jak to z nami samodzielnymi jest?

16.08.03, 15:30
pisze to na swoim przykladzie i z gory przepraszam, jesli kogos obrazam. czy
ja (my) tak naprawde mamy szukac kogos dla siebie (oparcie na przyszlosc)czy
kogos, kto moglby przede wszystkim przekazac wartosciowe wzorce ojca naszym
dzieciom? bo przyznam sie wam szczeze, ze tak ostatnio wywnioskowalam, ze
przeciez mialam wspanialego meza, ktory byl kochajacym ojcem dla naszego syna
ale za malo zarabial i po prostu wydal mi sie zyciowym nieudacznikiem (nie
umial nic zalatwic , byl bez jaj i w zlosci kazalam mu sie wyniesc. a on to
zrobil!!) i szczerze mowiac, teraz takiemu facetowi jak moj byly dalabym z
wlasnej kieszeni etat, zeby tylko byl przy dziecku!
dziewuszki kochane, co wy na to? czy ja naprawde zwariowalam, czy po prostu
sie z tego wszystkiego STARZEJE?
    • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 17.08.03, 03:31
      Wiesz , nie wiem. Ale jak dla mnie rozwiodlas sie z niewlasiwych powodowe.
      Ja nigdy nie rozwiodlabym sie z facetem tylko dlatego , ze byl "zyciowym
      nieudacznikime".....
      Chyba mials zle priorytety!!!!!!!
      Ja z innych powodow jestem sama.
      I jednoco zwuwazylam ostatnio , to jestem szczesliwa !!!!!!
      Tak szczesliwai ciesze sie , ze jestem sama.. I nie zamierzema szukac zadnego
      tatusia....
      Jest tylu wspanialych ludzi dookola , niech z nich czerpie przyklad moj synek!

      Pozdrawiam
      Mag
      • mercedess1 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 18.08.03, 20:15
        przepraszam to byla tylko chwila slabosci
        • chalsia Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 18.08.03, 21:18
          Po pierwsze:
          nie musisz przepraszać za to co napisałaś.
          Po drugie:
          każdy ma prawo czuć to co czuje.
          Po trzecie:
          nie nazwałabym tego słabością.

          A w ogóle, może jest tak, że po jakimś czasie po pojawieniu się dziecka punkt
          widzenia się zmienia bo i sytuacja się zmienia.
          No i, jak nam wszystkim wiadomo (ale niestety nie korzystamy z tej
          wiedzy "przed"), Mickiewicz napisał "Litwo, ojczyzno moja ......"
          Nadzieja jest taka, że uczymy się na własnych błędach.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
      • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 11:15
        mag_p napisała:

        > Wiesz , nie wiem. Ale jak dla mnie rozwiodlas sie z niewlasiwych powodowe.
        > Ja nigdy nie rozwiodlabym sie z facetem tylko dlatego , ze byl "zyciowym
        > nieudacznikime".....
        > Chyba mials zle priorytety!!!!!!!

