Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dalej...

04.09.07, 00:13
Witam,

Czytałam wątek o tym, kiedy pozowlić na spotkania z neks. Mnie nie
spytano o zgodę. Po prostu po jednym z weekendów spędzonym z tatą
dzieci opowiedziały że były z ciocią Z. Od tego czasu spotykały się
regularnie z tatą i Panią Z, po krótkim czasie zaczęły bywać w jej
domu; w końcu nawet dostapiły własnego pokoju (ich tata już tam swój
miał). Nie miałam woli utrudniać kontaktów ojca z dziećmi (7 i 2
lata) i w dobrej wierze godziłam się na te spotkania, siłą rzeczy we
4. Wyszłam z założenia, że im silniejsza więź nawiążą teraz z tatą,
to cokolwiek się wydarzy później (nowe dziecko, zmiana frontu do
dziec neks po ślubie) nikt im tego nie odbierze. Zaprotestowałam w
którymś momencie, jak zaczęli jeździc do jej rodziców na weekendy,
uczestniczyć w jakis spotkniach rodzinnych tamtej strony. Ale i to
mało stanowczo, i mało skutecznie. Minął rok. I poznaję neks...
podczas odwiedzin na obozie wakacyjnym starszego dziecka. Dodatkowo
przyjeżdżają z młodszą córką, którą tata rano zabrał na weekend.
Sytuacja, której nikomu nie życzę. Emocje - porównywalne z tymi z
sali sądowej. Koszmar...
I tak sobie myślę, ze chyba gdzieś ta równowaga została mocno
zachwiana. Bo ani ja się od nich nie opędzam, ani na zdrowiu nie
podupadłam, mają mamę - potrzebna jest druga?
W dobrej wierze umożliwiałam, ułatwiałam nawet, kontakty z tatą.
Siłą rzeczy i z nią. I doszłam do momentu, gdy oni uzurpują sobie
prawa do stanowienia rodziny (tak to przynjamniej wygląda), którą
przecież nie są. I nigdy nie będą. Przynajmniej nie z moimi dziećmi.
Trudno mi teraz. Czuję, że powinnam ukrócić te praktyki. Nie wiem
tylko gdzie jest ta granica: ojcostwa - macierzyństwa. Osobnego. Nie
chcę reagować histrycznie i "od dziś możesz się widywać z dziećmi w
II i IV wtorek miesiąca, 3 godziny na placu zabaw pod domem". Ale
też nie może tak być dalej. Neks za bardzo weszła w życie dzieci. i
ja jej na to pozwoliłam.
Nie wiem co mam robić dalej.
A.


    • mammaj Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 00:43
      Co ja najlepszego narobiłam... sad((((((((((((((((((((((((
    • borys.joszko Re: 04.09.07, 00:48
      Nie chciałbym Cię urazić, ale nie bardzo rozumiem, co masz do
      zarzucenia pani next. Z tego, co piszesz: w pełni zaakceptowała
      Twoje dzieci, dała im osobne miejsce w swoim domu, przedstawiła
      swojej rodzinie - tym samym uznała za ważne osoby w swoim życiu. Czy
      wolałabyś, żeby je odrzucała albo traktowała jak zło konieczne?
      Gwarantuję Ci, że układ taki jak obecnie jest dla ich samopoczucia o
      niebo korzystniejszy.

      Mnie zastanawia co innego - wydajesz się bardzo niepewna swojej
      pozycji w życiu dzieci. "Mają mamę - potrzebna jest druga?" -
      piszesz. Pani next nigdy nie będzie drugą mamą. Może być nawet
      supermegaodjazdową macochą, ale mamą nie będzie nigdy. Twoje miejsce
      w życiu dzieci jest szczególne i nie do zastąpienia. I nie ma
      znaczenia, jak bardzo Twoje dzieci się z panią next spoufalą.
      Pamiętaj o tym.

      Moja diagnoza: zazdrość. Niestety. O dzieci i, kto wie, czy nie o
      byłego męża.
      • mrs_ka Re: 04.09.07, 01:14

        Trudno się nie zgodzić z Borysem.

        Na początek jednak warto zadać sobie dwa pytania:

        1. jakiego właściwie układu oczekiwałaś? Mam na myśli idealny układ porozwodowy,
        którego byś sobie życzyła

        2. Co ukształtowało Twoją wizję "układu idealnego"? Czy Twoja rodzina ma podobną
        opinię o sytuacji?

        W tym, co opisałaś nie widzę niczego ani dziwnego, ani niepokojącego. To opis
        normalnej rodziny rekonstruowanej.
        Właśnie: RODZINA rekonstruowana. Tak się nazywa ten twór.
        Doświadcza i tworzy go wiele osób spośród tu piszących. Każdy z nas, kto mając
        dzieci z poprzedniego związku wszedł w kolejny związek. Obchodzimy wspólnie
        święta, jeździmy na wczasy, nasze dzieci są gośćmi na weselu mamy i na weselu
        taty. Nie rysujemy linii demarkacyjnej między "właściwym domem", a "domem taty i
        tej obcej kobiety" bo tez nie o to w tym chodzi. Chodzi zaś o dzieci i o to, aby
        stabilność i bezpieczeństwo ich dzieciństwa zostały odzyskane.

        Zalezy nam, aby nowi partnerzy naszych byłych mężów i żon byli ludźmi
        sensownymi, pozytywnie nastawionymi do pasierbów, aby widzieli dla naszych
        dzieci miejsce w swoim domu.
        Myślę, że stawiasz sprawę zupełnie opacznie. To nie jest kwestia wymiany matek
        czy zajmowania cudzego miejsca.
        Taka jest po prostu kolej rzeczy: rozwiedzeni rodzice układają sobie zycie nadal
        pozostając rodzicami.

        a.


        • mammaj Re: 04.09.07, 01:42
          Układ porozwodowy idealny - takiego bym sobie życzyła.
          Niestety mam pocucie jakbym tylko ja o niego walczyła i o niego się
          starała. Dlaczego tak uważam? M.in dlatego, że sytuację na obozie
          odbieram jako nieuszanowanie moich uczuć. Kilkakrotnie eks
          proponował mi spotkanie z nią, i jasno mówiłam że nie jestem gotowa,
          nie mam na razie ani ochoty, ani woli żeby to zrobić. Miał tego
          świadomość. I mimo to, do takiego spotkania doprowadził. Nawet jeśli
          Borys ma rację - i jest to zazdrość - to mam do niej prawo. Nie
          bronię im szczęsliwego życia, nie ingeruję, zostawiam. Z drugiej
          strony mam swój czas godzenia się z sytuacją, z rozwodem. U
          niektórych trwa miesiąc, u innych 3, może rok, a może i 5 lat. Jeśli
          układ porozwodowy ma być idealny, to bez respektowania i szanowania
          siebie i własnych uczuć - nie jest to w ogóle możliwe.
          Pytasz o opinie rodziny? Waśnie dziś nasłuchałam się po raz kolejny:
          że za łatwo ustępuję, że na wszystko się zgadzam, że dostosowuję się
          do eksa, kiedy tylko chce, może zabrac dzieci itd. itd.

          Wracając do szacunku. Jeśli nie mam pewności, że jestem szanowana
          przez dorosłych w "rodzinie rekonstruowanej", trudno oczekiwać, że
          takiego szacunku nauczą dzieci. Syn jest duży - sam znajdzie
          odpowiedż, córka jest mała i od początku w tym "urabiana". Zanim
          dorośnie i syn będzie jej mógł przedstawić ich "dziecięcy punkt
          widzenia" to "szanowane miejsce matki", może być już nie do zajęcia.

          • borys.joszko Re: 04.09.07, 01:58
            > Nawet jeśli
            > Borys ma rację - i jest to zazdrość - to mam do niej prawo. Nie
            > bronię im szczęsliwego życia, nie ingeruję, zostawiam. Z drugiej
            > strony mam swój czas godzenia się z sytuacją, z rozwodem.

            Przepraszam Cię, bo chyba trochę zbyt ostro pograłem w pierwszym
            poście. Ja się wcale Twojej zazdrości nie dziwię. Emocje to nie jest
            coś, co można sobie tak po prostu odjąć. Każdy inaczej reaguje na
            pewne sprawy i innego czasu potrzebuje, by się z nimi uporać. Ważne
            tylko, żeby zazdrość w jak najmniejszym stopniu wpływała na Twoje
            zachowania i wybory. Zwłaszcza, że dotyczą tak delikatnej materii
            jak wychowanie dzieci.
      • mammaj Re: 04.09.07, 01:23
        Problem jest taki, że neks nie ma swoich dzieci i nie wiem czy
        będzie je mieć. Syn jest większy, ale córka jest malutka,
        słodziutka, do kochania i rozpieszczania, z czego neks skwapliwie
        korzysta. Były sytyaucje gdy mała wracała od niej wyperfumowana,
        wystrojona, obkupiona w torebki i biżuterię - z hasłem "jetem
        prawdziwą kobietą". Nie jest to postępowanie "opowiedzialnego
        rodzica", ani wychowawcze, ani dobrze ksztaltujące prrawidłowy
        rozwój dzieci; a nie bardzo mam wpływ na to, żeby pod jej "opieką"
        dzieci traktowane były w ten lub inny sposób. Cała sytuacja wygląda
        trochę tak, jakby eks zabierał dzieci nie, żeby spędzić z nimi
        wspólny czas, ale zrobić przyjemność swojej partnerce.
        Jestem mamą - w codziennych obowiązakach, radościach, świętach i
        wakacjach. Bardzo poważnie to traktuję, chyba aż za bardzo, bo biorę
        odpowiedzialność za innych też, łącznie z kontaktami ich taty z nimi.

        Piszesz: "Twoje miejsce w życiu dzieci jest szczególne i nie do
        zastąpienia.". Jest. Dzieci mają tego świadomość (zaraz i o tym czy
        mają). Ważne też, żeby to miejsce respektował i eks i jego partneka.
        Spotkanie na obozie nie było ani zapowiedziane, ani przypadkowe.
        Skonfrontowanie mnie z tak sytaucją i dzieci(!) z dwoma paniami przy
        jednym tatusiu, nie jest ani racjonalne, ani odpowiedzialne ani nie
        świadczy o tym, że ja i moje uczucia są szanowane.
        Chodzi o zachowanie jakiejś równowagi... hierarchii może...sama nie
        wiem jak to nazwać...
        Obrazek eksa bawiącego się w pikę z synem, i mojej córki wczepionej
        w ramiona "tej pani" (bo nie jest jego żoną) mocno przeczy tej
        równowadze. Ja stałam z boku, zostałam wykluczona, mimo że byłam tam
        fizycznie. Czy jeśli takie jest nastawienie eksa i jej do "rodziny"
        to jest pewność, że dzieci to szczególne miejsce zachowają, nie same
        z siebie, tylko czy ktos im tego nie wyprze?

        P.S. Do szczegónego miejsca. Pisząc tego posta, czekałam na dzieci
        wracające z 2-tyg urlopu z tatą i jego partnetką. Opowieści mnóstwo,
        dzieci podekscytowane. W którymś momencia córka mówi, że kąpali się
        w błocie. "Ale kto się kąpał?", pytam. "RODZICE" odpowiada moja
        trzylatka. "Rodzice, tzn. kto?" - ciąnę dalej. "No tata i X (tu pada
        imię neksi)".
        Moje miejsce jest nie do zastąpienia?

        To nie jest pytanie, które stawiam sobie. Raczej które formuuję tak:
        czy ktoś w tym miejscu nie chce mnie zastąpić?
        • borys.joszko Re: 04.09.07, 01:48
          Jeśli poświęcasz swoim dzieciom czas i wpajasz im swoje wartości,
          rozpieszczanie u ojca ich nie zepsuje. Będzie weekendowym
          szaleństwem, niczym więcej. Nie masz wpływu na to, jak Twój ex ze
          swoją next zajmują się dziećmi. Kontaktu z ojcem ograniczyć nie
          możesz, bo skrzywdzisz dzieci. Jedyna możliwość - zdystansować się i
          konsekwentnie wychowywać dzieci w zgodzie ze swoim systemem wartości.

          To, jak Twój ex i jego next zachowują się wobec Ciebie, to rozgrywki
          między dorosłymi. Widocznie panu brak klasy albo tylko pomyślunku,
          skoro naraża Cię na spotkania, których nie chcesz. Ale to już Wasze
          sprawy.

          "Rodzice". Mam kolegę i koleżankę wychowanych w rekonstruowanych
          rodzinach. Oboje o swoich matkach i ich mężach mówią per rodzice. A
          ich związki z ojczymami to żadna płomienna miłość. Po prostu: tak
          łatwiej. Ich ojcowie akurat obaj niezwiązani, więc nie wiem, jak by
          to wyglądało na tej linii. W przypadku Twojej córki mogło być też
          tak, że ktoś obcy (np. z obsługi) widząc dwoje dorosłych ludzi i
          dwoje dzieci, zwrócił się niej jakimś: "A czy rodzice Ci pozwolą?" i
          ona to przejęła. Takie maluchy łatwo się sugerują.

          Nie łam się. Nawet jeśli oni chcą Cię zastąpić, to przecież nie mają
          szanssmile
          • ddanna Re: 04.09.07, 09:12
            "> Jeśli poświęcasz swoim dzieciom czas i wpajasz im swoje wartości,
            > rozpieszczanie u ojca ich nie zepsuje. Będzie weekendowym
            > szaleństwem, niczym więcej."

            To co piszesz brzmi idyllicznie. Niestety zycie nie jest idealne, i nasze dzieci
            również, i choćbyś starał się jak nie wiem to pokusy dla takich dzieciaczków są
            często "nie do pokonania".
            Dlatego borys, nie do końca można się z Tobą zgodzić. Od tych "weekendowych
            szaleństw" krótka droga do buntu i braku akceptacji metod wychowawczych matki: a
            u taty mogę to robić, a u taty nie muszę, a tato mówi że to głupie itp.,
            zresztą na pewno wiesz o co chodzi. Tak że nie bagatelizowałabym jednak problemu.
            Oczywiście nie jestem za ograniczaniem kontaktów z ojcem absolutnie. Autorce
            postu oczywiście radziłabym szczerą rozmowę z exem, a może nawet z naxią, choć
            zdaję sobie sprawę z tego jakie to trudne. Oni po prostu mogą nie wiedzieć że
            coś jest nie tak w oczach matki dzieci. Może trzeba razem z mężem ustalić pewne
            rzeczy, bardzo konkretne, w jakich wartościach dzieci mają być wychowywane. Do
            takiej rozmowy trzeba się bardzo dobrze przygotować, może spisać wszystkie swoje
            "postulaty" wcześniej, bo w nerwach to większości konkretów się nie pamięta.
            A to że nie wszyscy będą akceptować metody wychowawcze matki (w tym wypadku) -
            wystarczy np. wspomnieć dziadków karmiących dzieci cukierkami ukradkiem, bo mama
            wyznaczyła na jedzenie cukierków tylko sobotę, więc trzeba w tygodniu zrobić to
            tak zeby nie wiedziała - też trzeba przyjąć do wiadomości i jakoś zaakceptować,
            w sumie nie ma sensu toczyć wojny ze wszystkimi prawda?
            I jeszcze pytanie do autorki, powtórzone za innym postem: JAK wg Ciebie powinna
            wyglądać "idealna sytuacja"? Bo że chciałabyś idealnej to wiadome, ale jak ta
            "idealna" powinna wyglądać?
        • mrs_ka Re: 04.09.07, 01:50
          Droga Mammaj, Twoja córa ma trzy lata.
          Kiedy mój syn miał tyle nie raz i nie dwa zdarzyło mu się nazwać mojego męża
          "tatą" czy użyć słowa "rodzice" w stosunku do mnie i męża, choć mąż jest jego
          ojczymem, zas biologiczny tata jest jak najbardziej obecny w życiu syna.
          Nie przywiązywałabym do tego żadnej wagi, bo to minie wraz ze wzrostem
          świadomości sytuacji u dzieci.

          Co do metod wychowawczych rozwiedzionych rodziców. Są one w pewnym sensie
          aneksem do rozwodu i to aneksem wypisanym małym druczkiem.
          Rozwodząc się z kimś godzisz się jednoczesnie na to, że przestajesz mieć na
          wiele rzeczy wpływ.
          Tak jak Twoje dzieci są w połowie Twoimi dziećmi, tak w drugiej połowie są
          dziećmi swojego taty.
          Jesli uważa on, że obsypywanie trzylatka czekoladkami jest uzasadnione
          wychowawczo, to możesz mu przedstawić swoje stanowisko i dołożyć starań, aby
          wziął je pod uwagę.
          Natomiast zmusić go do tego nie możesz.
          Na tym własnie między innymi polega różnica między wychowywaniem dzieci w
          malżeństwie, a w związkach rekonstruowanych.
          Po rozwodzie trzeba przejść szybki kurs nauki uwzględniania większej ilości
          optyk niż jedna, wspólna, rodzicielska.
          Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale innej drogi nie ma.

