dziecka chloniecie od najmlodszych lat takiego modelu to pelny klops. Bo z
          zalozenia, w malym chlopcu budujesz taki wizerunek mezczyzny. I nie ma co sobie
          oczu mydlic ze to DLA DZIECKA konieczne, zeby posiadalo tatusia. Czasem lepiej
          bez tatusia niz z tatusiem palantem. A to wszystko ( to proponowane przez mnie
          embargo) moze sie przeciez zmienic, nie jest nieodwracalne. Zlapie chlopak
          robote, postara sie chocby troszeczke i mozna mu poluzowac.
          No normalnie az sie wkurzylam...
          Pozdrawiam Cie serdecznie, trzymaj sie i nie daj wylewowismilesmilesmile
          • kkokos Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 09.01.06, 09:12
            >I nie ma co sobie
            >
            > oczu mydlic ze to DLA DZIECKA konieczne, zeby posiadalo tatusia. Czasem
            lepiej
            > bez tatusia niz z tatusiem palantem.

            święte słowa! w końcu twoje dziecko to chłopiec. Co ten tatuś mu jest w stanie
            przekazać? Że rolą mężczyzny w życiu jest pasożytowanie? twój syn nasiąka i
            będzie nasiąkał taką wizją, że facet to ktoś, kto siedzi cały dzień w necie
            lub przed telewizorem, a wszystkie kobiety dookoła tylko koło niego skaczą. W
            dodatku tatuś wiecznie zadowolony, a matka wiecznie skrzywiona i wiecznie ma
            o coś do ojca pretensje. POnieważ zapewne próbujesz też czasem coś
            wyegzekwować od dziecka, a dziecko, jak to dziecko, im starsze, tym się częście
            stawia, przyczyniasz się mimowolnie do budowania więzi - choćby mało
            widocznej, ale istniejącej - między pasożytami... małemu będzie coraz
            trudniej zrozumieć, dlaczego on musi, a tatuś nie.... i rzeczywiście rozstanie
            z ojcem będzie kłopotem, bo dziecko będzie tracić naturalne oparcie przy walce
            z twoimi wymaganiami smile
    • pelagaa Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 08.01.06, 20:36
      Ja bym go rzucila.
    • vata30 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 09.01.06, 04:25
      Nie powiem Ci:Rzuć go!. Bo decyzja należy do Ciebie. Ale ja w takiej sytuacji
      mojego męża rzuciłam. I gdybym mogła cofnać czas zrobiłabym to jeszcze raz.
      Pakowanie walizki facetowi oczywiscie nie należy do przyjemnych czynności. Moje
      małżeństwo trwalo 5 lat. Dlaczego tak długo? Bo ciągle wierzyłam, że on się
      zmieni. Trudno mu znależć pracę w obcym mieście, nie ma przyjaciół. Muszę dać
      mu trochę czasu. Wszystko będzie dobrze, wszystko sie ułoży. Przecież sie
      kochamy. Jedna praca - nudna, druga - zbyt stresująca, potem złośliwy szef
      itd. ...Sama to znasz. Mam dwulenią córeczkę i od roku wychowuję ją sama.
      Jestem po rozwodzie. Mój eksmąż odwiedza swoje dziecko średnio raz na trzy
      tygodnie. Taki kontakt mu starcza. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Nie
      mogłabym wychowywać małej z ojcem-pasożytem. Zrobiłam to dla niej i dla siebie.
      Będąc z nim na pewno nie byłabym taką matką, jaką jestem teraz. Wcale nie jest
      mi łatwo. Ale nie muszę go już utrzymywać, niańczyć, zajmować sie jego
      wymyślonymi problemami. (Ja w tym małżeństwie problemów nie miałam wcale) Jeden
      kamień spadł mi z serca. Jestem raczej zadowolona z życia. Mam naprawdę
      cudowne dziecko. Dla niej wszystko warto. Jestem sama, ale to wcale nie znaczy,
      że postanowilam żyć w celibacie do końca swych dni.
      Lidko nie wiem co zrobisz. Ale proszę, nie czekaj. Problem sam się nie
      rozwiąże. Rozmowa z nim (mniej lub bardziej szczera)to już za mało. Znowu coś
      obieca i skończy się na niczym. Ustal warunki, wyznacz obowiązki i bądź
      stanowcza. W moim przypadku to nie pomogło, ale spóbuj (bo może będziesz
      żałowała, że tego nie zrobilaś).
      Wydaje mi się, że on nie kocha ani Ciebie, ani waszego synka. Jest mu po prostu
      wygodnie. (Darmowy wikt, opierunek, gry komputerowe i panienki w necie)Daj mu
      jednak szansę udowodnić, że tak nie jest. Ale pamietaj, że prawda moze być
      bolesna i wtedy dla własnego dobra będziesz musiała podjąć decyzję o rozstaniu.
      Walcz o siebie i dziecko. Zasługujecie na lepsze życie. Powodzenia
      • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 09.01.06, 22:12
        Dziękuję Wam dziewczyny.Nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogłyście( i jak
        bardzo pogorszyłyście warunki życiowe mojego męża wink)
        Podjęłam decyzję chociaż bardzo się jej boję.Trudno powiedzieć,żebym do tej
        pory żyła otoczona męską opieką,ale mimo wszystko boję się być sama.W dodatku
        z mojej winy.Tak uznała moja teściowa.Że to ja rozbijam rodzinę.Podobno daję
        mężowi za mało wsparcia psychicznego,jestem materialistką i nie doceniam
        prawdziwego uczucia.Jestem w takim dole,że za chwilę w to uwierzę.
        Pozdrawiam Was wszystkie.
        • natasza39 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 09.01.06, 22:19
          Jesteś materialistka?
          A to dobre!
          Ja raczej powiedziałabym, że realistka!
          Nie przejmuj sie zdaniem tesciowej. Matka zawsze będzie broniła swojego synka.
          I broń boże nie dawaj sie wpedzic w kompleksy z tego powodu, że to Ty rozbijasz
          rodzinę.
          Ty bronisz jej normalnosci.
          Nie zniosłabym takiego nieroba przy swoim boku.
          A jego chęc dalszego roamnazania jest po prostu rozbrajajaca!
          Jak tesciowa taka idealistka, to niech płaci sunkowi wypłate comiesieczna i
          niech dalej siedzi w domu.
          Ale niech przejmie obowiazki domowe.
          To jest facet? Ojciec?Maż? Czy tez dalej synciu mamy?
          Pozdrawiam i siły zyczę!
          • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 10.01.06, 02:18
            Lidka
            Najpierw zadam proste pytanie z wyborem odpowiedzi:
            A ty czego chcesz?
            - Czy chciałabyś aby było dobrze, aby mieć wsparcie w facecie, aby był
            troskliwy, opiekuńczy dbał o rodzinę, etc, etc???
            - Czy jednak chciałabyś zestarzeć się przy czyimś boku, mieć jednego na zawsze
            od samego początku aż do końca, przejść z nim wszystkie burze, zwłaszcza te
            które sami sobie ludzie nawzajem zadają (czyli Wy sami)???
            ...Jak dla mnie raczej nie ulega wątpliwości, że większa chęć na to co w
            pierwszym pytaniu - to po tylko egoizm. Dopiero w tym drugim kryje się miłość.
            Żeby widzieć w partnerze pasożyta, nieudacznika, później może psychopatę - to
            zawsze najłatwiejsze. A gdzie to co Ci kiedyś w nim imponowało??? Czy tam nic
            nie było, czyliż to była tylko chuć i popęd z Twojej strony???

            Możesz zrobić listę kwesti, które Ci w nim nie pasują i mu ją dać w wyrazie
            Twoich oczekiwań.
            A kiedy Ty się zainteresujesz kwestiami które jemu w Tobie nie pasują???
            Wyczerpałaś już zapas poważnych rozmów,proszenia,ostrzegania i straszenia
            rozwodem???
            Jeśli Ty się nie wsłuchiwałaś w jego potrzeby, a jedynie raczyłaś go swoimi
            monologami, to nie dziwne.

            Od dziewczyn tutaj raczej nie dostaniesz konstruktywnej rady (chyba że tylko
            budowanie przez destrukcję) bo w większości sytuacji problemów z partnerami
            widzą w nich "klonów" swych exów. Nie mam dzis sił na używanie wznisłych słów,
            więc jak chcesz to nazwij sobie takie rady pokrzepieniem, albo i wybawieniem.
            Ale czy, poprzez nazwanie ich w ten sposób, one naprawdę tym są?

            Smutna refleksja - jeśli naprawdę nie umiesz przebrnąć z partnerem przez
            problemy finansowe, to nie zakładaj też kolejnego związku. Szkoda kolejnych
            rozczarowań. Choć zawsze masz szansę trafić na księcia z bajki, a ja na szóstkę
            w totka.

            Jedno zdanie mówi mi za całą sytuację i w tę relację akurat wierzę:
            "Od paru lat prosi,żebym dała mu miesiąc a wszystko się zmieni,ale ja
            mam juz dość!"
            Tylko że Ty nie odczytujesz tego zdania właściwie.
            "Miesiąc" - czego?
            Miesiąc - bez krytyki, bez przypominania ile jest nie wart.
            Wiesz, pracowanie nie jest najbardziej męczące.
            Najbardziej męczące jest poczucie porażki, niemocy wyjścia z tego i to że w tej
            sytuacji osoba najbliższa twierdzi że pomaga, a tak naprawdę to co chwila
            przypomina jak niewiele jesteś wart.
            To jego zdanie znaczy to tyle, że on po prostu zapewne od początku związku nie
            miał w Tobie oparcia, przyjaciela, choć go słuchałaś to nie wysłuchałaś, w
            wielu rzeczach na których mu zależało nie mógł liczyć na Twoje podstawowe
            wsparcie, a raczej na krytykę, coraz częściej, coraz boleśniejszą.
            Nie wiem dokładnie co go najbardziej boli: czy Twoja krytyka, czy lekceważysz
            jego potrzeby w decyzjach o Waszym życiu, czy go w ogóle zbyt często pomijasz?
            Ale po Twoich słowach wnoskuję że już wiele nieczułości ku niemu po Twojej
            stronie się zebrało. (Jeśli piszesz że wyczerpałaś rozmowy - to właściwie
            znaczy że wyczerpałaś jakiś limit czekania aby on realizował Twoje oczekiwania).

            Tak, jesteś egoistką. Każdy z nas tu piszących jest egoistą. Czas to przyznać,
            to nie wstyd. (Gdyby w człowieku nie było egoizmu, to rozdałby wszystko ubogim
            i sam by zdechł z głodu.)
            Ale czasem jednak trzeba wyjść z tego swego egoizmu.
            -Jeśli masz wzorowy porządek w pokoju, a partnerowi coś cały czas nie pasuje -
            to może trzeba w końcu pozwolić na bałagan (nawet kosztem utraty wzorców dla
            dziecka).
            -A jeśli jesteś bałaganiarą, a partnerowi coś cały czas nie pasuje - to może
            trzeba w końcu zrobić porządek.
            ...Tak, twój facet jest w depresji, a Ty nie umiesz nic poświęcić z własnych
            przyzwyczajeń aby mu pomóc.
            Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak głeboko w psychikę, w podświadomość zapada
            siła porażki (utraty pracy, dyskredytowania jako rodzica - zapewne nawet tego
            nie dostrzegłaś kiedy to się stało). I w takich sytuacjach Ty zapewne mu
            jeszcze bardziej to przypominałaś, czyli w gruncie rzeczy wbijałaś mu szpile
            nawet sobie z tego nie zdając sprawy.
            Niedacznik i pasożyt czy zbyt przewrażliwiony człowiek?
            To tylko od Ciebie zależy kogo w nim dostrzegasz.
            • mrs_ka Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 10.01.06, 02:36
              Kini_m napisał:
              "...Tak, twój facet jest w depresji, a Ty nie umiesz nic poświęcić z własnych
              przyzwyczajeń aby mu pomóc"

              Kini, czy ja bym mogła zobaczyć Twój certyfikat psychoterapeuty albo chociaż
              dymplom z psychologii?
              Jesli takowego nie posiadasz, bądź łaskaw przestać się wypowiadać z pozycji
              psychologicznej alfy i omegi, bo nie masz raczej pojęcia o wyobrażeniu.
              a.
              • kini_m Do Anki 10.01.06, 02:49
                Anka, wiem przez co przeszłem, wiem do czego przyznać się nie umiałem, czego
                się wstydziłem.
                Żeby to napisać i umiec to dostrzec gołymi oczami u kogoś drugiego nie potrzeba
                wykształcenia psychoterapuety lub psychologa. Wystarczy po prostu być
                człowiekiem.
                • mrs_ka Re: Do Anki 10.01.06, 09:56
                  Nie, Kini, do diagnozowania przypadku trzeba być uprawnionym. Jak na razie to
                  wydajesz diagnozy na podstawie kilku zdań cudzego postu. W dodatku postu żony, a
                  nie osoby, u której stwierdzasz rzekomą depresję.
                  Istnieje kilka przydatnych narzędzi językowych, aby wyrazić swoją opinię. Są to
                  "w moim odczuciu", "sądzę, że...", "według moich opinii..." czy "moim skromnym
                  zdaniem". Ty natomiast starasz się sprawiać wrażenie człowieka, którego diagnozy
                  są nie tylko trafne, ale też niepodważalne i poparte kompetencjami. Wobec tego
                  pytam się o naukowe źródło tych kompetencji i ponawiam prośbę o skan
                  certyfikatu. Bo widzisz, ja też posiadam bezpośrednie doświadczenie rośnięcia
                  trawy na wiosnę, ale dyplomu SGGW nie posiadam. Taka tam subtelna różnica między
                  tym, co się nam wydaje, a tym, do czego oceny jesteśmy powołani.
                  a.
            • kini_m PS 10.01.06, 02:45
              Lidka, byłem w takiej sytacji
              też nie umiejąc jakiś dłuższy czas znaleźć pracy.
              A gdy się nasza rodzina rozpadła (może jeszcze kilka mies prędzej), to jakoś od
              razu znalazła się jedna praca, kolejna praca, i jeszcze jedna. Nagle zacząłem
              skakać pomiędzy pacodawcami, z własnej woli sobie wybierając sobie pracodawów.
              Mogę wziąć odpowiedzialność za nieudolność szukania pracy w tamtym czasie (po
              części też sytuacja na rynku pracy, po części zbyt wąskie wykształcenie,
              niestety po części tez wpędzanie we frustrację przez exię tak jak opisałem ww).
              Ale rozbicie rodziny to już odpowiedzialność mojej Byłej.
              Tylko że Ty (jak moja exia) tej konsekwencji na siebie nie weźmiesz,
              Tę konsekwencję poniesie wasz Krzysiu.