        Łatwo ci mówić - nie ty żyłaś z taką ofermą w domu... Mój były mąż prezentował
        dokładnie ten sam typ osobowości, więc akurat ja świetnie rozumiem mercedes.
        Wbrew pozorom nie chodzi tu o czysty materialny wymiar, utrzymanie rodziny itd.
        Bardziej o konieczność stałej opieki nad dorosłym było nie było osobnikiem,
        który w dodatku jest bardziej kłopotliwy od najbardziej rozbrykanego dwulatka.
        Nie kazda kobieta ma ochotę matkować dorosłemu facetowi, zresztą to chory
        układ, bo wydaje mi się, że kobieta podświadomie oczekuje w facecie oparcia.
        Niekoniecznie materialnego. Gdybym w sytuacjach kryzysowych mogła liczyć choć
        na emocjonalne wsparcie, choćby na głupie "nie martw się, jakoś to będzie..." -
        ale zamiast tego ja słyszałam "o matko boska, to co my teraz zrobimy???" I w
        pewnym momencie doszłam do wniosku, ze moje małżeństwo można streścić tak, że
        wszystkie kłopoty spadają WYŁĄCZNIE na moją głowę, a ewentualne sukcesy są
        umniejszane i lekceważone. Rozwodząc się czułam, jakby garb spadł mi z pleców,
        mimo że z małym dzieckiem, praca na pełny etat i studiami zaocznymi nie było mi
        lekko. Ale ja odbiłam od dna, a mój były jest dokładnie w tym samym punkcie co
        7 lat temu. Że już nie wspomnę o drobnym fakcie, że jeśli facet nie ma jaj, jak
        to określiła mercedes i trzeba mu matkować i traktować go jak kolejne dziecko w
        rodzinie (załatwiać za niego sprawy, rozwiązywać jego problemy) - to w szybkim
        tempie traci się zainteresowanie nim jako mężczyzną - bo te relacje zaczynają
        przypominać jakiś kazirodczy układ. Facet powinien być oparciem, jesli staje
        się wyłącznie biorcą, to jest dla kobiety tylko zbędnym balastem w życiu.


        > Ja z innych powodow jestem sama. I jednoco zwuwazylam ostatnio , to jestem
        szczesliwa !!!!!!

        > Tak szczesliwai ciesze sie , ze jestem sama.. I nie zamierzema szukac
        zadnego tatusia....
        > Jest tylu wspanialych ludzi dookola , niech z nich czerpie przyklad moj synek!

        Mag - ty na razie według mnie odreagowujesz zawiedzione nadzieje, jesteś
        zraniona i rozgoryczona. Wierzę, że masz powody, żeby mieć uraz. Potrzebujesz
        czasu żeby ochłonąć. Ale na dłuższą metę nikt nie jest szczęśliwy będąc
        samotnym... Dziecko nie zrekompensuje braku relacji uczuciowych - ba nawet
        lepiej żeby tak nie było! Dziecko nie powinno zastępować partnera. Nie znaczy
        to że trzeba się zadowolić "byle czym", oczywiście że nie. Z czasem będziesz
        czuła potrzebę posiadania kogoś dla siebie. Dla siebie, nie dla dziecka. Dla
        mnie najgorszą motywacją do bycia z kimś jest tzw. "dobro dziecka". To między
        dorosłymi musi coś iskrzyć - relacje opiekuna z dzieckiem to osobny (równie
        ważny ale nie priorytetowy) wątek.

        Nie musisz szukać - samo przyjdzie... Nie powinno się chyba pisać o szukaniu
        tatusia dla dziecka - chodzi o szukanie partnera dla siebie! Fakt, czy jest on
        potencjalnie dobrym ojcem zastępczym jest jednym z wymogów - ale nie jedynym.
        Pierwszym wymogiem jest, żeby tobie pasował, dopiero na drugim miejscu to czy
        pasuje twojemu dziecku...

        Trzymajcie się dziewiczyny - raz pod wozem, raz na wozie...
        • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 11:45
          Burza - ja tez matkowalam i mialam tego dosc...
          Ale nie rozwiodlam sie dlatego ze byl " nieudacznikeim zyciowym". Bo to co
          ineegoi, niz fakt , ze sie nie przejmowal ,nie martwil.
          Dlla mnie nieudacznik - to znaczy czlowiek ktory nie umie zalatwic, nie potrafi
          sobie poradzic, co nie znaczy , ze sie nie stara, nie prubuje itd..
          Dlatego nieudacznik nie jest dla mnie straszny - gorszy jest facet ktory moze
          by i nawert potrafil , ale po co w kocu ma zone!
          I mysle Burza , ze o takim facecie pisalas...
          Ja z takim samym mialam doczynienia. Umniejszanie moich sukcesow i radosci tez
          przezylam.
          Co do mojej psychoanalizy to chybiona.
          Ja nie jestem sama.. Sama bylam w malzenbstwie .
          Moze wg . Cienie nie mozna byc szczesliwy nie bedac w zwiazku , ale to jest wg.
          Ciebie . Nie mnie.
          Wg . mnie mozna.
          A dziecko - to zupelnie inny uklad i nie ma nic w tej kwesti fdo tematiu,
          zreszta Ono nie jes do rekompensowania czego kolwiek.