          Teraz co do spotkania przy jednym tatusiu i dwóch paniach.
          Dokładnie takie są fakty: jest jeden tatuś i jedna mama oraz jedna partnerka
          taty. Jakby nie liczyć daje to wynik jednego pana i dwóch pańwink
          Zobaczenie ich obok siebie nie jest większym szokiem, niż ich istnienie w jednej
          czasoprzestrzeniwink Przecież dzieci i tak to wiedzą.
          To, że zobaczyłaś ich razem interpretuję nie jako brak szacunku do kogokolwiek,
          ale jako wyraz prostego faktu: oni są razem.
          Gdybyś oczekiwała (jak napisałaś na początku) odseparowania dzieci od partnerki
          taty byłoby to zafałszowaniem obrazu sytuacji. Bo ta partnerka istnieje i- co
          więcej- stanowi ważną część życia ojca dzieci.
          Tak samo sztuczne byłyby spotkania w parku przy udawaniu, że "tamtej pani" nie
          ma, jak i sztuczne byłoby takie ustawienie sytuacji na koloniach, które
          pozwalałoby sądzić, że Twojego męża i tej pani nic nie łączy.

          Nie masz obowiązku ich lubić, możesz ich nawet nienawidzieć. Natomiast fakt jest
          taki, że Twój mąż ułożył sobie życie i wykorzenianie dzieci z tego
          zrekonstruowanego życia rodzinnego byłoby krzywdą wyłącznie dla nich samych.
          Dzieci widzą swojego tatę w pewnej roli życiowej i ta rola nie jest ani zła, ani
          szkodliwa dla dzieci, ani demoralizująca. Jest za to prawdziwa, o czym warto
          pamiętać.

          Myślę, że do tej pory intuicja podpowiadała Ci niegłupie reakcje. Warto to
          podtrzymać.
          Kiedy sama kogoś poznasz i będzie to ktoś mądry oraz dojrzały (czego Ci życzę)
          docenisz też sens poznawania dzieci z rodziną ojczyma, jak i sens ogólnej
          akceptacji rodzinnej.

          a.
    • mephostophiles Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 01:25
      Minął rok. I poznaję neks...
      > podczas odwiedzin na obozie wakacyjnym starszego dziecka.
      Dodatkowo
      > przyjeżdżają z młodszą córką, którą tata rano zabrał na weekend.
      > Sytuacja, której nikomu nie życzę. Emocje - porównywalne z tymi z
      > sali sądowej. Koszmar...


      a ja na to odpowiem - nic to jeszcze...
      sprobuj sobie wyimaginowac, ze to oni wydzielaja dzieciom ewentualne
      kontakty z Toba, a Twoj eks narzuca skomplikowana gre, w ktorej niby
      cos w tych kontaktach zalezy od jego neksi


      I doszłam do momentu, gdy oni uzurpują sobie
      > prawa do stanowienia rodziny (tak to przynjamniej wygląda), którą
      > przecież nie są. I nigdy nie będą. Przynajmniej nie z moimi dziećmi

      wiem jak ciezko nad tym przejsc do porzadku dziennego, jednak,
      faktycznie, w literaturze zjawisko to jest szeroko opisane pod
      pojeciem stepfather/stepmother families
    • ataner30 Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 11:00
      Moim zdaniem uklad w tamtej rodzinie jest OK. Przynajmniej z tego co piszesz:
      - ojciec stanal na wysokosci zadania, po rozwodzie stara sie utrzymac kontakt z
      dziecmi, poswieca im czas
      - macocha rowniez - zaakceptowala nieswoje dzieci (bardzo trodne zadanie uwierz
      mi).
      Oboje stworzyli im takie warunki ze dobrze czuja sie w tamtej rodzinie.
      Nie masz racji twierdzac ze oni i twoje dzieci nie sa rodzina - jak najbardziej sa.

      Problem jest tylko w tym zebys ty zmienila swoja postawe. Bylo ci ciezko podczas
      tego spotkania - ok, ale pomysl sobie ze tamtej kobiecie tez musialo byc
      niekoniecznie przyjemnie widziec cie tam. Wiec jest remis.

      Moim zdaniem dramatyzujesz, przejaskrawiasz pewne fakty i z twoich postow (nie
      obraz sie) wylania sie obraz nieco sfrustrowanej samotnej kobiety ktora
      zazdrosci szczescia innym i stara mysli jak by tu uzyc dostepnych srodkow
      (dzieci) aby to szczescie przerwac.
      Zyj swoim zyciem i pozwol ojcu byc ojcem a jego zonie macocha.
      • mammaj Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 17:45
        Nie do końca tak:
        "ojciec stanal na wysokosci zadania, po rozwodzie stara sie utrzymac
        kontakt z dziecmi, poswieca im czas" - dlatego, że ja mu to nie
        tylko umożliwiłam (wiele matek nawet tego nie robi), ale też i mocno
        ułatwiłam - mając na uwadze dobro dzieci, ukrywając przykre emocje,
        jakie się z tym wiązały. Wielkorotnie zmieniałam swoje plany, żeby
        dzieci mogły spedzić czas z ojcem; w odwrotnych sytacjach rzadko
        mogłam liczyć na to samo.
        Teraz mam wrażenie, że eks zabiera dzieci mniej z potrzeby swojej, a
        bardziej swojej partnerki. Dzieci mają spędzać czas z ojcem, nie z
        nią. W sumie na jedno wychodzi. Prawie. A prawie robi różnicę...
        Jeśli mają tam być dla jej rozrywki to wolę, żeby czas spędziły ze
        mną. A już na pewno nie mam ochoty dla niej się "poświęcać", w
        sensie oddać dzieci i sama się z tym męczyć.

        "ale pomysl sobie ze tamtej kobiecie tez musialo byc niekoniecznie
        przyjemnie widziec cie tam. Wiec jest remis."
        Wiesz, zabrzmi to egoistycznie, a jak kto woli "sukowato": mało mnie
        obchodzą uczucia tej pani. Tak jak ona nie przejmowała sie moimi,
        gdy spotykała sie z moim (wtedy) mężem, gdy ja byłam w ciąży. Ona o
        mnie wiedziała, ja o niej nie.
        Mam dosyć trudności z poradzeniem sobie z moimi uczuciami, moich
        dzieci; nie mam ani ochoty, ani woli, ani siły zajmować się jeszcze
        uczuciami jej czy eksa.
        I daruj, ale to nie jest remis. Do spotkania mogło dojść wszędzie: u
        znajomych, na ulicy, na imprezie, w pracy nawet. Nie, zostało
        zaaranżowane w okolicznościach, które de facto jej w ogóle nie
        dotyczą. I podobnie: ona o tym spotkaniu wiedziała; ja nie.
        Nie było "równych szans" na wejście, więc nadużyciem jest mówienie o
        remisie.
        A jeśli rzeczywiście było jej niemiło mnie widzieć, to która z nas
        mogła coś zrobić? Ja miałam się zdematerializować, czy może ona
        może "omijać łukiem" miejsca, w których może mnie spotkać?

        "ktora zazdrosci szczescia innym i stara mysli jak by tu uzyc
        dostepnych srodkow (dzieci) aby to szczescie przerwac."
        Należę do osób dosyć bystrych. Jeśli bym myślała o tym, jakich użyc
        środków, żeby "szczęscie przerwać", zapewniam Cię, że nie zajęło by
        mi 3 lat wymyślenie, że dzieci sie do tego swietnie nadają...

        Myślę jak postępować, żeby moje dzieci były szczęśliwe i radosne.



        • mammaj Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 18:02
          "zapewniam Cię, że nie zajęło by mi 3 lat wymyślenie, że dzieci sie
          do tego swietnie nadają... "

          Tylko, że od początku wiedziałam, że jest to ostatnia rzecz jaką
          chciałabym zrobić; nic się od tamtej pory nie zmieniło.
          • triss_merigold6 Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 18:40
            Sorry ale to Twoje emocje i Ty musisz sobie z nimi poradzić. Mrska i
            Borys mają rację. BTW interesuje mnie jak samodzielna w odwrotnym
            układzie przyjęłaby podobne zastrzeżenia i pretensje ze strony eksa
            skoro do kanonu politycznej poprawności na tym forum należą
            zalecenia aby nowy partner matki jak najszybciej poznał dzieci
            jako "część jej życia".
            Dzieci na pozytywnych kontaktach z nową partnerką ich ojca na pewno
            nie stracą.
            • chalsia Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 20:26
              > skoro do kanonu politycznej poprawności na tym forum należą
              > zalecenia aby nowy partner matki jak najszybciej poznał dzieci
              > jako "część jej życia".

              błąd logiczny Triss. Na TYM forum zalecas się by nowy partner matki
              jak najszybciej DOWIEDZIAŁ się o dzieciach kobiety a także o tym,
              że "są częścią jej życia czyli pakiet jest wiązany", co nie oznacza -
              jak naszybciej poznał osobiście. Samodzielne mamy raczej są bardzo
              dalekie od tego, by fundowac swoim dzieciom "powtórkę z rozrywki".
              • mrs_ka Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 20:32
                No ale, Chalsiu, na ogól własnie to oznaczasmile Bo co mają robić matki małych
                dzieci, których nie stać na dodatkowe załatwianie opiekunki na wieczory, a nie
                mogą liczyć na rodziców?
                Umówmy się, że są sytuacje wzorcowe i są sytuacje wzorcowe zweryfikowane przez
                życiewink
                Z tego co czytałam to całkiem popularny jest model zabierania nowego partnera na
                randkę na plac zabaw, na którym bawi się dziecko. Sama bym na to wprawdzie nie
                wpadła ale ja miałam rodziców na każde skinienie.
                Dlatego sądzę, że opcja "poznaj jak najszybciej moje dzieci"- acz w gros
                przypadków po prostu wymuszona przez okoliczności- nie musi być wcale najgłupsza.
                Zresztą w tych przypadkach forumowiczek, które o tym pisały, powyższe
                rozwiązanie się b. dobrze sprawdziło jako tester, weryfikator i probierz.

                a.
                • triss_merigold6 Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 21:10
                  Albo i nie. Pamiętam sporo rozgoryczonych w tonie postów o tym jak
                  nowy pan po kilku tygodniach albo miesiącach dochodził do wniosku,
                  że jednak nie jest gotowy na taki układ. Zwłaszcza jeśli był z
                  punktu obsadzany w roli tatusia a ojciec rodzony był nieobecny lub
                  rzadko kontaktujący się.
                  Gwoli ścisłości nie jestem fanką przedstawiania się mężczyźnie w
                  pakiecie "my tzn. ja + dziecko" i zakładania, że musi on dziecko
                  partnerki pokochać. Gdyby nowo poznany facet na pierwszej randce
                  pojawił się z przychówkiem to zapewne byłoby nasze ostatnie
                  spotkanie ale ja mam pod wieloma względami układ podobny do układu
                  Mrskiej jesli chodzi o relacje ojciec rodzony - dziecko.
              • triss_merigold6 Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 21:14
                Czyżby? Nie chce mi się grzebać w wyszukiwarce ale niedawno był
                wątek o tym kiedy nowi panowie poznali potomstwo samodzielnej i w
                wielu przypadkach była to pierwsza lub jedna z pierwszych randek.wink
                Jasne, że prezentacja dzieciom jednonocnych gachów czy kochanek nie
                jest specjalnie zdrowa z etycznego punktu widzenia ale w tym
                konkretnym wątku jest mowa o kobiecie z którą ojciec dziecka tworzy
                związek od 3 bodajże lat i w rekonstruowanym układzie dzieci mają
                swoje trwałe miejsce.
            • ddanna Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 22:12
              jak dla mnie jest jeszcze jeden błąd logiczny: w 90% przypadków na tym forum
              (albo i więcej) dziecko/dzieci mieszkają z matką. I jest to zupełnie inna
              sytuacja niż "kontakty", choćby najczęstsze. Dlatego jest różnica między
              wprowadzeniem partnera matki, który, jesli związek się rozwinie, na co dzień
              będzie niejako zmuszony występować w roli ojca (wozić do przedszkola, lekarza,
              nie spać nocą gdy akurat dziecko marudzi, martwić się wraz z matką o opiekunkę
              na wieczór, jeśli będą chcieli wyjść we dwoje itp. - myslę, że wiecie o co
              chodzi). Jesli natomiast ojciec zabiera po prostu dzieci i spędza z nimi bądź co
              bądź ograniczony czas to wprowadzanie w to nexi ma zupełnie inny wymiar.
              Gdyby moja córa na mieszkała ze swoim ojcem i on bylby się ożenił/związał z inną
              kobietą, która by temu dziecku prała/gotowała/pomagała w lekcjach/podawała leki
              w czasie choroby/traktowała jak swoje po prostu to ja powinnam się z tego tylko
              cieszyć. A na zpotkania z dzieckiem na pewno nmie ciągnęłabym żadnego swojego
              partnera, a jak bym jechała z nią raz do roku na wakacje, to raczej też tylko w
              jej towarzystwie, ponieważ czasu na swoje prywatne życie miałabym pod
              dostatkiem. Musiałby to być naprawdę bardzo poważny zwiazek, abym wprowadziła
              faceta w życie dziecka w takiej sytuacji.
              Rozumiem autorkę postu i jej emocje. Mam bardzo złą opinię o kobietach, które
              rozbijają związek PODCZAS trwania ciąży zdradzanej. I nie wierzę w to, że
              szczerze darzą uczuciem dzieci faceta. Ponieważ kobiety takie pozbawione są
              empatii, a co za tym idzie współczucia i w ogole ludzkich uczuć. W związku z tym
              nie kochają nikogo poza sobą samą. To oczywiście moja opinia, osobista.
              Historia którą opisała autorka miała (ma) miejsce również "blisko mnie" - znam
              taką parę (żona w ciąży z drugim dzieckiem trochę daleko, mąż no niby na rodzinę
              pracuje i stara, zdesperowana panna, która akurat owinęła go sobie wokół palca,
              bardzo cnotliwa i bogobojna, tfu, słowo "dupa" to przekleństwo życia, suka
              jedna), on już po rozwodzie, ponoć nawet wzięli już ślub (tylko tak bez
              koscielnego będą życ???), o dzieciach jego mówi jak o swoich (ona!, a własnych
              rodzić nie zamierza - jakież to wygodne, nieprawdaż???) on raczej za dziećmi nie
              jest ale chcąc uchodzić za "porządnego" człowieka oczywiście regularnie się
              kontaktuje, zabiera do nich, a ona się nimi zajmuje jak przykładna żona i
              matka!!! Gdybym była na miejscu matki tych dzieci to nie wiem jak bym się
              zachowała, ale chyba raczej nie byłabym taka wyrozumiała jak autorka postu. W
              mojej opinii i tak bardzo głęboko schowała swoje uczucia (o dumie już nie
              wspomnę) i była w porządku wobec exa, a on nie potrafi tego docenić i zachować
              się godnie.

              PS
              mammaj czy to przypadkiem nie Ty jesteś byłą żoną mojego znajomego z pracy???
              • mephostophiles Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 23:51
                Dana, tu nie ma bledu logicznego. Fakt, ze w tym przypadku mamy
                kontaktowa macoche, a nie rezydentnego ojczyma jest drugorzedny.

                Tutaj to ojciec autorki ma dzieciom do zaoferowania jakosc, ktorej
                nie jest w stanie zapewnic im matka. Dyskusja dotyczy tego, jakie
                autorka powinna przyjac postawy w zwiazku z pojawieniem sie tej
                nowej jakosci w zyciu jej dzieci.

                Autorka pyta o hierarchie i granice - odpowiedz nie jest latwa, bo
                te granice sa dosc plynne, jednak na tyle wyrazne, ze rola partnerki
                ojca czy tez partnera matki - moze byc co najwyzej komplementarna w
                stosunku do roli jednego czy drugiego rodzica biologicznego.
                Ja w kazdym razie nie podejmuje sie udzielic odpowiedzi, choc mam
                wrazenie ze - paradoksalnie - najlepiej rozumiem autorke posta.
              • mephostophiles Nonresidental Parent issues 07.09.07, 19:02
                a, jeszcze chcialem dodac:

                "Gdyby moja córa na mieszkała ze swoim ojcem i on bylby się
                ożenił/związał z inną kobietą, która by temu dziecku
                prała/gotowała/pomagała w lekcjach/podawała leki w czasie
                choroby/traktowała jak swoje po prostu to ja powinnam się z tego
                tylko cieszyć."


                Teoretycznie - masz racje, a w rzeczywistosci mogloby Ci byc z tym
                troche smutno. Nie chodzi o zazdrosc, nie ta kategoria uczuc.
                • ddanna Re: Nonresidental Parent issues 08.09.07, 09:20
                  oczywiście, mephostophiles, bez dwóch zdań masz racjęsmile)
                  ale, o ile ta nexia byłaby "normalną" kobitką, to w podsumowaniu kolumien z "+"
                  i "-" tych plusów byłoby więcej, o to mi chodziło, pod kątem dziecka. Nie moich
                  uczuć. Miałam na myśli sytuację, w której obca bądź co bądź osoba będzie dbała -
                  z dobrego serca np. - o dobro mojego dziecka.
        • frisse Radze szczerze: ogranicz kontakty 06.09.07, 13:35
          Ja na Twoim miejscu ograniczyłabym, albo przynajmniej nie ułatwiała
          kontaktów. Córeczka jest mała i łatwo ją zmanipulować, zwłaszcza
          jeśli kontakty będą bardzo częste. Po co Ci uwagi dziecka w stylu: a
          ciocia mi na to pozwoliła, a Ty: ale nie ona jest Twoją matką.
          Uważam, że ta kobieta chce w jakiś sposób zająć Twoje miejsce (może
          nieświadomie, nie ze złej woli), zwłaszcza że nie ma swoich dzieci,
          myśli że robi dobrze dając im uczucie - i w sumie co ma zrobić - w
          takiej jest sytuacji. Ale to Twoje dzieci, to Ty je rodziłaś!