              Masz też sprzeczności w swoim opisie:
              >twierdzi,że kocha nas nad życie
              >w ogóle nie lubi z nim [Krzysiem] przebywać
              ...Rozumiem że takie sprzeczności wynikają z różnic w przeżyciach i
              postrzeganiu rzeczywistosci Twoim i męża. Jeśli chcesz cokolwiek dobrego, to
              myślę że powinnaś tutaj wybierać dostrzeganie "in plus" (a nie "in minus").
              Każde rozwiąznie jeszcze przed Tobą.
              Pozdrawiam.
              • pelagaa Re: PS 10.01.06, 10:04
                Kini uwazaj, aby ktos tu sie nad twoim losem nie rozplakal, chlip chlip...
                Jaki ty biedny w tym malzenstwie byles. Przez exie pracy znalezc nie mogles,
                ona sie nad toba znecala fizycznie psychicznie i ekonomicznie. W ogole to ona,
                to samo zlo tego swiata.
                To ty sie ciesz, ze cie rzucila i zacznij nowe zycie! Lepsze, zywica plynace.
                Zamiast tak wiecznie biadolic.
                Troche JAJ by ci sie przydalo. Bo inaczej to tylko starsza pani z rozbudzonym
                instynktem macierzynskim moze cie przygarnac pod skrzydla.
            • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 10.01.06, 21:26
              Wiesz Kini,zabrzmi to okrutnie,ale odpowiadam twierdząco i egoistycznie na
              Twoje pierwsze pytanie. Nie chcę zestarzeć się przy boku faceta,który nie
              zapewnia mi minimum poczucia bezpieczeństwa i którego nie szanuję.
              I nie pisz że on od początku nie miał we mnie oparcia,bo wyszłam za niego!!
              Trudno zdobyć sie na lepsze wsparcie psychiczne kogoś,kto nie umie znaleźć
              sobie pracy i miejsca w życiu.Wyszłam za niego,kiedy nie miał pracy,grosza przy
              duszy,a pieniądze na cholerny garnitur pożyczał od kolegi.
              Nie pisz też,że "lekceważę jego potrzeby w decyzjach o naszym życiu",bo
              ten,jak to wdzięcznie okreslasz"przewrażliwiony człowiek" NIGDY nie podjął
              ŻADNEJ decyzji.Zero inicjatywy.O wszystkim decydować musiałam ja.
              Powiem Ci,że,z ulgą doczytałam się ,że jesteś mężczyzną(choć niektóre
              dziewczyny twierdzą,że trochę niekompletnymwink.To wiele tłumaczy.Pozdrawiam!
              • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 10.01.06, 23:08
                Wiesz, Lidka
                zadałaś konkretne pytanie w tytule, zapytałaś o obiektywne spojrzenie - czyli
                chyba osób, które być może z innej perspektywy by spojrzały na Waszą sytuację.
                Więc odpowiedziałem, z tej innej pesrspektywy.
                Przyjęłaś jednak tylko opinie utwierdzające Cię w dążeniu do rozpadu.
                Więc po co pytanie o obiektywizm? Po co ktoś przedstawiał inny punkt spojrzenia?

                PS: Ja niekompletny? Owszem, wcale nie mam ambicji być 100% facetem, nie po to
                żeby zaspokajać chuć ewentualnej przyszłej wybranki. Jak ktoś będzie chciał
                faceta, to niech mnie omija. Jak ktos będzie chciał mnie, to dostanie mnie.
    • magdmaz Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 10.01.06, 09:07
      Lidka, PROSZĘ CIĘ, nie czytaj kiniego. Po prawdzie nie wiem, co on tam napisał,
      bo wyłączam się zwykle po dwóch linijkach, po prostu nie trawię więcej, ale już
      na podstawie samego wstępu bądź pewna, ze kini to właśnie przykład tego, kim
      mężczyzna NIE POWINIEN BYĆ. Dlatego jeśli kogoś słuchać, to tylko tego, kto
      sobą coś reprezentuje.
      A Twój mąż zapewne wróci prędzej czy później pod opiekuńcze skrzydła mamusi.
      Nie przejmuj się. Pewnie zacznie płakać, ze ograniczasz mu kontakt z synem. Nie
      przejmuj się. Wręcz wciskaj mu dzieciaka i nie przejmuj się, że będzie
      usiłaował zrobić mu wodę a mózgu. Z doświadczeń wynika, ze "wygrywa" ten z
      rodziców, który złego słowa na drugą stronę nie powie, a ten, który oczernia
      drugiego rodzica wcześniej czy później ma u dziecka przechlapane.
      Jest szansa, że Twój mąż się ocknie. Chyba że kochający rodzice dadzą mu dużo
      wsparcia dla takiego trybu życia, dla jakiego go wychowali - ale nie pozwól,
      abyś Ty, dziecko i Twoi rodzice ponosili tego konsekwencje.
      No i życzę mądrego wychowania syna. Żeby nam nie rosły następne
      pokolenia "niebieskich ptaków"
      Co i mnie dotyczy.
      Pozdrawiam.
      • lidka73 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 12.01.06, 23:16
        Użyłam względem Kiniego wyszukiwarki.O Boże........
    • psylwia Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 12.01.06, 21:19
      czytając opis twojego męża , to tak jakbym czytała opis mojego ojca.Bardzo
      podobne nastawienie do życia.Wiele lat temu moja mama podjęła decyzję , że dla
      dobra dzieci , dla dobra rodziny zostanie z nim. Załatwiała mu pracę, a później
      za niego świeciła oczami, teraz jest tak , żę jest zniszczoną psychicznie i
      fizycznie osobą , a on nadal na niej żeruje. Życie ztakim czlowiekiem nie jest
      szczęśliwe i udane,a dzieci to również odczuwają. Jeśli si weźmie w garść i nic
      nie zmieni , to zostaw go - oto moja rada.Życze dużo wiay we wlasne siły.
    • carminamama Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 15.01.06, 19:48
      Nie czepiasz sie i nie wymyslasz sobie problemow! mialam "szczescie" spotkac
      takiego faceta w swoim zyciu! Boze gdybym go nie spotkala to bym nie uwierzyla
      ze takie pasozyty wogole zyja....z opisu byl baaardzo podobny,
      36 lat, nigdy zadnej pracy na dłuzej niz na kilka miesiecy, nigdy pracy stalej,
      wyimaginowane powody i problemy (wlasnie za ciezka, za nudna i najczesciej
      ludzie beznadziejni), zero incjatywy,
      mama mu prala, gotowala, i oplacala, zarabial tylko na swoje rozrywki (a byl
      przy tym wybitnie skapy) nie umial i nie chcial podjac jakichkolwiek decyzji
      do konca, chcial wiecznie: wiecje czasu, cierpliwosci, wyrozumialosci,
      milosci,troskliwosci,
      kochal mnie nad zycie , chcial miec dziecko ! na moje pytanie kto je utrzyma
      stwierdzal ze jak ono sie urodzi to on na nie zarobi, wiec pytalam go czemu nie
      teraz? on ze on sie stara ale teraz mu troche nie wychodzi ale musze mu zaufac
      ze potem mu wyjdzie, bo zaufanie to w milosci przecie znajwazniejsze....bylam z
      prawie 2 lata, poznawalam go powoli, na poczatku klamal ze ma prace, ze zarabia
      na siebie , ze on utrzymuje matke ?! potem sie okazalo ze placi jej za jedzenie
      i utrzymanie po 50zł miesiecznie!
      okazalo sie z czasem ze nigdy nie pracowal, i nigdy niczego nei zrobil....nie
      ma pomyslu, a wogole to z czasem wymsknelo mu sie ze "jestem taki nieboraczek,
      ktory kocha cie jak nikt nigdy nie bedzie cie kochal" wtedy juz sie z nim
      rozstawalam , nie moglam sie go pozbyc wiele miesiecy, grozil
      samobojstwem,sypial z panienkami o czym mi potem z placzem donosil,oswiadczyl
      mi sie! sznatarzowal, plakal i wmawial ze bez nigo zgine, nie poradze sobie
      (hahahasmile i nikt mnie tak nie pokocha...sledzil mnie i sterczal pod okami,
      wydzwanial i zaczepial mojego faceta, okazalo sie ze ma calkiem sporo energii
      tyle ze do walki o wygodny swiat a nie do pracy....
      na koniec stwierdzil (mi i wszystkim znajomym) ze jestem zimna materialistka,
      ze rzucilam go i nie wierzylam w niego (ciagle prosil o wiecej czasu a mial juz
      36 lat?! ja 26)ze mu nei ufalam, ze lece na kase (bo powiedzialam mu wprost ze
      chche miec mieszkanie, rodzine i normalne zycie i 50zł na to nie wystarczy ani
      mieszkanie w pokoiku u jego mamy i ze nie zamierzam zrobic tego wszystkiego
      calkiem sama)ani wiecznei czekac....

      Jak sie po tym calym zwiazku otrzasnelam bylam w szoku jak to daleko zaszlo,
      jak dalam sie tak nabierac, jak moglam wierzyc w niego, (dowiedzialam sie ze
      poprzednie jego zwiazki z tych samych powodow sie rozpadly, wg. niego wszystkie
      kobiety to wyrachowane materialistkiwink
      mialam wrecz kaca moralnetgo...teraz jestem z normalnym facetemsmile od ponad 3
      lat, mamy coreczke, i jest nam bardzo dobrzesmile boz ejakie to cudowne uczucie
      czuc ze nie musisz WSZYSTKIEGO samasmile))))


      dlatego popieram cie w decyzji odejscia, na pewno jeszcze spotkasz normalnego
      faceta , jestes silna kobieta bo chyba tylko takie przyciagaja takie sierotki,
      sama sie zdziwisz ze jak juz zostaniesz sama i poukladasz sobie zycie to sil
      bedziesz miala wiecej niz terazsmile)) i niz kiedykolwiek z nim...
      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 15.01.06, 22:10
        carminamama napisała:
        > na pewno jeszcze spotkasz normalnego faceta,
        Zawsze ze szczereą checia interesuje mnie definicja "normalnego faceta".
        A jako ze jej nigdzie w wypowiedziach (poza tym skrotem myslowym) nie znajduje,
        to tez pozostaje mi domyslac sie ze chodzi o ksiecia na bialym rumaku (albo
        inaczej mowiac nie chodzi o faceta, ale o wyobrazenie faceta i gonienie za tym
        wyobrazeniem).

        A tak powaznie - to czy jest tu jakas dziewczyna, ktora pomogla swemu facetowi
        wyjsc z tarapatow materialnych i podtrzymala go na duchu, czy jednak generalnie
        oczekiwano aby on sam sie wyciagnal i to on mial byc ta strona podtrzymujaca?
        (Bo inaczej to czymze jest milosc?)
        • carminamama Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 15.01.06, 23:45
          Jak bym miala na mysli ksiecia na bialym koniu to bym napisala ze spotkalam
          ksiecia na bialym koniu a nie normalnego facetasmile)))

          A normalny facet to dla mnie taki z ktorym problemy bywaja (a nie sa stale) i
          daja sie rozwiazac bo oboje tego chcemy a nie tylko ja. a depresje sie leczy a
          nie czeka az sama minie...zwlaszcza w nieskonczonosc.