          Widzis z, Ty potrzebowalas drugiego zwiazku. JJa nie ptrzebuje. Sa rozni ludzie
          i rozne potrzeb.
          A i najwazniejsze.Ja nie uwazam sie za osobe samotna ( kiedys , w malzenstwie
          nia bylam)!
          Pozdrawim
          Mag
          PS. Zawsze oceniamy ludzi wg. siebie . A inni sa po prostu inni i ocena wg.
          siebie nie zawsze jest potrzebna!
          • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 12:00
            O "szukanie tatusia" - napislam w zamysle " nie zamierzamsm sie z nikim wiazac,
            ani dla dobra dziecka - bo wtedy moglam po prostu zostac w starym zwiazku (
            istbiala ak mozliwosc) , ani jakbym miala kogos poznac.
            Moze to roczarowanie - a moze nauczka.. Przemylalasm swoje zycie i poprostu
            Chce byc sama!
            To moj wybor. Mam przyjaciol i to mi chyba starcza.
            Jednak to nie chodzi o "zraninie" ,'Czy rozgoryczenie" ale o swiadomosc..
            Ja bardzo dlugo , myslalm nad tym jak chce zeby wygladalao moje dalsze zycie!
            Czego by,m chciala dla siebie. Co chcialabym zmienic...
            Po tych przemysleniach pewne rzeczy ustalil sie same. Wiem ' nigdy nie mow
            nigdy"...
            Ale co czuej to czuje. Nie chce wiecej zwiazkow.
            To dziwne i sama mnie to zaskoczylo , bo wlasnie w fazie rozczarowania i
            rozgoryczenia - pakowalamb bym w pierwszy lepszy zwiazek ... a teraz ich po
            porstu nie che.
            Ciesze sie , ze mam znajomych i przyjaciol i swoj swiat...
            Ciezko to napisac , ale czuje sie dobrze w tym ukladzie jaki jest i dobrze sama
            ze soba
            MAG

            PS. Ja tez wiele lat myslam , ze moje szczesie jest w zwiaku - ale zycie
            pokazalo , ze jeste inqczej
            • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 13:24
              mag_p napisała:

              Wiem ' nigdy nie mow
              > nigdy"...
              > Ale co czuej to czuje. Nie chce wiecej zwiazkow.

              > Ciesze sie , ze mam znajomych i przyjaciol i swoj swiat...
              > Ciezko to napisac , ale czuje sie dobrze w tym ukladzie jaki jest i dobrze
              sama ze soba

              To bardzo dobrze, że tak czujesz - ale według mnie to po prostu jedna z faz w
              życiu. Bardzo dobrze człowiekowi robi samotność - od czasu do czasu.
              Mag - może się mylę, ale miałam wrażenie, że twoje dziecko jest małe - stad mój
              wniosek, że twoja samotność nie trwa długo. Ja byłam sama przez prawie 7 lat,
              (z krótką przerwą) i wiem, że zupełnie inaczej odbiera się samotność z upływem
              czasu. Bo w pierwszym momenie czułam podobnie jak ty - to w sumie nie było
              poczucie samotności a SAMODZIELNOŚCI - i było super. Osiągnęłam w tym czasie
              bardzo wiele. Okrzepłam, stanęłam na nogi. Odzyskałam pewność siebie i pogodę
              ducha. I też miałam przyjaciół dookoła.

