kotagus
26.09.06, 13:11
Małżeństwo sypie mi się jak przysłowiowy domek z kart... W tę sobotę mieliśmy
6 rocznicę ślubu i ...bilans ujemny nistety.NIe potrafimy się juz absolutnie
dogadać, nawet błahe sprawy w momencie urastają do megaawantury. Czuję się
gnębiona psychiczne (celowo i z zimną krwią), mieszania z błotem... Jestem
świadkiem (ale nie bezpośrednim - jeszcze...) agresji - rzucania przedmiotami
i kopania i rozwalania przedmiotów bo coś mu stało na drodze. Traca na tym
dzieci (2,5 i 1,5), często widzą mnie zapłakaną, a tatę wsciekłego, klnacego,
odpychającego... Już od długiego czasu myślę o separacji, chciałabym się
wyprowadzić, ale jestem w matni - może mi podsuniecie jakieś rozwiązanie...
Jedynie moja mama (z rodziny) zna sytuację, bardzo mnie wspiera, jednak nie
wchodzi w grę, że się do niej przeprowadzę -(maleńkie mieszkanko) plus
dodatkowo ona nie chce brać na siebie odpowiedzialności za rozpad małżeństwa -
sądzi, że gdybym sie do niej przeprowadziła, małżeństwo by się na pewno
rozpadło, a wg niej my POWINNIŚMY się spróbowac dogadać - tylko, że tych prób
były już miliony.... Innych osób, które by mnie "przygarnęły" z dziecmi nie
ma. Moja sytuacja jest taka - jestem na wychowawczym jeszcze ok. 1,5 roku -
decyzja podjęta wspólnie. Nie mam pieniędzy na wynajęcie mieszkania. Tzn.
konto niby jest wspólne i jest na nim tyle pieniędzy, że starczyłoby na
wynajęcie mieszkania na długo, nawet biorąc pod uwagę tylko połowę tych
pieniędzy...Ale jak mam to zrobić - poprostu je zabrać? No chyba trzeba
powiedzieć o tym męzowi, coś ustalić - konto niby wspólne, ale bardziej jego
czyli po prostu oszczędności z jego pensji, moja jak pracowałam szła na życie.
Boję się powiedzieć że chcę się wyprowadzić, bo facet jest furiatem i mogłoby
się to różnie skończyć. Gdybym w tym momencie przerwała urlop i znalazła pracę
to mogę liczyć (zwazywszy na typ mojej pracy po moim wykształceniu)na mniej
niż 2 tys. Musiałąbym córce zapewnić żłobek, syn chodzi do przedszkola. Typ
mojej pracy jest zmianowy i nie ma przebacz czyli pracuję do ok. 21. Kto się
zajmie dziećmi między końcem złobka/przedszkola a moim powrotem? Na pewno
czasem babcia (moja mama) by mogła, ale nie zawsze, bo sama czasem musi zostać
dłużej w pracy (dziadka moje dzieci nie mają). Jeżeli dołożę do tego nianię to
nie wystarczy mojej pensji na to wszystko (przedszkole, żłobek, niania) - a
zycie? Pewnie, że KIEDYŚ do tego by doszły alimenty i może nawet niemałe
zważywszy dochody (choć różnie to bywa), ale znając złośliwość nie mogłabym na
nic liczyć wcześniej - żadnego dogadania, bo męska urażona duma, ech...
Czy myślicie, że jestem w sytuacji bez wyjścia? Mogę tylko czekać jak dzieci
na tyle urosną, że przeprowadzka byłaby łatiwejsza, np. jak pójdą do szkoły?
Boję się, że do tego czasu ojciec "stworzy" dzieci z megaproblemami
psychologicznymi w przyszłości - dziś w szale i złości na mnie wykrzyczał 2,5-
letniemu synkowi, że go nie lubi, zeby się od niego odczepił itp., normalnie
obraził się na dziecko, a synek go prosił "tata, nie wkuziaj..." Aha, na
marginesie, dziecko chciane i planowane...
Myślicie, że jestem w stanie jakoś uchronić dzieci i siebieprzed przemocą
psychiczną? Gdzie szukać pomocy?
To na początek tyle, jak ktoś się do mnie odezwie (proszę!!) będę pisać więcej
- dzięki!