          Pisales ze po rozstaniu z zona znalazles prace i normalnie funkcjonujesz...ale
          skad wiesz czy wlasnie to ze kopnela cie w tylek nie bylo do tego bodzcem? moze
          bez tego nadal bys tkwil w stanie bezsilnosci? moze tak ci wlasnie pomogła?
          Moze moj byly wlasnie po utracie kolejnej kobiety wreszcie cos ze soba zrobi?
          bo tego niestety trzeba chciec samemu i zadna troskliwa, wyrozumiala i
          kochajaca kobieta z depresji, marazmu, lenistwa i niedojrzalosci sila swojej
          woli faceta nie wyleczysmile)))

          Ja moge dac szanse nawet kilka, nawet jakis czas ale musze widziec szczere
          checi poparte wysilkiem i dzialaniem...a nie gadanie. I niestety nieskonczona
          cierpliwosc i bezkrytyczne czekanie to moze dac synkowi tylko matka i najlepiej
          tylko w dziecinstwiewink

          Life is brutalsmile))
          • kini_m do carminamamy 16.01.06, 02:02
            carminamama napisała:
            > A normalny facet to dla mnie taki z ktorym problemy bywaja (a nie sa stale) i
            > daja sie rozwiazac bo oboje tego chcemy a nie tylko ja.
            Święte słowa.

            > a depresje sie leczy a
            > nie czeka az sama minie...zwlaszcza w nieskonczonosc.
            Hmm... a jak leczy?
            Skutki czy przyczyny?
            Bo akurat u mnie wiem kiedy zacząłem wpadać w depresję. Pamietam dokładnie po
            których jej niedotrzymanych najważniejszych (jak dla mnie) kwestiach zacząłem
            mieć migreny i waliłem łbem w ściane, kiedy zacząłem prosić o poważniejsze
            rozmowy o wzajemnym zwracaniu na siebie uwagi i zaufaniu (zwł. w sytuacjach z
            osobami trzecimi).
            Oczywiście mogłem wziąć sobie jakieś tabletki i leczyć jedynie skutki. Tylko
            czy uśmierzanie bólu jest właściwym leczeniem?

            > Pisales ze po rozstaniu z zona znalazles prace i normalnie funkcjonujesz...
            > ale skad wiesz czy wlasnie to ze kopnela cie w tylek nie bylo do tego
            > bodzcem?
            O, dziękuję za wnikliwe podejście.
            Ona dziś oczywiście może mieć takie zdanie jakie tu opisujesz.
            Faktycznie w momencie gdy opiekowałem się córka w domu, ona postawiła grożbę:
            albo znajdziesz w najbliższych dniach pracę albo z nami koniec. No i może mieć
            takie poczucie, że to stało się pod wpływem jej gróźb.
            Tylko że nie wie, iż w momencie wypowiadania jej słów już miałem zaklepaną
            pracę, a było to konsekwencją kursu zawodowego który odbywałem od kilku
            miesięcy (ja gruszek w popiele nie zasypiam).
            Więc jeśli Ty też masz taką opinię o swoim mężu - to może nie wiesz wszystkiego
            do końca.
            Aha, jej żądanie spełniłem w postawionym przez nią czasie, ale rodzinę i tak
            rozwaliła. Co dowiodło, że ta potrzeba miała nie tyle faktyczną potrzebę, co
            raczej była to już pozycja z jej niekończącego się koncertu życzen (jeśli
            oczekiwanie spełniasz, ale groźbę i tak ktoś dopina do końca).

            > moze bez tego nadal bys tkwil w stanie bezsilnosci? moze tak ci
            > wlasnie pomogła?
            jw. Motywowanie przez groźby ma w gruncie rzeczy krótkie nóżki, a przy tym
            wyszedł fałsz takiego motywowania (bo i tak rozwaliła rodzinę).

            > Moze moj byly wlasnie po utracie kolejnej kobiety wreszcie cos ze soba zrobi?
            > bo tego niestety trzeba chciec samemu i zadna troskliwa, wyrozumiala i
            > kochajaca kobieta z depresji, marazmu, lenistwa i niedojrzalosci sila swojej
            > woli faceta nie wyleczysmile)))
            Jeśli tej siły woli nie przełoży się na pomoc praktyczną, to oczywiście nie
            będzie skuteczne. Siła woli + nic więcej = nic (bez znaczenia czy K czy M).
            Ale jeśli chcesz poważnie rozważyć temat to proponuję pozycję: "Mężczyzna w
            depresji" (podtytuł: Co robić, kiedy bliski Ci mężczyzna popadł w depresję?)
            Wyd: MUZA SA. Tam znajdziesz odpowiedź, czy takie "kopniaki" są faktycznie
            polecane.
            A co do: >troskliwa, wyrozumiala i kochajaca<
            -to tego pierwszego i ostatniego przez ostatnie 2 lata było u niej co na
            lekarstwo, a wyrozumienia - to już problem był przez 4 lata (czyli tylko przez
            1 rok zdwało mi się że to było, zaczęło się od wypominania że wspieram
            przyjaciela który wpadł w doła, itp, itd).

            > Ja moge dac szanse nawet kilka, nawet jakis czas ale musze widziec szczere
            > checi poparte wysilkiem i dzialaniem...a nie gadanie.
            Najważniejsze jest tu słowo: WIDZIEĆ. Bo czasem może się okazać, że on coś
            poprawia, ale Ty tego nie widzisz, lub wręcz nie chcesz zobaczyć.
            (Oj, nie przeczę że kiedyś dawno temu był ze mnie leniuch, do prac domowych
            miałem 2 lewe ręcę. Ale po jakimś czasie zapytałem ją: Czy ty już np
            dostrzegłaś że tylko ja w domu myję naczynia? - Odpowiedzi się nie doczekałem,
            bo okazała się osobowością, która chce jedynie wynajdywać uchybienia u drugiej
            strony.)

            > Life is brutalsmile)) ???? No.
            Someone women are brutalsmile)) We are brutal, not life. We make life.
            • carminamama Re: do carminamamy 16.01.06, 15:20
              Hmm... a jak leczy?
              > Skutki czy przyczyny?

              Po prostu sie leczy, depresja to choroba, problemy maja wszyscy i rozne, tylko
              czasami one przygnebiaja a mimo to sobie z nimi radzisz lub dopuszczasz
              swiadomosc ze nei ma rady i trzeba zrezygnowac i zajac sie czyms innym a
              czasami popadasz w depresje...to oczywiscie wielki skrot myslowy...

              Ja sama bylam chora na depresje, 2 lata choroby i 3 lata terapii...bylo ciezko,
              zwlaszcza ze przez pierwszy rok ukrywalam i leczyc sie nei chcialam...bo
              niedlugo bedzie lepiej...dobrze ze mam temperamentna nature to ukrywac mi si e
              dlugo nie udalo i zeszlam w mojej depresji na samo dno...a to juz bylo widac i
              przyjaciele i rodzina namowili mnie na leczenie...a potem lata terapii...i
              bylam wtedy w zwiazku, z przyzwoitym, milym facetem ktory po prostu tego nie
              wytrzymal i odszedl, ja go rozumiem.
              terapia w przeciwienstwie do chemicznego leczenia pozwala ci dowiedziec sie
              czemu wlasnie taka kobiete wybrales i dlaczego przy niej tkwisz skoro tak zle
              cie traktuje...to ze doprowadzila cie do takiego stanu znaczy ze ty sam w sobie
              w srodku miales jakies nierozwiazane problemy...Jasne ze nie powinna tego robic
              ale nie mozna liczyc ze ludzie zawsze obejda sie znami delikatnie trzeba byc
              samemu silnym i umiec wybrac kogos kto nas doceni i pokocha...

              a co do mojego faceta (bylego bo z obecnym jestem kilka lat i jestem szczesliwa
              choc jak wszyscy mamy okresowe problemy i z pieniedzmi i z emocjami, ale je
              rozwiazujemy)....nie wiem czemu zakladasz ze faceci-pasozyci nie istnieja?????
              i ze zawsze to wina kobiet ktore bezlitosnie ich doprowadzaja do takiego stanu?

              Sa kobiety bluszcze sa i faceci pasozyty....moj taki byl, akurat ten jeden, ja
              mu bardzo pomagalam, tak bardzo ze moja rodzina byla na mnie zla, znajomi
              pukali sie w czolo, ja znajdowalam mu prace, robilam obiadki, kolacyjki przy
              swiecach, nie krytykowalam, nie wyznaczalam terminow, podkreslalam jego
              zdolnosci i zachecalam do ich wykozystania tak zeby byl szczesliwy...problem w
              tym ze on najszczesliwszy byl lezac w lozku ukochana z kobieta i sluchajac
              ukochanej muzykismile)))) no za to nigdzie nie placawink
              jak znalazlam mu prace w zawodzie o jakiej mowil ze marzy (menager muzyczny) w
              knajpie duzej, w centrum miasta, 5 minut od domu, za niezle pieniadze to nie
              dosc ze musialam go prosic zeby poszedl na rozmowe to zazadal na miejscu
              gigantycznej podwyzki (prawie nigdy nei pracowal a mial dostac na okres probny
              3,5tys.) i calkowietego podporzadkowania sie szefowi klubu do jego stylu
              muzyki...i wrocil i powiedzial ze pracowac tam nie bedzie bo oni chca zeby on
              gral muzyke za jaka on nie przepada....no wtedy sie po prostu poryczalam z
              bezsilnosci.

              wiecej pracy nie szukal bo przeciez wszyscy sa beznadziejni i sie nei znaja...
              nie przeszkadzalo mu ze jada za moje i matki pieniadze, ze buty mu sie
              rozpadaja...on jak twierdzil jest minimalista i nie jest pazerny wiec mu to
              wystarczy....ale dzieci chcial ze mna miec, i dom i wakacje, i na dobre wino do
              kolacji...i zalosne bylo to jak kiedys sie przyznal ze kwiatki ktore mi
              przynosi to on ich nie kupuje tylko kradnie z dzialek po dordze bo tak taniejsad

              Po prostu taki typ...
    • alina66 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 15:31
      KINI
      bawisz mnie nieodmiennie, jak tylko chce mi się czytać Twoje długaśne posty.
      więc napiszę, a co mi tam. Pytasz, czy jest tu kobieta, która pomogła
      materialnie swojemu facetowi.
      No to się przyznam, chociaż wstydzę się dzis tego strasznie (swojej dłupoty się
      wstydzę, no).
      Zapłaciłam za mojego wtedy jeszcze małżonka ok.40 tysięcy złotych jego długów.
      Kupiłam mu następny samochód, bo poprzedni rozbił. Utrzymywałam przez dwa lata
      całkowicie dom, dziecko i jego też. Utrzymywanie domu i dziecka zostało mi
      jeszcze potem też.

      No to dość tego ekshibicjonizmu.

      A teraz już tylko książe na białym koniu. Utrzymywać żadnego faceta już nie
      będę. NIGDY.

      Dlatego dziewczyny uciekajcie póki czas.
      • pelagaa Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 15:42
        > A teraz już tylko książe na białym koniu. Utrzymywać żadnego faceta już nie
        > będę. NIGDY.

        Popieram smile Ale to chyba trzeba przezyc (jedna i druga opcje), zeby sie
        przekonac, ze tak jest zdecydowanie lepiej smile
        • carminamama Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 16:01
          Hehehe swite słowasmile)))
      • chalsia Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 17:14
        No ja też - przez 3 lata sama utrzymywałam nas,a w tym czasie jeszcze-nie-eks
        kończył pierwsze studia (z opóźnieniem) oraz robił następne. To, że teraz jako
        eks ma całkowicie odnowione swoje mieszkanie i dom swoich rodziców jest w dużej
        mierze moją zasługą, bo zarabiałam o połowę więcej od niego.
        Chalsia
      • pelagaa Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 17:47
        Troszke ekshibicjonizmu hehe wink
        To i ja moge sie przyznac, ze bylam zwiazana z facetem, ktorego utrzymywalam,
        stad wiem, ze taki uklad mi nie odpowiada. Ludzie, ktorych poznajemy
        zadluzonych i u ktorych ten stan trwa dluzej niz rok, raczej juz zawsze
        zadluzeni pozostaja.
        Z tym exfacetem mam do dzis bardzo przyjacielskie stosunki, bo jego nadal
        posiadane dlugi juz na mnie nie rzutuja, a poza tym tematem swietnie sie we
        wszystkim rozumiemy.
        Po prostu nie kazdy zamierza do konca zycia byc wsparciem do faceta. A
        prawdziwy facet to ten, ktory z tarapatow potrafi sie wygrzebac, a nie wiecznie
        w nich tkwi! Prawdziwy facet nie biadoli, tak jak ty to wiecznie robisz Kini.
        I ma jeszcze kilka innych waznych cech, ale one sa dla kazdego inne, bo kazdy z
        nas jest inny smile
        • pom Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 22:13
          No to może niech Kini sobie na mnie pojedzie.smile

          Nigdy nie utrzymywałam zadnego faceta, a każdy sygnał, że chłop jest dupą wołową
          dawał mi sygnał do odwrotu. Raz chciałam być wspaniałomyslna ale bidulek wybrał
          mamusię - do mnie musiałby sie przeprowadzić o jakieś 200 km.smile

          Mój facet, owszem siedzi w necie bardzo dużo. Czasem się wściekam, bo jak dla
          mnie za dużo. Tylko że on pracuje zdalnie i dzięki temu zapewnia nam godne
          życie. Oczywiście ja też zarabiam.

