moja wina, rozwód...

04.07.06, 14:48
Kochane moje, właściwie to piszę do Was, bo jestem zagubiona... Od początku:
W lutym miałam 5 rocznicę ślubu, przeszła bez echa jak inne dni godne
świętowania. Na nic się zdało proszenie męża od listopada żeby coś
zorganizował sam, żeby zarezerwował, wymyślił i zabrał mnie gdzieś. Nic nie
zrobił - jak zwykle. Jak zwykle spędził wieczór na pracy przed komputerem.
Mój mąż jest pracoholikiem. Ja to szafa postawiona w przedpokoju, która
zawsze tam stała i stać będzie. Nie było czułości, dotyku, pocałunku...
sypiał ze mną raz na 3-4 miesiące. Ja jak durna prosiłam, kusiłam,
prowokowałam.... Nic... on tego nie potrzebuje jak powiedział....
Mamy synka - 2,5 roku, aż się wstyd przyznać, że żeby on powstał to miałam
wyliczone dni płodne i zaciągnęłam go do łóżka... Udało się za pierwszym
razem. Potem miał luz - całą ciąże miałam zakaz współzycia. Jednak on nigdy
nie dotknął mojego brzucha, nigdy nie pocałował... Liczył się tylko komputer
i praca...
W marcu tego roku zrobiłam wielką awanturę wyrzucając mu wszystko -
zadziwiony był. Zaczął się starać na siłę... Ja już nie umiałam przyjąć tych
starań, po 5 latach walki - już go nie chciałam. W kwietniu poznałam kogoś.
Nie, nie planowałam tego. Miłość wielka, jakiej nie było między mną a moim
mężem nigdy....
Zostałam przyłapana - mąż przeczytał smsa.
Wyprowadziłam się z domu z dzieckiem, bo... bo nie mogłam obiecać mężowi, że
już nigdy nie spotkam się z tym drugim mężczyzną, bo nie wierzyłam, że mąż
może się na dłuższą metę zmienić....
Dziś dostałam wzór pozwu o rozwód z orzekaniem o winie - mojej naturalnie.
Ani słowa o braku współżycia... tylko o moim "kochanku". Mąż chce żebym
napisała oświadczenie o "romansie" i żeby sąd nam przyznał opiekę nad
dzieckiem naprzemienną...
Krew mnie zalewa, bo sam teraz zgrywa idealnego tatusia i jeszcze mi wmawia,
że miałam przy nim wszystko i mi się w głowie poprzewracało...

Ech... mam wielkie poczucie winy, że znalazł się ktoś trzeci, ale jestem
nieprzytomnie szczęśliwa gdy jest obok...sad

W chwilach takich jak dziś, gdy czytam ten pozew, chciałabym podkulić ogon i
wrócić do domu, bo boję się co będzie dalej. Nie, nie martwię się o finanse -
jest dobrze, ale psychicznie już wysiadam.... i o synka się martwię, bo mąż
ciągle mi wbija do głowy, że go bardzo skrzywdziłam - synka naturalnie.
Obserwuje małego - jest radosny, usmiechnięty, rozbrykany i taki jak zawsze...

tylko o opinie proszę, o jakię słowo, czy naprawdę jestem szmatą - co wmawia
mi mąż... czy naprawdę się sku..łam... co wmawia mi mąż...

bianka
    • lilith76 Re: moja wina, rozwód... 04.07.06, 15:06
      ciężko powiedzieć.

      sama miałam ostatnio dyskusję z dobrą przyjaciółką, która straciły siły na
      walkę o ciepły gest męża, a ostatnio - na podstawe sms-ów odkryła jego romans
      (lub coś co jest już do niego wstępem). stwierdziła, że jej małżeństwo niech
      będzie takie jakie teraz jest, dopóki ona kogoś nie znajdzie. wtedy odejdzie.
      tłumaczę jej, że lepiej pewne rzeczy sformalizować, że potem będzie rozwód z
      jej winy, ale ją to jakoś nie przekonuje.

      chyba większość ludzi - jeśli w związku nie ma przemocy (fizycznej,
      psychicznej), krzyków, upokarzania, ograniczeń finansowych jest za to mijanie
      się z daleka, trwa tak dopóki nie pojawi się ktoś nowy.



