proszę, nie doradzajcie...

IP: *.* 11.07.02, 12:44
Zdaje się, że posypią się na mnie gromy, ale jeśli to będą argumenty a nie osobiste wycieczki i epitety to zniosę wszystko.Od jakiegoś czasu sporo jest nowych wątków o odchodzeniu i złych doświadczeniach. Sporo jest nowych samotnych mam na świecie i smutniej mi od tego. To jest takie miejsce gdzie te "nowe" mogą znaleźć inne "takie same", więc nie dziwi mnie ten nagły zalew odchodzącymi od tatusiów mamami. Dobrze jeśli znajdują w tym miejscu obraz "samodzielnych mam" ze stażem i mogą przekonać się jak sobie radzić w tej niewesołej przecież sytuacji. Dziwi mnie jednak jak inne samotne mamy doradzają "odejdź od niego" "zostaw to nieszczęście bo ważniejsze jest to żebyś Ty była szczęśliwa" i tu padają rozmaite argumenty, a najważniejszy to ten, że przecież dziecko potrzebuje szczęśliwych rodziców. To prawda, ale... Wydaje mi się, że każda nawet najbardziej dokładnie opisana historia dwojga ludzi, zawiera w sobie całe mnóstwo tego, co nie sposób opisać. Na ogół zresztą opisywana jest na naszym forum tylko przez jedną stronę. Sądzę, że to dosyć smutne relacje i na pewno prawdziwe, ale tylko jednostronne. Nie chodzi mi o to, że należy je podważać lub niewierzyć w nie. Ale mówić "odejdź", "zostań sama, bo to lepiej" - tego przecież nie wiemy. Czym innym jest dodawać otuchy w trudnych chwilach, dzielić się doświadczeniem, wspierać na wzajem i myślę, że naszym "nowicjuszkom" mamy wiele do zaoferowania. To był mój kij w mrowisko. Pozdrawiam wszystkich i proszę o chwilę refleksji. Moje przemyślenia nie dotyczą żadnej konkretnej sprawy i są jedynie ogólnym wrażeniem.AS
    • Gość edziecko: krecik Re: proszę, nie doradzajcie...Ja się nie zgadzam!:) IP: *.* 11.07.02, 13:11
      Niestety, nie zgadzam się z Twoim zdaniem. Kiedy kobieta odwiedza forum dla samotnych, szuka pokrzepienia i targają nią wątpliwości, Czasem brak odwagi, by odejść, a tutaj są właśnie inne samotne matki, które jakoś potrafią żyć z dzieckiem(lub dziećmi) w SPOKOJU. Wydaje mi się,że to najważniejsze. Skoro czuję się niekochana, pomimo wielu rozmów nic nie wychodzi, małżeństwo jest nie takie, jakie powinno- odchodzę. Zrobiłam to wczoraj, ze łzami w oczach,żalem, strachem. Zdobyłam się na tę odwagę- coś mi się od życia należy. A dziecko, dorastające w rodzinie skłóconej-to skrzywiona psychika, jemu zostaje na całe życie taki piękny obrazek z życia rodziny. Posłuchałam rad-odeszłam. Jeszcze jestem odrętwiała i zawiedziona, jeszcze nie wiem czy dobrze zrobiłam. Ale tego właśnie mi trzeba było-"ODEJDŹ!". To naprawdę nie jest łatwa decyzja.Moja mama mi powiedziała, że przeboleję, a dziecko będzie spokojne, nie nerwowo budzące się w nocy, zanosząc płaczem. Nie ma nic gorszego jak kobieta 30-40 letnia, która jest z mążem dla dobra dzieci. To nie jest dla ich dobra!Frustracja,nie spełnione marzenia i pytania do lustra-czemu nie odeszłam, jak miałam lat 20?To nie dla mnie. Ja dziękuję za takie życie. Człowiek dorosły się nie zmienia. Ma ukształtowany charakter, może conajwyżej poudawać trochę. Nic na siłę- w życiu jak w pokerze- nigdy nie wiadomo, jaka będzie kolejna karta...