          Ale przypadek faceta autorki wątku jest dla mnie do wycięcia w trybie pilnym.
          Można oczywiście próbować, stawiać warunki. ale chyba tylko po to, by samej się
          utwierdzić, że zrobiło się naprawdę wszystko. Pozwolić umrzeć temu związkowi.
          Potem niech wskakuje pod mamusiną spódnicę back.

          Ale zaczęłabym od alimentów od zaraz!!!!
          • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 22:39
            pom napisała:
            > No to może niech Kini sobie na mnie pojedzie.smile

            O...., Pom.
            Jak miło.
            Przyznam się, że nie spodziewałem Twego odzewu.
            Nie... nie chcę po Tobie w ogóle pojechać. Nie w głowie mi takie intencje.
            Zwłaszcza że pamiętam, że byłaś jedną z niewielu nienegatywnie do mnie
            usposobionych.
            Bardzo mi miło widzieć dyskusję z Tobą.
            • pom Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 16.01.06, 23:38
              kini, rozczulasz mnie.smile
              Mój brak odzewu nie wynika z sympatyzowania z Tobą ale z niecheci do
              podejmowania jałowych dyskusji.
    • czajka74 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 17.01.06, 23:05
      Wreszcie coś dla mnie ..
      Kochana! jestem w tym samym klubie co Ty.. ładnych parę lat po ślubie, mały
      przedszkolak, a do tego wiecznie bezrobotny, kochający mąż.. Kochający bez
      granic, do rany przyłóż, na krok mnie nie opuszczający, strasznie nieszczęśliwy
      gdy raz na 3 miesiące chciałam wyjść z domu by spotkać się z najbliższymi
      koleżankami, odwożący i przywożący z pracy, zakochany w dziecku tak, że tylko
      on wiedział jak dziecku kaszkę zrobić tak by go nie otruć.. i tylko jakoś do
      pracy było pod górkę od zawsze, studia tak ciężko było skończyć (a ja głupia w
      ciąży wtedy byłam, do pracy chodziłam a wieczorem pracę do obrony mu pisałam).
      I wieczne moje prośby, płacz, groźby, zmartwienie bo rachunki co miesiąc i ratę
      za mieszkanie płacić trzeba. I wieczne na to jego obietnice, zapewnienia,
      błagania o czas, że jeszcze wszystkim pokaże, że świat zawojuje, byle kolejne
      miesiące zyskać, byle nie brać tej pracy, którą moi znajomi mu znajdowali. I
      tak w kółko. Jezu!!! Jaka ja głupia byłam! Dość tego. Koniec. Do widzenia. Ja z
      kimś takim żyć nie będę. Gdzie moje poczucie bezpieczeństwa, oparcia, pouczucie
      szacunku, o miłości już nawet nie mówię, jaki wzór dla mojego synka? Przeżyję
      piekło to pewne bo zasłaniać się będzie dobrem dziecka. Ale ja tak żyć nie
      chcę. Rozwodzę się. CZego i Tobie życzę - jeśli tego naprawdę chcesz.
      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 17.01.06, 23:51
        Tak czytam, i czytam... i to co mi wynika, zwłaszcza po poście Czajki to:
        - Facet nie ma prawa być kurą domową/kogutem. (Równouprawnienie owszem, ale nie
        w tej kwesti. Tylko kobieta ma prawo do takiego opiekowania dzieckiem które
        wiązałoby się z nieprzynoszeniem pieniędzy do domu. Bo czy któraś tutaj
        skrytykowałaby kurę domową?)
        - Najbardziej zastanawia mnie branie kredytów na mieszkanie, w sytuacji gdy
        partner nie ma stabilnej sytuacji materialnej. To już dla mnie... szczyt czegoś
        tam.
        Czyli że wpierw biorę sobie Ciebie za mężą, takiego jakiego Cię znam, licząc
        się z tym, że być może Ty się zajmiesz dzieckiem a ja będę zarabiać. A po
        pewnym czasie mi się odmienia i stwierdzam że jednak model na który się
        zgodziłam, to już go nie uznaję - i teraz wynocha z domu, bo ja już nie liczę
        się z równouprawnieniem do bycia kurą domową/kogutem.
        - Na pewno jednak słusznie wybrałaś. Słusznie... dla siebie.

        Pozdrawiam
        • natasza39 Kogut domowy... 18.01.06, 00:20
          kini!
          Mozna być kura domową w sensie koguta. Sęk w tym, że obie strny musza to
          akceptować. Osobiscie mam taka kolezankę, która ma taka kure domową rodzaju
          męskiego. To ona zarabia na dom, ale to on sie domem w całosci zajmuje i oni to
          na wstepie zwiazku zaakceptowali.
          Jesli jednak kogutokura domowa chce zeby to samiczka do gniazda pszynosiła
          wszystko i jeszcze na dodatek koguta rżnie i piac chce, to juz przesada!
          Jesli baba siedzi w domu, zajmuje sie nim i dziećmi i podaje pod nos kapcie i
          obiad panu i władcy, bo to on zarabia, to niech tak będzie i w druga strone.
          Acha, jeszcze jedno!
          Jesli kobita nie idzie do pracy, bo jej sie nie chce, albo kazda jest "zła" tak
          jak w opisanych przypadkach, to faceci tez nie sa z tego powodu zadowoleni
          bynajmniej.
          Co innego jak sie to juz na poczatku zwiazku ustala i wtedy nie ma sie co
          czepiac, jesli sie odwidzi, a co innego jak jedna ze stron po prostu miga sie
          od współutrzymywania chałupy.
          Czy to jest jasne?
          • kini_m Re: Kogut domowy... 18.01.06, 01:07
            natasza39 napisała:
            > Czy to jest jasne?
            No, niby jasne.
            Tylko że, to tak jak z tym, co usłyszałem od Was: "Widziały gały co brały".
            Ano, nie widziały, bo miały klapy na oczach. Jakem był zakochany, to jak miałem
            być trzeźwy.

            Tak samo tutaj.
            Chciałbym zobaczyć tych/te, które zakochując się nawzajem w sobie, równocześnie
            robią trzeźwy i wyrachowany plan z rachunkiem (biznesplan) na wspólne życie.
            Ty Natasza w końcu trafiłaś na sensownego facet, z którym jasno, trzeźwo a przy
            tym z miłością umiecie ułożyć życie.
            Ale czy gdybyś znowu była w tym miejscu co wtedy ileś lat temu, gdy poznawałaś
            tego któremu dziś stawiasz świeczkę - to czybyś umiała nie mieć tych klap na
            oczach? Czy byś umiała zrobić ten trzeźwy i jasny "biznesplan" (przy ówczesnym
            doświadczeniu tamtej młodej dziewczyny)?

            Dlatego myślę że ustaleń na początku związku, o których wspominasz, może zrobić
            40-letnia osoba, która już tak ślepo=głupio nie zakocha się.
            Ale czy to aby napewno jest możliwe dla osoby w wieku 20, która ma pierwszą swą
            miłość?
            • natasza39 Re: Kogut domowy... 18.01.06, 01:14
              Masz rację, ze stara baba (czyli ja) inaczej patrzy niz zakochana siksa, która
              kiedys byłam.
              Ale jako zakochana siksa nawet nigdy nie ustalałam, ani nawet nie brałam takiej
              opcji pod uwagę, ze będę utrzymywała nieroba.
              Przy wszystkich swoich wadach, które miał mój śp. do roboty chodził.
              I była to chyba jego jedyna zaleta/
              Dzis twierdze, ze szkoda, bo jakby tego nie roził, to duuuuuużo wczesniej klapy
              spadłyby mi z oczków i duuuuzo wczesniej z siksy przeszłabym metamorfoze na
              stara doświadczona zołzę!
              • mrs_ka Re: Kogut domowy... 18.01.06, 03:03
                Ja się chyba wyjątkowo zgodze z Kinim, a to pewnie dlatego, że choć raz gada od
                siebie, a nie o sobie i swoim związku. No i krótko gadawink
                W sumie to wredne jest to nasze równouprawnienie, jeśli postrzegamy je jako
                szereg praw i obowiązków z jednym zastrzeżeniem: facet ma przynosić godziwe
                pieniądze.
                Od razu myślę sobie o kobitach, które siedzą w domu i dokładają się do
                gospodarki , bo przecież rodzą, wychowują i tak dalej. To też jest wkład.
                Dokładnie taki sam, jeśli dostarczycielem jest facet.
                Rozumiem oczywiście, że ktoś ma okreslone wymagania, a ma je, bo zęby zjadł na
                innych układach. Jasne. Nie rozumiem jednak, dlaczego pisać, że to oczywiste, że
                trzeba nieroba (mężczyznę) kopnąć w zad, skoro per analogiam takimi samymi
                "nierobami" są niepracujące matki, a ich na ogól nie nazywa się nierobami i nie
                kopie w zad tylko dlatego, bo wychowują dzieci zamiast robić karierę zawodową.
                Każdy rodzic, który pracuje w domu, pełni szereg rozmaitych funkcji- od kucharza
                poczynając, przez opiekunkę i sprzątaczkę, aż po pracza, prasowacza i tak dalej.
                To też jest praca. To znaczy: jeśli wykonuje ją kobieta to jest to praca, a
                jeśli wykonuje ją facet to jest niezaradnym dupkiem...
                No nijak mi to nie pasuje logicznie.
                Wniosek z tego taki, że skoro podlegamy takim matrycom myślowym, to lepiej się
                nie decydować na związek z niebieskim ptakiem. Bo prędzej czy później sytuacja
                nas przerośnie. Tu się zgadzam oczywiście z Nataszą.
                Ogólnie wychodzi na to, że praca świadczona na rzecz domu i rodziny jest pracą
                niedocenianą w przypadku kobiet, ale w przypadku męzczyzn jest nie tylko
                niedoceniana, a wręcz potępiana.
                Tak więc jestem za świadomymi wyborami niezaleznie od tego, czego dotyczą.
                Najgorzej jest nie wiedzieć, czego się chce od partnera i co tak naprawdę jest
                on w stanie nam dać. Finały takich historii są raczej od początku skazane na
                porazkę.

                a.
                • setite Re: Kogut domowy... 18.01.06, 10:27

                  > Ogólnie wychodzi na to, że praca świadczona na rzecz domu i rodziny jest pracą
                  > niedocenianą w przypadku kobiet, ale w przypadku męzczyzn jest nie tylko
                  > niedoceniana, a wręcz potępiana.

                  Dokładnie.
          • setite a to ciekawe... 18.01.06, 10:23
            > Jesli baba siedzi w domu, zajmuje sie nim i dziećmi i podaje pod nos kapcie i
            > obiad panu i władcy, bo to on zarabia, to niech tak będzie i w druga strone.

            O ile mnie pamięć nie zawodzi smile na eMamie a nawet na Samodzielnych pełno jest
            postów, w których postawa "pana i władcy" co to oczekuje "kapci i obiadu pod
            nos" jest ostro krytykowana. A tu taki kwiatek...?

            W związku według mnie nie ma miejsca na dominację - chyba, że jest to chory
            związek.