          Sorry, ale możesz zostać sama i niepotrzebna - bo tamta rodzina
          będzie atrakcyjniejsza, tzn. będziesz matką, ale tą od szarzyzny, a
          oni - od niedzieli i świąt.


          • croyance Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 14.09.07, 14:26
            Bzdury.
            Ciocia w swoim domu moze pozwalac, albo nie; nie ma to wplywu na
            dyscypline w domu matki.
            Np. nasz mlody, jak jest u nas, pomaga nam w przygotowywaniu obiadu.
            W domu tego nigdy nie robi - ale czy to znaczy, ze ja go nastawiam
            przeciwko 'metodom wychowawczym matki', he he he? U nas jest tak,
            tam jest inaczej i tyle.
            Mowienie do dziecka 'ale ona nie jest twoja matka' jest IMHO
            najglupszym tekstem z mozliwych i stawia dziecko w tragicznej
            sytuacji wyboru. No, bo lubic ciocie, to jak zdradzic mame, nie?
            Wezcie sie stuknijcie w glowe i nie dokladajcie dzieciakom stresu,
            ktore i tak maja, jako dzieci rozwiedzionych rodzicow.
            A dziecko zawsze bedzie bardziej popieralo matke, i swietnie, ale
            czy tego wlasnie chcecie? Dziecko lojalne Wam i smutne? Nie moze
            miec i mamy, i fajnej cioci, jesli juz tak sie zdarzylo?
            Autorko watku, jesli - czego Ci nie zycze - ulegniesz wypadkowi, ale
            nagle umrzesz, neksia bedzie osoba, ktora bedzie musiala wziasc na
            siebie ciezar wychowania. Lepiej, zeby w sytuacji dramatycznej
            oszczedzic dzieciakom dodatkowych nieprzyjemnosci i ciaglego
            poczucia, ze zdradzily mamusie?
            • croyance Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 14.09.07, 14:28
              Oczywiscie zdradzanie partnera/zony etc. uwazam za niedopuszczalne
              (w ciazy, czy nie) i rozumiem rozgoryczenie Autorki watku. Ale to
              juz kwestia miedzy doroslymi, nie ma co swoimi emocjami mieszac
              dzieciakom w glowach, wykazcie sie klasa, no, nawet jesli ojciec jej
              nie ma.
              • mammaj Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 14.09.07, 22:24
                Croyance,

                Odpowiedziałam już w innym wątku. Nie mam woli nastawiać czy
                ograniczać spotkań dzieci z nią czy tym bardziej z ojcem. To znaczy
                nie mam wyboru: jeśli spotykają się z ojcem, to zawsze i z nią. Mój
                błąd "wypuszczenia" kontroli, zbyt lekko zgadzałam się na warunki
                eksa. I to też raczej jest rogrywka między dorosłymi; neks
                przypadkiem skorzystała, dla dzieci to większe zamieszanie.
                • croyance Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 16.09.07, 12:17
                  Hey.

                  Ja wiem, ze to nie jest latwe, a sytuacja nieidealna. Ale w praktyce
                  masz do wyboru:
                  nieidealna sytuacje i szczesliwe dziecko
                  nieidealna sytuacje i zmieszane dziecki

                  smile
                  • mammaj Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 16.09.07, 12:35
                    Nie, no jeszcze gdzieś w tym wszystkim ja - mamasmile; też nieidealna,
                    ale przynjamniej szczęsliwa, a nie zmieszana ...smile))))
                    • croyance Re: Radze szczerze: ogranicz kontakty 16.09.07, 21:54
                      No jasne smile) Ale ekonomicznie rzecz biorac, latwiej jest jednak
                      zaakceptowac, bo jesli wytworza sie nowe problemy, to trzeba sie
                      bedzie z nimi zmagac.

                      Przykladowo: ja mojego Mlodego lubie, ale i tak bym go akceptowala,
                      bo bycie milym i nie stwarzanie klopotow jest latwiejsze, niz
                      klotnie, unikanie, sentymenty etc.
    • nenia1 Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 21:55
      Mammaj, no co ty, powinnaś jeszcze podczas wakacyjnego spotkanie po soki dla wszystkich polecieć, wszak już w czasie twojej ciąży twój ówczesny i next rozpoczeli starania aby nienarodzone dziecko miało więcej osób, które będą je kochać, niż tylko tatę i mamę.

      A poważnie, wiesz dlaczego ja szanuję next. Bo ona szanuje mnie.

      Sorry, ale ja nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, o której ty piszesz.
      Wcale nie dziwię się twoim uczuciom, bo prawda jest taka że doszło do spotkania wbrew twojej woli, do sytuacji podczas której czułaś się jak piąte koło u wozu, jak widz, obserwujący wesołą, bawiącą się gromadkę, do której nie należysz.

      Dla mnie normalne osoby, mające choć odrobinę empatii, nie zachowuje się w ten sposób wobec matki dzieci.

      Ja tez kiedyś spotkałam (przypadkowo) mojego ex-męża i jego żoną na spacerze z córką, która była u nich na weekend, ale nikt nie demonstrował przede mną nowej szczęsliwej rodzinki, next zawołała "zobacz twoja mama idzie" i córa szczęśliwa podbiegła do mnie.
      Przytuliłam córę, pogadaliśmy wzyscy chwilę, nikt nie stał z boku i nie czuł się wykluczony.

      Mam normalną next, (normalniejszą niż mój ex) i złego słowa nie dam na nią powiedzieć.

      To truizm - szanuj siebie, bo inni szanować cię nie będą.
      Oczywiście nie ma sensu w ramach odwetu zakazywać czy ograniczać spotkań, nie rób jednak wzystkiego kosztem siebie.
      Ja stoję na stanowisku, może niezbyt popularnym że każdy jest rodzicem za siebie, i nie ma co naginać siebie i czuć się z tym źle, byleby tylko drugi rodzic łaskawie spotkał się z dzieckiem.

      Nie chce, trudno, jego strata, nie ograniczaj, nie walcz, nie zakazuj, ale też nie proś, nie błagaj,nie rezygnuj z siebie, drobne ustępstwa mogą być, nieprzewidziane sytuacje przecież zawsze się zdarzają, ale nie powinny stać się one regułą, nie staraj się tworzyć jego ojcostwa, niech je tworzy sam, dlaczego masz na grzbiecie wozić odpowiedzialność za rolę matki i ojca - to oczywiście moja dewiza, ty zrobisz jak chcesz, ale ja już widze, że takie uleganie w twoim przypadku, nie robi dobrze twojej psychice.

      Owszem jesteś matką, ale nie przestałaś być odrębnym człowiekiem.
      I szanuj tego odrębnego człowieka w sobie, nie dawaj go poniżać.
      • ddanna podpisuję się pod nenią1 obiema rękami 04.09.07, 22:20
        • miminko Re: podpisuję się pod nenią1 obiema rękami 04.09.07, 23:08
          ja też się podpisuję pod tym co powiedziała nenia.

          z całym szacunkiem dla dyskutantów, nie stawiałabym znaku równości pomiędzy
          sytuacją, w której ojciec, który zostawia matkę w ciąży dla innej kobiety nalega
          na jak najszybsze poznanie z nią dzieci a sytuacją, w której opuszczona matka
          poznaje dzieci z partnerem, który będzie towarzyszył i jej i dzieciom na co
          dzień. nietrudno zaobserwować, że ojcowie w takich sytuacjach zbyt często
          przedkładają dobro nowej partnerki nad dobro swoich dzieci. częściej znacznie
          niż matki.

          nasłuchałam się też zbyt wielu historii o poronieniach i powikłaniach w wyniku
          ogromnego stresu jakiego doświadcza zdradzona i porzucona w ciąży kobieta, żeby
          uśmiechać się do tego happy endu, okraszonego łzawym "im więcej osób kocha twoje
          dziecko tym lepiej".

          autorka wątku ma zarówno prawo do tych niefajnych i niepoprawnych politycznie
          emocji, które czuje jak i do obaw co do rzeczywistych intencji ojca oraz
          umiejętności wychowawczych czy też zdolności empatycznych jego partnerki. z
          całej tej trójki ona wydaje się najdojrzalsza.

          mnie też by szlag trafiał, gdyby moje starania wychowawcze jednym machnięciem
          wymanikiurowanej ręki niweczyła nowa partnerka. małe dzieci jest łatwo
          przekupić. te panie o tym wiedzą. zawsze do paru fatałaszków i łakoci można
          dorzucić jeszcze informację, że obojętnie jak niegodziwie postępujemy życie i
          tak toczy się dalej i najlepiej jeśli wszyscy uśmiechną się ładnie do
          pamiątkowej fotki.

          mammaj, masz prawo do tego, żeby twoje uczucia były szanowane. ta dwójka uważa,
          że liczą się tylko ich własne. spróbuj porozmawiać, szczerze i spokojnie z byłym
          i poprosić go o więcej wyrozumiałości dla ciebie i mniej instrumentalne
          traktowanie waszych dzieci.
          • mammaj Re: podpisuję się pod nenią1 obiema rękami 04.09.07, 23:41
            "spróbuj porozmawiać, szczerze i spokojnie z byłym i poprosić go o
            więcej wyrozumiałości dla ciebie i mniej instrumentalne traktowanie
            waszych dzieci."

            I to jest w tym wszystkim najtrudniejsze smile)). Kilkakrotnie
            próbowałam przekazać moje obiekcje, nakreślić sytuacje, które
            intuicyjnnie budziły mój sprzeciw czy niepokój dotyczące dzieci.
            Bezskutecznie. Dla eksa są to moje wyimaginowane problemy,
            podytktowane zazdrością, chęcią zemsty, chorą wyobraźnią itd.
            Swojego czasu nie zgodziłam się na wyjazd do teściów z dziecmi,
            gdzie celem spotkania było przedstawienie po raz pierwszy neksi w
            rodzinie eksa. Wtedy postawiłam sprawę jasno i bez alternatywy. Od
            czci i wiary zostałam wyzywana.
            Dlatego mam takie dylematy. Jeśli mam pewność, że coś jest słuszne -
            łatwiej byc stanowczym. A tu kurcze co sytuacja to nowe.... Pierwszy
            raz jestem po rozwodzie i wychowuję dzieci w "zrekonstruowanej
            rodzinie".
            Ech...
            Cieszę się, że napisałam tu. Jest z czego czerpać smile)))

          • croyance Re: podpisuję się pod nenią1 obiema rękami 14.09.07, 14:33
            Alez zgadzam sie, takie zachowanie ojca i kobiety to parszywe
            skur...synstwo i co do tego nikt nie ma watpliwosci.
            Ale, po co dokladac dzieciakom zmartwien i dylematow. Niech one
            przynajmniej czuja sie ok, no chyba, ze maja cierpiec razem z matka.
      • mammaj Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 04.09.07, 23:25
        Dzięi nenia i ddanna. To co piszecie jest najbliższe temu, co czuję
        w środku.

        "szanuj siebie, bo inni szanować cię nie będą" - tak myślę, że
        gdzieś zapomniałam, zgubiłam siebie w kontaktach z eksem. I teraz
        mnie to uwiera. I racja - bardziej tu moja rola postawić jasne
        granice. Najpierw dla siebie, a potem dla innych. Jeśli ja będę
        pamiętać i mieć świadomość gdzie one są, trudniej innym będzie je
        przekroczyć.

        "Oczywiście nie ma sensu w ramach odwetu zakazywać czy ograniczać
        spotkań, nie rób jednak wzystkiego kosztem siebie. Ja stoję na
        stanowisku, może niezbyt popularnym że każdy jest rodzicem za
        siebie, i nie ma co naginać siebie i czuć się z tym źle, byleby
        tylko drugi rodzic łaskawie spotkał się z dzieckiem."
        Właśnie tu mam problem. Jak wyważyć moje potrzeby osobiste, a jak te
        zwiazane z dobrostanem dzieci. W innych sytuacjach wybór jest
        oczywisty - ja. Tam gdzie na drugiej szali są dzieci - czesto
        ustępuję. I paradoksalnie, w inny sposób, ale dojdę do tego samego
        punktu - "czuję że się poświęcam". W dużym skrócie za pare lat
        wyrzucę dzieciom "tyle dla Was zrobiłam...". Brrr....
        A wszystko to przez brak postawienia granic. Nie dzieci winne - bo
        one nie oczekują (zaczynają, bo jak ja tyle mogę, to ciągna jeszcze
        więcej); eks nie - bo ja sama z siebie "wychodzę na przeciw". I tak
        sama sobie kopie ten dołek na nastepne 10-15 lat.

        Dlatego tak mnie wzięło - nie chcę tego za parę lat.
        Intuicyjnie działałam na korzyść dzieci, ale troche wbrew sobie.
        Teraz nie chcę popaść w skrajność. To trudne umieć zachować tę
        równowagę będąc samotnym rodzicem. Trudne, bo siłą rzeczy jest się
        częściej "opiekunem" niż "opiekowanym".
        I dokładnie stało się tak, jak napisała Ddanna:
        "W mojej opinii i tak bardzo głęboko schowała swoje uczucia (o dumie
        już nie wspomnę) i była w porządku wobec exa, a on nie potrafi tego
        docenić i zachować się godnie."
        I znów ślepa uliczka. Robiłam to z potrzeby własnej zadbania o
        dzieci. Chyba jendak moja - zadbania o sobie - w tej sytaucji jest
        silniejsza. Spróbuje dalej tego nie mylić.

        • mrs_ka Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 02:25
          Zaraz, na temat moralnej oceny kochanki ładującej się w małżenstwo, w którym
          żona spodziewa się dziecka, nie wypowiadałam się, bo tez nie o tym był topik.
          Eks, Neksia, tatuś, mamusia mogą być patafianami skończonymi, etycznymi zerami i
          tak dalej, ale to nie zmienia faktu, że w naszym życiu pełnią różne role i to na
          różnych płaszczyznach.
          Pomijając fakt, że eks i wybranka eksa w oczach autorki uosabiają brak klasy i
          brak zasad (z czym można się chyba zgodzić) pozostają oni:
          eks- ojcem dzieci
          neksia- partnerką ojca dzieci

          I to jest z mojego punktu widzenia najważniejsze, o ile kierowac się zasadą,
          gdzie dzieci i ich dobro mają priorytet.
          Poza tym autorka może mieć jak najgorsze zdanie o tej parze, ALE zdanie
          formułowane z pozycji kobiety dorosłej oraz byłej żony, a nie matki.
          Myślę, że rozróżnienie jest na tyle jasne, że nie ma co rozszerzać.

          Teraz ustalenie granic: oczywiście, że jest potrzebne.
          W moich oczach nie zrobiłaś rzeczy niezwykłych, bo ja robiłam i robię dokładnie
          podobne, z tym że mnie jest z tym dobrze, a Tobie nie.
          To pokazuje, że Twoje ustępstwa i elastyczność nie są same w sobie dziwne,
          szlachetne, przesadne i tak dalej, ale że pies pogrzebany jest w tym, jak Ty
          sama oceniasz własną postawę.
          A że oceniasz ją jako nadmiernie hojną- tego nikt Ci nie zabroni, acz pozwól
          sobie powiedzieć, że w układach porozwodowych na linii eks mąż-eks żona pojęcie
          takie jak "wdzięczność" pojawia się bardzo rzadko (napisałabym "nigdy", ale
          biorę poprawkę na ten ułamek procenta). Dlatego postrzeganie tego, co się robi,
          jako postępowania, które powinno zostać DOCENIONE jest z reguły kopaniem dołku
          pod samym sobą.
          Co to znaczy?
          Czytając Twoje posty wyczułam w nich również coś na kształt rozczarowania, ze Ty
          im tyle, a oni Ci kopa w pośladek, bo spotkałaś neksię, na co nie miałaś ochoty.

          Po pierwsze opisujesz rzecz ze swojej perspektywy; dla wielu kobiet spotkanie
          następczyń nie byłoby ani traumatyczne, ani przykre (jestem przykładem),
          niesprawiedliwie jest więc zakładać, że "ona wiedziała, ze Ty nie chcesz". A
          nawet jeśli wiedziała rok temu, to być może po roku uznała, że stan Twojej
          niechęci mógł ulec zmianie.
          Owszem, niefajnie, że Ciebie nie zapytano, ale jednak założenie z ich strony
          dobrych (acz zupełnie niezręcznych oczywiście) intencji jakoś zmienia wydźwięk
          całej sytuacji.
          Zakładasz po prostu z ich strony świadomość subtelnych odcieni Twoich uczuć i
          opinii oraz- wskutek tego, że doprowadzają do spotkania- celową złośliwość
          postępowania.
          Oni tymczasem nie muszą nawet o tym wiedzieć, a jeśli nawet wiedzą- mogą
          traktować sprawę całkowicie naturalnie, co nie jest złośliwością, ale dokładnie
          takim samym projektowaniem własnych uczuć.