      • Gość edziecko: as Re: proszę, nie doradzajcie...Ja się nie zgadzam!:) IP: *.* 11.07.02, 13:35
        To prawda, co napisałaś. Zgadzam się z tym. Chciałam tylko powiedzieć, że nikt nie ma takiej mocy, żeby powiedzieć Ci "odejdź" i to będzie jedyna słuszna rada. To Ty sama wiesz (mimo wąptliwości, które Tobą targają i które Cie nie opuszczą aż do śmierci) co powinnaś zrobić. Możesz od nas usłyszeć, że poradzisz sobie bo my sobie radzimy, możesz dostać wiadomość o dentyście dla dziecka, lub o tym jak rozmawiać z dzieckiem o tacie, którego nie ma na codzień. To forum jest fantastyczne, bo można się wspierać wymieniać doświadczeniami. Ale rada w stylu "odejdź od męża/ojca Twojego dziecka" jest po prostu nie fair. Ja nic o Tobie tak na prawdę nie wiem, nic o Twoim byłym i Twoich rodzicach. Jeśli chcesz mi opowiedzieć - wysłucham, mogę opowiedzieć Ci swoją historię, ale nie mogę wpływać na Twoje decyzje w tak kategoryczny sposób i to w tak ważnej sprawie. O to właśnie mi chodziło. PozdrawiamAS
    • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 11.07.02, 19:18
      Cześć As,myślę, że masz troszkę racji, ale tylko troszkę. Wydaje mi się, że wszyscy mamy skłonność do dawania szybkich rad, gdy coś nas oburza, albo nam się wydaje, że byłoby to dla nas nie do zaakceptowania. Często jednak tylko nam się wydaje i gdy same znajdujemy się potem w takiej sytuacji, ze zdziwieniem stwierdzamy, że zachowujemy się jednak inaczej niż nam sie to wcześnej wydawało i niż to deklarowałyśmy. Z tego względu zalecałabym wstrzemięźliwość w dawaniu takich radykalnych rad. Sama staram tego unikać, no chyba, że sytuacja jest ewidentna (bije, znęca się psychicznie itp)Z drugiej strony jednak mnie samą denerwuje podejście typu "nie powiem Ci, co o tym myślę, bo jeszcze tak zrobisz a potem będzie na mnie". Po pierwsze trąci to megalomanią. Po drugie wygląda na to, że traktujemy taką osobę szukającą rady jak małe głupie dziecko, które nie jest w stanie samodzielnie zadecydować o sobie i na pewno zrobi, to co mu powiem. Trochę więcej wiary w ludzi jako samodzielnie myślące jednostki! Tymczasem najczęściej jest tak, że mamy zamęt w głowie. Oprócz logicznych i sensownych argumentów buszują w nas różnego rodzaju emocje, któe przesłania jąśńóść widzenia. Czasami podświadomie już wiemy, co zrobimy, a fakt, że ktoś stojący obok, potwierdzi swoimi argumentami nasze przeczucia dodaje nam wiray w siebie. As, najczęściej na dany post są bardzo różne odpowiedzi. My i tak wybieramy z nich tylko te, które już mamy w sobie, ale nie potrafiliśmy ich ująć w słowa. Trochę to długie mi wyszło i zawiłe i nie wiem, czy wiadomo, o co mi chodzi. Chyba po prostu o to, żebyś nie broniła innym dawania innym rad, bo to tak, jakbyś nie wierzyła w zdolności samodecydowania osób szukających rady.PozdrawiamMonikaS
      • Gość edziecko: as Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 12.07.02, 10:22
        Dziękuję za polemikę, której trudno odmówić słuszności. Moja wiara w jednostki samodzielnie myślące, mimo targających nimi emocji, wciąż jest ogromna. Pomyślałam tylko, że może być odwrotnie niż piszesz Bridgett - to osoba która zastanawia się co zrobić, próbuje pozbyć się ciężaru odpowiedzialnie podjętej decyzji i myśli "tyle osób mówi mi odejdź, więc już nie muszę się zastanawiać". A mówią to osoby, którym brak danych do oceny sytuacji, które nic przecież nie wiedzą o tych konkretnych ludziach i ich emocjach. Ja też doradzam, gdy sytuacja z opisu wydaje się łatwa do oceny, ale nie mam się z tym najlepiej - przecież mnie łatwo się mówi lub pisze "zrób to czy tamto", życie bywa trudniejsze.Nikomu nie bronię dawania rad, mało tego często korzystam z rad innych. Najbardziej zależało mi jednak na wywołaniu dyskusji o tych konkretnych, kategorycznych radach - dziękuję za głos.