            Ile postów się naczytałam (a bywam tu na eDziecku długo, kiedyś pod innym
            nickiem; z przerwą na "detoks" od nałogu forumowania smile)) ) o kobietach, które
            zajmują się dzieckiem/dziećmi w domu, nie pracują zawodowo, i _nie_ chcą być
            traktowane jak służące bez prawa głosu, takie od podawania kapci...
        • czajka74 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 18.01.06, 14:23
          ok ok, widzę, że kilka rzeczy muszę wyjaśnić:
          1) nie mam nic przeciw kurom i kogutom domowym. NIC. Jeśli są w takim układzie
          szczęśliwi i ich partnerzy także - o czym tu mówić. Ale - na miano kury/koguta
          domowego to sobie trzeba zasłużyć. Że to naprawdę ciężka i niedoceniania praca
          to ja doskonale wiem. Skąd Wasze optymistyczne założenia, że mąż w domu
          sprząta, pierze, prasuje? Wracam z pracy i nie wiem w co ręce włożyć! Nigdy nie
          podejrzewałam, że mój dom może tak wyglądać. Cięzko mi to ogarnąć - sami wiecie
          ile tego jest. Dziecko jest w przedszkolu do 16 lub 17. Od rana to chyba dość
          czasu by trochę popracować? Nie uważacie?
          2) "widziały gały co brały"? moje brały dorosłego faceta, poważnego,
          odpowiedzialnego, który miał pewną, stałą pracę, z godziwym wynagrodzeniem.
          Zapewniał mnie, że zajmie się wszystkim i gdy będę chciała będę sobie siedzieć
          w domu. Ha ha ha! Nigdy takieg planu nie miałam (lubię pracować), ale
          wyobraźcie sobie jak to miło mieć taką ewentualność jakby cosmilePo ślubie jak
          nożem uciął chęć do pracy i tak już zostało.
          3) można się umówić na taki układ, że mąż siedzi w domu i to jest ok. Ale ja
          się tak nie umawiałam!
          4) mówcie co chcecie, ale inteligenty, czterdziestoletni, zdolny facet (złota
          rączka), który siedzi w domu, nic nie robi, prosi mnie o 10,00 zł na chleb i
          mleko - to nie jest normalne. Jest??
          5) a kredyt na mieszkanie został zaciągnięty za dobrych, normalnych czasów, gdy
          NIKT nie podejrzewał, że tak może wyglądać sytuacja.
          No powiedzcie teraz ..smile
          pozdrawiam Wassmile
          • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 19.01.06, 10:36
            Czajka, nie wątpię że w swoją rodzinę włożyłaś wszystkie swoje siły.
            > Ale - na miano kury/koguta domowego to sobie trzeba zasłużyć. Że to
            > naprawdę ciężka i niedoceniania praca to ja doskonale wiem.
            No, ja nie wiem czy aż taka ciężka. To chyba raczej subiektywne odczucie. Bo
            wiesz, dla mnie przyjemnością jest móc pracować dla rodziny, zwłaszcza gdy
            odbiorcą tej pracy jest osoba która cię kocha i umie to okazać. I wtedy to nie
            jest ciężkie. Ale gdy najbliższa osoba która kilka razy tygodniowo jeździ po
            tobie jak po łysym koniu, a ty nadal dla niej robisz - to wtedy choćbyś robiła
            dziesięć razy mniej - to i tak będzie to odczuwane jako ciężka praca. Poza tym
            niektóre osoby mają zakodowane że np.codziennie muszą myć podłogę w domu i
            trudno to inaczej skomentować jak - że sami robią sobie trudne podejście do
            życia.
            > 4) mówcie co chcecie, ale inteligenty, czterdziestoletni, zdolny facet (złota
            > rączka), który siedzi w domu, nic nie robi, prosi mnie o 10,00 zł na chleb i
            > mleko - to nie jest normalne. Jest??
            Nie, nie jest normalne że nie rozumiecie się na tyle że o jedzenie trzeba
            prosić w domu, że jeśli jedno pozostaje bez pracy to jezenie już nie jest
            wspólne. Jeśli męża/partnera stawiasz w sytuacji gdzie jest zmuszony prosić o
            pieniędze na jedzenie, tzn że stworzyłaś sytuację w której macie lodówkę
            podzieloną na swoje własne połowy. Domyślam się że być może chciałaś go taką
            postawą przymusić do skuteczniejszego szukania pracy, ale stosowanie takich
            metod - to po prostu szantaż emocjonalny, i inaczej się tego nie da nazwać.
            Jeśli chcesz tworzyć normlną rodzinę, to zacznij od siebie i od wyrzucenia
            pewnych metod działania z repertuaru swoich zachowań. Nawet jeśli uzyskasz coś
            szantażem (np."Nie jedz jeśli nie zarobiłeś") - to takie metody prędzej czy
            później prowadzą tylko do rozbicia, a nie do odbudowy rodziny.
            > 3) można się umówić na taki układ, że mąż siedzi w domu i to jest ok. Ale ja
            > się tak nie umawiałam!
            A na co się umawiałaś? Czy umawiałaś się odwrotnie?
            Domyślam - że po prostu na nic.
            Tu jak najbardzie maja zastosowanie słowa, które wyżej napisała Mrs_Ka:
            >Najgorzej jest nie wiedzieć, czego się chce od partnera [od siebie
            dodam] ...zanim zaczną się problemy, kłótnie, wzajemne walki.
            Bo wtedy to juz każde umie wykrzyczeć swoje potrzeby i zarzuty. Tylko że wtedy
            ich realizacja jest już poważnie zaburzona, bo w kłótni już zazwyczaj słabiej
            słuchamy potrzeb drugiej strony, a to poważnie osłabia szanse na wzajemną
            realizację oczekiwań.
            Określenie: chcę żeby było wspaniale i żebyśmy wszystko robili razem - jest
            niedojrzałym ogólnikiem.
            Nasua się pytanie: Czy chcesz go zmusić żeby poszedł do pracy?
            Czy jednak chcesz go zachęcić żeby poszedł do pracy?
            (Bo jeśli chcesz go zachęcić, to nie stosuj metod z rodzaju wymuszania.)
            Czajka, nie twierdzę że twój facet nie ma przywar nad którymi wypadałoby
            popracować, zwrócić mu uwagę, zapewne też zmotywować do szukania pracy. Ale co
            mu dokładnie powiedzieć, wiedziałbym dopiero gdybym usłyszał jego relację.
            • omama Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 24.01.06, 10:19
              Myślę, że się troszkę parę osób tu zagalopowało.
              Żyjemy w pewnych warunkach, w pewnych stereotypach, w pewnej normie. Ogół nie
              oczekuje, by panna młoda wniosła posag składający się ze złota (Indie). Ogół
              nie wymaga, by po nocy poślubnej wymachiwać splamionym krwią prześcieradłem
              (krarje arabskie). Ogół nie oczekuje, by od momentu ślubu rodzice wstrzymali
              wszelką materialną pomoc dla dzieci (USA). Wchodząc w związek nie wchodzimy, że
              tak powiem, w tabulę rasę, ale w pewien standard. I o ile standard ten coraz
              rzadziej, ale jednak dopuszcza funkcję damskiej kury domowej, nie dopuszcza on
              męskiej kury, o trutniu nie wspominając. I męskie kury świetnie o tym wiedzą,
              podobnie jak analogiczną świadomość mają damskie prostytuki, kobiety -
              snajperki i inne osoby silnie niestandardowe. Toteż zdrowy rozsądek i uczciwość
              wymagają, by o swoim nietypowym planie na życie uprzedzić wybrańca.


              • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 24.01.06, 11:10
                Omamo, zdaję sobię sprawę z tych standardów o których mówisz.
                Tylko że w naszej kulturze (eurpejskiej) i naszych warunkach (polskich) te
                standardy odchodzą do przeszłości.
                Zdając sobie z tego sprawę, jakie schematy/standardy dziedziczymy uważam że
                porównanie którego uzyłaś nie jest najtrafniejsze bo: - w przypadku Indi i
                krajów arabskich mówisz o warunkach z baaaaardzo tadycyjnymi kulturami, w
                przypadku Ameryki o warunkach gdzie znalezienie pracy nie jest żadnym problemem
                (zresztą w warunkach amerykańskich zdaje się, że wysokość pensji jest taka, że
                normą jest że rodzina jest utrzymywana z jednej pensji, natomiast w
                europejskich ogólnie tego nie ma).
                I jeszcze jedno - tradycyjny standard na który się powołujesz oczywiście mieści
                się też w modelu europejskim, tylko że równouprawnienie które kobiety
                wywalczyły przez ostatnie 100 lat niesie nie tylko przywileje ale też
                konsekwencje. Myślę że w problemie równouprawnienia tego nie dostrzegasz, chcąc
                zachować w tej części przywileje tak jakby nie miałyby one się zmieniać przez
                setki lat (cofając się do standardu w którym ojciec nie winien zajmować się
                dziećmi.)
        • kasia_kasia13 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 24.01.06, 13:16
          kini_m napisał:

          > Tak czytam, i czytam... i to co mi wynika, zwłaszcza po poście Czajki to:
          > - Facet nie ma prawa być kurą domową/kogutem. (Równouprawnienie owszem, ale
          nie
          >
          > w tej kwesti. Tylko kobieta ma prawo do takiego opiekowania dzieckiem które
          > wiązałoby się z nieprzynoszeniem pieniędzy do domu.

          Mezczyna tez ma prawo. Osobiscie znam bardzo fajne malzenswto, w ktorym jest
          wlasnie taki podzial rol. Ona zarabia, on zajmuje sie domem i dzieckiem.
          Problem z niektorymi panami m.in. tym z tego watku, polega na tym, ze ani nie
          pracuja, ani nie zajmuja sie domem, ani nie zajmuja sie dzieckiem. Nie robia
          NIC.
    • yaris Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 18.01.06, 14:46
      No to witam w klubie. U mnie było podobnie. Od 3 lat u męża praca dorywcza, ja
      szarpiąca się z dzieckiem, problemami, rachunkami, długami które "mu same
      wyszły". I szarpałabym sie tak dalej gdyby nie "rypnęła się sprawa". Okazało
      sie że mój pasożytniczy mąż - bo ja mój gderałam nad głową - znalazł sobie
      kochankę i oszukiwał nas obie (mnie - wiadomo, ją - ze mnie i dziecko zostawi)
      2 lata. Urządził się tak cudnie, ze aż szok. Ale bidulek się zakochał i
      powiedział mi o kochance, wyprowadził się z domu. Noc mu zajęło przemyślenie,
      że jednak to nie jest rozwiązanie, tak "kochająca i czekająca" też nie pozwoli
      się wykorzystywać i wrócił. Tylko że to wszystko u mnie zmieniło optykę
      diametralnie. Przeprowadziłam rozdzielność majątkową, dostał wykaz opłat ile
      wydajemy na miesiąc ( bidulek zorientował się że w życiu nie da rady się
      utrzymać zarabiając te grosze jak dotąd, za to przyjemnie i miło). I jakoś
      błyskawicznie znalazł pracę, teraz zdecydował sie na wyjazd do Irlandii do
      pracy. Co dalej - czas pokaże. Może stanie się odpowiedzialnym mężem i ojcem a
      moze ucieknie znowu, znajdzie inną ofiarę. Dałam mu szansę. CO z nią zrobi -
      jego sprawa. Żałuję jednego - pozwoliłam tyle lat by sytuacja trwała. A trzeba
      było zamiast szukać dodatkowych fuch- zmusić gościa do działania. Nawet
      radykalnie. I być konsekwentną. A ja tylko płakałam, narzekałam, prosiłam -
      wpędzałam i jego i siebie w depresję - a równocześnie nadal zasuwałam, robiłam
      wszystko za niego. On nie dorósł - jego wina, ja nie dałam mu dorosnąć -moja
      wina. Oboje jesteśmy winni tej sytuacji. I dobrze że to sie rozwiązało, że mam
      to za sobą. Ale lidko - to było potwornie trudne i gdyby nie juz totalny kryzys
      w naszym związku - moze trwało by tak dalej.
      A rozdzielność majątkową przeprowadzasz banalnie prosto. Idziesz do notariusza
      z mężem , dowodami osobistymi i aktem małżeństwa. Zajmuje calosć 10 minut i
      kosztuje ok. 550. O ile On się zgodzi podpisać, Jak nie - musisz sprawę
      przeprowadzać sądownie a to już nie jest ani łatwe ani proste.
      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 18.01.06, 20:03
        yaris napisała:
        > No to witam w klubie.
        Yaris, masz coś czego nie ma wiele osób.
        Masz w sobie wiarę, miłość (nie tę polegającą na kwiatach, ale tę która
        pokonuje wspólne problemy i umie przebaczać). Niestety część osób (także tu na
        forum) ma tylko wiarę w siebie i swoje dziecko, ale nie w partnera. A jesli
        wiara jest prawdziwa, to nie szuka wymówek - tak jak u Ciebie.
        Bardzo miło czyta się Twoją postawę.
        Gratuluję Ci siły i odwagi w dążeniu aby nie zostać samotną matką.
        -
    • galia29 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 19.01.06, 14:29
      Też mam podobną sytuację i kini wybacz, ale Twoje posty są okropne, bo oprócz
      tego,że nie widzę w Tobie żadnej skruchy co do tego ,że walnie się przyczyniłeś
      do rozpadu swojej rodziny, to są one jeszcze nieznośne stylistycznie, pisane z
      ogromną egzaltacją a pełne błędów otograficznych , stylistycznych i
      logicznych.Czasem trudno wyłowić sens ze zdań które układasz.
      A co do sytuacji autorki wątku, niedawno też zaglądałam tu na forum bo mojemu
      małżeństwu mimo kolejnej ciąży groził rozwód- z tej samej co u Ciebie
      przyczyny.Mąż zdolny, inteligentny i wykształcony od wielu lat bez pracy.Niby
      stale szuka ale bez powodzenia.Wyszłam za niego za mąż kiedy nie miał pracy, a
      jednak nie zgadzam się z tym, że wiedziałam na co się decyduje i teraz mam
      ponosić konsekwencje.Gdybym usłyszała: Słuchaj, ja nie chcę pracować, nie mam
      ochoty, siły czy cokolwiek, ale za to będę prowadził dom, zajmę się dziećmi i
      będę Ci oparciem choć nie finansowym-gdybym to usłyszała- kto wie może bym i
      zaakceptowała- bardzo kocham człowieka za którego wyszłam i dostrzegam zalety
      które posiada- zrobiłabym to lub nie świadomie i tak byłoby uczciwie.Ale my
      wszystkie byłyśmy lub jesteśmy jakoś oszukiwane, mydli się nam oczy szukaniem
      pracy i ,że za miesiąc, albo dwa...I to już uczciwe nie jest.Poza tym jeśli
      facet jest w domu to powinien przejąć te same obowiązki które ma pozostająca w
      domu kobieta i odciążyć osobę pracującą zawodowo- a mąż autorki tego nie
      robi.Mój mąż dużo w domu pomagał ale uznałam ,że nie na tyle na ile pozwalał mu
      czas. I postawiłam ultimatum : albo rozwód albo psychoterapia.Jak widzisz kini-
      ja rzeczywiście chciałam pomóc a nie rozbijać rodzinę. Trzy miesiące mieszkałam
      sama- z małym dzieckiem, pracująca i w ciąży -bo mąż uważał , że zmuszanie go
      do psychoterapii to zbyt duże wymaganie. Kiedy napisałam pozew przeżył szok i
      oprzytomniał. Rozpoczął terapię i teraz znowu mamy szanse - bardzo się zmienił
      i dużo zmienił w swojej postawie. Wprawdzie nie znalazł pracy ale w związku z
      tym ,że ja idę za kilka tygodni na macierzyński, sam podjął decyzję o
      poprowadzeniu mojej firmy.Bardzo mi to pomoże o ile wykaże się rzeczywiście
      odpowiedzialnością, umiejętnościami i chęciami, ale ...życie pokaże. (jak to
      wszystko się uda to chyba oddam nerkę jego terapeutce z wdzięczności).Ja,
      właśnie ja Kini jestem przykładem wyrozumiałej wspierającej kobiety - ale łatwo
      mi nią być , bo nie grożą mi długi ani niezapłacone rachunki- nie byłabym tak
      długo wyrozumiała gdybym miała dylemat za co utrzymać dzieci.A i tak przez
      długi czas mój mąż uważał tak jak Ty ,że ja go jeszcze pogrążam,że wymagam,że
      nakłaniam do terapii.A ja po prostu nie będę tolerować takiego układu dłużej bo
      będę miała dwóch synów- i chcę ich wychować z pełnym przekonaniem ,w zgoda
      atawistycznym przekonaniu ,że facet musi umieć upolować bawoła i nakarmić
      dzieciaki.Chcę by dawał małym dobry przykład- bo uważam ,że w życiu jest czas
      na zabawę , na miłość i na pracę i to wszystko składa się na dobrą całość.A
      facet w domu na kanapie- to murowana depresja.Jeśli go kochasz walcz wszystkimi
      środkami, wyrzuceniem z domu i groźbą rozwodu też, jeśli nie kochasz to tym
      bardziej go sobie odpuść, bo da zły przykład Twemu dziecku.Przepraszam za
      długość i rozwlekłość postu.
      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 19.01.06, 23:13
        galia29 napisała:
        > kini wybacz, [...] bo oprócz tego,że nie widzę w Tobie żadnej skruchy
        Galia, czyżby Twój post niósł więcej skruchy...?
        W słowach Yaris widziałem przynajmniej więcej zainteresowania własnym
        partnerem, a w Twoich jedynie zainteresowanie materialną skutecznością partnera.

