dla związków które są na skraju - polecam

14.01.06, 22:37
polki.wp.pl/kat,2332,wid,8150643,wiadomosc.html?P%5Bpage%5D=1
    • always_angel Re: dla związków które są na skraju - polecam 15.01.06, 02:30
      Eh... zupelnie jak bym czytala o wlasnym zwiazku. I nie mam sily go juz ratowac.
      • kini_m Re: dla związków które są na skraju - polecam 15.01.06, 10:32
        Zawsze_Aniołku
        Widziałem na innym forum że będziecie mieli dzidziusia. Więc także poza Wami
        jest dla Kogo próbować, dla Kogoś kto się napewno z tego ucieszy.

        • always_angel Re: dla związków które są na skraju - polecam 15.01.06, 20:43
          Ile mozna probowac bez rezultatu? Poza tym szczesliwi rodzice=szczesliwe
          dziecko. A my bedziemy szczesliwsi oddzielnie. Nie chce udawac, ze mi dobrze,
          tylko dla dziecka, bo ono i tak sie zorientuje, ze zyje w fikcji.
          • kini_m Re: dla związków które są na skraju - polecam 15.01.06, 21:46
            always_angel napisała:
            > Ile mozna probowac bez rezultatu?
            Bez rezultatu... faktycznie nie ma sensu.
            Więc trzeba by było poszukać przyczyny, dla czego ten rezultat nie jest
            osiągany. Ale myślę, że samemu jest się za bardzo związanym własnymi
            oczekiwaniami, aby móc we wspólnym problemie dokonać diagnozy z dystansu. (Bez
            zakłócających emocji, czyli tak aby nie skupiać się jedynie na obwinianiu).
            Moje próby też były nieskuteczne. I po swojej porażce mogę wysnuć dwa wnioski:
            - nie wstydzić się mówić o swoich potrzebach i wysłuchiwać oraz w miarę
            możliwiości realizować potrzeby partnera,
            - oraz poprosić o pomoc kogoś kto spojrzy z boku na sprawę, ale taki ktoś od
            kogo by obie strony nie miały poczucia stronniczości. (Tak sobie myślę może:
            przyjaciel żony albo przyjaciółka męża, bo uważam że taki "krzyżowy" układ płci
            też ma znacznie dla lepszego zrozumienia. No albo terapia małżeńska, z której
            my nie skorzystaliśmy zanim się rozpadliśmy - bo po prostu nie znaliśmy jeszcze
            wtedy tego.)

            > Poza tym szczesliwi rodzice=szczesliwe
            > dziecko. A my bedziemy szczesliwsi oddzielnie.
            Ale chyba nie ma rodziny w której panowało by tylko szczęście?
            Przez 3,5 lata (z 5-ciu) naszego związku też nie czułem się szczęśliwie. Ale
            chciałem z nią być, bo miała to "coś" dla mnie ważnego. A później nie
            wyobrażałem sobie już żeby rozbić rodzinę córce.
            Dziecku nie damy rady stworzyć nieba na ziemi, choćbyśmy nie wiem jak bardzo
            chcieli. Myslę że, nie tędy droga.

            > Nie chce udawac, ze mi dobrze,
            > tylko dla dziecka, bo ono i tak sie zorientuje, ze zyje w fikcji.
            Nie. Nawet przy próbie ratowania nie winniśmy udawać że jest dobrze. (Winniśmy
            raczej twierdzić że będzie lepiej, jeśli zrobimy: to, tamto, i jeszcze to.) Ale
            udawanie to zagłuszanie problemu, który i tak wybuchnie.
            A dziecko... i tak go nie uchronisz przed pewną ilością nieszczęść w życiu.
            Szczęśliwie dziecko, to wcale nie znaczy dziecko spod klosza, które nie obcuje
            z trudami (także trudami rodziców).

            Eh, trochę teoretyzuję... ale niestety nie znając przecież Ciebie i twojej
            sytuacji, mogę tylko tak ogólnie zachęcać.
            • kini_m albo... nie 15.01.06, 23:16
              Aniołku
              ...może jednak - nie. Nie powinienem Cię zachęcać, ani zniechęcać. Jeśli nie
              czujesz sensu walki o rodzinę, to tylko przeciwnie skierowanymi sugestiami
              wywołam w Tobie frustrację. A w próbach podejmowanych bez przekonania sami
              robimy z siebie karykatury. Więc...

              ... mogę Ci służyć dobrym słowem cokolwiek wybierzesz.
              Na pewno wybierzesz sposób najwłaściwszy do Twoich możliwości.
              Pozdrawiam
              • always_angel Re: albo... nie 15.01.06, 23:40
                Coz, do tanga trzeba dwojga. I decyza o rozstaniu badz sprobowaniu jeszcze raz
                nie nalezy tylko do mnie. A o rodzine dla dziecka sie nie martw. Oboje jestesmy
                odpowiedzialni i nie zamierzamy brac rozwodu z dzieckiem tylko ze soba.
Pełna wersja