      PS: kobieta pozbawiona czułości, dotyku, zainteresownia staje się łatwym łupem
      dla różnych "okresowych podrywaczy", jest głodna najdrobniejszych gestów. czy
      ten drugi jest wart rozwodu lub ewentualnie życia jako kobieta bez męża (jeśli
      on zaraz odejdzie)?
      • biancia Re: moja wina, rozwód... 04.07.06, 15:18
        nie nie jest okresowym podrywaczemsmile, nawet jeśli nam się nie uda to czy mam
        trwać przy mężu, który woli komputer od seksu z żoną?? Czy po tym wszystkim mam
        trwać przy nim? Czy powinnam kazać tamtemu odejść mimo, że serce by mi pękało
        na miliony kawałków??
        • lilith76 Re: moja wina, rozwód... 04.07.06, 15:40
          teoretycznie to powinnaś była podjąć taką decyzję przed kwietniem.
          w praktyce bywa inaczej.

          w końcu nikt cię do małżeństwa nie zmuszał. coś cię do męża przyciągnęło. a, że
          to "autystyczny" typ. sama znam kilku takich osobiście.
          • mrs_ka Re: moja wina, rozwód... 04.07.06, 16:00
            No dobrze, ale co tu jest problemem? Rozwód z orzekaniem o winie?
            Sugerowałabym się spotkać z mężem i szczerze pogadać. Bardzo możliwe, a wręcz
            pewne jest to, że Twój mąz się czuje jak klasyczny rogacz, dla którego jedyną
            możliwością odzyskania "honoru" będzie potwierdzenie, że to wszystko Twoja wina.
            Również na urzędowym papierku.
            O tym, że źle zrobilaś pisać Ci nie będę, bo sama zrobiłam swego czasu tak samo.
            Niewątpliwie jednak było to postępowanie głupie, bo jeszcze nieraz wróci Ci
            czkawką ten moment, w którym on zobaczył tego sms'a. Mowa oczywiście o poczuciu
            winy.
            PO co gadać? Ano po to, aby dac mu możliwość zrzucenia z siebie poczucia
            krzywdy. Nie będzie to proste, ale może okazac się zbawienne dla Was obojga. Na
            pewno oczyści atmosferę. Być może zaspokoi jego pragnienie odegrania się.
            Powinnaś zacząc od "przepraszam" i "wybacz mi", co nie jest oczywiście
            równoznaczne z powrotem, za to jest równoznaczne z godnym zamknięciem pewnego
            rozdzialu. Oczywiście godność powinno się mieć zawsze, ale jesteśmy tylko ludźmi
            i czasem trzeba wykazywać się nią wstecznie, że tak powiem, skoro nie daliśmy
            rady sprostać jej wczesniej.
            Ewentualnie możesz mu zaproponować inny sposób rekompensaty, niż orzeczenie o winie.
            Osobiście jestem zdania, że jeśli już się zrobilo grube świństwo (zdrada) to
            powinno się iść na jakieś ustępstwo względem drugiej strony, np. w kwestii
            podziału mieszkania, rozliczeń finansowych itd.
            Ja tak zrobiłam i to przeszło, zarówno Eks jak i ja mamy b. dobre kontakty, winy
            zostały wybaczone, rozmowa się odbyła, oczyściliśmy sie wzajemnie. Rozwód był
            bez orzekania o winie.

            Pamiętaj, że coś takiego jak "wina za rozpad związku" nigdy nie jest obiektywne,
            bo każda strona ma własną opowieść. Po jakimś czasie dołączają sie do tego
            mechanizmy samousprawiedliwień, tuszowanie własnych przewin i uwypuklanie cudzych.
            Twoja wina jest w tym przypadku namacalna, brak czułości i obojętność nie dadzą
            się przedstawić w formie dowodu. Dlatego tu nigdy nie będzie zgody w zeznaniach,
            bo łatwo zapomnieć o własnej bezwględności w obliczu dowodu, jakim jest sms czy
            mail.
            Życzę Ci dużo siły i spokoju, bo jedno i drugie będzie Ci potrzebne.

