jogo2
27.11.07, 15:18
Chciałam się podzielić spostrzeżeniami z lektury tego forum na temat pewnych
nieprawidłowych stereotypów, polegających na utwierdzaniu kobiet w
przeświadczeniu, że powinny niektóre swoje zupełnie naturalnie powstające
uczucia wyprzeć i uważam, że jest to bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące.
Zainspirowały mnie dwa przeczytane wątki. W jednym autorka, którą mąż
zostawił, jak była w ciąży z drugim dzieckiem dla innej kobiety, teraz ma
kontakt z dziećmi polegający na zabieraniu ich do siebie i zajmowaniu się nimi
wraz ze swoją drugą partnerką, w tym spędzania razem czasu miło i przyjemnie.
Autorka doświadcza sprzecznych uczuć i czuje się zepchnięta na drugi plan. 90%
wypowiedzi w wątku to były rady, aby: "uporała się z własnymi uczuciami", bo
dla dzieci to jest bardzo dobrze (że się nimi tata raczy łaskawie zajmować).
Co więcej sama autorka akceptowała tak i punkt widzenia. Teraz też poniżej
jest wątek, którego autorka pisze jak to została zostawiona w ciąży swojemu
losowi, a jak się dziecko urodziło, to ojciec (razem z nową partnerką) chętnie
je zabiera często do siebie, a ona się boi, czy czasem jej kiedyś nie zabierze
dziecka. I znowu chórek: iż powinna się cieszyć (a ciekawe, dlaczego ona jakaś
taka niezadowolona), bo to dla dziecka dobrze. Ja wiem, że prawo nie reguluje
wzajemnych stosunków pomiędzy rodzicami (o ile nie jest to przemoc - głównie
fizyczna, przemoc psychiczną się głównie bagatelizuje), ale zastanawia mnie,
dlaczego na tym forum w takich wypadkach staje się po stronie ojca. Dla mnie
wytłumaczenie jest takie, że same autorki tych rad musiały dokonać na sobie
podobnego procesu stłumienia lub wyparcia własnych uzasadnionych uczuć i
dlatego nieświadomie chciałyby, żeby inne kobiety w podobnych przypadkach
zrobiły podobnie. W opisanych powyżej przypadkach wprawdzie rolę rodzica
odgrywają obie strony (tj. i ojciec i matka), ale zostały one sprytnie
podzielone nierówno i faktycznie i w głosach zabranych w wątkach założonych
przez autorki. Zwłaszcza w tym drugim przypadku nie rozumiem "zachwytu" w
odpowiedziach na post autorki, iż powinna się cieszyć z zainteresowania ojca
synkiem. Oczywiście, zgadzam się, lepiej, że się interesuje, niż gdyby sie nie
interesował nim wcale, ale także zupełnie rozumiem i uczucia kobiety i nie
sądzę, aby dawanie rad typu "powinnaś się cieszyć" jest w tym wypadku
rozwiązaniem. To, że kwestie wzajemnych relacji rodziców nie są uregulowane
prawnie, nie powinno chyba być powodem, żeby takich uczuć nie rozumieć, albo
udawać, że się nie rozumie, ani nie uznawać. Kiedyś to pojęcie dobra dziecka
niezależne od tego, na ile niekomfortowo czuje się matka w roli porzuconej
żony czy też samotnej matki, zostało odseparowane, żeby zapobiec postawie typu
"właścicielka dziecka", ale z moich obserwacji wynika, że teraz następuje
przegięcie w drugą stronę w powszechnym odbiorze społecznym reprezentowanym na
przykład w wypowiedziach na tym forum. Nikt z nas przecież nie zmusi
opisywanego ojca, żeby zachował się inaczej, ale przynajmniej można co innego
napisać kobiecie, niż że "powinna się cieszyć", zwłaszcza w sytuacji, w
której, jak wynika z opisu autorki, nie ona ponosi odpowiedzialność za rozpad
związku (oczywiście, zawsze można powiedzieć, że wina leży po obu stronach,
ale na przykład zdrada małżonki i jej porzucenie w czasie gdy jest ona w ciąży
jest dosyć jednoznacznym zachowaniem, niezależnie od tego, jakim by ona była
siedliskiem wad. A także uważam, że negowanie kontrowersyjnych uczuć
powstających w matce w takiej sytuacji też nie rodzi samych plusów dla takiego
dziecka.
Niestety uważam, że niezależnie od tego, co jest zapisane w przepisach
prawnych, panuje przedziwny klimat de facto akceptacji zjawiska, że pan
odchodzi sobie kiedy chce, przypomina sobie, że jest ojcem kiedy chce, często
zaprasza do wychowywania dziecka i zaskarbiania sobie jego uczuć inne
przypadkowe panie, co często odbywa się kosztem uczuć tego dziecka w stosunku
do własnej matki, i wszystkim się to podoba "że w ogóle chce być ojcem -czapki
z głów, nieważne, że się wcale dzieckiem nie zajmuje, jak już je widuje, że
jest totalnym fajtłapą w związku z opieką nad dzieckiem, że płaci z wielkim
ociąganiem się alimenty stanowiące 10 - 25% faktycznych kosztów utrzymania
dziecka, że sobie raz do roku przypomni i przyjdzie", a ona no cóż "powinna
się cieszyć", a się martwi, ciekawe dlaczego? Myślę, że coraz więcej będziemy
mieli takich tatusiów z dzieci wzrastających w atmosferze takiego przyzwolenia
społecznego na bezkarne zakładanie coraz to nowych rodzinek, robienia sobie
tanim kosztem maskotek z gdzieś tam żyjących własnych potomków przy kompletnym
braku poniesienia konsekwencji tego co się zrobiło.