    • Gość edziecko: Hermiona Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 12.07.02, 22:51
      As, piszesz bardzo mądrze...A ja dodam coś od siebie. Wiele dziewczyn (idealistycznie mówiąc większość albo i wszystkie) wychodzi za mąż z wielkiej miłości. Takiej, która w facecie każe widzieć księcia z bajki - błyskotliwego, szarmanckiego, opiekuńczego itd. itp... Nawet jeśli widzą jego wady (np. że w domu mama musi za nim sprzątać brudne skarpety albo zeskrobywać zaschnięte ogryzki ze stołu), to wydaje im się, że w małżeństwie to będzie zupełnie inaczej wyglądało, bo przecież "on jest dla mnie taki dobry i wszystko razem robimy, nawet kanapki".Jemu się pewnie wydaje podobnie...Pobierają się, mija trochę czasu, często rodzi się dziecko, mała istotka, która miała ich jeszcze bardziej ze sobą związać i... nagle zaczyna się COŚ dziać. Facet robi się całkiem inny niż był przedtem, marudzi, nie sprząta, nie interesuje się dzieckiem... I wtedy zniechęcona mama pisze na forum list (przepraszam za uogólnienie), w którym się żali i często dostaje odpowiedź "wyprowadź się od niego", "zostaw go", "rozwiedź się"...Nie mówię tu o dziewczynach, które są zdradzane, poniewierane, bite itd.Wiecie, co mnie w tym wszystkim uderza? Że te listy pełne goryczy, żalu, że mąż był taki, a teraz jest inny; pełne zniecierpliwienia i rozczarowania, piszą dziewczyny, których staż małżeński to rok, półtora, niewiele więcej...Uważam że jesteście z pewnością inteligentnymi, młodymi kobietami... Czy nigdy nie przyszło Wam na myśl, że zakochanie to nie to samo co miłość na całe życie? Że nie da się żyć w stanie permanentnego zauroczenia? Że prędzej czy później ten dotychczas "zakazany owoc" jakim było spanie z ukochanym w jednym łóżku, siedzenie przy wspólnym stole, po prostu bycie z nim do woli, przestaje smakować i zaczyna się ŻYCIE... a w życiu, jak to w życiu, raz jest lepiej, a raz gorzej... Nagle się okazuje,że ten nasz Robin Hood i Rhett Butler w jednej osobie jest jeszcze dzieciakiem w skórze mężczyzny, więc niby dlaczego to dziecko nagle ma dorosnąć i np. poczuć instynkt ojcowski? Nagle okazuje się, że nie chce mu się sprzątać, pomagać i to nie dlatego, że przestał kochać, ale dlatego, że kłania się dom rodzinny i mama zbierająca śmieci po dzieciach, a tata nakryty gazetą... Czy chcecie czy nie, wszyscy powtarzamy to, co było naszym udziałem w dzieciństwie, w domu rodzinnym. Świadomie powtarzamy to, co było dobre, a zwykle nieświadomie to, co było złe. Chyba, że uświadomimy sobie, co i dlaczego robimy, wtedy będzie łatwiej dojść do wniosku, że trzeba to kontrolować.Któraś z Was napisała: dlaczego mam czekać aż będę 30- latką i stwierdzę, że zmarnowałam sobie życie, i dopiero wtedy odejdę - a gdzie te wszystkie zmarnowane lata?... A czy nie możecie sobie wyobrazić, że to "docieranie się" to nie jest sprawa pół roku ( i to zwykle tego tuż po ślubie, kiedy jesteście jeszcze w euforii). TO SPRAWA WIELU LAT. Bo "dotrzeć się" trzeba nie z ukochanym supermenem, ale z drugim człowiekiem, bo on oprócz tego, że jest mężem, ojcem, jest też człowiekiem, ze swoimi wadami, ze swoim ignorowaniem porządku, lenistwem, głośnym jedzeniem, czy co tam chcecie. Każda z Was (nas) też ma swoje "za uszami", jakieś przyzwyczajenia, poglądy, mentalność, które z kolei jemu trudno znieść. Mimo miłości. Bo ona nie wszystko "załatwi". Pięknie jest być zakochanym, łatwiej jest przechodzić przez różne kryzysy mając w pamięci "stare dobre czasy". Ale istotą małżeństwa jest wypracowanie sposobu na wspólne życie, na to, jak nauczyć się porozumiewać, jak nauczyć się dawać z siebie coś drugiej osobie i całej rodzinie. Wydaje mi się,że wiele dziewczyn, zakochanych po same uszy na początku małżeństwa, myśli sobie" dla mojego kochanego mężusia cała się poświęcę, będę tylko dla niego i on będzie mi wdzięczny". A tu spotyka je rozczarowanie, bo mężuś stwierdza, że skoro żona tak dookoła niego skacze, to znaczy, że lubi,a NIE, że jest taka dobra, w związku z czym on teraz będzie obmyślał sposoby, jak by jej to wynagrodzić... I że tak już będą sobie żyli długo i szczęśliwie... Może to, co doradzam, będzie poczytane za zimną kalkulację, albo wyrachowanie, ale gdzieś przeczytałam takie zdanie "dbaj o siebie bardziej niż o męża i dzieci".Nie myśl sobie, że mąż DOCENI Twoje poświęcenie - kiedy już doprowadzona do ostateczności wygarniesz mu, że tyle dla niego robiłaś, a on taki drań niewdzięczny, to przypuszczalnie usłyszysz "a kto ci się kazał poświęcać?". No właśnie, KTO? Nie zapominajcie o sobie, to łatwiej będzie Wam potem wyegzekwować pomoc, wysłuchanie, wsparcie duchowe.A przede wszystkim, takie rozwiązania w rodzaju " zostaw go" to nic innego jak tylko pochwała tchórzostwa. Bo najłatwiej jest uciec. A za jakiś czas poznacie kogoś nowego i jaką macie gwarancję, że wszystko się nie powtórzy? Że po zakochaniu nie przyjdzie czas na szare życie, które znów kogoś przerośnie? A czy te , które zostawiają mężów tak naprawdę "na niby", żeby oczy im się otworzyły, myślą, że jak mąż zadzwoni błagając o powrót, to oznacza to,że do końca zrozumiał swój błąd i że teraz będzie już tylko lepiej? Tego nie naprawia się w jeden dzień, to znów musi potrwać lata i do tego trzeba CIERPLIWOŚCI."Zrobienie" dziecka jest łatwe, wychowanie to niekończąca się "partyzantka", poleganie na intuicji i uczenie się przez kilkanaście lat... Zakochać się też jest łatwo, najtrudniej jest tę miłość przełożyć na język codziennego życia i ...zaprzyjaźnić się jak człowiek z człowiekiem, a nie - kobieta z mężczyzną. Nie spodziewajcie się życia jak w filmie : spotykają się/cięcie; zakochują się/cięcie; pobierają się/cięcie; mają gromadkę dzieci/cięcie; dożywają wspólnej szczęśliwej starości wypełnionej spacerami brzegiem morza/napisy końcowe. A co jest pomiędzy tymi kadrami? PRACA. Nic się nie dzieje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.I zanim mnie "zlinczujecie:, przypomnę, że nie piszę o tych z Was, które rzeczywiście przeżyły nieszczęście albo "zaszalały" z niewłaściwym facetem, a potem nie chciały dziecku fundować równie niewłaściwego ojca. Piszę o tych, którym wszystko wydawało się piękne, a nagle zrobiło się szare...Prawdopodobnie i tak nikt nie doczyta tego listu do końca, bo to chyba najdłuższy w mojej "karierze" na forum. Jednak przeraża mnie łatwość z jaką rezygnujecie z małżeństwa wtedy, kiedy ono na dobrą sprawę jeszcze się nawet porządnie nie rozpoczęło i musiałam o tym napisać.:hello: Monika
      • Gość edziecko: Zilka Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 13.07.02, 03:18
        Monika tylko jedna uwaga. Ostatnio rzadko się tutaj wypowiadam ale raczej wszystko czytam i jednak jak to chwiliwy kryzys z mężem/załamanie/chęć odejścia, etc. to większość dziewczyn "żali się" na emamie, zazwyczaj umieszczenie postu na samodzielnej mamie oznacza większą desperację/problem niż rozczarowanie po pół roku małżeństwa.Aczkolwiek generalnie masz pewnie rację... :)
      • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 13.07.02, 07:28
        Cześć Hermiono,napisałaś bardzo mądry post, mam jednak uwagi. Po pierwsze taki post mógłby sę pojawić właśnie jako odpowiedź na prośbę o radę jakiejś zdesperowanej mężatki, która myśli o odejściu od męża. Stanowiłby świetną przeciwwagę do postów typu „opuść drania” itp. Dziewczyna zobaczyłaby różne punkty widzenia i mogłaby może bardziej się zdystansować i podjąć słuszną dla niej decyzję. Dlaczego pozbawiać ją konfrontacji z różnymi podejściami do problemu, skoro o to sama prosi? Dlaczego, jak chce As, traktować ją jako osobę niezdolną do podjęcia samodzielnej decyzji?I po drugie masz oczywiście rację z tym budowaniem związku przez lata, tyle że jednak czasem naprawdę się nie da i wtedy trzeba wyjść z takiego związku. Znam takie 2 małżeństwa, w których nie było przemocy, ani alkoholizmu, oboje pracują, oba te małżeństwa mają po jednym dziecku. W pierwszym po 17 latach, gdy dziecko miało 16 lat matka rozwiodła się. Drugie z 8letnim stażem i 6 letnim dzieckiem jeszcze trwa. Hermiono, z tych małżeństw wieje taką straszną beznadzieją i niemożnością zmian, partnerom nie chce się wracać do domu, gdy jest tam ten drugi partner, a w tym wszystkim zagubione dzieci. Te dzieci są naprawdę zagubione i to po nich widać. Nie mają szansy ani na normalne życie rodzinne ani na rodzeństwo. To pierwsze małżeństwo zostało zawarte w młodym wieku (ona miała 19 lat) i od początku się nie układało. Ich