        > co do tego ,że walnie się przyczyniłeś do rozpadu swojej rodziny
        Akurat jestem bardzo podobnej opinii co Yaris (tzn. "On nie dorósł - jego wina,
        ja nie dałam mu dorosnąć -mojawina. Oboje jesteśmy winni tej sytuacji" - z tym
        że ze zmianą płci.)

        > Ale my wszystkie byłyśmy lub jesteśmy jakoś oszukiwane, mydli się nam oczy
        > szukaniem pracy i ,że za miesiąc, albo dwa...I to już uczciwe nie jest.
        Moja Droga, dwie rzeczy zastanawiają mnie w niektórych dziewczynach, to że:
        - Najbliższa osoba (myślę o niektórych partnerkach) kompletnie nie jest
        zainteresowana życiem psychicznym partnera, tym co on przeżywa. Zadowala się
        powierzchownymi odpowiedziami. Wg mnie to postawa w której interesujesz się nie
        tyle związkiem, co bardziej swoją osoba w związku (a co do dziecka - tylko
        swoją własną wizją wychowawczą). Czy tu w ogóle jakieś dziewczyny interesują
        się co czuje facet, który pozostaje bez pracy a jednocześnie ma na barkach
        presję otoczenia, bo w naszej kulturze taka presja zazwyczaj występuje nawet
        jeśli nie jest wprost wypowiadana. Naprawdę, zapewniam Cię że gdy byłem akurat
        bez pracy i podczas odwiedzin teściowa umiała zadać tylko JEDNO wiadome pytanie
        (chyba nie muszę mówić jakie) - to naprawdę nie działało mobilizująco. A jej
        córka, toksycznie od niej uzależniona tylko się temu przyglądała i rozwijała
        swą jedynie rozliczającą postawę. Naprawdę, zapewniam Cię także że osobie która
        robiła mi piekło w domu o byle co, to po takiej atmosferze nie umiem się z tą
        osoba dzielić moimi problemami. Osoby, która w każdym problemie się jedynie
        piekli i uderza mnie w najbardziej czułe kwestie poniżając szantażem - takiej
        osobie jedyne co bym umiał odpowiedzieć to właśnie: "Za miesiąc." Nie wiem jak
        traktujesz swojego faceta, jak często Ci puszczają nerwy i sobie po nim
        jeździsz. Ale gdybyś była tak poniżana przy własnym dziecku jak ja, to byś może
        nawet tych dwóch słów nie była zdolna wypowiedzieć. Nie wiesz co znosiłem i nie
        mam ochoty tego tu po raz wtóry wpisywać. Jeśli chcesz, to oczywiście możesz
        się tym tytułem czuć jedynie oszukiwana. Ale dla mnie to znaczy jedynie że
        problem głębiej Cię nie interesuje, problem najbliższej Ci osoby.
        - Zamiast pomagać miłości preferują postawę rozliczjącą. I proszę mnie tu źle
        nie zrozumieć: nie zmierzam namawiać do tego żeby spłacać za faceta długi,
        utrzymywać nieroba. Ale jesli chcesz pomóc partnerowi to spróbujesz dociec co
        naprawdę go blokuje w życiu, co mu podcina skrzydła, co zmniejsza jego
        skuteczność życiową... jeśli on jest w kregu Twoich zainteresowań, a nie
        wyłącznie jego pieniądze.
        ...Wiesz, jest kilka słów które omijam w swoim słownictwie, bo wiem że są one
        uproszczeniem które nie pozwala poznać prawdziwie problemu. Takim słowem jest:
        lenistwo (także: arogancja, bezczelność). Mógłbym dużej części dziewczyn
        odpisywać tutaj takimi słowami, bo nieraz budzą się we mnie takie odczucia (Ty
        tak właśnie zaczęłaś odpowiedź do mnie: brak skruchy). Tylko że przyjmując taką
        postawę oddalam się od zrozumienia problemu i dawałbym sobie jedynie upust
        emocjom.

        > Mój mąż dużo w domu pomagał ale uznałam ,że nie na tyle na ile
        > pozwalał mu czas.
        Piszesz: dużo pomagał. Rozumiem pod tym, że tyle ile trzeba aby zadbać o
        podstawowe funkcjonowanie domu.
        Ale za mało żeby Cię zadowolić?

        > I postawiłam ultimatum : albo rozwód albo psychoterapia.
        > Jak widzisz kini- ja rzeczywiście chciałam pomóc a nie rozbijać rodzinę. Trzy
        > miesiące mieszkałam sama- z małym dzieckiem, pracująca i w ciąży -bo mąż
        > uważał , że zmuszanie go do psychoterapii to zbyt duże wymaganie.
        Ja moją też namawiałem kilka miesięcy abyśmy w końcu skorzystali z pomocy kogoś
        z zewnątrz. Niestety, szkoda że wtedy nie znałem co to terapia, że istnieje
        terapia rodzinna, małżeńska. Skorzystaliśmy z pomocy byle psychologa, bo
        niestety nie znałem się wtedy w tym temacie, choć czułem że trzeba już sięgnąć
        po pomoc z zewnątrz. Dziś wiem że trzeba wybrać właściwą terapię (choć nic nie
        gwarantuje sukcesu). Ale nawet po rozpadzie psychiatra zasugerował że mimo to
        winniśmy wziąć udział w terapi dla rodziców. Od ponad roku próbowałem ją
        namówić, lecz ona wybiera aby dziecko nie widziało ojca.

        > Kiedy napisałam pozew przeżył szok i oprzytomniał. Rozpoczął terapię i teraz
        > znowu mamy szanse - bardzo się zmienił i dużo zmienił w swojej postawie.
        Nie znam Twojego mężczyzny i nigdy nie poznam do końca realiów Waszej sytuacji.
        Więc nie wykluczam że w pozwie miałaś uzasadnione i poważne zarzuty. Nie wiem
        też czy rozwodem groziłaś mu gdy spóźnił się z umyciem naczyń bo dziecko mu
        płakało (jak było u mnie), czy w poważniejszych sytuacjach.
        Ale to co ja widzę we wnioskach sądowych mojej exi, to po prostu zbiór
        konfabulacji, które wgniatają mnie psychicznie w ziemię, a których nie
        życzyłbym najgorszemu wrogowi.

        > Ja, właśnie ja Kini jestem przykładem wyrozumiałej wspierającej kobiety
        Może... Niemniej w Twoich słowach widzę więcej zainteresowania skutecznością
        materialną partnera, niż samą jego osobą.

        > - ale łatwo mi nią być , bo nie grożą mi długi ani niezapłacone rachunki- nie
        > byłabym tak długo wyrozumiała gdybym miała dylemat za co utrzymać dzieci.
        Niby to racja. Tylko czy ja mam uwierzyć, że dziewczyny które stać na internet -
        przymierają głodem z dziećmi. Nie neguję że takie sytacje są, ale czy naprawdę
        wśród osób które mają dostęp do takich dóbr cywilizacji. Osobiście myślę... e
        tam, co będę pisał, i tak się dość narażam.

        > A i tak przez
        > długi czas mój mąż uważał tak jak Ty ,że ja go jeszcze pogrążam,że wymagam,że
        > nakłaniam do terapii.
        j.w. pisałem - sam nakłaniałem do pomocy z zewnątrz.
        Natomiast wiem kiedy i jakie zachowania exi przyprawiały mnie o depresje.
        Pamiętam to nader dokładnie, trudno mi to zapomnieć. Wątpię czy Twoje
        doświadczenie można wprost przełożyć na moją sytuację, nawet jeśli
        dopatrywałabyś gdzieś podobieństwa.
        I wcale groźby exi mi nie pomagały.
        Pomogło mi dopiero to, że w końcu sobie uświadomiłem: że żyję z obcą osobą, że
        ona nie będzie spałniała moich oczekiwań, że w gruncie rzeczy nie jestem w
        kręgu jej zainteresowań, że moją rolę w naszej rodzinie muszę nieść
        samodzielnie nie czekając na nią, że marzenia o prawdziwie wspólnym życiu (a
        nie tylko wspólnym gospodarstwie domowym) muszę odłożyć na jakiś inny czas.
        Uświadomienie tej smutnej rzeczy zaczęło mnie dopiero wyciągać z doła. A jeśli
        masz wrażenie że Twoje "kopniaki" przyniosły dla partnera mobilizację - to może
        po prostu nie wiesz wszystkiego.
        Dla mnie najlepszym dowodem na fałszywaość tego postępowania, jest to że
        groziła rozbiciem rodziny jeśli w ciągu okreslonego czasu nie znajdę pracy.
        Praca została znaleziona (lecz nie po "motywacji" exi, ale przez dłuższe w
        czasie już uprzedniejsze zabiegi) ale rodzinę i tak rozbiła.

        > będę miała dwóch synów- i chcę ich wychować z pełnym przekonaniem ,w zgoda
        > atawistycznym przekonaniu ,że facet musi umieć upolować bawoła i nakarmić
        > dzieciaki.
        Hmmm... no to jeśli zostaliby artystami, których dzieła z trudem będą
        znajdywały nabywców - to się okropnie rozczarujesz, że nie spełnią Twojej wizji
        wychowawczej.
        Nie zamierzam, uciekać od atawizmów (watpię czy to w ogóle możliwe), ale
        właśnie od tego jesteśmy ludźmi żeby nie dawać się zezwierzęcić.
        Wiesz, ja przyznam że chyba moja osobista piramidka Maslowa odwróciła się
        podstawą o góry. Nie oczekuję popierania tego, taki jestem i już. Ale po swoich
        przejściach gdy widzę zachowania płci przeciwnej, to przeraża mnie jak wiele
        dostrzegam w ty
        • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 19.01.06, 23:22
          Ale po swoich przejściach gdy widzę zachowania płci przeciwnej, to przeraża
          mnie jak wiele dostrzegam w tym jedynie podstawowego biologicznego behawioru. I
          mówię: dość, wolę wywrócić to wszystko do góry nogami niż być jedynie takim
          zwierzęciem.

          > Chcę by dawał małym dobry przykład- bo uważam ,że w życiu jest czas
          > na zabawę , na miłość i na pracę i to wszystko składa się na dobrą całość.
          Zgadza się. Tylko co gdy dwoje pod tymi samymi słowami, rozumie co innego.

          > A facet w domu na kanapie- to murowana depresja.
          Brrrr... i taka kolejność spojrzenia mnie właśnie przeraża.
          Bo wg mnie: depresja - to murowany facet na kanapie.
          (Ta kolejność ma zasadnicze znaczenie.)

          > Jeśli go kochasz walcz wszystkimi
          > środkami, wyrzuceniem z domu i groźbą rozwodu też,
          j.w. pisałem - jeśli coś się poprawi, to byc może to pozornie pomogło.
          Równie prawdopodobne że to nie uratuje, ale przyspieszy rozpad.
          Galia, nie znamy szczegłów sytuacji, dlatego ja nigdy nie będę zachęcał do
          budowania przez destrukcję.