          Ponadto- to już na marginesie- dziwię Ci się, że wysłałaś 2- i 7-latka do domu,
          w którym opiekę nad dziećmi współsprawowała kompletnie obca Ci kobieta.
          Odnosząc to do swojej sytuacji: mój eks mąż domagał się poznania Nexta właśnie z
          tej racji, że był to człowiek, z którym jego małe dziecko miało odtąd spędzać
          gros swojego czasu. Kiedy syn pierwszy raz został u eksa pod obecność Neksi-
          zażyczyłam sobie dokładnie tego samego.
          Poznałam kobietę, uspokoiłam się i posłałam czterolatka.
          Generalnie trudno jest mi zrozumieć sytuację, w której matki (z różnych przyczyn
          oczywiście) nie mają potrzeby porozmawiania z Next. I akurat podłozem nie jest
          tu ciekawość, ale takie elementarne uspokojenie sumienia, przekonanie się że nie
          jest to zapijaczona ćpunka z limem pod okiem, która nahajką katuje biedne
          pasierbiątka (przesadzam straszliwie, ale wiele z nas ma własnie takie
          macierzyńskie odpały i wyobraża sobie różne straszliwe wizje w odniesieniu do
          dzieci wink) Potraktujcie to więc jako swego rodzaju żart).

          PO drugie: to nie jest tak, że ja tobie bułkę, a ty mi drożdżówkę.
          Tak jak oczywisty jest kontakt ojca z dziećmi w pełnej rodzinie, tak oczywisty
          jest kontakt ojca z dziećmi w rodzinie rozbitej.
          Nie jest to żadna wspaniałomyślność ze strony matki, za którą ojciec powinien
          być wdzięczny.
          Bo choć okazał się być męzem do dupy i nie zdał egzaminu z bycia przyzwoitym
          człowiekiem, tak kary jako ojciec ponosić nie powinien, bo to nie ten poziom
          konsekwencji.
          Dlatego dbanie o kontakty z drugim rodzicem, robienie mu dobrej prasy, pozytywne
          wyrażanie się i tak dalej, widzę raczej jako obowiązek matki/ojca, aniżeli
          łaskawość.
          Inną zaś sprawą jest to, że trzeba realnie ocenić własne możliwości w tym zakresie.
          Jest całkiem sporo kobiet, ktorym ustalenie formalne zasad kontaktów ojców z
          dziećmi (czyli sąd, kontakty w 2 weekendy miesięcznie + 5 dni w tygodniu w
          godzinach od-do) robi wyłącznie dobrze, bo nie mają wówczas poczucia poświęcenia
          i przymusu niesprawiedliwego wychodzenia przed szereg.
          Najczęściej są to te kobiety, które nie rozwiodły się z własnej woli, a zostały
          dość podle potraktowane przez eks mężów. I one mają całkiem zrozumiałą potrzebę
          jak najbardziej sformalizowanych układów, bo nie znajdują w sobie żadnej chęci
          "oswajania" tychże układów.
          Im dalej od eksa jako człowieka tym lepiej.

          Być może na tym właśnie polegał Twój błąd, którego skutki teraz boleśnie
          odczuwasz: zrobiłaś więcej, niż w istocie byłaś gotowa zrobić. I przeliczyłaś
          się z własnymi siłami.
          To jednak nie oznacza, że to, co ofiarowałaś eksowi (czyli pełną elastyczność
          kontaktów i swobodę spotkań) należy traktować w kategoriach super
          wspaniałomyślności.
          Nie, to był po prostu nieszczęsliwy pomysł akurat w WASZYM układzie, gdzie Ty
          źle się czujesz z wykonywaniem każdego jednego ruchu "ponad" obowiązek.
          Dlatego Wam prawdopodobnie lepiej by było z sądownym ustaleniem spotkań i z
          brakiem opcji dogadywania się na tzw. gębę.
          Bo nie Jesteś do tego gotowa i wcale nie musisz być gotowa.

          Jesli chcesz się z tego wygrzebać- wróć do punktu wyjścia, przeprowadź z eksem
          rozmowę oficjalną, poinformuj o skierowaniu sprawy do sądu (lub ustal z nim
          zasady formalne jesli masz pewność, że będą przestrzegane) i zacznij się
          maksymalnie dystansować od osoby jego i neksi.
          Może za jakiś czas optyka Ci się zmieni, a może wcale nie.

          a.

          • ddanna Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 10:30
            mrs_ka absolutnie nie mogę się z Toba zgodzić w wielu punkatchsmile
            "Poza tym autorka może mieć jak najgorsze zdanie o tej parze, ALE zdanie
            > formułowane z pozycji kobiety dorosłej oraz byłej żony, a nie matki.
            > Myślę, że rozróżnienie jest na tyle jasne, że nie ma co rozszerzać"
            To czy inny człowiek ma zasady które ja chcę wpoić swojemu dziecku czy też ich
            nie ma nie zmienia się z pozycji patrzenia. Albo ktoś jest gnidą albo nie. W
            skrajnym przypadku gdyby twój ex mieszkał z panią która wpajałaby Twoim dzieciom
            np. palenie maryśku jest cool, kolczyki w każdej częsci ciała mogą nosić
            dziewczynki w każdym wieku i po domu chodziłaby nago w obecności twoich dzieci
            też byś byłą taka wyrozumiała??? Nie sądzę. Bo to byłoby sprzeczne z tym co Ty
            wpajasz swoim dzieciom. Albo gdyby to była notoryczna kryminalistka, recydywa?
            Też byś była taka otwarta i akceptująca?????
            To tylko kwestia tego gdzie są te granice. A nie jest "pies pogrzebany jest w
            tym, jak Ty
            > sama oceniasz własną postawę." tylko w tym czy uczucia i zasady autorki postu
            są respektowane przez exmęża. Bo to on jest tu osobą budzącą największe emocje.
            A nie są, i to z opisu nie budzi wątpliwości.
            I o ile ojciec dziecka jest ich rodziną i zawsze będzie o tyle nexia nie. Póki
            co nie jest ona żoną ojca. Dlatego matka może, i powinna(!), wyrazić swój
            sprzeciw wobec jej (nexi) postępowania z jej córką.
            A dzieci nie jadą na spotkanie z nexią tylko z ojcem. To że autorka postu źle
            się czuje w zaistniałej sytuacji świadczy o tym że coś est nie tak.
            Nie porównuj swojej sytuacji z sytuacją autorki. Ja również nie cierpię
            niewiedzy i niespodzianek. I też źle bym się poczuła w zaistniałej sytuacji -
            nawet gdyby next pojawiła się dopiero po rozwodzie, chciałabym aby spotkanie
            było uprzedzone, a właściwie uzgodnione ze mną. Być moze autorka postu zna
            swojego ex dobrze i wie że nie stoją za jego zachowaniem dobre intencje tylko
            chęć "zrobienia dobrze" nexi.
            "Ponadto- to już na marginesie- dziwię Ci się, że wysłałaś 2- i 7-latka do domu,
            > w którym opiekę nad dziećmi współsprawowała kompletnie obca Ci kobieta. " -
            no to już "pojechałaś" - ona "wysłała dzieci" do ojca własnego rodzonego. Być
            może nawet nie wiedziała że on mieszka już z next. O tym dowiedziała się od
            dzieci po ich powrocie! Co do poznania next - no proszę Cię po chwilowym
            spotkaniu wiesz czy baba, jak Twój exmąż pójdzie do WC, nie wywali twojego
            dziecka z okna 10 pietra? Albo nie wbije mu szpilki w tyłek? A jeśli ta next nie
            wzbudziłaby Twojego zaufania jako kobiety i matki? To co wtedy? Jakbyś się
            zachowała? I skąd wiesz czy wtedy ostrzegałaby cię "matczyna intuicja" czy "duma
            zranionej exżony"?
            "> Dlatego dbanie o kontakty z drugim rodzicem, robienie mu dobrej prasy, pozytywn
            > e
            > wyrażanie się i tak dalej, widzę raczej jako obowiązek matki/ojca, aniżeli
            > łaskawość."
            dbanie o pkontakty, a nawet ułatwianie ich tak. Ale nie za wszelką cenę - czyli
            np. zmianę własnych planów bo akurat ex zadzwonił i by chciał. Może ja też
            akurat chcę odwiedzić z dziećmi ciotkę i umówiłam się już dawno temu z nią? Ale
            robienie "dobrej passy"? No wybacz? Każdy niech "pracuje" sam na miłosć swoich
            dzieci. Dlaczego mam go przedstawiać jako "ueprtatę" choć wcale tak o nim nie
            myślę. Jest duża róznica pomiędzy "nie mówieniem źle (nawet jeśli to prawda)" a
            "robieniem dobrej prasy".

            "Być może na tym właśnie polegał Twój błąd, którego skutki teraz boleśnie
            > odczuwasz: zrobiłaś więcej, niż w istocie byłaś gotowa zrobić. I przeliczyłaś
            > się z własnymi siłami.
            > To jednak nie oznacza, że to, co ofiarowałaś eksowi (czyli pełną elastyczność
            > kontaktów i swobodę spotkań) należy traktować w kategoriach super
            > wspaniałomyślności.
            > Nie, to był po prostu nieszczęsliwy pomysł akurat w WASZYM układzie, gdzie Ty
            > źle się czujesz z wykonywaniem każdego jednego ruchu "ponad" obowiązek.
            > Dlatego Wam prawdopodobnie lepiej by było z sądownym ustaleniem spotkań i z
            > brakiem opcji dogadywania się na tzw. gębę.
            > Bo nie Jesteś do tego gotowa i wcale nie musisz być gotowa.
            >
            > Jesli chcesz się z tego wygrzebać- wróć do punktu wyjścia, przeprowadź z eksem
            > rozmowę oficjalną, poinformuj o skierowaniu sprawy do sądu (lub ustal z nim
            > zasady formalne jesli masz pewność, że będą przestrzegane) i zacznij się
            > maksymalnie dystansować od osoby jego i neksi.
            > Może za jakiś czas optyka Ci się zmieni, a może wcale nie."
            Tu się z Tobą raczej zgadzam. (Ja też jestem za formalnym ustaleniem kontaktów
            mojego ex, niestety on nie. Dlatego teraz chodzi i opowiada, że mu utrudniam. A
            ja po prostu nie godzę się na jego propozycje (które nawet w opinii dwóch
            psychologów nie są dla dziecka dobre - żeby nie być posądzoną o stronniczość
            poradziłam się fachowców), a on na moje. Ale to taki osobisty przypis).
            Pozdr,
            Dana
            • marta_inter Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 11:15
              Mnie sie wydaje, ze taka sytuacja jak u autorki wątku jest tak
              naprawde dobra dla dzieci.
              Nie ma kłótni - jest normalne życie.
              Dzieci widzą, ze rodzice sa kulturalnymi ludzmi i potrafią żyć w
              zgodzie.
              O wiele gorsza sytuacja była by gdyby wywiązywały sie awantury i
              słowne przepychanki - wtedy dzieci sa zdezorientowane i zawsze
              wpływa to negatywnie na ich poźniejsze życie.

              Ja bym nic nie robiła i zostawiła te spotkania tak jak są.
            • mrs_ka Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 11:39
              Ja myślę, że się zupełnie nie zrozumiałyśmy w paru punktach. Z taką
              interpretacją moich poglądów, jaką zaprezentowalaś, nawet ja bym się nie zgodziławink

              Ad. oddzielania opinii wypowiadanej z pozycji eks żony od opinii z pozycji
              matki: nie jest to kwestią wyrozumiałości, ale pogodzenia się z faktami. Nie mam
              wpływu na metody wychowawcze mojego Eksa, dysponuję jedynie narzędziem
              "dyskusja", czy weźmie moje argumenty pod uwagę czy nie- to wyłącznie jego dobra
              wola.
              Piszę z perspektywy Eksiary liberalnej, bo uważam z pewnego dystansu czasowego,
              że nie ma sensu się nakręcać na pewne rzeczy, tak jak nie ma sensu się
              ekscytować jakością moralną związku eks męża. Nawet jeśli ta jakość wynosi 0 to
              i tak nie mamy na to wpływu, co powtórzę jeszcze raz.
              Zasady, które staram się wpoić dzieciom muszą być na tyle czytelne, a
              konieczność ich stosowania oczywista, aby zetknięcie się z koleżanką palącą
              maryśkę nie spowodowało szkód. To się odnosi w ogóle do calego świata zewnętrznego.
              Dziecko wychowywane w poczuciu, że przysięga wierności obliguje do jej
              dotrzymania czy uczciwość jest wartością bezwzględną, będzie umiało oddzielić
              miłość do ojca od oceny ojca jako człowieka.
              Tyle, że to wszystko potrwa lata i z tym trzeba się liczyć.
              Wychowywanie dzieci i ukladanie stosunków formalnych z eksem to sprawy
              wymagające czasu i cierpliwości.
              Dzieci potrafią prawidłowo oceniać dane, jeśli tylko dostarcza im się narzędzi
              tj. rozmowy na temat zła i dobra, dyskusje na temat wartości, wreszcie
              dostarczanie pozytywnego przykladu.
              Jesli nie można w tym względzie liczyć na ojca to trzeba zająć się tym samemu.

              Zmierzam do tego, że moje zdanie o osobie Next powinno pozostać moim osobistym
              zdaniem jako kobiety dorosłej. Nie ma natomiast wpływu na rzeczywistość
              rozumianą jako dopuszczenie do spotkań bądź niedopuszczenie.
              W wychowywaniu dzieci w ogóle lepiej postawić na kontrolę wewnętrzną (czyli
              wpajanie dzieciom okreslonych wartości) aniżeli na kontrolę zewnętrzną, bo ta
              ostatnia i tak jest tylko czasowa, a poza tym zupełnie nieskuteczna od pewnego
              wieku.

              Ad. granic:
              napisalam jasno, że ich postawienie oraz respektowanie jest konieczne.
              Natomiast jak najbardziej podtrzymuję zdanie, że finalnie i tak chodzi o to, jak
              sama autorka postrzega własną postawę.
              Kierowanie się tym, czy eks mąż nas szanuje czy nie jest kompletnie pozbawione
              sensu, bo nie jest to osoba, od ktorej czynów i postaw powinno się uzalezniać
              własne samopoczucie czy opinię na temat swojej wartości.
              Dlatego jeśli ktoś ma wewnętrzne przekonanie o słuszności własnego postepowania
              ( w tym przypadku: ulatwianie kontaktów ojca z dziećmi, co robi ze względu na
              dzieci) to powinien mieć, kolokwialnie mówiąc, w dupie fakt, czy tatuś to doceni
              czy nie.
              Działanie się bowiem podejmuje nie celem wychowania tatusia i nauczenia go
              wdzięczności czy szacunku do eks żony, ale celem zrobienia dobrze dzieciom.
              Co oczywiście nie znaczy, że nalezy podporządkowywac własne plany kaprysom ojca.
              I właśnie po to ustala się granice oraz reguły kontaktów, ktore dobrze jest ująć
              w ramy czasowe (czyli dni te i te, godziny od do).


