maroonka
10.04.07, 21:06
Rozpada mi się cała rodzina, a ja jestem w samym środku i nie mam szansy na
uwolnienie się od męża, od matki i od kłopotów.
Zacznę od mojej mamy...
Nie mieszka z nami na stałe, ale przyjeżdża często. Chcę, aby moje dzieci
miały babcię. Boże - to przecież moja matka. Problem tkwi w tym, że
przyczyniła się pośrednio do śmierci mojego dziecka przed 5 laty.
Oczywiście, że tego nie chciała, ale tak wyszło. Wiem, że to straszne, co
piszę, ale to prawda. Przebaczyłam jej, ale jak widać nie do końca.
Bardzo krótko miałam dobre, szczęśliwe życie, bardzo krótko. Od 5 lat moje
życie to koszmar.
urodziłam dwa lata temu bliźniaki i moja matka zachowuje się, jakby były jej
własne. Ona próbuje odpokutować, a ja reaguję panicznie, jak ona opiekuje się
nimi. Szczere rozmowy z nią nie pomagają - już to próbowałam wiele razy.
Czuję, że wytrzymywanie z nią to ponad moje siły.
Druga sprawa to mąż...
Przez lata nie pracował z różnych powodów, obecnie zarabia grosze. Jesteśmy
materialnie uzależnieni od mojej matki. Zaczęłam go za to nienawidzieć. On ma
naturę utrzymanka i nie mogę uwierzyć, że byłam kiedyś taka ślepa (byłam
młoda i głupia jak brałam ślub)Tu już nie ma miłości. Nie ufam mu i jestem
pewna, że nie chcę z nim być.
W tym czasie, co braliśmy ślub (5 lat temu), byłam naiwna i głupia, zaufałam
mu i zainwestowałam swoje pieniądze (35 tys. zł to dla mnie był i jest
majątek!), założyłam firmę na swoje nazwisko.
On ją prowadził i narobił mi długów na ponad 60 tys. zł. Ja teraz świecę
oczami przed sądem, bo ciągle są mi robione nowe sprawy. Sędziów nie
obchodzi, że to mąż prowadził firmę. Jestem zadłużona po uszy, komornik
ściąga co miesiąc pieniądze z mojej pensji.
A mój mąż? Ledwo tysiąc zarabia, wydaje na samochód (dostał stary samochód po
rodzicach) i rozrywki dla siebie, rzadko dla dzieci. Jestem załamana,
zmęczona, przestraszona.
Mamy dwoje dzieci, teraz 2-latków i mieszkamy w malutkiej miejscowości w
mieszkaniu, które prawnie należy do mojej mamy, a kredyt na niego wzięłi
rodzice jego i moja mama. Mam 2 km do przystanku autobusowego, 3 km do
żłobka... nie mam prawa jazdy, nie stać mnie na zrobienie, a tym bardziej na
kupno samochodu... jestem uzależniona w każdy sposób od męża. Zawozi mnie
rano do pracy. Jak się nie daj boże pogniewa, to muszę w nocy (kończę pracę o
18.00 Zimą o tej godzinie jest noc.)przez las sama drałować.
Po prostu dałam się równo zrobić!
A on się gniewa o najdrobniejsze rzeczy. Wybucha, krzyczy i obraża się. Nie
odzywa się do mnie całymi dniami, bywało że o tygodniami. Takie mi kary robi.
Mój mąż grozi mi, że jak wystąpię o rozwód, to dzieci zabierze, że wykorzysta
to, że przed sądem denerwuję się. Z mieszkania nie wyprowadzi się (kredyt
wzięli jego rodzice i moja mama). Ja też sama z dziećmi nie utrzymam się. Po
tym jak komornik zabierze, ile się da, zostaje mi 1000 zł na cały miesiąc.
Jak ja za to utrzymam siebie i dzieci?
Mąż i matka zwalają winę na mnie, że ze mną jest coś nie w porządku, że ja
jestem wszystkiemu winna. Matka zwala też na męża, ale pretensji nie kieruje
do męża, tylko do mnie. Nie mogę wyjść na prostą po stracie dziecka, nie mogę
wyjść na prostą, bo żyję na skraju ubóstwa.
Tylko marzenie o życiu w małej kawalerce sama z dziećmi ma sens. I
decydowanie o sobie samej. I to, że w przyszłości będę mądrzejsza, nie zaufam
mężczyźnie. Jestem jeszcze młoda, mam 24 lata, jeszcze będę silna.
Ale nie wiecie, dziewczyny, jak wam czasem dobrze, że jesteście samotne...