          > jeśli nie kochasz to tym
          > bardziej go sobie odpuść, bo da zły przykład Twemu dziecku.
          Teraz to już przedobrzyłaś.
          Że co???
          Jeśli go nie kocham, to znaczy że ona daje zły przykład dziecku????????

          Eh, i znowu napisałem tasiemca....
    • alina66 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 20.01.06, 12:52
      jeśli facet nie pracuje trzy, pięć i siedem lat, to nie będzie pracował, bo po
      co.
      Tkwienie w takim związku i czekanie na zmiany, to oszukiwanie samej siebie.
      czekałam trzynaście lat i się nie doczekałam. Nie wierzę w cudowne zmiany w tym
      zakresie. Przy czym u mnie sytuacja była o tyle inna, że mój eks co prawda
      pracował,jak mu tę pracę załatwiłam, ale wylatywał z niej za picie w czasie
      pracy, a jak otworzył swoją działalność, to zrobił takie długi, że nie wyjdzie
      z nich do końca życia.
      I- sorry winnetou - mam gdzieś przyczyny, depresje, jego wewnętrzne rozterki i
      wszelkie inne dyrdymały.
      Ja też miałam depresję i prawie że zawał, jak się dowiedziałam, jakie duże są
      jego długi i jak je musiałam zapłacić.
      OPrócz depresji miałam też refleks, wiedzę i możliwości dzięki którym ocaliłam
      wybudowany przez siebie- bez pomocy rodziców, bez kredytu wyłacznie z mojej
      ciężkiej pracy dom oraz swoje konto bankowe i swoje oszczędności.
      Sorry kini- panowie o których mowa są wykształceni - zakładam więc minimum
      inteligencji. Mój eks jest bardzo inteligentny. A już na pewno na tyle, żeby
      przewidzieć konsekwencje swojego postępowania w zakresie pracy/ prowadzenia
      interesow.
      "Widziały gały co brały" - jeśli nawet (aczkolwiek o nałogu mojego eksa nie
      miałam pojęcia bardzo długo), to nie za bardzo rozumiem,dlaczego jak już gały
      ujrzą prawdę mają dalej tkwić w błedzie.
      Poza tym teoria z kurą/ kogutem domowym jest dla mnie tylko teorią.
      U mnie od wielu lat jest pani, która prowadzi dom. Mój eks nigdy nawet nie
      zaproponował, żeby pani nie przyszła jeden dzień, a on wyprasuje/ posprząta/
      ugotuje (do wyboru).
      Panowie o których mówimy, po prostu tak mają.
      i dziewczyny - uciekajcie póki czas.
      Bez psychologicznego rozbierania na części przyczyn....
      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 20.01.06, 19:51
        alina66 napisała:
        > jeśli facet nie pracuje trzy, pięć i siedem lat, to nie będzie pracował, bo
        > po co.
        > Tkwienie w takim związku i czekanie na zmiany, to oszukiwanie samej siebie.
        Oczywiście, jeśli nie pracuje ani poza domem, ani w domu - to się zgadzam.
        Tylko że w takiej sytuacji to uważam że w tym związku już coś dawno się
        rozwaliło. I myślę że bez naprawienia przeszłości nie ma szans takiego związku
        ruszyć z miejsca.
        Natomiast przerażają mnie dziewczyny, które JEDYNY swój błąd widzą tylko w tym
        że: za mało wymagały, lub za wiele pozwlały. (To jest jedynie spychologia, i w
        takim tonie szczerze nie maiłbym ochoty dyskutować.)

        > czekałam trzynaście lat i się nie doczekałam. Nie wierzę w cudowne zmiany w
        > tym zakresie.
        Rozumiem że... TYLKO ON był winny i tylko on musiałby się zmienić żeby było
        dobrze.... hmmm.

        > I- sorry winnetou - mam gdzieś przyczyny, depresje, jego wewnętrzne rozterki
        > i wszelkie inne dyrdymały.
        Wiesz... myślę że decydujący jest pierwszy okres związku. Jeśli tam nie było
        wspierania się nawzajem (nie czytać: wyręczania) - to zgadza się że w dalszych
        latach wszelkie rozważania można sobie wsadzić w d..., bo źle rozegrany
        początek później tylko pogłębia problem (skupianie się tylko na swoich
        wyobrażeniach, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie).

        > Ja też miałam depresję i prawie że zawał, jak się dowiedziałam, jakie duże są
        > jego długi i jak je musiałam zapłacić.
        A jednak! W końcu jakaś kobieta stwierdziła, że postępowanie partnera może
        wpędzać w depresję.
        Więc pytanie pozostaje: Czy chciałabyś aby on się w takiej sytuacji
        zainteresował Twoimi przeżyciami?
        (Może i nawet on nie był do tego zdolny, ale jeśli miałaś takie oczekiwanie i
        było ono niezrealizowane - to jedank znaczy że miłość aby mogła trwać
        potrzebuje zwrócenia uwagi na to.)

        > Sorry kini- panowie o których mowa są wykształceni - zakładam więc minimum
        > inteligencji.
        A wracając do atawistycznych podstaw, co u Gali: "i chcę ich wychować z pełnym
        przekonaniem ,w zgoda atawistycznym przekonaniu ,że facet musi umieć upolować
        bawoła i nakarmić dzieciaki." - To co ma zrobić myśliwy, któremu kurczy się
        areał polowań? (Bo do tego należy porównać sytuację na rynku pracy.) Niestety,
        myśliwych nie ubywa, a terenu do zdobycia bawołu nie ma w nadmiarze. Ja wiem,
        że każda dziewczyna chciałaby mieć za partnera fightera. Więc daletgo zawsze na
        wstępie wolę mówić że nie jestem i nie zamierzam być 100% facetem. Te, którymi
        rządzi tylko biologia, poszukujące myśliwego i macho... niech nawet się nie
        wdają w dyskusje ze mną.

        > Mój eks jest bardzo inteligentny. A już na pewno na tyle, żeby
        > przewidzieć konsekwencje swojego postępowania w zakresie pracy/ prowadzenia
        > interesow.
        To mi pachnie niemal problemem uzależnienia Twojego exa, niską samooceną,
        brakiem poczucia własnej wartości. Wtedy człowiek chcąc coś zyskać daje się
        wykorzystywać i popada w takie czy inne problemy z którch później jest problem
        się wyciągnąć.
        Twierdzę jednak, że tym pierwszym terapuetą zawsze powinna być najbliższa
        osoba. Tylko że to zainteresowanie partnerem musi być od początku, a nie po 13
        latach.

        > "Widziały gały co brały" - jeśli nawet (aczkolwiek o nałogu mojego eksa nie
        > miałam pojęcia bardzo długo), to nie za bardzo rozumiem,dlaczego jak już gały
        > ujrzą prawdę mają dalej tkwić w błedzie.
        Ja nigdy mojej exi nie nazwę błędem (mimo rozczarowania, bólu, krzywd jakie
        poczyniła, mimo rozstroju zdrowia który przeszłem gdy wylądowałem w szpitalu
        gdy ona rozwalała rodzinę).
        • czajka74 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 20.01.06, 22:02
          alina66 - dziękuję za Twój listsmile za wsparcie
          galia29 - powodzenia na terapii. Niech Ci się wszystko dobrze ułoży. Moj mąż
          nawet słyszeć o tym nie chciał. A teraz to ja już nie chcę. ps. a może
          zabrałabyś na terapię kini bo chyba jemu jest najbardziej potrzebnasmile
          kini - ręce mi opadły!! mam "zachęcać" męża do pojęcia pracy"??? ok, już nawet
          wiem jak - gdy zostanie sam bez grosza raz dwa się zachęci! a swoją drogą to
          kiedy Ty masz czas zajmować się tak ochoczo domem, skoro cały czas na forum
          siedzisz? też Cię pozdrawiamsmile
          • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 20.01.06, 23:16
            czajka74 napisała:
            > mam "zachęcać" męża do pojęcia pracy"???
            Nie całkiem się zrozumieliśmy.
            Chciałem dać do zrozumienia, że podstawowym problemem jest jakość związku
            pomiędzy partnerami. A dopiero to z kolei rzutuje na wiele problemów życiowych,
            np na radzenie sobie z podejmowaniem pracy. (Co więcej - w niektórych
            okolicznościach słabsze niż można oczekiwać radzenie sobie z problememi - może
            być formą protestu.)
            Samo bezpośrednie tylko zachęcanie do pracy, myślę że niewiele da bez tego co
            powyżej. Jeśli ktoś chce, to niech próbuje szantażów, ale wg mnie to zabija
            związek.

            > a swoją drogą to kiedy Ty masz czas zajmować się tak ochoczo domem, skoro
            > cały czas na forum siedzisz? też Cię pozdrawiamsmile
            Ten cały czas... spójrz na godziny wpisów.
            Kobiety/matki nie mniej siedzą przed netem. Akurat póki byliśmy rodziną, to
            exia przesiadywała niemało przed ekranikiem bawiąc się np w ściąganie filmów,
            akurat też ona założyła mi pierwsza skrzynke mejlową i nauczyła z tego
            korzystać.
            I przykro jest naprawdę gdy: exia odstawia dziecko do przedszkola, sama zasiada
            przed ekranikiem i spędza czas na forum (miewa czasami tylko 1 godz pracy - co
            opisywała) - ale ja chocbym mógł się zająć dzieckiem mając w niektóre dni
            więcej czasu, to jednak nie mogę zobaczyć córki od miesięcy.
    • alina66 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 21.01.06, 09:02
      kini,
      ale ja nie prosiłam o analizę mojego na szczęście już nieistniejącego związku.
      Choćby dlatego,że Twoje wypowiedzi mają bardzo niewiele wspólnego z psychologią.
      Nie jesteś obiektywny, nie jesteś też terapeutą ani psychologiem.

      Nigdy i nigdzie nie napisałam, że winny rozpadu małżeństwa był tylko mój eks,
      aczkolwiek - i za to mu chwała - zeznał przed sądem, że przyczyną rozpadu była
      jego choroba alkoholowa i nieodpowiedzialność.

      Ta depresja to była ironia- to tak na marginesie. Nie miałam depresji.
      Zapieprzałam po 16 godzin na dobę, żeby spłacić jego długi i
      utrzymać status życia, do którego byliśmy i jesteśmy przyzwyczajeni.
      W międzyczasie pisałam odpowiedzi na pozwy, stawałam przed sądami w różnych
      stronach Polski, zmieniałam swój testament w razie gdyby mnie zabrakło to żeby
      mój syn nie musiał bujać się z tatusiem o majątek (rozwód nastąpił dwa lata po
      wyrzuceniu przeze mnie eksa z domu). Odwiedzał mnie często gęsto komornik,
      sądzący, że jestem w zmowie z moim eksem, namolnie dzwonili i przyjeżdżali jego
      wierzyciele
      I naprawdę wierzcie mi dziewczyny, najgorszemu wrogowi nie życzę.
      Dlatego zadbajcie o swoje interesy. Miłość miłością, ale pójdźmy jeszcze
      kawałek dalej - jestem starsza od większości osóbna tym forum i sobie tak
      myślę - kiedy ci ukochani nie pracujący będą starzy, to kto da im rentę/
      emeryturę?
      Powiem brutalnie- tę kasę, którą ładuje się w nieroba, lepiej odłożyć na własną
      starość.
      Niestety nie do wykluczenia jest opcja, że niepracujący tatusiowie/
      niealimentujący tatusiowie na starość zwrócą się po pieniądze do dziecka. I je
      dostaną.



      • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 21.01.06, 15:44
        alina66 napisała:
        > ale ja nie prosiłam o analizę mojego na szczęście już nieistniejącego
        > związku.
        Jeśli nie chcesz aby ustosunkowywać się do tego co piszesz (swojej sytuacji),
        to wobec tego wcale nie pisz o swojej sytuacji. Jeslibys nie zauważyła, to
        staram osobiście nie krytykować lub popierać Twoich postaw, a to o czym piszesz
        jest tylko przyczynkiem do ogólnych rozważań.
        Zresztą Twojego związku nie znam.
        Znam tylko relację jednej ze stron i reprezentowaną przez nią postawę. A to dla
        mnie duża różnica.

        > Choćby dlatego,że Twoje wypowiedzi mają bardzo niewiele wspólnego z
        > psychologią.
        > Nie jesteś obiektywny, nie jesteś też terapeutą ani psychologiem.<
        Wobec tego może zacznij stosować to do siebie i skończ radzić innym osobom na
        forum...

        > Ta depresja to była ironia- to tak na marginesie. Nie miałam depresji.<
        Taaak....?
        Wobec tego czy dziś też nazwiesz ironią swoje własne słowa:
        "I wiesz co, ja wyszłam z tego związku chora fizycznie, dwa razy walczyłam z
        nowotworem, z wielkimi problemami psychicznymi,"
        [wątek:Mściwe intrygantki 23.05.05, 17:49] ?????
        Odnoszę wrażenie że raczej żonglujesz faktami dla potrzeb własnego stanowiska w
        dyskusji.