              Ad, spotkań z next- oczywiste jest dla mnie, że dzieci wysyła się do ojca. Tym
              niemniej na ogól ma się świadomość, czy ojciec mieszka sam czy nie.
              Naturalnie nasze zdanie o osobie next nie zmieni tego, czy były mąż się z nią
              zwiąże czy nie. Ja jednak uważam, że warto korzystać z możliwości zebrania jak
              najpełniejszych informacji o tym, komu powierza się dziecko. Mnie to dało
              przynajmniej tyle, że osoba Next urealniła się w moich oczach i było mi łatwiej
              zaakceptować całość sytuacji.
              Poza tym budowanie gruntu pod jako takie stosunki (nawet jeśli jest to
              grzecznościowe dzień dobry) ułatwia późniejsze życie, w tym dyskusje nt
              organizacji urodzin, komunii czy osiemnastki.
              Trzeba patrzeć nieco w przyszlość, tak sądzę.

              a.

              ps. widzę, DDanno, że podobnie jak ja lubisz pisać długasne postywink Rozstrzelaj
              je, proszę, spacjami, bo trudno się czyta zbity blok tekstu.
              • ddanna :) 05.09.07, 12:25
                ad. oddzielania opinii wypowiadanej z pozycji eks żony od opinii z pozycji matki:
                oczywiście zgadzam się z wiekszością napisanych przez Ciebie słów, ale...
                ciężko wpoić pewne zasady dwulatce - właściwie dopiero jesteś na etapie wpajania
                tych zasad - dlatego to jest takie ważne. Bo gdy rzecz dotyczy dziecka
                starszego, to rzeczywiście pozostaje nam wierzyć że wpoiliśmy mu do glowy trochę
                "mądrości życiowej i umiejętności rozróżniania czarnego od białego", to gdy
                takie sytuacje spotykają młodsze dzieci to niestety one same "pokusom" się nie
                oprą. Ich "kręgosłup moralny" dopiero się kształtuje. Dlatego choćby trochę
                wspólny front wychowawczy powinien być zachowany. I oczywiście najlepiej
                porozumieć się z ojcem i niech on wyjasni pewne rzeczy swojej nexi. To byłaby
                sytuacja modelowa, ale życie rzadko jest "modelowe". I jeśli, pomimo próśb i
                rozmów ex i jego obecna partnerka olewają matkę to, w mojej opinii, może ona
                mieć słuszne pretensje do ex. Bo, tu się powtórzę, on jest ich ojcem i tu sprawa
                kontaktów jest bezdyskusyjna, o tyle kontakty z next, która ma w nosie opinie
                matki, mogą być trochę ograniczone bez uszczerbku dla psychiki dzieci.
                "W wychowywaniu dzieci w ogóle lepiej postawić na kontrolę wewnętrzną (czyli
                > wpajanie dzieciom okreslonych wartości) aniżeli na kontrolę zewnętrzną, bo ta
                > ostatnia i tak jest tylko czasowa, a poza tym zupełnie nieskuteczna od pewnego
                > wieku."
                tu też się z Tobą absolutnie zgadzam. Tylko ciężko mówić w takich kategoriach o
                dwulatcesmile)

                Ad. granic:
                "w tym przypadku: ulatwianie kontaktów ojca z dziećmi"
                no własnie, ojca, nie nexi, dzieci maja spędzać czas z ojcem a nie "malować
                paznokcie" z nexią, bo to chyba nie buduje więzi ojciec-córka, prawda?
                A co do formalnego ustalenia formy kontaktów ojca z dziećmi jesteśmy zgodne,
                więc może to po prostu jest najlepsza rada dla autorki postu od nas: niech
                sądownie (lub też poza sądownie, ale najlepiej "papierowo") ustalą tą sprawę,
                może to coś exa nauczy? A i ona będzie miała wewnętrzny spokój i ustalone zasady
                i granice.
                A problemem autorki chyba nie jest to czy ex docenił ją czy nie, tylko "czara
                goryczy" się przelała, kiedy po raz kolejny "ją wystawił", podczas gdy ona, w
                swoim przekonaniu (i w moim też dodam), starała się być wobec niego w porządku,
                choć kosztowało ją to niemało nerwów. Tu chyba po prostu sie tak wygadała,
                "wylała łzy" i tak to wyszło.

                Ad, spotkań z next
                też się zgadzam z tym co teraz napisałaś, zasadniczo, i w myśleniu
                przyszłosciowym i w ogóle, masz rację.
                Ale co byś zrobiła, to pytam ponownie, gdyby twoja "matczyna intuicja"
                podpowiadała Ci, że next nie jest godna zaufania? I nie powinna wpływać na
                wychowanie Twojej małej córeczki (np.)? Oczywiście nie masz wpływu na
                związki/kontakty swojego ex, ale swojej małej córki też nie? Co byś wtedy
                zrobiła? Tu chyba też najlepiej by rozwiązał sad sprawę.
                A nexia na poziomie, choćby i gnidą była, sama powinna wiedzieć gdzie jej
                miejsce i wytłumaczyć ojcu, że skoro matka nie jest gotowa na "konfrontację" to
                nie powinno jej być. Niestety nie każda nexia potrafi w oczach dziecka ustawiać
                matkę dziecka na pierwszym miejscu. Jednak częściej chcą być "lepsze" od nich -
                a to chyba też raczej z "zazdrości" o swego faceta (ojca dzieci) niż z powodu
                dobra tychże dzieci, nieprawda?
                Dlatego w tej konkretnej sytuacji, nie uogólniam, rozumiem autorkę i też uważam,
                że jednak coś jest nie tak w całej tej sytuacji.
                Może wizyta u dobrego psychologa rodzinnego pomoże? Mnie osobiście pomogła
                bardzo, choć raczej twardo stąpam po ziemi i nie wierzę "w leżenie na kozetce".
                Jednak psycholog potrafił nazwać po imieniu moje uczucia, przeczucia.
                Wytłumaczył mi czemu tak a nie inaczej reaguję na pewne rzeczy i co mi (a co za
                tym idzie mojej córce) pomoże. W skrócie ta rada to właśnie to wytyczenie granic
                i ich przestrzeganie.

                Tak więc dla mammaj: może sądowne uregulowanie kontaktów ojca z dziećmi
                (włącznie ze spotkaniami z next) i parę spotkań z psychologiem rodzinnym, który
                poważnie podejdzie do tematu.
                Poizdr,
                Dana
          • mammaj Re: Spotkania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 21:40
            Dzięki po raz kolejny (mrs_ka,ddanna) za poruszenie kilku ważnych
            wątków.
            Od ogółu do szczegółu spróbuję smile))

            To co dla mnie z tego najważniejsz, a dotyczy pytania, jakie
            pojawiło się na początku: co ja narobiłam?
            Na szczęście nic złego, a nawet dobrego. Tak to intuicyjnie czułam.
            I tak w rzeczywistości jest. Chodzi o dzieci. To jest dla mnie
            najważniejsze. Może gdzieś w między czasie "zgubiłam siebie",
            zafundowałam trochę krzywdy i "męczeństwa" - z tym sobie poradzę, i
            w miarę łatwo "naprawię sobie krzywdę". To wniosek główny.

            "ALE zdanie formułowane z pozycji kobiety dorosłej oraz byłej żony,
            a nie matki. Myślę, że rozróżnienie jest na tyle jasne, że nie ma co
            rozszerzać."
            Rozróżnienie jest jasne i oczywiste... napisane. W realu jak widać
            nie jest to wcale łatwe. I nie trudno pomylić "matczyną intuicję"
            z "dumą urażonej eks". Dla mnie - dzięki Waszym postom - sprawa jest
            dosć jasna. Moje dylematy wzięły się w dużej mierze z "krzywdy byłej
            żony" wywołane niespodziewaną konforntacją z drugą stroną. I to jest
            w sumie dobra informacja. Dlatego, że uspokaja moje sumienie co do
            dotychczasowego postępowania wobec eksa z całym dobrobytem; ale też
            daje informację nad czym dalej pracować, gdzie i jak mogę sobie
            pomóc. Trochę przykre jest dla mnie to, że po paru latach pracy nad
            sobą, ze swoimi emocjami itp. te "złe, rozwodowe" emocje są we mnie
            nadal tak silne; szczerze myślałam że to już poza mną. (mimo
            wszystko łatwiej jest chyba osobom, które weszły w następny, udany
            związek; tylko czy trzeba czekać aż do tego momentu? - to temat na
            zupełnie inny wątek, tu przekornie postawiony wink)

            Absolutnie nie oceniam swojej postawy jako "przesadnie
            hojnej", "wspaniałomyślnej", oczekującej "docenienia"
            czy "wdzięczności" czy "wykonywanej ponad obowiązek". Nie. Działałam
            kierując się takimi a nie innymi potrzebami dzieci, rzadziej, ale
            też - swoimi. Robiłam to, co uznałam i czułam za słuszne. Teraz
            naszła mnie refleksja, żeby to ocenić i zrobić rachunek zysków i
            strat.

            "Być może na tym właśnie polegał Twój błąd, którego skutki teraz
            boleśnie odczuwasz: zrobiłaś więcej, niż w istocie byłaś gotowa
            zrobić. I przeliczyłaś się z własnymi siłami." Dokładnie tak się
            stało, dlatego że "kierując się zasadą, gdzie dzieci i ich dobro
            mają priorytet" wyprowadziłam samą siebie na manowce. W którymś
            momencie skręciłam nie w te uliczkę, w którą chciałam i znalazłam
            się w ślepym zaułku. Teraz próbuję wykręcić na główną.

            Co do spotkania neksi - może i by mi dało spokój na czas kiedy
            sprawuje opiekę nad dziećmi. Niestety nie jestem na to spotkanie
            gotowa; na szczęscie zdaję sobie z tego sprawę. Mogłoby się zdarzyć,
            że "kierując się zasadą, gdzie dzieci i ich dobro maja priorytet"
            zgodziłabym sie na takie spotkanie i skończyłoby się np. ciężkim
            załamaniem, skrajnie: narażeniem czyjegoś zdrowia lub życia. Dlatego
            na takie spotkania konsekwetnie się nie zgadzam - nie mam woli, ani
            ochoty na razie. "Zmuszenie się" dla dobra dzieci, mogłoby się
            okazać wcale niedobre dla nich.

            "Tak jak oczywisty jest kontakt ojca z dziećmi w pełnej rodzinie,
            tak oczywisty jest kontakt ojca z dziećmi w rodzinie rozbitej."
            Oczywisty.
            "Dbanie o kontakty z drugim rodzicem, robienie mu dobrej prasy,
            pozytywne wyrażanie się i tak dalej, widzę raczej jako obowiązek
            matki/ojca, aniżeli łaskawość."
            Tu się też zgadzam z ddanna. Bez przesady. To właśnie po trochu
            robiłam - bardziej zabiegałam, żeby te kontakty były, żeby pamietał,
            uczestniczył itd. Budowanie wizerunku "dobrego taty". Nie, niech
            sobie tata wizerunek sam wyrabia u dzieci. Ja dbam o to, żeby nie
            wkładać im mojego wizerunku "złego męża", bo to ich nie dotyczy, to
            są relacje dorosłych. To jak go ocenią jako człowieka, ojca,
            mężczyznę - moze nastąpi za parę lat. Ale to jest po ich stronie.
            Co do komentarzy na temat neksi - nie ma takowych z mojej strony.

            "Kierowanie się tym, czy eks mąż nas szanuje czy nie jest kompletnie
            pozbawione sensu, bo nie jest to osoba, od ktorej czynów i postaw
            powinno się uzalezniać własne samopoczucie czy opinię na temat
            swojej wartości"
            Sama prawda (jak trudna do zrozumienia - tak przy okazji). Stawianie
            granic jest po mojej stronie - uszanowania własnych potrzeb,
            stanowczo i jednoznacznie. Jesli to mi się uda - ten szacunek "z
            zewnątrz" sam się "wyegzekwuje". Ja mogę z tym coś zrobić; inych nie
            zmienię, mogę zmienic swoją ocenę sytuacji.
            "Działanie się bowiem podejmuje nie celem wychowania tatusia i
            nauczenia go wdzięczności czy szacunku do eks żony, ale celem
            zrobienia dobrze dzieciom." Takie miałam intencje i motywację do
            tej pory.
            "Co oczywiście nie znaczy, że nalezy podporządkowywac własne plany
            kaprysom ojca." Ponieważ jednak to się zdarzało - na moment
            zwątpiłam.

            "Raz zdarzyło się, że Mały powiedział do mamy moim imieniem. Chyba
            powinna sobie rozdrapać twarz, a ona przyjęła to z humorem."
            Przerobiliśmy smile)). Po powrocie z wakacji imieniem neksi po kolei
            uszczęśliwiane były różne osoby. No problem, to "zaburzenia
            techniczne" wink)))

            Generalnie mam jeszcze jedną refleksję, wspomnianią gdzieś tam na
            początku. Łatwiej jest przejść nad rolą matki-kobiety-żony - gdy
            realizuje się je równorzędnie. Po "rozwodach nagłych", w sensie
            porzuconych kobiet - ta rónowaga mocno jest zachwiana. Na długo.
            Poczucie własnej wartości - jego utrata, mocno rzutuję na inne
            aspekty i role społeczne i życiowe. Niełatwo jest oddzielić emocje
            matczyno-kobiece. Wierzecie mi, długą drogę przebyłam od
            tamtej "przed", "zaraz po rozowdzie" do tej "teraz". A mimo to
            musiałam odrobić lekcję neksi. Zaliczyłam na 3 (bo ostatecznie jej
            nie przywaliłam wink)). Sadziłam, ze jestem do tego lepiej
            przygotowana.
            Wam dziękuję za te darmowe korepetycje wink
          • croyance Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 14.09.07, 14:38
            Bravo smile Mniej wiecej to chcialam powiedziec, ale To zrobilas to o
            wiele, lepiej lepiej smile
      • croyance Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 14.09.07, 14:31
        "nikt nie demonstrował przede mną nowej szczęsliwej rodzinki"

        IMHO demonstrowanie byc moze istnialo jedynie w oczach Autorki.
    • lilith76 Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 16:07
      Wtrącę się jako next.
      Dzieci dają otwarty kredyt sympatii - potrafią się przytulić same z siebie, wskakiwać na plecy, rzucać "mamo". SAME Z SIEBIE. Bo dla nich świat jest jeszcze DOBRY. W ostatnim przypadku można delikatnie wytłumaczyć, że mama jest jedna. Ale co ma zrobić next jak dziecko się tuli - zesztywnieć? Ja miałam takie dylematy.
      Dzieci mojego mężczyzny też 2-3 razy odwiedziły moich rodziców. Oni chcieli je poznać, dopytują się o nie, kupią im jakieś drobiazgi. To nic strasznego.
      Pomyśl też, że next nie będąca matką może z pewnych rzeczy nie zdawać sobie sprawy, bo te przychodzą tylko z macierzyństwem. Np. że z małej dziewczynki nie robi się pedofilskiej księżniczki. Robi to z dobrego serca.

      Pamiętam sytuację, gdy wyjechaliśmy we czworo na kilka dni, wróciliśmy pociągiem o 23.00. Na stację przyjechała po dzieci ex, one pod koniec podróży się zdrzemnęły i wyszły z pociągą ospałe, śpiące. "Nie moje dzieci wróciły" poprzytulała je wtedy. Miałam wrażenie jakby bała się, że wróciły zaczadzone nową panią i już jej nie kochają. Pewnie to normalny lęk matki.

      Raz zdarzyło się, że Mały powiedział do mamy moim imieniem. Chyba powinna sobie rozdrapać twarz, a ona przyjęła to z humorem. Jej były mąż za to, w towarzystwie dzieci potrafił powiedzieć do mnie jej imieniem, odruchowo. I co. Też się miałam pilingować paznokciami?

      To nie konkurs na lepszą matkę. A mam wrażenie, że tak to odbierasz, że będziesz mniej kochana, gorsza. Zawsze to ty będziesz dla nich ważniejsza, bardziej kochana, MATKĄ. Ta więź jest potężna - popatrz na wątki macoch całodobowych, gdzie ex jest matką dysfunkcyjną, ale dla dziecka to królowa wszechświata, bezkonkurencyjna.
      • madziulec Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 16:21
        Ok. Dobrze.
        Jesli juz - sytuacja gdy next poznaje dzieci swojego partnera bez
        wzgledu na to, czy jest chwilowa partnerka czy na dluzej jest sparwa
        do zaakceptowania (czy trudniej czy latiwej to inny temat).
        Tak dla mnie jakims kuriozum jest wprowadzanie tym dzieicom jakichs
        ludzi pt. rodzice next - bo jako kto??? Cioteczni dziadkowie??

        Argument, iz im wiecej osob kocha dzieci to tym lepiej do mnie nie
        przemawia.
        Rozgraniczam wlasciwa milosc czyli taka rodzicelska, ciocina,
        babcina i osoby kompletnie obce, ktorych jakos nei widze, jesli
        chodzi o milosc do obcych dzieci.
        • olvi Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 16:33
          To ja ci dam przyklad:

          Mieszkam poza PL. W PL mamy dom. Na codzien w tym domu mieszkaja moi
          rodzice, ale jest moj.

          Na wakacje na 2 tygodnie jedziemy do PL, ja, moj M i dzieci, ktore
          po polsku mowia.

          To jak, mam rodzicow wywalic z domu? Czy moze w ogole tam nie
          jezdzic, skoro stac nas tylko na 2 tygodnie urlopu i w zwiazku z tym
          spedzamy go w czworke?

          Czy sie z nimi nie widywac?

          Czy moze zabronic dzieciom sie z nimi widywac, bo sa dla nich nikim,
          niewazne, ze sie lubia?

          Aha - to nie cioteczni dziadkowie. To rodzice zony taty.

          Moja siostra urodzila dziecko - syn mojego M SAM zapytal, czy moze
          z nami pojechac (200km) zeby male zobaczyc, bo bardzo by chcial (no
          kurcze, lubi moja siostre i jej meza) - mielismy zabronic czy jak,
          bo to przeciez zadna rodzina?
          • madziulec Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 19:19
            Moj synek zajrzal do wozka sasiadki wink
            To tak, by Cie pocieszyc, ze zainteresowanie dzieci innymi malymi dziecmi jest normalne i nei wiaze sie z konkretna osoba.