            a.
            • majka035 Re: moja wina, rozwód... 04.07.06, 16:57
              Mam taką samą sytuację, tyle, że mój mąż uwielbia piwo,fotel i telewizor i całe
              szczęście pracuje za granicą i nie muszę go codziennie oglądać .No i jest ten
              ktoś.Dam Ci radę mojej pani psycholog.Jak masz wątpliwość, bądź nachodzą Cię
              czarne myśli, że to Ty rozbiłaś rodzinę, czujesz się winna itp.Zadaj sobie
              wtedy pytaniesurprisedk zostaję z nim, ale czy ja chcę, bo wiem , że nic się nie
              zmieni.Skoro tak teraz wyglada moje małżeństwo, to jak będzie wyglądało za 5
              lat?Czy ja tego chcę?Powodzenia
    • mynia_pynia Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 10:04
      Przecież twój romans nie wziął się z przypadku, spowodowany był samotnością,
      nietolerancją i przedmiotowym traktowaniem.
      Czemu się zastanawiasz czy źle zrobiłaś. Chyba lepiej żebyś była szczęśliwa, a
      facet jak to facet poczół się zraniony, że znalazłaś kogoś lepszego, kto cię
      kocha, docenia, ma czas dla ciebie. A już najbardziej go denerwóje że jesteś
      szczęśliwa.
      Zero wyrzutów sumienia, ciesz się życiem.
      Zero skruchy, tylko fakty.
      • mynia_pynia Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 10:05
        sorry za te 'ó' - nie wiem co mnie naszło wink
      • mikawi Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 10:31
        ciekawa jestem, czy równie łatwo wytłumaczyłabyś faceta, który zdradził żonę,
        która zbyt zajęta była pracą/dzieckiem/etc? Na tym forum sporo jest zdradzonych
        kobiet. A może ich mężowie zdradzili, znaleźli sobie kochankę z powodu
        samotności, nietolerancji i przedmiotowego traktowania przez żonę? MOże w
        kochance znaleźli kogoś lepszego, kto ich kocha, docenia i ma czas? Też tak
        łatwo ich rozgrzeszysz?
      • mrs_ka Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 12:01
        Minia-Pynia o czym Ty do nas rozmawiasz...
        Wiekszość romansów nie bierze się z przypadku. Powiem wiecej: większość żon,
        które w końcu zacukują swoich slubnych kuchennymi nożami ma ku temu poważne
        powody, ktore się uzbierały w ciągu np. 20letniego pożycia. NIe spotkałam też
        złodzieja, który by nie "musiał"- złodziej też człowiek, z czegoś trza żyć, a że
        tylko łomem umie operować... No takie życie, takie życie.

        Generalnie większość złych czynów nie jest czynami glupimi w sensie
        bezmyślnymi. Dzięki mechanizmom samousprawiedliwiającym jesteśmy uargumentować
        nawet najgłupsze swoje posunięcie, bo powód zawsze można znaleźć.
        Przy okazji: nic mnie nie irytuje bardziej, niż nadużywanie maksymy "carpe diem"
        bo w 9 przypadkach na 10 oznacza egoistów- sybarytów, którym się wydaje, że tyle
        ich, ile użyją zanim nie umrą. A koszty, które poniesie otoczenie są mniej
        istotne- w końcu to nie ich własny egoistyczny tyłek zostanie obity.

        Zdrada jest świństwem, wyrzuty sumienia są potrzebne (a dlaczego- o tym moglabym
        godzinami i chyba zresztą rozszerzałam wiele razy ten temat), a probierzem
        godności człowieka jest jego autorefleksjność i zdolność/chęć zadośćuczynienia.
        Nie mówiąc już o tym, że najlepiej w ogóle być pięknym i bogatym, czytaj: nie
        robić nikomu świństw i być kryształowym niczym Matka Teresa.
        Tak uważam, zgadzać się nie trzeba, acz odpowiedzieć musiałam, bo ten radosny
        egoizm z lekka mnie przytkał.