        Alina, generalnie chodzi mi o to, że pomimo opowieści o własnej sytuacji
        dziewczyn, nigdy tak do końca nie wiemy na ile wiernie ten opis odzwierciedla
        fakty.
        Podam przykład ściśle odnośnie tematu pracy: gdy pozostawałem bez pracy i
        opiekowałem się córką moi rodzice namawiali mnie abym podjął pracę w ich
        mieście (150 km od rodziny) ale nie umieli podać żadnej konkretnej oferty pracy
        (zapewne była to po prostu tylko chęć aby syna mieli bliżej, oczywiście w tym
        czasie pisałem i rozsyłałem niemało własnych CV). Natomiast dzisiaj wszędzie
        (też: w sądzie) exia przedstawia to w taki sposób - że odrzucałem oferty pracy
        które załtwiali mi rodzice.
        Skąd tak właściwie wiesz do jakiego typu sytuacji za każdym razem się
        ustosunkowujesz? Czy do takiego jak Ty miałaś (wieloletnie życie z
        alkoholikiem), czy takie jak u mnie (przejściowe bezrobocie, a alkoholu wcale
        nie używam i w towarzystwie zazwyczaj odmawiam, niemniej przez exię jestem
        traktowany jako nierób i ostatni pasożyt)???

        Alina, czy ja naiwny jestem aby bez ostrożności podchodzić do każdej relacji?
        Ale Ty niemniej sugerujesz podejmowanie ostrych kroków, nie mając kompletnie
        żadnej możliwości do zweryfikowania sytuacji.
        Twierdzę, że po prostu w każdym przypadku który wyda Ci się podobny do swego
        dopatrujesz się klona swego exa, i na takiej podstawie sugerujesz swe rady.

        Twoja osobista historia - ale to nie usprawiedliwia tego aby starcić dystans do
        innych sytuacji, i nie podchodzić ze szczególną ostrożnością.
        Jeśli w grę wchodzi popełnienie błędu, to wolę być naiwny niż cyniczny.
        • alina66 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 22.01.06, 15:11
          hi hi hi
          • kini_m Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 22.01.06, 18:23
            alina66 napisała:
            > hi hi hi
            A kysz!
        • galia29 Re: Rzucić go? Spójrzcie obiektywnie... 23.01.06, 20:34
          Kini- czy Ty nie widzisz tego jak strasznie się powtarzasz.Ty jesteś zakochany
          w sobie na zabój- kochasz to co piszesz i pewnie kochasz słuchać swego
          głosu.Kini- nudzisz sraszliwie, nie dostrzegajac,ze mamy z Ciebie ubaw i to nie
          dlatego ,że jestesmy złośliwe, tylko ,że sam się prosisz.Zarzucasz ,że
          obwiniamy o wszystko swoich partnerów.Poczytaj sam siebie- u Ciebie winna była
          tylko podła eksia!!!!Ty jesteś skrzywdzoną niewinnością- najmądrzejszy,
          najlepszy i mający zdecydowanie najwięcej do powiedzeniasmile))Gdybym była
          zainteresowana jedynie pieniędzmi faceta jak piszesz, to wyszłabym za
          nadzianego faceta, a nie za tego, którego kocham (byli i tacy chetni). A
          ponieważ nas na to stać to mówiłam mężowi- znajdź pracę - jaką sobie zamarzysz,
          realizuj swoje marzenia- nie musisz wiele zarabiać, ale rób to co lubisz, miej
          pasję, bądź z siebie dumny to mi wystarczy.Nie jestem materialistką, za to
          uważam ,że życie jest zbyt krótkie by spędzić je na kanapie albo przed kompem
          grając w gry.
          • kini_m Galia (bez sensu dyskusja - ale na życzenie piszę) 23.01.06, 23:41
            No nie.....////
            Galia, oczywiście jedni mają ubaw, a zaś dla mnie też część tutejszych dyskusji
            bywa żałosna, swój ubaw też mam gdy samodzielne naskakują na siebie z nexiami -
            ale nie "biegam" z takim komentarzem po wątkach. Czasem też przed kompem się
            wściekam na co niektóre działania forumowiczek wobec dzieci, ale jeśli widzę że
            dana osoba jest totalnie zamknięta na argumenty i jedynie szuka potwierdzenia
            swego - to jak najszybciej przechodzę dalej. Piszę tylko tam gdzie uważam że
            adresat jest zdolny do dyskusji (choć chciałoby się w każdym przypadku zwrócić
            uwagę).
            Nie, nie zarzucam że wszystkie obwiniacie o wszystko swoich partnerów (spójrz
            chociażby na koniec jednego z moich wpisów z wczoraj) - czytasz tylko częściowo
            moje wpisy.
            Co do mojej Byłej: rozróżniam dwie rzeczy - być winnym a odpowiedzialnym.
            Nie uważam jej za winną.
            Za winnych uważam jej rodziców, którzy podsycają w niej konflikt, a którzy
            stworzyli rodzinę w toksycznych związkach emocjonalnych, wychowali dziecko z
            poważnymi brakami emocjonalnymi które dziś nie jest zdolne do podjęcia rozmowy.
            (Teściowa która w sytuacji gdy w okresie stycz-wrze2005 córce i mi pozwolono
            widzieć 3 razy, to za wszystko co ponad to próbowałem odwiedzać przestępując
            furtkę teściów - to teściowa wytoczyła mi sprawę o naruszenie jej posiadłości.
            Jako okoliczność na swoją korzyść w zeznaniach podała że przecież 3 x przez te
            miesiące mogłem spotkać córkę. Przecież mogłem, no nie.... co!!???) Itp, itd,
            etc. - Tu widzę główną winę.
            Natomiast uważam Byłą za odpowiedzialną tej sytuacji - bo jako osoba dorosła
            winna w sposób świadomy i aktywny wyjść do porozumienia, czego od samego
            początku rozstania z pełną premedytcją zaniechuje. Po prostu liczy że w naszych
            warunkach prawnych sąd powierzy jej nieograniczoną opiekę nad dzieckiem (czyt:
            władzę), i nie oszukuj się Galia że w taki sposób nie postępuje część
            dziewczyn.
            Czy ja byłem winny? Jasne że nie wszystko umiałem idealnie, co ją nieraz
            niecierpliwiło. Jasne że ktoś kiedyś mógłby mnie wychować, w taki sposób że
            byłbym cud-facet dla każdej kobiety. (A widzę jak niektóre dziwczyny czekają na
            księcia z bajki. Powtarzam: niektóre.) Tylko że nie zamierzam się wstydzić
            tego, że nie wszystko umiałem, tak jak ona oczekiwała.
            Ale w dwóch rzeczach napewno się starałem (lepiej niż ona):
            - nie ja wszczynałem agresję w rodzinie (choć po jej 20 wyzwiskach mi też
            puszczały nerwy, po złamanych obietnicach i wspólnie czynionych a
            niedotrzymanych planach),
            - wady które mi zauważano naprawiałem (woleniej lub szybciej, ale niejedną),
            Co do siedzenia przed kompem grając w gry (to jedna z rzeczy, które też na jej
            prośbę wyelimionwałem całkowicie z życia) - to gdy ostatnio zagrałem na sieci z
            jedną z forumowiczek, to czułem się jak zakręcony słoik - bo przez Byłą ja już
            tego niemal nie umiem. Dziś wiem jednak, że człowiek ma prawo grać na
            komputerze.
            Tylko wiesz... jedna rzecz jest istotna i jej tutaj na forum NIE ROZSTRZYGNIEMY
            NIGDY - diabeł tkwi w szczegółach: ilość występującego zachowania która czyni
            je patologią i winą - np. czy ktoś pograł sobie na kompie: zaniedbując czy
            niezaniedbując swoje obowiązki? (oczywiście relacja zawsze jest na "anty-").
            Ale przecież wiem jak niektóre osoby umieją demonizować i przeinaczać, bo ja
            sam to mam co kilka miesięcy w sądzie (Najlepsze "kwiatki" to robienie ze mnie
            zboczeńca seksualnego - naprawdę niesmaczne. Na szczęście w sądach nazbyt
            często niektóre matki próbują takich prób pomówień, aby sądy w to łatwowiernie
            wierzyły. To już dość wyświechtany numer.)
            Poza tym Galia kwestia u mnie: ewentualnej winy za rozpad, a odbieranie dziecku
            drugiego rodzica (utrudnianie kontaktów) to rzeczy niepowiązane, za wyj.
            sytuacji znęcania nad dzieckiem, co jednak jest znacznie rzadziej niż
            utrudnienia czynione przez matki. Więc tu uważam pełną odpowiedzialność Byłej.
            (Szukanie tutaj pretekstów to nie jest metoda zdrowo myślącego człowieka.)
            Nie jesteś materialistką?
            Nie przeczę. Tylko że w momencie kryzysu jak sama piszesz akurat ten argument
            wyciagasz na pierwszy plan. A ja akurat uważam że nie jest to prawidłowa
            kolejność rozumowania spraw: 1.Kanapa - 2.Depresja. (Wobec tego lekiem na
            wyjście z depresji byłoby wywalenie kanapy z domu? Jak chcesz to śpij na
            podłodze i jeszcze zdziw się czemu to nic nie dało. Powodzenia!)
            Słuchaj, ja nie zamierzam twierdzić że od partnera nie winnaś wymagać. Ale
            twierdzę, że aby wymagać - najpierw trzeba dać zwłaszcza to, czego psychicznie
            potrzebuje druga osoba. Mi w związku naprawdę nie na obiadkach i seksie
            najbardziej zależało. I podejrzewam że Twojemu partnerowi też nie.
            W niektórych partnerkach mających faceta bez pracy odczytuję taką postawę:
            przecież mu opłacam mieszkanie i jedzenie więc czego on jeszcze chce? Niektórzy
            rodzice mają też podobną postawę w stosunku do dzieci.
            A tak na koniec: widzę że uważasz swoją opinię za jedyną obowiązującą na forum.
            Czy to aby nie przemądrzalstwo które sama próbujesz zarzucać....hmm?
            • kini_m po prostu: "NIE" (do Galji osobiście, i nie tylko) 24.01.06, 02:07
              Właśnie przeczytałem sobie jak wy naskoczyłyście na Kwiatka w innym wątku.
              (Piszę: "Wy" , dlatego że chyba Galio utożsamaisz się z tą częścią forumowiczek
              które chełpią się zaradnością: "mamy z Ciebie ubaw i to nie dlatego ,że
              jestesmy złośliwe").
              I wątpię czy się zrozumiem z osobą dla której ważniejsze jest chełpienie
              samozaradnością niż dostrzeganie problemu i dzielenie się tym co się posiada.
              Sorry Galia, ale jeśli swoimi docinkami jak do mnie, dopisujesz się do takiego
              tonu forum - to naprawdę ja wolę dla własnego zdrowia styl takich uwag puszczać
              obok siebie.
              Si ju
              • galia29 Re: po prostu: "NIE" (do Galji osobiście, i nie t 24.01.06, 11:49
                Kini- nie brałam udziału w żadnym innym wąku na tym forum oprócz własnego
                szczatkowego kilka miesięcy temu, a jesli poszukasz po archiwum wszystkich
                moich postów o przekonasz się ,że nie jestem osobą która kiedykolwiek wdała się
                w jakąkolwiek kłótnie i miała skłonność do docinek- tylko Ty mnie draznisz, bo
                byłam z drugiej strony- żyłam z facetem, który nie pracował, a przecież o tym
                własnie jest ten waek.Ty tutaj wylałaś wszystkie swoje żale do ex i do teściów
                i do świata- tylko ,że autorka prosiła o opinię w swojej sprawie a nie o Twój
                konkretnie życiorys - i dlatego mnie drażnisz.Ewentualne draństwa Twojej ex
                nijak się mają do jej sytuacji.Wypowiadam sie autorytatywnie w imieniu innych
                forumowiczek , nie dlatego iz uważam moją opinię za jedynie słuszna a
                dlatego ,że kobiety które się tutaj wypowiadały- wypowiadały się za lub przeciw
                rozstaniom w takich sytuacjach , ale wypowiadały się na temat.Zarzucasz mi ,że
                w momencie kryzysu podniosłam kwestie materialna na pierwszy plan nie
                przyjmując ,że ta właśnie kwestia - czyli aktywność zawodowa mojego męża była
                główną przyczyna ( i ambiwalentny stosunek do ciąży, którą świadomie z własnej
                inicjatywy zapoczatkował ," no bo jakże to on bez pracy a tu drugie dziecko",
                ale to inny wątek).
                Mój mąż zapytany o opinię w kwesti Twoich wypowiedzi powiedział, że to był jego
                garb, jego problemy i obwinianie mnie o cokolwiek było absurdem,że wiele razy
                zraniłam go słowami , ale zdaje sobie sprawę,że byłam zdesperowana i że
                wcześniej wypróbowałam wszystkich pokojowych sposobów mediacji- a wysłanie go
                na terapię było najlepszą rzeczą jaką dla niego zrobiłam.
                Ani przez chwilę nie nawiązuje do Twoich prywatnych spraw a jedynie do tonu i
                rad jakich udzielasz innym, opierając się na własnej sytuacji ,która nijak ma
                się do opisywanej przeze mnie czy autorkę.Bo nasze sytuacje były podobne i
                tylko dlatego zabrałam głos w dyskusji.Autorka podjęła już swoją decyzję, więc
                możemy zakończyć dyskusję.
Pełna wersja