            Sytuacje sa rozne. Ale na sile wozic dzieci do jakichs osob, ktore beda "grac: role dziadkow to dla mnie juz pewna spoleczna patologia i na sile granie roli matki i dziadkow, ktorej chyba niektorym strasznie brakuje....
            • pelagaa Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 19:34
              Zastanawiam sie Madziulec jak zmienia sie Twoje poglady, kiedy
              poznasz jakiegos faceta, pobedziecie troche razem,postanowicie sie
              zwiazac. Jego rodzice zaprosza Was np. na Wigilie, a Ty
              powiesz: "dzieki ja to bym przyszla, ale moje dziecko zupelnie nie
              potrzebuje Was w swoim zyciu". To samo dziala w druga strone, kiedy
              kontaktowy ojciec ma nowa rodzine.
              Cena rozwodu/rozstania z ojcem dziecka jest tworzenie sie nowych
              rodzin, pojawianie sie w nich ludzi, ktorzy przestaja byc obcy, choc
              biologia nie ma z tym nic wspolnego. Czasem pojawiaja sie emocje,
              ktore sa silniejsze niz biologia. Swiat nie jest ani czarny, ani
              bialy, choc i mnie sie kiedys wydawalo, ze tak jest wink
              • triss_merigold6 Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 05.09.07, 19:49
                Dokładnie.wink Zresztą nie musi być z grubej rury Wigilia, rodzice
                neksi czy neksa mogą zaprosić na kawę i ciasto, piknik, grilla czy
                spotkanie w większym gronie.
                Mogę coś napisać z perspektywy mocno już dorosłego dziecka? Po
                śmierci mojej mamy ojciec poznał panią w swoim wieku. Zaczęli się
                spotykać: teatr, kawiarnia, spacer, potem wspólne spotkania ze
                znajomymi. W pierwszej chwili przeżywałam to potwornie, bo jakoś mi
                się kojarzyło ze zdradą nieżyjącej mamy - rodzice byli małżeństwem
                prawie 40 lat - ale gdzieś po pół roku sama tę panią zaprosiłam na
                urodziny mojego syna. Jest miłą, ciepłą, inteligentną kobietą,
                bardzo życzliwą. Czasem jeżdżę do niej w odwiedziny z moim ojcem,
                poznałam jej matkę. Niby obce osoby, kompletnie obce. Ale przyjemnie
                mi w ich towarzystwie, okazują sympatię mojemu dziecku. Babci ta
                pani na pewno nie zastąpi (sama ma zresztą wnuki) ale IMO im większe
                grono przyjaznych osób tym lepiej.
          • croyance Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 14.09.07, 14:49
            Moja sytuacja jest podobna. Eks nie ma rodziny, jej rodzice nie
            zyja. Moja rodzina jest liczna i wesola. Mlody po polsku nie mowi -
            ale poznal juz wszystkich i zyskal nowe towarzystwo, nowych
            przyszywanych dziadkow. Mam wielki szacunek do eks, ze go z nami
            puscila. Na pewno nie bylo to dla niej latwe. Mlody ma zespol
            Aspergera, wiele trudnosci, zadnych przyjaciol; a moja rodzina
            zaakceptowala go bez zastrzezen, koresponduje z nimi, wzrosla mu
            samoocena. Matki nie zastapi mu nikt nigdy, nikt nie probuje. To
            jedna, jedyna rola i nie ma czego sie bac. Ale co szkodzi, ze ma
            nowych przyjaciol? Mnie, np.? To tylko lepiej dla niego - na
            szczescie matka to rozumie.
        • braktalentu Rodzice Nexi 05.09.07, 21:02
          to żadni "cioteczni dziadkowie". To są przecież regularni
          Dziadcochowie. Dziadcoch jest najlepszym wybieraczem ładnych
          kolczyków, a Babcocha w przeciwieństwie do Babci (szczególnie jednej-
          smile jest wyjątkowym beztalenciem (sic!) kulinarnym.

          Tak, tak, wiem Madziulcu, że to forum nie dla mnie i, że nie mam
          moralnego prawa brać udziały w życiu moich powinowatych. Ale jakoś
          nie mogę się powstrzymać-smile
          • ddanna Re: Rodzice Nexi 05.09.07, 22:04
            dziewczyn1y, ależ ja się z Wami wszystkimi (piszącymi np. o rodzicach nexi i
            postawie nexi) zgadzam zasadniczo. I kiedy jest zdrowa sytuacja, żale w miarę
            ukojone, a każda ze stron zachowuje się w przyzwoicie i nie podkopuje
            autorytetu drugiej strony, tak to właśnie powinno wyglądać.
            Nexia, która jest nową rodziną ojca, jej rodzina i przyjaciele w jakiś sposób
            oczywiście stają się częścią życia dziecka. Moja córka jeździ z moją teściową na
            wakacje od paru lat, do jej rodziny. Mówi do niej babciu, bo i jak ma mówić w
            sumie? Oczywiście wie, że gdzieś w Ameryce ma prawdziwą babcię, której nigdy nie
            widziała, a która przysyłała jej paczki kiedy była malutka (z króliczkiem
            amerykańskim śpi do dziś).
            Jednakże ex autorki postu nie zachowuje się przyzwoicie. I w tym problem.

            Niestety braktalentu, nie każda nexia jest tak odjazdowa jak Ty (już to chyba
            gdzieś czytałamtongue_out) i nie stara się zastąpić matki. Wiele z nich jednak stara się
            podkopać autorytet i pozycję matki dzieci, którą de facto traktuje jak rywalkę
            (no to w końcu ex mojego męza). A wszystkim wiadomo że weekendowe rodzicielstwo
            zawsze bedzie w oczach dziecka superowe, nie to co szara codzienność przy
            przepracowanej często matce.
            W sytuacji, którą znam z życia, bardzo podobnej do tej opisywanej przez mammaj,
            ojciec zabiera dzieci do siebie tylko ze względu na pozory i robienie "za
            dobrego tatusia" (naprawdę wielokrotne próby wciągnięcia go w luźne gadki na
            temat dzieci, co lubią, jak się uczy starsze itp, podczas rozmów "przy
            śniadaniu", kiedy to każdy coś tam powie o swoich pociechach, a ten nic,
            normalnie jakby nie było o czym mówić, czasem to mieliśmy wrażenie że nie
            pamięta jak młodsza córeczka ma na imię, za to jego obecna żona to potrafi o
            nich mówić jak o swoich, no taka dobra z niej mamusia, szkoda tylko że zabrała
            tym dzieciom ojca, no nie mogę laski zniesć po prostu), a jego obecna żona nie
            zamierza nigdy rodzić dzieci "bo to takie zobowiązujące" - to jej słowa!
            No nic, autorka sama musi się "rozgadać" albo z exem, albo z sobą samą. A żeby
            pewnych rzeczy uniknąć najlepiej jej chyba będzie po prostu uregulować prawnie
            pewne rzeczy.
            Pozdr
            Dana
          • madziulec Braktalentu ;))) 05.09.07, 23:14
            Rozumiem, ze za wszelka cene chcesz udowodnic, iz dziecko Twojego partnera to Twoja rodzina.
            Tak wiec pokazujesz, ze to jest Twoj powinowaty, choc nie jest w przeciwienstwei do tesciowej.
            Teraz wymyslilas slowo, ktore nei istnieje:
            "Nie znaleziono stron zawierających wszystkie podane słowa.
            Podana fraza - dziadcoch - nie została odnaleziona." (to pokazały google).

            A babcia moze byc beztalenciem, moze byc brzydka, bez nogi, reki itp. jest jednak babcia i moze dziadek rowniez nei jest idealny, nie jest najlepszym wybieraczem kolczykow, ale to ta sama krew. Kiedys to zrozumiesz wink
            Krew nie woda, jak mawia pewne porzekadlo.
            • olvi Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 08:47
              Tak, krew nie woda. Ostatnie zdanie, jakiego bym sie na tym forum
              spodziewala.

              Ciekawe, skad tu tyle postow o tym, jak to ex sie wypial na dziecko,
              a drugi parnter je niemal jak wlasne, skoro krew nie woda.

              Ale, Madziulec, pewne rzeczy trzeba przezyc na wlasnej skorze, zeby
              sie optyka przestawila.
              • madziulec Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 08:58
                No na przyklad tworzenie slowotworstwa, by usprawiedliwic swoja
                nikczemnosc w stylu sypianie z facetem ciezarnej kobiety....

                Hmmm.. Mysle, ze tego nigdy nei przezyje. Ale oczywiscie, sa tacy.
                ktorym "wsio ryba" i beda tworzyc wyrazy pokrewienstwo i wiele
                rzeczy po to tylko, by udowodnic jak bardzo sa zwiazani i jak
                baaardzo kochaja dzieci swojego partnera.

                Ja tylko sie zastanawiam skad wziely sie bajki i opowiastki ludowe o
                zlych macochach. W koncu takze skads sie wzielo, ze plotka
                powtarzana po 1000 razy staje sie prawda.
                • megaa Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 09:18
                  chyba mam moralne prawo wypowiadania sie jako samodzielna mama wink
                  Moj syna ma jednych dziadkow ktorzy bardzo go kochaja, drugich nie
                  zna. Ale moj dziadek, po rozwodzie z babcia ozenil sie z kobieta
                  sporo od siebie mlodsza. Ta kobieta nie byla "przyczyna" rozwodu,
                  traktujemy ja wszyscy jako czlonka rodziny i ona rozniez traktuje
                  mojego syna jak wlasnego "rodzonego" wnuczka. Nie zgadzam sie z ta
                  teza o krwi i wodzie. Sa rozne sytuacje, przynajmniej ja sie ciesze
                  ze moj syna ma jedna babcie wiecej mimo ze nie jest genetyczna smile
                • ddanna madziulec 06.09.07, 09:44
                  czy Ty wiesz że braktalentu rozbiła małżeństwo swojego męża? bo tym
                  słowotwórstwem (chyba w konwencji żartu, zresztą kto nie tworzy dziwnych słów,
                  szczególnie w odniesieniu do własnych dzieci?? nie masz z dzieckiem paru
                  "tajnych" słów rozumianych tylko przez Ciebie i Twoje dziecko?) zajęła się
                  właśnie braktalentu, a to nie ona była/jest przyczyną rozbicia rodziny mammaj,
                  prawda?
                  no i nie powtórz "krew nie woda" na głos, bo może się okazać że masz w śród
                  znajomych rodziców adopcyjnych, o czym niekoniecznie musisz wiedzieć!
                  a czasem nexia może być normalną kobietą (!) i mieć życzliwy stosunek do dzieci
                  partnera z poprzedniego związku, co po latach może się przerodzić w miłość,
                  oczywiście nie matczyną, ale zawsze te dzieci będą jej bliższe niż np. dzieci
                  koleżanki, chyba wiadomo co mam na myślismile)
                  • madziulec Re: madziulec 06.09.07, 11:51
                    Szczerze?
                    MOzliwe, ze jestem "podejrzana" matka, bo nigdy nie mowilam na
                    jedzienie "amciu" na picie "piciu", na gorace "si" albo inne tego
                    typu slowa, ktorych nie uznaje.
                    Moje dziecko jest chowane moze dziwnie,a le dzieki temu zachowuje
                    sie dojrzale i rozumie, ze nei nalezy sie wyrywac, gdy jest ulica,
                    bo to sa samochody (a nie "brum brum"), ze trzeba w domu zjesc
                    kolacje (a nie "amciu) i ze trzeba wieczorem umyc siusiaczka (tu
                    slowotworstwo zawstydzonych matek jest przebogate).

                    Wiem o rodzicach adopcyjnych. Taka adoprowana corka jest moja
                    kolezanka, ale ... Rozroznijmy sytuacje, gdy dziecko jest
                    adoptowane, a wiec ma oboje opiekunow (podczas gdy rodzice
                    biologiczni albo nie zyja badz sa pozbawieni praw rodzicielskich..
                    rozne sytuacje), od sytuacji gdy dziecko ma swoich bioplogicznych
                    rodzicow i na sile dodaje sie dziecku jeszcez jakies twory w stylu
                    czyjas matka.
                    Ok, nie neguje zyczliwosci tej osoby, choc zastanawialabym sie nad
                    bardzo moze dziwna sprawa:
                    - swieta i co? kto dostanei wiecej i ladniejszych prezentow? wnuk
                    naturalny czy taki ... obcy??? Zastanowcie sie i nei piszcie tu
                    epistolow, jakie to jestescie wspanialomyslne, bo potem dzieci nosza
                    w sobie ten bol, ze dostawaly wlasnie gorsze zabawki, albo nawet
                    tylko gorsze slodycze czy tez tylko nawet rzadziej...

                    O kolezance nie bede wspominac wink
                    • megaa Re: madziulec 06.09.07, 13:45
                      abstrahujac od postu autorki, odniose sie tylko do wypowiedzi dot.
                      prezentow. Nie zgadzam sie z Toba poniewaz jezeli (a tak jest
                      przynajmniej u mnie) jest jakas uroczystosc typ[u Wigilia gdzie sa
                      dzieci, to nigdy nie roznicujemy prezentow. Oczywiscie rodzice moga
                      dac dziecku cos innego, bardziej wartosciowego ale to juz u siebie w
                      domu. Na wspolnej uroczystosci dzieci dostaja prezenty mniej wiecej
                      w tej samej cenie oczywiscie dostosowane do ich wieku i
                      zainteresowan. I nie ma tu zadnego znaczenia czy to moj syn czy moja
                      chrzesnica, czy tez wnuk brata mojego ojca. I nie wiem czy jestesmy
                      jakims ewenementem czy po prostu jest to dla wszystkich zupelnie
                      naturalna sprawa. Ale jak widac nie. A to przykre.
                • braktalentu Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 12:25
                  Bajki i opowiastki ludowe o złych macoch, mają pewnie te same
                  korzenie co współczesne historie o niedopchniętych, żałosnych,
                  zawistnych Exiarach. Pchły z brudu, a plotki z głupoty.

                  Madziulcu, kolejny raz sugerujesz, że rozbiłam małżeństwo mojego
                  męża, dodając jeszcze, że w nikczemnym stylu.

                  To kłamstwo. Obrzydliwe kłamstwo. Kłamią kłamczuchy Madziulcu. A
                  obrzydliwie kłamią wstrętne kłamczuchy.
                  • madziulec Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 16:33
                    Nie znam zadnej bajki o niedopchnietych exiarach. Mozliwe, ze
                    dlatego, iz niemoralne prowadzenie zazwyczja widzimy w osobach
                    nexii, ktore bardzo czesto wykorzystuja ciaze matek i pakuja sie do
                    lozek facetow.


                    Tak wiec obrzydliwe? Nie wiem co? Chyba tworzenie nowych bajek. I to
                    dodatkowo takich, ktore sa watpliwe etycznie i moralnie.
                    • olvi Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 20:02
                      ach tak, pakuja sie do lozek biednych misiow. Nie wiem jak ty, ale
                      ja bym tam nie chciala miec nic wspolnego z takim misiem, ktory
                      bierze jak mu daja i pozwala sie komus tam mu do lozka pakowac wink

                      Jej, madziulec w jakim ty bajkowym swiecie zyjesz! Tak tam prosto:
                      mile, sympatyczne, Bogu ducha winne porzucone zony vs. bardzo zle,
                      nikczemne, niemoralne neksie-macochy. Kazdy zna swoja role.

                      Tylko widzisz, JEDYNIE w bajkach swiat jest czarno-bialy i zapewne
                      dlatego JEDYNIE w bajkach macocha jest zawsze zla.
            • triss_merigold6 Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 09:15
              No proszę Cię.PPP Ileż tu było postów na temat biologicznych ojców,
              którzy olali matkę i dziecko albo z różnych powodów zostali
              pozbawieni praw rodzicielskich po czym znikli jak sen złoty.
              POjawiali się natomiast fantastyczni neksowie do ktorych dzieci
              spontanicznie zaczynały mówić "tato" a oni pokochali je jak własne
              DNA. Nie ten ojcem co spłodził ale ten co wychowuje (odprowadza do
              przedszkola, do lekarza, bawi się, usypia, pomaga etc.), nieprawdaż?
              To samo chyba dotyczy rodziców adopcyjnych?
              Babcia "przyszywana" może być zdecydowanie bliższą dziecku osobą niż
              babcia rodzona, samo pokrewieństwo nie tworzy więzi emocjonalnej z
              automatu.
            • pelagaa Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 09:18
              > ale to ta sama krew. Kiedys to zrozumiesz wink
              > Krew nie woda, jak mawia pewne porzekadlo.

              Obys nigdy nie musiala zrozumiec, ze ta sama krew niczego nie
              gwarantuje. Moj ex to ojciec mojego syna z krwi i kosci,
              biologiczny. I co z tego??? Na co to wplynelo? Jaki zysk ma z tego
              dziecko?
              Jeju Ty naprawde tak myslisz, czy upierasz sie teraz dla zasady?
              • madziulec Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 11:55
                Pelagaa, jestem taka osoba, ktora jak ma jakies zdanie na pewien
                temat to eni po to, by jak choragiewka na wietrze to zdanei zmienic.
                Mozliwe, ze komus sie to zdanie nei podoba i bedzie teraz latal i
                dbal o poklask swoich partnerow, ich cioc, wujkow, babc, ciotecznych
                prawnuczek i pokazywal swoje nad wyraz rozwiniete i elokwentne
                dziecko. Bo przeciez kto sie nei zachwyci dzieckiem...

                Ja uwazam, ze dziekco nie jest i nei bedzie pionkiem w grze, wiec
                nei nalezy tak nieczysto sobie nim pogrywac.
                Jak ktos chce sie popisac przed rodzinka jakiego to wspanialego
                wyrwal faceta, ktopry robi tak sliczne i inteligentne dzieci to
                prosze bardzo. Inteligencja jednak podobno idzi epo matce wink Uroda
                zas tylko po ojcu.