dziecko jąka się, było chorobliwie otyłe i zawalało szkołę. Miałam wrażenie, że tkwi w impasie, tak jak i rodzice. Paradoksalnie po rozwodzie rodziców dzieciak nagle wziął swoje życie w swoje ręce – aby dostać się do swojej wymarzonej od dziecka szkoły wojskowej zaczął się uczyć i schudł kilkadziesiąt kilo (warunek przyjęcia). Dostał się i jest super zadowolony. Do czego zmierzam. Małżeństwo należy budować, ale do tego potrzeba dwojga, poza tym czasem od począku widać, że jest to pomyłka. Jeśli w rodzinie jest przemoc czy alkoholizm to rozwód jest akceptowany. Jeśli to „tylko” beznadzieja, to większość ludzi uważa, że należy w tym tkwić i ew. popracować. Tyle że nie zawsze obojgu partnerom się chce i czasami można stawać na rzęsach, żeby się dogadadać a ten drugi i tak ma to gdzieś, bo ma takie wzorce z własnej rodziny. No i właśnie te wzorce trzeba zmienić. Trzeba nauczyć dzieci, że każdy z nas jest osobiście odpowiedzialny za siebie i swoje szczęście i że trzeba próbować ciągle od nowa (najpierw budować małżeństwo, a potem jeśli się nie da, to od nowa swoje życie) a nie stać w miejscu i gorzknieć, bo nic nam się nie uda, nie tylko małżeństwo.MonikaS
        • Gość edziecko: Hermiona Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 13.07.02, 09:12
          Tak, Bridgett, ta beznadzieja... prawdziwie beznadziejna...Na pewno zdarza się, że po jakimś czasie zaczyna ona wynikać z kompletnego niedopasowania się jeśli chodzi o podejście do życia, spojrzenie na wychowywanie dzieci itd. Ale zwykle nie można powiedzieć tego na samiutkim początku małżeństwa, kiedy dwoje ludzi dopiero uczy się przebywać ze sobą pod jednym dachem. O jednej rzeczy trzeba pamiętać, że z tej drugiej osoby nie zrobimy swojego "klona", myślącego tak, jak my, czującego dokładnie to samo i powtarzającego każdy nasz gest. Niestety, trzeba umieć pogodzić się z tym, że to jest jednak odrębny człowiek, mimo, że na początku nam się wydaje, że tworzymy z nim jedność. A ta beznadzieja?... Wiesz, wydaje mi się, że tkwienie w niej przez lata może czasem wynikać z tego,że każda ze stron się spodziewa, że druga się czegoś DOMYŚLI. I potem są wzajemne pretensje, że "powinieneś/powinnaś był/była wiedzieć/domyślić się, że moje potrzeby są takie z takie". NIE MA TAK DOBRZE. Facet to takie stworzenie,które NIE UMIE SIĘ DOMYŚLAĆ. Jak mu nie powiesz prosto z mostu, o co Ci chodzi i co Cię boli, to będzie myślał, że się boczysz, bo taka już jesteś zołza, a nie dlatego, że Cię dusza boli. Jestem bardzo niepoprawna politycznie, ale uważam, że pod względem emocjonalnym (i nie tylko) kobiety są o wiele bardziej rozwinięte niż mężczyźni, więc naprawdę, nie mierzmy ich i siebie równą miarą. Jeśli jestem z jakiegoś powodu smutna czy zdenerwowana, to przyjaciółka, widząc mnie albo tylko słysząc mój głos, zaraz zapyta, co się stało i nawet, jeśli odpowiem, że nic, będzie tak długo drążyć i wypytywać, aż wyrzucę to z siebie. I poczuję się lepiej, bo podzielę się tym kłopotem z drugą osobą. A który z mężów widząc, że żona jest zła, stara się dojść do sedna problemu? Żona burknie "nic mi nie jest", a on stwierdza, że widocznie to prawda, a że zła?... Widocznie taki ma wredny charakter, że nic jej się nie podoba. I przechodzi nad tym do porządku dziennego. Dopóki nie zaczną rozmawiać, będą tkwić w tej beznadziei, w duchu obwiniając się o to, że druga osoba się "nie domyśla".Przeciętny facet naprawdę nie jest taki mądry, żeby się czegoś domyślać, przecież nie ma intuicji...Dlatego sądzę, że jeśli nie chcemy stoczyć się w tę beznadzieję, to trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Nie gderać, tylko mówić o tym, co nas boli. A jeśli boimy się, że nerwy nas za bardzo poniosą, to napisać list o tym, co czujemy. Bez argumentów typu "bo ty zawsze; bo ty nigdy..." Wierzę, że mimo wszystko z wielu takich sytuacji beznadziejnych można wybrnąć...:hello: Monika
          • Gość edziecko: Hermiona Re: proszę, nie doradzajcie... - ciekawy artykuł IP: *.* 13.07.02, 11:59
            Jakby ktoś z "Wyborczej" czytał nasze posty... W "Wysokich obcasach" jest dziś artykuł pt."Pogoń za szczęściem". Warto go sobie przeczytać, wyciąć, dać mężowi, nauczyć się na pamięć. Ja też zamierzam to zrobić.
            • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... - ciekawy artykuł IP: *.* 14.07.02, 14:04
              Hermiono, niestety nie mam tej Wyborczej. Może mogłabyś zeskanować?MonikaS
              • Gość edziecko: Hermiona Re: proszę, nie doradzajcie... - ciekawy artykuł IP: *.* 14.07.02, 22:01
                Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie - mówiąc krótko nie mam skanera...:hello: Monika
                • Gość edziecko: Johasia Re: proszę, nie doradzajcie... - ciekawy artykuł IP: *.* 14.07.02, 22:12
                  Artykuł "W pogoni za szczęściem" można przeczytać tu: http://www2.gazeta.pl/kobieta/1,24365,921435.html:hello:
                  • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... - ciekawy artykuł IP: *.* 14.07.02, 23:03
                    Dzięki serdeczne, znalazłam:hello:MonikaS
    • Gość edziecko: Adaa Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 13.07.02, 17:35
      Czy nigdy zadna z was samotnych mam nie zastanawiala sie , czy nie podjela decyzji o odejsciu zbyt pochopnie?Napewno te dziewczyny, ktore zrobily to dawno przyznaja mi w glebi serca racje, bo jesli odeszlo sie wczoraj, czy miesiac temu, emocje i poczucie krzywdy sa zbyt mocne, aby krytycznie spojrzec na siebie w tej sytuacji.Jestem mezatka drugi raz ( pierwszy 10 lat) i jak w kazdym zwiazku zdarzaja nam sie klotnie, ostatnio nawet bardzo czesto (praca ponad sily, dwoje malych dzieci itd.)Czasem mam juz wszystkiego dosc. Przeciez czasem czuje sie nierozumiana i zapomniana...Ale wiecie co, w tych monentach przypominam sobie nasz wspolny porod, gdy na swiat przychodzily nasze blizniaki, moj strach i mojego meza, ktory po dniu ciezkiej pracy ,w szpitalu nie odstapil mnie na krok, kiedy byl ze mna na sali operacyjnej, trzymal za reke i ocieral lzy strachu, i powtarzal, jaki jest ze mnie dumny...Kiedy ze wspolczuciem patrzyl, jak rozcinaja mi brzuch i rodza sie nasze maluszki.I potem , gdy opiekowal sie mna , jak nikt inny.Przez zmeczenie , czy egoistyczne rozczarowanie zyciem, nie moge zapomniec o tym co najwazniejsze, o tym ze sie kochamy mimo tych przerazliwych klotni.Byc moze inaczej patrze na to wszystko, bo nie mam juz " goracej glowy" i 32 lata, ale pomyslcie , czy nie warto lepiej doradzac w ten sposob, a nie roztrzygac sprawe drastycznym "odejdz". Kiedy zwiazek dwojga ludzi przezywa kryzys, to nigdy nie jest wina tylko jednej osoby. Moze NIE ZAWSZE warto stawiac wszystko na ostrzu noza? A juz napewno decyzja o odejsciu powinna byc przemyslana. Takie jest moje zdanie. Wiem, ze wiele mam, ktore podjely taka decyzje i zyja same, nie zgodzi sie ze mna, ale wierzcie mi nie pisze tego wszystkiego bez doswiadczenia. Czasem wydaje mi sie ze mam go az za duzo...
      • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 14.07.02, 14:03
        "Czy nigdy zadna z was samotnych mam nie zastanawiala sie , czy nie podjela decyzji o odejsciu zbyt pochopnie? Napewno te dziewczyny, ktore zrobily to dawno przyznaja mi w glebi serca racje"Adaa, no jasne, że się zastanawiamy, przynajmniej ja, bo mam dziecko, które potrzebuje ojca. Ale po pierwsze moja decyzja nie była pochopna, nosiłam się z nią kilka lat, a po drugie każdy SAM podejmuje decyzę i ponosi tego konsekwencje, nawet wtedy, gdy pros innych o radę."ale pomyslcie , czy nie warto lepiej doradzac w ten sposob, a nie roztrzygac sprawe drastycznym "odejdz""Oczywiście, że warto i dlatego Twój post mógłby się znaleźć w wątku jakiejś dziewczyny, która prosi o radę. Ale inne osoby mogą mieć inne zdanie, i dlaczego im zabraniać jego wyrażenia a tych proszących o radę zostawiać bez odpowiedzi??
