nieznoszemioduikaszanki
26.01.06, 23:27
Moja maleńka właśnie śpi, a ja stygnę po całym dniu szoków.
Dziś postanowiłam definitywnie odejsć od męża, choć jest wspaniałym i
kochanym człowiekiem, dowiedziałam się o śmierci dalekiego kolegi, i przez
chwilę omdlewałam ze strachu o brata-schizofrenika, bo zaginoł-jest w
szpitalu na własne życzenie ale w innym mieście.
Od początku.
Jutro mija 7 lat jak jesteśmy razem, a 16 lutego będzie 2 lata po ślubie,
nasza córcia ma 16 miesięcy i jest całym moim życiem.
Ja zawsze miałam piekło: matka biologiczna satanistka, mapa blizn na ciele
=jako pamiątka po niej, pare ojczymów, pogotowie opiekuńcze, zastępcza
rodzina patologiczna: ojciec alkoholik, matka holeryczka, brat shizofrenik,
obaj faceci też z domu dziecka.
Ja: silna depresja, wcześniej zespół ADHD (co było uwcześnie odbierane jako
bahor z marginesu, 3 kuratorów i policja non stop) i wiecznie sama ze swoimi
problemami.
Teraz żyję pełną piersią bo mam to, co było mi do życia potrzebne-miłość
mojej córki.
Mój mąż za to zawsze miał z górki, piękne dzieciństwo, barwna młodość,
wspaniała nowoczesna rodzina, nic dodać nic ując, oczywiście wszystko się
zmieniło gdy ja się pojawiłam, (bo ja wogóle ciężka cholera jestem, kto mnie
zna to wie, a znają mnie moze 2-3 osoby w pełni).
Jednak mąż, jak sam mówi, nie dojrzał do bycia mężem i ojcem, zrobił to z
miłości do mnie. Było pięknie, super jak z bajki, aż do czasu przeprowadzki
do jego rodzinnego miasta gdzie ma firmę. W domu jest po to by się zwierzyć,
odpocząć, posłuchać jak ja zrzędzę i wrzeszczę, czasem zająć się małą ale
sporadycznie, bo przecież mała ma AZS, a on nie umie sobie z tym poradzić.
Już pare razy się rozchodziliśmy i schodziliśmy: ja nalegałam na ślub, on
chciał być młody, rozumiem. Ale doszło do tego, że z miłosci szaleńczej za
sobą i uzależnienia, pobraliśmy się.
Za każdym razem gdy odchodziłam terroryzował mnie tym, że nie moze beze mnie,
ze mnie kocha na zabój, wiele razy (nawet podczas pierwszego razu(sex)) dawał
mi do zrozumienia, że jestem jego własnością, że należę do niego.
Jest cudownym facetem, zgrywus, wspaniale jesteśmy dopasowani biologicznie i
chemicznie, podobne poglądy, wszystko, ale ja się duszę już rok, nie jestem
szczęśliwa, przy nim wraca mi depresja i jedynie mała mnie trzyma.
Nie tego potrzebuję po prawie ćwierćwiecznym piekle, potrzebuję opieki,
dojrzałości, akceptacji i wsparcia, tego nigdy nie miałam, a nawet teraz
czasem słysze" jak ja kiedyś ciebie sluchałem-myślałem ale porypana, ale
głupia", śmieszna jestem i wogóle niewiadomo czego chcę.
Ja się zmieniałam i zmieniłam, ale powiedziałam wreszcie stop, to obie strony
mają się zmieniać, kompromis jest jedną z podstaw związku, a kompromis ma
wychodzić z obu stron, a nie tylko z jednej. Kocham ją nad życie, dlatego
chcę uciec i byc w pełni szczęsliwa.
Czy kocham męża? Już nie wiem czy potrafię kochać jakiegokolwiek
przedstawiciela przednioogoniastego gatunku:ani ojca, ani przyjaciela, ani
brata, a czy męża? Kocham, ale nie jestem szczęsliwa, znikam, żyję tylko
córką.
wesprzyjcie.