                A wniosek, ze zwiazki krwi niczego nei gwarantuja.. Dla mnie nie
                musza. Bo nie przeliczam tego na "zysk" tak jak Ty.
                • pelagaa Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 17:31
                  > A wniosek, ze zwiazki krwi niczego nei gwarantuja.. Dla mnie nie
                  > musza. Bo nie przeliczam tego na "zysk" tak jak Ty.

                  Nie pisalam o zyskach finansowych, dla jasnosci. Pisalam o emocjach
                  i uczuciach dziecka. Dla mnie zwiazki krwi pozwinny zapewniac pewnie
                  sprawy, ale ich nie zapewniaja. Ale juz mi sie nie chce dalej pisac,
                  skoro wszystko mozna tak splycic i wytknac "zysk".
            • braktalentu Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 12:11
              Madziulcu - uparciuszku-smile))) Przecież sama odesłałaś mnie do
              wikipedii, a tam jak byk stoi, że powinowaty to krewny męża. To co,
              córka mojego męża nie jest Jego krewną? Wiesz, taką krew z krwi i
              DNA z DNA-smile?
              I raz jeszcze Ci napiszę, że co gorsza prawo stanowi, że ja,
              ta "obca baba" - macocha - jestem dla swojej pasierbicy "osobą
              najbliższą"-smile)).

              osoba najbliższa - w myśl art. 115 § 11 kk. Osobami najbliższymi są:

              - małżonek,
              - wstępni, czyli rodzice, dziadkowie, pradziadkowie itd.,
              - zstępni, czyli dzieci, wnuki, prawnuki itd.,
              - krewni w linii bocznej, czyli rodzeństwo, w tym także przyrodnie,
              - POWINOWACI w linii prostej, czyli ojczym (mąż matki, babki,
              prababki) zięć, synowa, pasierb, pasierbica,
              - powinowaci w linii bocznej, czyli szwagier, bratowa,
              - dzieci adoptowane i rodzice adopcyjni.

              I o ile słowo Dziadcochowie być może nie istnieje, to oni sami jako
              żywo tak. Świat nie kończy się na google-smile)))))))
              • madziulec Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 16:32
                Mozliwe, iz gwara lokalna produkuje "dzidcochow" i inne stwory
                jezykowe.
                U mnie nei wystepuja, jako zywo ich nie widzialam wink
                • braktalentu Re: Braktalentu ;))) 06.09.07, 17:10
                  A widziałaś Dusiołka?
        • e_r_i_n Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 06.09.07, 09:07
          madziulec napisała:

          > Tak dla mnie jakims kuriozum jest wprowadzanie tym dzieicom
          > jakichs ludzi pt. rodzice next - bo jako kto??? Cioteczni
          > dziadkowie??

          Kuriozum byłoby na siłe izolowanie. Wystarczy impreza urodzinowa
          przyrodniego brata/siostry, na ktorym jest dziecko z pierwszego
          malzenstwa i dziadkowie jubilata (rodzice matki). I juz dziecko
          faceta poznaje rodzicow next.
        • zonka77 ale o co chodzi z tymi rodzicami next? 06.09.07, 14:26
          Bo ja nie łapię - z czym problem? Moi rodzice znają bardzo dobrze córkę mojego
          męża, często do nich jeździmy, lubia ją, nie ubiegają się bynajmniej o rolę
          dziadków - są moimi rodzicami i teściami taty, nikim więcej. Młoda lubi tam
          jeżdzic, przyjażni się bardzo z moją siostrą, razem spędziły w tym roku częsc
          wakacji. Ex też zna moich rodziców i wszyscy się do siebie odnoszą dobrze a ex
          nigdy nie miała nic do tego że jeździliśmy z młodą do moich rodziców a
          jeździliśmy od początku... co w tym złego?

          Co do tego czy "nowa" rodzina jest rodziną dla dzieci z poprzedniego związku -
          my tworzymy z młodą rodzinę. Nasza rodzina składa się z nas - naszej córki i z
          córki męża, ona w tej rodzinie ma siostrę i tatę, spędzamy wspólnie święta i
          robimy wiele fajnych rzeczy i nie ma to żadnego wpływu na to jaki stosunek ma
          młoda do swojej mamy. Kiedy była młodsza bywały i takie etapy że tylko tata i
          tata, ale ona w ogóle jako maluch była chyba bardziej za tatą, bywało i tak że u
          nas było fajniej bo weekend - ex rozwiązała to tak że co drugi weekend był jej
          więc była równowaga - ona też miała czas na bycie mamą od atrakcji smile
          Zresztą po jakimś czasie mojemu m na szczęście przeszedł syndrom "wynagradzania"
          i zrobiło się normalnie - i dobrze.

          Za nami już parę lat tego układu i bywało różnie. Czytając to forum zrozumiałam
          wiele sytuacji, wiele zachowań ex - myślę że ona przechodziła wiele etapów, dla
          mnie i dla m niezrozumiałych. Niestety często bywało tak że ona podejrzewała nas
          o niewiadomo jakie intencje a proste zdarzenia interpretowała jako niewiadomo
          co. Wiem też że i mnie czasem brakło wyczucia, dzisiaj nie zrobiłabym kilku
          rzeczy które zrobiłam kiedyś w kompletnej nieświadomości a wręcz w poczuciu że
          robię dobrze.

          Autorce wątku chciałabym przekazac tylko tyle że starania next mogą oznaczac
          tylko tyle że się stara i nic więcej. Ja też się starałam - rysowałam z młodą,
          uczyłam się z młodą, czesałam i stroiłam itp
          a w życiu nie chciałam i nie chcę zastępowac jej mamy, wogóle nie mam takiej
          potrzeby i nie miałam. Chciałam po prostu żeby było dobrze, żeby się u nas
          dobrze czuła

          Osobiście jako mama WIEM że mama to mama smile Nawet najfajniejsza inna kobieta
          mamy miejsca nie zastąpi i już.
          __
          mała
          i203.photobucket.com/albums/aa97/aga_pac/DSC_0023b.jpg
    • martalik Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 07.09.07, 12:21
      Mammaj
      Przeczytałam Twój post i część odpowiedzi i mną porządnie tąpnęło.
      Do pewnego stopnia się z Tobą identyfikuję i chyba rozumiem Twoje uczucia i
      zaniepokojenie, co więcej uważam to zaniepokojenie, z poziomu moich doświadczeń
      , za słuszne.Nie pozwoliłam aby moja intuicja po rozwodzie uwrażliwiła mnie na
      toksyczne zachowania exa , jego rodziny i partnerki, z którą się związał 10 lat
      po rozwodzie. Chciałam być ok. wobec dzieci, exa i dziadków, później też wobec
      next. Siebie stawiałam na dalszym miejscu.Próbowałam się zawsze dogadywać w
      sprawach dzieci, godziłam się zawsze na proponowane spotkania dziadków czy ojca
      z dziećmi( czasem kosztem swoich planów), nie mówiłam źle o dzieciom o ojcu i
      dziadkach, co więcej głupia tłumaczyłam ich wybryki, wybielałam w oczach
      dzieci-wszystko dla "dobra szeroko rozumianej rodziny". Chciałam tak książkowo i
      bezstresowo. Dziś uważam, że to był błąd, za który płacę teraz ja i moja
      córka.Wychowywać samodzielnie dzieci jest cholernie trudno. Syn miał 12 lat,
      córka 5. Syn po latach zamętu w głowie ma w miarę obiektywny ogląd sytuacji,
      mamy dobry kontakt. Jednak jego kontakt z ojcem jest niedobry i syn wiele
      zapłacił za wysoki kredyt zaufania do ojca, myślę że byłoby to mniej bolesne i
      szybciej przejrzałby na oczy gdybym się nie przyczyniła do budowania tego kredytu.
      Córka wcześniej poddana była "praniu mózgu " przeze mnie: "tatuś cię
      kocha,trzeba szanować dziadków i wybaczać gdy obgadują mamę", i przez drugą
      stronę:" twoja matka jest bee pod każdym względem". Dziś córka ma 19 lat i
      wspierana negatywnie w okresie buntu opuściła dom. Przeprowadziła się do
      dziadków,ojciec i jego konkubina nie chcą jej u siebie ale wytrwale wspierają w
      buncie przeciw matce i bratu. Drżę o nią i jej przyszłość codziennie, tym
      bardziej że jest przewlekle chora a bunt objął leczenie. I nic nie mogę, bo
      przecież... złą matką jestem.

      KAŻDA SYTUACJA JEST INNA.Nie można tworzyć sztancy i teoretyzować co jest dobre
      i dla kogo w sytuacji po rozwodzie. Chciałam dobrze , wyszło źle.Zagłuszyłam
      intuicję. Na pewno moim błędem był brak wyraźnie wytyczonych granic i
      zapominanie o sobie.Powinnam ustalić sądownie kontakty z dziećmi i spisywać co
      się wtedy działo.Powinnam ( odpowiednio do wieku dzieci)przedstawiać prawdziwy
      obraz ojca i jego rodziny. Nie powinnam się umawiać na wysokość alimentów a na
      bieżąco sankcjonować je wyrokami sądowymi.Co więcej ? Nie wiem i nie mam
      pomysłów.Nie wiem też czy byłoby dziś inaczej.
      Wiem natomiast, że zachowując klasę wobec ludzi, którzy jej nie mają w jakiej
      części przegrasz siebie i postawisz na szali dobro dzieci. To Twój ex narusza
      Twoje zbyt słabo zaznaczone granice- wiedział, ze nie chcesz spotkać next i miał
      w nosie Twoje zdanie, Twoja next rozpieszcza małą i robi to dla swojej
      przyjemności mając gdzieś efekt wychowawczy, a to Ty i mała poniesiecie koszty
      jej radosnego i nieodpowiedzialnego realizowania się w roli macochy. Nie ma tu
      recepty i nie masz wielkich możliwości aby działać tak by wszyscy byli
      zadowoleni. Działaj więc tak byś Ty była jak najbardziej zadowolona i aby
      perspektywicznie patrząc jak najmniej zaszkodzić dzieciom. Bardzo , bardzo
      serdecznie Ci życzę powodzenia, słuchaj swojej intuicji-jeśli podpowiada, ze coś
      jest nie tak to z doświadczenia Ci powiem JEST NIE TAK, nie słuchaj rad
      niedoświadczonych w tym względzie osób ( choćby najbardziej życzliwych i
      prawych) bo to Twoje i Twoich dzieci życie a nie bajka. M.
      • mammaj Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 07.09.07, 16:25
        Dzięki Martaliku smile
        Chyba sobie to wydrukuję i powieszę gdzieś na widoku, ku przestrodze
        i pamięci.

        Doświadczyłam już wiele razy, że intuicja jest ważna i często
        podpowiada dobre rozwiązania. Co do intencji eksa i neksi - nie mam
        złudzeń po wczorajszej rozmowie i wyskoku "spędzenia weekendu w celu
        pożegnania neksi" (patrz post "Partnerka eksa.. jest koncepcja...).
        Wiem jednak, że to ja zbyt "oddałam pola". Niepotrzebnie. Powoli,
        stanowczo chcę je zawęzić,żeby przywrócić prawidłową równowagę w tej
        relacji. Ona jest jako "ta druga", nie zastępuję, nie zamienia, może
        jedynie towarzyszyć.

        Myśl o tym jak sytuację oceni po latach córka długo zaprzątał mi
        głowę. Bałam się co odpowiem na pytanie: "Czemu tata sie wyprowadził
        jak się urodziłam?" (miała 2 m-ce). Poczucie winy jakie się z tym
        wiązało sprawiało, że lęk był porażający. Zdałam sobie jednak
        sprawę, że te rzeczy, narodziny córki i rozwód, nie są przyczyną i
        skutkiem; działy się równoczasowo, ale zupełnie oddzielnie,
        niezależnie. Stąd pytanie jest niezasadne. Długo mi zajęło zanim to
        zrozumiałam. Ogromna radość z powodu narodzin i dramatyczne
        rozczarowanie związane z rozpadem małżeństwa czułam równowcześnie.
        Dlatego tak trudno był mi oddzielić te dwie sytuacje.

        Dziś cieszę się, że córka pojawiła sie na świecie, że zdążyła, zanim
        małżenstwo się rozpadło. Prędzej czy później pewnie by do tego i tak
        doszło. A córa jest z nami, brat ma siostrę, a ja dwójkę wspaniałych
        dzieci. Tego mi nikt nie odbierze. I nikt tak bardz się z tego nie
        cieszy jak ja.

    • mammaj Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 08.09.07, 14:19
      "Zaprotestowałam w którymś momencie, jak zaczęli jeździc do jej
      rodziców na weekendy,uczestniczyć w jakis spotkniach rodzinnych
      tamtej strony".

      Sprawa była minęła, ale ciekawa jestem Waszych opinii. Dzieci
      poznały neks. Niedługo potem - jakieś 3 - 4 tygodnie uczestniczyły w
      obiedzie niedzielnym u jej rodziców. Moim zdaniem żadna frajda dla
      dzieci, które mają jeden dzień spedzić z tatą, uczestniczenie w
      jakimś obiedzie dla dorosłych. Dla mnie ewidentnie to było robienie
      sobie PR przez eksa, w żadnej mierze nie było jakąkolwiek atrakcją
      dla dzieci. Niedługo po tym eks zaczął zabierać dzieci na działkę do
      jej rodziów, gdzie była jeszcze większa częśc rodziny. Oczywiście
      niczego ze mna nie uzgdaniał, dowiadywałam się po fakcie od dzieci.
      Wszytsko to rozgrywało się w przeciągu 1,5 m-ca. Moim zdaniem
      wprowadzenie tylu osób do ich życia na raz nie było dobre. I w
      takiej sytuacji; rozwód był orzeczony miesiąc wcześniej.
    • croyance Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 14.09.07, 14:16
      Hey.

      Nie czytalam wszystkich wypowiedzi, tylko kilka.
      Tez nie bardzo rozumiem, o co Ci chodzi i uwazam, ze to zadzrosc.
      Masz do niej prawo. Ale to Twoj problem.

      Moj narzeczony ma syna - mlody do nas przychodzi, wyjezdza z nami,
      ostatnio nawet zabralismy go do mojej rodziny do Polski. Uwaza mnie
      za rodzine, ma swoj pokoj, spedza z nami czas. Zawsze, jak gdzies
      jedziemy, przypominam, zeby zadzwonil do mamy, zeby kupil jej
      prezent etc. Nie wyobrazam sobie, o co mozna byc zazdrosnym. Matki
      mu nie zastapie i nie zamierzam zastepowac, bo jedna ma, na bycie
      macocha - to on juz za stary, moge byc przyjaciolka - i jestem, bo
      mlodego lubie. Moja rodzina tez go lubi i jest fajnie. Po co
      stwarzac dodatkowe problemy.
      Wg mnie przypisujesz neksi motywy, ktorej ona moze nie miec,
      patrzysz na nia przez pryzmat swoich lekow. Rozumiem. Ale cokolwiek
      by nie zrobila, pewnie byloby zle.
      dzieci maja swoj pokoj: chce mi zabrac dzieci, nastawic przeciwko
      mnie, udaje matke
      dzieci nie maja pokoju: jak ona je traktuje, spia byle gdzie, moze
      nie powinnam pozwalac im sie widywac

      W kolejnym poscie piszesz:

      "Nie jest to postępowanie "opowiedzialnego
      rodzica", ani wychowawcze, ani dobrze ksztaltujące prrawidłowy
      rozwój dzieci; a nie bardzo mam wpływ na to, żeby pod jej "opieką"
      dzieci traktowane były w ten lub inny sposób."