        • Gość edziecko: Adaa Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 14.07.02, 19:02
          dlatego,ze dla osob znajdujacych sie w krytycznej sytuacji potrzeba trzezwego spojrzenia na sprawe. Wybacz, nie wiem skad tyle goryczy w twoim poscie, czyzbys chciala zeby wszyscy podejmowali te " jedynie trafna " decyzje. Owszem, kazdy ma prawo wyrazac swoje mysli, ale trzeba sie zastanowic, czy takie zlote rady nie przyniosa komus szkody.Czasem , czytajac takie posty , jak twoj, mam wrazenie, ze autorka mysli sobie"po co innej ma byc lepiej , jak mi. Unioslam sie honorem i odeszlam , a radze sobie bo nie mam innego wyjscia".Droga Bridgett, a moze nie podoba ci sie to co napisalam o winie dwoch stron?No , ale coz masz prawo sie z tym nie zgadzac.Mam nadzieje, ze inne samotne mamy nie zauwazyly w moim poscie niczego zlego, bo to tylko jedna z opini na temat doradzania innym.Dajac rade bierze sie poniekad odpowiedzialnosc za to co osoba sluchajaca zrobi.A doradzac trzeba mabrze, a nie z emocjami.Pomysl o tym moja droga.
          • Gość edziecko: bridgett Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 14.07.02, 22:33
            Adaa"dlatego,ze dla osob znajdujacych sie w krytycznej sytuacji potrzeba trzezwego spojrzenia na sprawe"Trzeźwe spojrzenie na sprawę to spojrzenie z różnych stron, zatem im więcej punktów widzenia, tym w gruncie rzeczy lepiej."Wybacz, nie wiem skad tyle goryczy w twoim poscie"Przeczytałam raz jeszcze swój post i nie zauważyłam tam goryczy. Może ślepa jestem. A może włączyły Ci się stereotypy?"czyzbys chciala zeby wszyscy podejmowali te " jedynie trafna " decyzje."Gdybyś uważnie przeczytała moje posty w tym wątku, wiedziałabyś, że chodzi mi właśnie o to, żeby każdy mógł poradzić wg własnego uznania, bo o to prosi zazwyczaj autor postu. Zarówno osoby radzące "odejdź" jak i te radzące "zostań, próbuj dalej". Tytuł niniejszego wątku brzmi "nie doradzajcie" i z tym polemizuję, a nie z teścią poszczególnych rad!"Czasem , czytajac takie posty , jak twoj, mam wrazenie, ze autorka mysli sobie"po co innej ma byc lepiej , jak mi. Unioslam sie honorem i odeszlam , a radze sobie bo nie mam innego wyjscia".Droga Bridgett, a moze nie podoba ci sie to co napisalam o winie dwoch stron?" Osobiste wycieczki nie są żadnym argumentem, świadczą raczej o braku argumentów. Mogłabym odwrócić ostrze noża lub zacytować "każdy sądzi wg siebie" tylko co to nam da? Do niczego konstruktywnego nie doprowadzi. Więc please, bez osbistych wycieczek na przyszłość, tym bardziej, że nie znasz mnie zupełnie."Mam nadzieje, ze inne samotne mamy nie zauwazyly w moim poscie niczego zlego"Ja też w Twoim pierwszym poście nie zauważyłam niczego złego, jedynie jeden z głosów w dyskusji, na który odpowiedziałam, ponieważ mam inne zdanie i liczyłam na dalszą dyskusję popartą argumentami. Skąd mogłam wiedzieć, że weźmiesz to (tylko właściwie co? chyba to, że mam inne zdanie) do siebie i zaraz napiętnujesz jako nieudacznika życzącego innym źle?"Dajac rade bierze sie poniekad odpowiedzialnosc za to co osoba sluchajaca zrobi."Ciągle śmiem wierzyć, że jednak ludzie dysponują własnym rozumem i każdy z nas jest odpowiedzialny za samego siebie i nawet jeśli prosi o rady, to i tak samodzielnie podejmuje decyzje. A jeśli nawet bywa, że niesamodzielnie, to pod wpływem czy presją kogoś, kogo zna i od kogo jest w jakiś sposób zależny, a nie pod wpływem anonimowego forum. Tu po prostu konfrontuje własne zdanie ze zdaniem innych. No i że to przykre, gdy wszyscy umywają ręce. (Coś mi to mówi...)"A doradzac trzeba mabrze, a nie z emocjami."Rozumiem, że tylko Ty jesteś w stanie tego dokonać."Pomysl o tym moja droga."Pomyślałam. Jakoś nie lubię takich z przerostem poczucia odpowiedzialności, którzy w imię tego nic nie robią. No i nie pisz do mnie więcej "moja droga". Po pierwsze nie lubię tego. Po drugie, w Twoim wykonaniu jakieś to protekcjonalne takie.Pozdrawiam i życzę więcej dystansuMonikaS