        a.
    • julia.68 Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 10:49
      To ja konkretnie:
      Przed rozmową z mężem poradź się adwokata. Postaraj się zebrać argumenty, które
      odwiodą go od pomysłu orzeczenia rozwodu z Twojej winy: bo będziecie wyciągać
      intymne szczegóły przed obcymi ludźmi, bo broniąc się będziesz musiała
      opowiedzieć o jego niskiej potencji i braku zainteresowania seksem jako
      powodzie Twojej zdrady, bo jeżeli nie ma dowodów, a Ty będziesz się wypierać to
      udowodnienie Twojej winy będzie trudne itd...
      Być może przestraszy się i zgodzi na rozwód bez orzekania o winie.
      Opieka naprzemienna jest bardzo rzadko orzekana w Polsce, pewnie wnioskuje o
      nią, bo w takim wypadku nie będzie musiał płacić alimentów. Myślę, że z tym
      sobie łatwo poradzisz. Nikt rozsądny nie powierzy małego dziecka opiece
      dysfunkcyjnego emocjonalnie ojca i raczej trudno będzie mu udowodnić, że zna
      potrzeby swojego dziecka, skoro dotychczas zajmował się raczej czymś inym niż
      kaszki i pieluchy.
      I daj mu też marchewkę: rozsądne alimenty, nieograniczone kontakty itd...
      I pozbądź się poczucia winy.


      Niebo gwiaździste nade mną....
      • lilith76 Re: moja wina, rozwód... 05.07.06, 11:29
        może ojciec po prostu kocha swoje dziecko i ciężko mu żyć w oddaleniu od niego?
        autorka wątku pisała o obcości pomiędzy nią, a mężem, nie wspominała, że ojcem
        też był "nieobecnym" i fatalnym.

        nie zmienia to faktu, że są małe szanse na opiekę naprzemienną.
    • biancia Re: moja wina, rozwód... 07.07.06, 10:02
      Tak, poczucie winy mam przeogromne, ale... gdybym wiedziała, że się przewrócę
      to bym usiadła.... Nie planowałam zdrady...
      Tak, chciałabym przemówić do rozsądku mężowi i uniknąć orzekania o winie - nie,
      nie dlatego, że chcę się wyprzeć tylko dlatego, że chcę się uwolnić i nie
      wywlekać tego jak wyglądało nasze pożycie.
      Tak, umowilam się z adwokatem.
      Tak, mąż chce miec paier na przyszłość, że to nie on był winny...
      Tak, mąż ma świetny kontakt z synem, choć mocno przeplatany siedzeniem przy
      komputerze...
      Dziekuję za odpowiedzi, muszę jakoś przez to przebrnąć...

      I przyznałabym się do tej winy gdyby to dało szybki rozwód i nie namąciło mi w
      zyciu przy opiece nad dzieckiem... Nie wiem jakie są konsekwencje takiej winy.
      Dowiem się u adwokata.

      Pozdrawiam
      • mikawi Re: moja wina, rozwód... 07.07.06, 10:11
        bianco - konsekwencje orzeczenia twojej winy są głównie finansowe - strona
        winna nie może się starać o alimenty NA SIEBIE od strony niewinnej (nie ma to
        nic wspólnego z alimentami na dziecko). Mężowi może zależeć na orzeczeniu
        twojej winy być może z dwóch powodów - chce mieć na papierze, że to ty byłaś
        winna (męskie ego zostało mocno zranione), a być może też nie chce abys miała
        możliwość dochodzenia alimentów na siebie (a w przypadku braku orzeczenia winy)
        miałabyś na to 5 lat. Aby sąd odebrał ci dziecko to są na to niemal zerowe
        szanse. Oczywiście niezależnie od winy czy niewiny zostaną na dziecko zasądzone
        alimenty. Piszesz, że nie chcesz wywlekać szczegółów waszego pozycia - jesli
        mąż wniesie o orzeczenie twojej winy a ty się na to zgodzisz w sądzie aby ta
        wina została orzeczona, sąd nie będzie niczego wywlekał i nie będzie kazał ci
        się samobiczować szczegółami twojej zdrady, tylko klepnie wyrok.
Pełna wersja