merry23
19.01.07, 20:49
Kontakty z dzieckiem, ale i kontakty z matką dziecka.
Postaram się jak najkrócej: od miesięcy próbujemy uregulować kontakty ojca z
córką, która mieszka ze mną, czyli z matką; mała ma niespełna półtora roku.
Ojciec małej jest żonaty, miał się ze mną związać, ale zmienił zdanie(?) i na
miesiąc przed porodem zerwał ze mną kontakt. Z czasem, im mała była większa,
tym bardziej o kontakt z dzieckiem zabiegał. Kiedy mała skończyła rok, zaczęła
u taty nocować; jak widzę, jego żona ją bardzo kocha, a przynajmniej
akceptuje. Zacisnęłam zęby i pozwalałam na kontakty z obojgiem. Tatuś
codziennie słał smsy i dzwonił, że nas OBIE kocha. W Wigilię zostałam
zaprezentowana żonie, w drugi dzień Świąt na część dnia przyjechali do nas
razem (miał być sam i spędzić z córką cały dzień; miała telefonować rano, nie
zrobił tego, dotarli po południu - to skrót większości ustalanych wcześniej
kontaktów). W tym samym czasie klepanie mnie po pośladkach na ulicy etc. Na
moje: "chciałabym, żeby mała miała rodzeństwo" (jestem półsierotą i
jedynaczką; wiem, co to znaczy) odpowiedź "no to masz dwa wyjścia, rodzone
albo przyrodnie". Szok. Adoracja, smsy etc. A z drugiej strony plany jak to
będziemy sobie w czwórkę z żoną jeździć na wycieczki(!). Na moje "Nie pójdę z
tobą więcej do łóżka; Jakie drugie dziecko? Co na to V.? (żona) - beztroskie
(bezmyślne?) "A dlaczego nie?". I oczywiście, że przy drugim dziecku "wszystko
musiałoby się zmienić" (to samo słyszałam zanim pierwszy raz zaszłam w ciążę).
Dwa tygodnie temu mała spała, kiedy ojciec po nią przyjechał (miał być 11.30,
był o 13 - może to drobiazg, ale mnie wyprowadza z równowagi) - i zaczął się
do mnie dobierać. Zareagowałam histerycznie - parę dni później przez telefon
wydarłam się do niego, żeby się ze mną ożenił; po tym oberwało mi się od
żony,która to słyszała (melodramat...); na to powiedziałam, że chcę zerwać
kontakt z nimi, na jej agresję, że to dlatego, że jej mąż nie chce się ze mną
ożenić, napomknęłam, dlaczego, to znaczy, co ze mną wciąż chce robić. Z żoną
porozmawiałyśmy z czasem bardzo spokojnie, z obustronnym szacunkiem.
No ale problem: nikt poza mną nie umożliwi ojcu kontaktu z dzieckiem.
Ponad tydzień na ochłonięcie. Bo przecież dziecko ma mieć ojca.
Umówiłam się smsem, że będzie u córki, kiedy ja na 2 godziny wychodzę z domu.
Przyjęłam go spokojnie, on w progu do mnie podniesionym głosem. Dziecko na
ręce i krzyczy - że jestem Savonarola (że żonę "wmieszałam", w imię prawdy,a
de facto własnego chorego egotyzmu), że jeśli kiedykolwiek skrzywdzę dziecko
(ja!?), to mnie popamięta, że wciaż mam kontakt z mężczyzną, do którego
próbowałam od niego odejść (nie mam, ale mówić "nie mam", to jak grochem o
ścianę), że "kim dla mnie właściwie jest ten mój przyjaciel" (chrzestny córki,
który mnie woził do szpitala w końcówce ciąży i odwiedzał nas, kiedy ojciec
małej się na nas wypiął, bo ratował małżeństwo), że to sku..syn i on ma nigdy
się nie zbliżać do jego dziecka etc. To wszystko, powtarzam, z dzieckiem na
ręku - z furią w oczach, warcząc na mnie i krzycząc. Nie pierwszy raz tak się
wobec mnie zachowuje.
Chciałam spokojnie porozmawiać, żeby ustalić, kiedy i jak często będzie się
widział z małą. Chciałam wytłumaczyć, ze chcę mieć jak najmniejszy kontakt, bo
jestem kłębkiem nerwów, bo muszę się uwolnić, bo nie chcę do końca życia czuć
się związana z żonatym mężczyzną. "Będę w środę".
Nie da się nic wspólnie ustalić. Albo on narzuca, albo - "to co, lepiej żeby
nie miała kontaktów z ojcem? tego chcesz?" - tak było właściwie od zawsze.
Może chaotyczne to wszystko. Do tego melodramatyczne i niesmaczne. Ja jestem
przerażona. Bardzo chciałam, żeby moja córka miała kontakt z ojcem (on ją
naprawdę kocha, przynajmniej na to wygląda; to jego jedyne dziecko), ale nie
daję rady, chciałam odejść, symbolicznie odejść, zacząć "własne" życie, bez
jego i jego żony dzień po dniu obecnych w myślach i emocjach.
A tu: albo ręka w majtki i "wszyscy się kochamy, a mała ma dwa domy", albo
agresja.
Co robić?? Mówię: nie podnoś na mnie głosu przy dziecku. Mała ucieka do mnie
na ręce, jest zdezorientowana.
Czy ojciec to wartość absolutna? Czy warto znosić coś takiego? Najbliżsi
znajomi mówią mi: To Ty przede wszystkim masz być normalna i spokojna.
Jeśli ktoś był w podobnej sytuacji (chodzi o stosunek ojca dziecka do matki) -
co się dzieje z czasem? Czy z tego może wyniknąć cokolwiek dobrego (przede
wszystkim dla dziecka)?
Dodam jeszcze, że ustalaliśmy, że będzie się zajmował małą dwa razy w tygodniu
- naprzemiennie u mnie i u nich w domu. Nic z tego nie wyszło. Kończyło się:
raz w tygodniu z noclegiem w domu ojca ("bo tak lepiej dla wszystkich"),
czyli córka ma tatę tylko jeśli spakuje zabawki do plecaka i pojedzie do
innego domu. Ja z tygodnia na tydzień do ostatniej chwili nie wiedziałam,
którego dnia on będzie (po małą) i o której godzinie. Zwykle spóźniony -
dziecko ma za rok-dwa czekać z nosem przyklejonym do szyby?...
Ja już nie mam sił.... Czuję się niszczona psychicznie - i kiedy pisze sms
"kochane moje kobiety" (matka i córka) - bo po co mnie wciąż wiąże ze sobą, i
kiedy na mnie krzyczy.
Czy ktoś potrafi cokolwiek doradzić - z własnego doświadczenia... rodzice
starszych dzieci?
Bardzo proszę i pozdrawiam.