            • Gość edziecko: as Re: proszę, nie doradzajcie... IP: *.* 14.07.02, 23:10
              Czesc Bridget,"Przeczytałam raz jeszcze swój post i nie zauważyłam tam goryczy. Może ślepa jestem. A może włączyły Ci się stereotypy?"To ja sprawczyni tej dyskusji, odzywam się bo wciąż wydaje mi się, że trochę się jednak gorączkujesz. Od początku zarzucasz mi złe intencje, brak odwagi w doradzaniu i to, że nie daję prawa do doradzania. Napiszę to więc wyraźnie - to forum jest po to żeby sobie doradzać, wymieniać się poglądami w jakiejś ogólnej dyskusji o tym, jak być mamą (samą i nie) tatą i rodziną. I nie widzę nic w tym złego, że wszyscy tu sobie doradzają; Problemem stają się rady kategoryczne, a mające wpływ, decydujące nieraz o reszcie życia. I tu faktycznie im więcej poglądów na świat tym lepiej. Tylko nikt w postach o ogólnej wymowie "odejdź" nie dodaje otuchy w tym przykrym postanowieniu a raczej utwierdza o nieuchronności tego co się stało, a co obiektywnie jest jakąś porażką. "Gdybyś uważnie przeczytała moje posty w tym wątku, wiedziałabyś, że chodzi mi właśnie o to, żeby każdy mógł poradzić wg własnego uznania, bo o to prosi zazwyczaj autor postu. Zarówno osoby radzące "odejdź" jak i te radzące "zostań, próbuj dalej". Tytuł niniejszego wątku brzmi "nie doradzajcie" i z tym polemizuję, a nie z teścią poszczególnych rad!"Owszem tytuł jest "proszę, nie doradzajcie" ale jest to tylko prowokacja do dyskusji. Z treści jednak (takie miałam intencje) powinno wynikać "nie doradzajcie - odejdź". Będę się upierać, że do tego potrzeba więcej danych, choćby znajomości tej drugiej strony. Obawiam się, że zbyt łatwo takie rady padają - stąd pomysł na dyskusję."Osobiste wycieczki nie są żadnym argumentem, świadczą raczej o braku argumentów. Mogłabym odwrócić ostrze noża lub zacytować "każdy sądzi wg siebie" tylko co to nam da? Do niczego konstruktywnego nie doprowadzi. Więc please, bez osbistych wycieczek na przyszłość, tym bardziej, że nie znasz mnie zupełnie.Piszę Bridget, mam nadzieję jeszcze zanim poczujesz się dotknięta. Bo nie chciałabym, żeby ta dyskusja obraziła kogokolwiek. (Spodziewałam się tych gromów i wycieczek pod swoim własnym adresem.) Jak dotąd dyskusja może nie jest łatwa i nieskąplikowana, ale chyba niczyją intencją nie było obrazić Ciebie - nie odebrałam tego w taki sposób."Ciągle śmiem wierzyć, że jednak ludzie dysponują własnym rozumem i każdy z nas jest odpowiedzialny za samego siebie i nawet jeśli prosi o rady, to i tak samodzielnie podejmuje decyzje. A jeśli nawet bywa, że niesamodzielnie, to pod wpływem czy presją kogoś, kogo zna i od kogo jest w jakiś sposób zależny, a nie pod wpływem anonimowego forum. Tu po prostu konfrontuje własne zdanie ze zdaniem innych. No i że to przykre, gdy wszyscy umywają ręce. (Coś mi to mówi...)"Ja też nie należę do osób, które odwracają się od kogoś kto płacze na ulicy. Nie uważam, że można udawać, że nic się nie dzieje, skoro tyle tych samotnych mam sobie teraz tu gaworzy. I nie chodziło mi o tych, którzy nieodpowiedzialnie podejmą decyzję o odejściu po przeczytaniu czyjegoś listu na forum tylko o to, że nie wypada, że to po prostu nie "fair" radzić coś o czym nie ma się pojęcia. Bo co my tu o sobie nawzajem wiemy, żeby ocenić i osądzić tak trudną w życiu sytuację jak rozstanie dwojga ludzi?Bridget, dziękuję za Twój głos w tej dyskusji - jest tym bardziej cenny, że polemiczny i kontrowersyjny. Zostań jeszcze trochę w tej dyskusji. Bardzo dziękuję w każdym razie za to, że tyle ważnych rzeczy zostało powiedzianych.PozdrawiamAS
Pełna wersja