      Przeciez balas sie, ze wejdzie w Twoja role, skad wiec teraz
      narzekanie, ze jej zachowanie jest 'niewychowawcze'? Od wychowywania
      sa rodzice, ojciec i Ty. Ona zadnych obowiazkow wychowawczych nie
      ma - po pierwsze, ma nie szkodzic i nie utrudniac; po drugie, jak ma
      ochote i dobra wole - mile spedzac z dzieciakami czas. Ty jestes
      odpowiedzialna za rozwoj, chyba, ze chcesz, zeby wychowywala Twoje
      dzieci? Ale skad wtedy ten lament?
    • wrednaczarodziejka Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 14.09.07, 14:34
      hm, u mnie sie zanosi podobnie... Ja sie nie zamierzam zgadzać na
      dluższe wizyty synka u taty i jego zonki. zwlaszcza, ze mieszkają
      600 km stad, mały ma dopiero 5 lat, i nie bede w stanie sprawdzic
      czy jest mu dobrze czy nie. nie masz obowiązku ulatwiania kontaktów
      dzieci z next, tylko z ojcem, i tyle. niech sobie przyjezdza do
      Ciebie czy cos.
    • jarena2 Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 16.09.07, 23:49
      Wszystko jest pięknie, cudowne rady pt.szczęśliwe dzieci itd!!
      Zgadzam sie z tym, kurczę ale gdzie w tym wszystkim jesteśmy my,
      może powinnyśmy pomyślec o sobie, o tym co tak naprawdę czuję i
      czego chcę!!! Wszyscy wiemy jak to powinno wyglądac, kiedy ojciec
      odchodzi od rodziny, bo wpada na pomysł miec nową rodzinę,
      powinnyśmy robic wszystko żeby dzieci nie ucierpiały, szkoda tylko
      że ten co odchodzi nad tym sie nie zastanawia!!!Dlaczego my samotne
      matki, lub samotni ojcowie nie możemy spojrzec na siebie tak
      egoistycznie jak to robią ojcowie, lub matki którzy zostawiają
      dzieci, dlaczego oni wówczas nie zadają sobie prostego pytania Jak
      to wpłynie na dzieci, co z ich rozwojem emocjonalnym, z wartościami
      jakie otrzymają???? Czy mamy byc nieszczęśliwe, ale robic wszystko
      żeby dzieci nie ucierpiały, szkoda że ojcowie naszych dzieci nad tym
      się nie zastanawiają!!!!! Powiem tak, pomyślmy o sobie, bo za 10, 15
      lat zostaniemy sami, a nasze cudowne dzieciaki pójdą w świat byc
      może szczęśliwsze i lepiej przygotowane do życia, ale jakim kosztem,
      kosztem nas samych!!! Spróbujmy to wywarzyc i odnaleźć się w tym
      wszystkim, wiem że nie jest to łatwe, ale pomyślmy też czasami o tym
      czy np.spotykanie się naszego dziecka z nexią nie jest dla nas zbyt
      bolące???? Pamiętajcie że istniejemy, żyjemy i czujemy, nie tylko
      nasze cudowne dzieci.
      Ciekawe czy ktos mnie zrozumiał?????
      • jogo2 Re: jarena 19.09.07, 21:38
        Hej,
        Rozumiem doskonale i uważam, że większość tego wątku to jakaś
        pomyłka, a zwłaszcza wpis croyance. Jasne, facio sobie wymienia żonę
        na nowy, lepszy model, bo był prawdopodobnie skończonym
        dupkiem. "Stara" żona zostaje nie tylko obciążona dwojgiem małych
        dzieci, dla których ma mieć: 1) czas, 2) uśmiech i 3) serce, ale i
        jeszcze z olbrzymią traumą, z którą musi się jakoś uporać i połową
        mniej pieniędzy, a większość wpisów w tym wątku to chór pouczań, jak
        to "jej uczucia, to jej sprawa" i chuchanie na jakieś wyabstrahowane
        dobro dzieci w tym wszystkim, a autorka jeszcze potakuje i raportuje
        dzielnie, z czym to już się uporała, a z czym nie. Z jednej strony
        ją podziwiam, bo faktycznie darcie szat przy dzieciach nic nie da, a
        tylko jeszcze pogroszy sprawę, ale z drugiej strony ludzie mieć tu
        czelność i mówić coś, kobiecie, że jest "zazdrosna"?? Tej drugiej po
        prostu powinno nie być. Nieważne, że "jest przyjaciółką dzieci".
        Ładna mi przyjaciółka, która rozwaliła dzieciakom dom. I jeszcze, !@!
        @, jaka łaskawa, przypomina o zadzwonieniu do mamusi. To tak, jakbym
        najpierw podała żonie sałatkę z muchomorów, a potem upominała
        dziatki, żeby ją odwiedzały w szpitalu. Trzeba mieć trochę wstydu.
        Ale oczywiście tryumfująca zdobywczyni k... ma i na nowe kiecki,
        więc atrakcyjna jest i uśmiechnięta, a mama w kącie uporywa się ze
        swoimi "wrednymi" uczuciami. Przynajmniej tyle można zrobić, żeby
        chociaż nazywać rzeczy po imieniu.
        • triss_merigold6 Re: jarena 19.09.07, 22:28
          Mleko już się rozlało zauważ. Pan nie wróci, czasu nie cofnie, pani
          trzecia jest na stałe obecna w życiu ojca dzieci. Matka dzieci jakby
          nie była pokrzywdzona ze swoimi uczuciami musi uporać się sama,
          dorośli ludzie idą do psychologa, psychiatry, biorą antydepresanty,
          mają kółka wsparcia, przyjaciół etc. Dzieci mają prawo do tatusia w
          ich życiu i vice versa, pan z żoną się rozszedł a nie z nimi.
          • madziulec A ja mam teraz pytania od dziecka... 20.09.07, 10:54
            Mamo a dlaczego tata mieszka z Adriankiem?
            Adrianek nie jest dzieckiem taty, wiec "rozdwojenie jazni" dziecka
            jest przepotworne.

            Do tego jest pytanie ze strony dziecka: mamo, a mozesz sie
            przemienic w mame mojego braciszka, bo on ma inna mame.

            Dla wyjasnienia: dziecko w wieku lat 3. Nie puszamy w domu tematu
            drugiego temu.
            A mimo to maly ostatnio powiedzial tacie: wiem, ze do mnie nie
            przyjechales, bo nie masz dla mnie czasu, bo masz druga rodzine.
            (spedziali wszyscy razem urlop i ojciec rzadko zabiera malego do
            siebie do domu, co uwazam za niewlasciwe wlasnie ze wzgledu na potem
            takie "pytania" i reakcje dziecka)
        • jarena2 Re: jarena 21.09.07, 11:58
          No wreszcie jakaś pokrewna dusza, albo odwazna, która potrafi głośno
          powiedziec, że my też żyjemy i mamy prawo do tego żeby byc
          szczęśliwe i życ tak jak chcemy, a nie naginac sie do tego czego nie
          chcemy robic (w tym wypadku dawac dzieciaki do nowej żony ich ojca).
          Oni wszyscy tak kochają swoje dzieci, tylko szkoda że tak łatwo im
          przychodzi wyprowadzka, wtedy nie myślą o dzieciach, a jeszcze
          lepiej jak zakladają nową rodzinę i mają nowe dzieci he, he.. Brawo
          dla tych panów! Myslę że większośc samotnych matek myśli podobnie,
          tylko o tym nie mówią i robią wszystko aby ich dzieci były
          szczęśliwe, bardzo często właśnie swoim kosztem smile I wtedy wszyscy
          są szczęśliwi, tylko nie ona sad
          • mammaj Jak być szcześliwą... 22.09.07, 11:04
            smile
            Jarena, zgadzam się i z Tobą. Dla mnie te rzeczy dzieją się
            równolegle. Moje szczście to mój spokój, radość, satysfakcja, ale
            też szczęście moich dzieci. Nie mogę realizwoać siebie, jeśli wiem,
            że mogą cierpieć na tym dzieci. I odwrotnie: "poświęcając" cały swój
            czas i uwagę dzieciom, nigdy sama dla siebie tego szczęścia nie
            znajdę.
            Dlatego to jest takie trudne, wyważyć swoje potrzeby i potrzeby
            dzieci, do których realizacji też dążymy, dla własnego dobrego
            samopoczucia.
            Optymistyczne jest to, że "nasze szczęście" zależy od nas samych. I
            w tym kontekście, opinie innych dyskutantów są prawdziwe. Moje
            uczucia to ja, to co z nimi zrobię - zależy ode mnie. Eks jeśli jest
            sk...em, to takim pozostanie. Ja mogę zmienić stosunek do niego i do
            sytuacji, do jakiej doprowadził. Inaczej reagować, nie trwać w tej
            zazdrosći, albo wprost przeciwnie - "posiedzieć w niej" jeszcze parę
            lat. Ale to mój wybór.

            Nie jesteśmy nieszczęśliwe, że ktoś nas zostawił. Jesteśmy
            nieszczęśliwe, bo takiego dokonujemy wyboru. Ja wybieram inaczej.
            Chcę, tylko na razie szukam jak.

            Stąd te dylematy, bo jak napsiałam wyżej, trudno jest wyważyć
            potrzeby swoje i dzieci (na nich nam zależy). Ale żeby być w zgodzie
            ze sobą gdzieś ten złoty środek trzeba znaleźć.


            • madziulec Re: Jak być szcześliwą... 25.09.07, 10:12
              Ja tylko pytam o emocje malego czlowieczka.
              Maly czlowieczek jest ufny, do wiekszosci ludzi idzie, bo im wierzy, bo wierzy, ze im nic zlego nei zrobi. Jesli TY nie dasz wyraznego sygnalu, ze dana osoba i kontakty z nia sa niewlasciwe z jakiegos punktu widzenia to Twoje dziecko nie bedzie o tym wiedzialo.
              Jesli nie przekazesz dziecku, ze kontakt z narkomanem czy pijakiem jest ze spolecznego punktu widzenia niewlasciwy - dziecko uzna te kontakty za najzupelniej normalne.

              To zreszta chyba nic dziwnego.

              Jesli zakladamy, ze "przekazujesz" dziecko i pozwalasz na kontakty z partnerka ojca dziecka na troche wiecej niz poprawnym stopniu to czy po jakims czasie dziecko poznawszy swiat nie bedzi emialo do Ciebei pretensji, ze je "sprzedalas", ze w imie wlasnej wygody, wlasnego spokoju czy kto wie czego sama zdecydowalas sie na takie czy inne kontakty nieliczac sie z tym, ze ufne dziecko idzie wszedzie, a moze nei do konca takie kontakty sa wlasciwe? Dziecku nie sa potrzebne 2 matki i 1 ojciec...
              • chalsia Re: Jak być szcześliwą... 25.09.07, 11:35
                > Jesli zakladamy, ze "przekazujesz" dziecko i pozwalasz na kontakty
                z partnerka
                > ojca dziecka na troche wiecej niz poprawnym stopniu to czy po
                jakims czasie dzi
                > ecko poznawszy swiat nie bedzi emialo do Ciebei pretensji, ze
                je "sprzedalas",
                > ze w imie wlasnej wygody, wlasnego spokoju czy kto wie czego sama
                zdecydowalas
                > sie na takie czy inne kontakty nieliczac sie z tym, ze ufne
                dziecko idzie wszed
                > zie, a moze nei do konca takie kontakty sa wlasciwe? Dziecku nie
                sa potrzebne 2
                > matki i 1 ojciec...

                pieprzysz Madziulec.
                To co napisałaś byłoby z sensem, jedynie gdyby ta macocha czyniła
                dziecku krzywdę (vide Kopciuszek).
                • madziulec Re: Jak być szcześliwą... 25.09.07, 12:50
                  Aha.
                  Czyli norma jest macocha, ktora nie ma wlasnych dzieci, natomiast swoje niespelnione uczucia macierzynskie przelewa na cudze dziecko?
                  I to bedzie zdrowe dla dziecka jesli taka sieknieta osoba je rozpieszcza, kupuje milion spineczek itp??? Czy te spineczki temu dziecku sa do prawidlowego rozwoju potrzebne bardziej niz poczucie stabilnosci i bezpieczenstwa?

                  Kto gada glupoty i kto sie zastanawia tak naprawde nad tym co sie dzieje potem z dzieckiem??

                  Aha.. Zeby nei bylo.. Udowodniono ostatnio, ze opieka naprzemienna (czyli tydzien tu tydzien tu) tez jest chorym rozwiazaniem...
                  • chalsia Re: Jak być szcześliwą... 25.09.07, 13:12
                    > Aha.. Zeby nei bylo.. Udowodniono ostatnio, ze opieka naprzemienna
                    (czyli tydzi
                    > en tu tydzien tu) tez jest chorym rozwiazaniem...

                    żadna to nowość.
                    I jaki to ma związek z tematem?
                  • chalsia Re: Jak być szcześliwą... 25.09.07, 13:13
                    > Kto gada glupoty i kto sie zastanawia tak naprawde nad tym co sie
                    dzieje potem
                    > z dzieckiem??

                    znam mnóstwo osób, które o tym myśla, tak więc nie jesteś wyjątkiem.
                • jarena2 Re: Jak być szcześliwą... 26.09.07, 09:54
                  chalsia napisała:

                  > > Jesli zakladamy, ze "przekazujesz" dziecko i pozwalasz na
                  kontakty
                  > z partnerka
                  > > ojca dziecka na troche wiecej niz poprawnym stopniu to czy po
                  > jakims czasie dzi
                  > > ecko poznawszy swiat nie bedzi emialo do Ciebei pretensji, ze
                  > je "sprzedalas",
                  > > ze w imie wlasnej wygody, wlasnego spokoju czy kto wie czego
                  sama
                  > zdecydowalas
                  > > sie na takie czy inne kontakty nieliczac sie z tym, ze ufne
                  > dziecko idzie wszed
                  > > zie, a moze nei do konca takie kontakty sa wlasciwe? Dziecku nie
                  > sa potrzebne 2
                  > > matki i 1 ojciec...
                  >
                  > pieprzysz Madziulec.
                  > To co napisałaś byłoby z sensem, jedynie gdyby ta macocha czyniła
                  > dziecku krzywdę (vide Kopciuszek).

                  Czynic krzywdę dziecku można nie tylko fizycznie, ale również na
                  poziomie emocjonalnym. A może next nie może miec własnych dzieci...
                  Madziulec boi się o swoje dziecko, o jego rozwój, za który niestety
                  są odpowiedzialni wszyscy dorośli, całe jego otoczenie.
        • jarena2 Re: jarena 21.09.07, 12:13
          No wreszcie jakaś pokrewna dusza, albo odwazna, która potrafi głośno
          powiedziec, że my też żyjemy i mamy prawo do tego żeby byc
          szczęśliwe i życ tak jak chcemy, a nie naginac sie do tego czego nie
          chcemy robic (w tym wypadku dawac dzieciaki do nowej żony ich ojca).
          Oni wszyscy tak kochają swoje dzieci, tylko szkoda że tak łatwo im
          przychodzi wyprowadzka, wtedy nie myślą o dzieciach, a jeszcze
          lepiej jak zakladają nową rodzinę i mają nowe dzieci he, he.. Brawo
          dla tych panów! Myslę że większośc samotnych matek myśli podobnie,
          tylko o tym nie mówią i robią wszystko aby ich dzieci były
          szczęśliwe, bardzo często właśnie swoim kosztem smile I wtedy wszyscy
          są szczęśliwi, tylko nie ona sad




          jogo2 napisała:

          > Hej,
          > Rozumiem doskonale i uważam, że większość tego wątku to jakaś
          > pomyłka, a zwłaszcza wpis croyance. Jasne, facio sobie wymienia
          żonę
          > na nowy, lepszy model, bo był prawdopodobnie skończonym
          > dupkiem. "Stara" żona zostaje nie tylko obciążona dwojgiem małych
          > dzieci, dla których ma mieć: 1) czas, 2) uśmiech i 3) serce, ale i
          > jeszcze z olbrzymią traumą, z którą musi się jakoś uporać i połową
          > mniej pieniędzy, a większość wpisów w tym wątku to chór pouczań,
          jak
          > to "jej uczucia, to jej sprawa" i chuchanie na jakieś
          wyabstrahowane
          > dobro dzieci w tym wszystkim, a autorka jeszcze potakuje i
          raportuje
          > dzielnie, z czym to już się uporała, a z czym nie. Z jednej strony
          > ją podziwiam, bo faktycznie darcie szat przy dzieciach nic nie da,
          a
          > tylko jeszcze pogroszy sprawę, ale z drugiej strony ludzie mieć tu
          > czelność i mówić coś, kobiecie, że jest "zazdrosna"?? Tej drugiej
          po
          > prostu powinno nie być. Nieważne, że "jest przyjaciółką dzieci".
          > Ładna mi przyjaciółka, która rozwaliła dzieciakom dom. I jeszcze, !
          @!
          > @, jaka łaskawa, przypomina o zadzwonieniu do mamusi. To tak,
          jakbym
          > najpierw podała żonie sałatkę z muchomorów, a potem upominała
          > dziatki, żeby ją odwiedzały w szpitalu. Trzeba mieć trochę wstydu.
          > Ale oczywiście tryumfująca zdobywczyni k... ma i na nowe kiecki,
          > więc atrakcyjna jest i uśmiechnięta, a mama w kącie uporywa się ze
          > swoimi "wrednymi" uczuciami. Przynajmniej tyle można zrobić, żeby
          > chociaż nazywać rzeczy po imieniu.
    • hipopotamama Re: Sptokania z partneką eksa... nie wiem co dale 25.09.07, 04:27
      Wiesz, mam dwojakie odczucia.
      Z jednej strony rozumiem Twoja zdiagnozowaną wcześniej zazdrość.
      Widok córki uwieszonej na bądź co bądź obcej kobiecie. Nie ma matki
      której by to nie zabolało. Rozumiem Twoje obawy o konsekwencje
      udanych relacji pasierb-macocha. I choć moja sytuacja się
      diametralnie rózni też chowam w sobie takie rozterki.
      Patrząc jednak na tę lepszą stronę medalu. Wyobraź sobie...
      Poznajesz mężczyznę. Czy wymagasz od siebie izolacji kontaktów
      Twoich dzieci z nim, jego (Twoją nową) rodziną? Czy Twój eks będzie
      miał wtedy prawo narzucić Ci jakiekolwiek obostrzenia?
      Zanim zdecydujesz, przemyśl czy nie będziesz kiedyś od swojego
      byłego partnera wymagać kompromisów, które Ty tak dzielnie
      wypracowałaś?
      P.S. Podziwiam Twój rozsądek i gratuluję dojrzałości, którą oboje z
      eksem się wykazujecie.
      Pzdr.
Pełna wersja