raaja
27.03.07, 13:19
Witajcie,jestem tu "nowa"..Moja historia,podobna do innych..Od byłego
wyprowadziłam się rok temu,po prawie 10 latach małżeństwa,zrobiłam to co
uznałam za najlepsze dla mnie i mojej córki..Miałam 27 lat gdy urodziłam
córkę. Nadmienię,że mój ex nigdy nie chciał mieć dzieci,i jedynie przypadek
(dla mnie cud)sprawił,że w ciążę zaszłam."Pan i władca" poniżał
mnie,szarpał,wyzywał,nie okazywał czułości,miłości,wolał na czatach
siedzieć,w pracy zostawać po godzinach,niż wracać do domu,w którym była jego
mała córeczka. Ogólnie brak zainteresowania (po pracy zamykał się w pokoju na
odpoczynek).Po urodzeniu małej,przez 8 miesięcy byłam w domu,najpierw na
urlopie macierzyskim, później na płatnym urlopie.Gdy wróciłam do pracy,z
córką została moja mama.Mieszkaliśmy sami,w jego mieszkaniu.Nie układało
się,ciągłe kłótnie,wyzwiska,spowodowały,że zaczełam myśleć o rozstaniu. Tylko
gdzie uciec?z małym dzieciątkiem,bez perspektyw,bez mieszkania.Myśłałam,że
pomoże terapia,sama się umówiłam na spotkanie,jego wyciągnęłam na siłę.No i
na takim spotkaniu z psychologiem,on przyznał się do stosowania przemocy
fizycznej i psychicznej,więcej już nie poszedł..a ja?próbowałam to sobie
wytłumaczyć wszystko,aż któregoś dnia powiedziałam stop. Znalazłam mieszkanie
(jeden pokój),wyremontowałam go,i czekałam dalej,łudząc się,że on się
zmieni,że pokocha nas obie. Po jakiejś kłótni,spakowałam swoje rzeczy do
jednej torby i....ponieważ nie chciał nas wypuścić z domu,zadzwoniłam po
policję i mojego ojca. I tak dzięki interwencji,uwolniłam się. Zamieszkałam u
mamy,w lutym,mała miała 3 latka.W maju przeprowadziłam się do samodzielnego
mieszkania. Jesteśmy w nim do tej pory. Jest ciężko,poczucie winy,że zrobiłam
małej krzywdę nie daje mi spać. On nie daje mi żyć,jest złośliwy,cyniczny,aby
tylko mi dokopać.Płaci alimenty (350 zł) i nic poza tym,mamy wspólny
kredyt,który spłacam sama. Nie ma ustalonych sądowo terminów spotkań z
córką,chociaż takie byłyby wskazane. Faktem,że przychodzi po mała w środy do
przedszkola,co drugi weekend zabiera ją do siebie,ale....w ostatnią sobotę
mała była u niego,płakała za mną(sam to powiedział),a on nawet nie
zadzwonił,dla mnie nie byłoby problemem podjechanie po nią,ale on nie patrzy
na dziecko,tylko,że jest to jego weekend. Kocham moją córkę i zrobiłabym dla
niej wszystko.Boli mnie,że on chce dokopać mnie. Często mi grozi,że sąd
przyzna mu pełne prawa do córki,i że córka będzie mieszkała z nim.Nie wiem co
robić,z jednej strony rozwód,bo chciałabym ułożyć sobie życie (mnie i mojej
córce),z drugiej strony ustalenie terminów spotkań (na moją propozycję,każda
środa i wymiennie,sobota lub niedziela,bez noclegów,on nie wyraża
zgody),wygzekwowanie od niego,spłaty co miesiąc połowy kredytu. Napiszę
jeszcze,że wyprowadziłam się,biorąc ze sobą tylko swoje ubrania i
kosmetyki,nic więcej,wszystko zostało u niego. Nie mam nic,co wspólnie
wnieśliśmy do tego małżeństwa.I nic nie chcę,jedynie ten kredyt mnie dobija.
Co mam robić,bo te jego groźby nie dają mi normalnie funkcjonować. Nie
potrafię spokojnie rozmawiać z tym człowiekiem. Współczuję jego kobiecie,że
jeszcze nie zobaczyła jego prawdziwej natury.
A i jeszcze jedno,na moje prośby o dołożenie mi do kredytu,odpowiada,że daje
mi alimenty i że nie ma kasy

Żenada?
Wiem,piszę mało składnie,przepraszam...