              Tyle, że ta sytuacja i odczucia z czasem się zmieniły. Bo owszem, masz
              przyjaciół, ale z czasem twoja najlepsza przyjaciółka zaczyna krzywo patrzeć,
              jak kolejny raz prosisz jej męża o wbicie gwoździa w ścianę, okazuje się że na
              wakacje jedziesz sama z dzieckiem, bo ludzie z twojego otoczenia np. mają
              więcej kasy i jadą za granicę/mają mniej i nie jada w ogóle/są w ciąży itd, a
              ty spędzasz kolejne wakacje czytając książki jak twoje dziecko pójdzie spać, bo
              nie masz do kogo ust otworzyć, kolejny weekend sama z dzieckiem w domu, gdzieś
              tam ktoś zaprasza cię na działkę, ale nie masz jak dojechać, głupio ci prosić
              kolejny raz, żeby ktoś cię podwiózł, z czasem przestają cię zapraszać, bo oni
              np. mają luz a ty małe dziecko w domu i nie możesz wyskoczyć na wieczorne piwko
              w sobotę, potem czujesz się wśród przyjaciół jak piąte koło u wozu - każdy ma
              swoje życie i swoje sprawy, na sylwestra bawicie się całą paczką, a ty o
              północy czekasz sama jak kołek na środku sali z przylepionym uśmiechem aż
              wszyscy złożą życzenia najbliższym, że już nie wspomnę że jako samotna
              stanowisz społeczne zagrożenie dla mężatych koleżanek i tak dalej i tak dalej.
              Kilkuletnie dziecko nie jest w stanie zastąpić dorosłego partnera.

              Wiesz, też mi się zdawało, że w sumie nikogo nie potrzebuję, ot wystarczy mi
              jakiś adorator z doskoku, z którym można będzie wyskoczyć do kina, żeby nie
              siedzieć żałośnie w pustym rzedzie... Aż kiedyś miałam strasznego doła,
              wróciłam obolała od dentysty po wyrwaniu zęba, byłam sama z dzieckiem w domu i
              dostałam krwotoku. I wtedy do mnie dotarło, co to tak naprawdę znaczy że jestem
              SAMA - zdana tylko na siebie i wcale to nie było fajne uczucie.

              Ja sama też nie szukałam zbytnio nikogo. Mój obecny mąż sam mnie znalazł i dość
              długo trwało zanim namówił mnie do rozważenia "być albo nie być". W zasadzie
              wierzę, że tak po prostu miało być - my razem - bo nie wykazałam w tym kierunku
              najmniejszej inicjatywy.

              Ja nie twierdzę, że bycie z kimś jest jedynie słuszną drogą. Być może są osoby,
              które potrafią być szczęśliwe same, być może do nich należysz - ale według
              mnie jest to trochę na zasadzie "jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się
              ma". Żadna frajda mieć wszystko tylko na swojej głowie - począwszy od obiadu, a
              skończywszy na naprawie samochodu i użeraniu się z hydraulikiem z
              administracji. Bycie z kimś to radości mnożone przez dwoje i problemy dzielone
              na pół. Czy nadal wolałabyś być sama, gdybyś nagle spotkała faceta będacego
              ucielesnieniem twoich marzeń, zakochanego w tobie nieprzytomnie, który
              otoczyłby cię opieką, troską i czułością, do którego lgnęło by twoje dziecko,
              dla którego ty i twoje dziecko bylibyście najważniejsi na świecie, na którego
              mogłabyś zawsze liczyć? Nie wierzysz, że to możliwe?

              Myślę, że kiedyś twoje życie samo potoczy się tak, że po prostu wpadniesz na
              tego który był ci przeznaczony... I nawet nie będziesz wiedziała kiedy i jak
              będziesz zakochana i szczęśliwa. Czego ci życzę
              • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 13:49
                Bardzo mile i cieple to co napisalas..
                Ale widzisz ja pamietam wspolne z przyjaciolmi wyjazdy - a samotnosc i bol
                podczas nich.
                Pamietam pomoc ex -( bardzo zadka) i cene jaka trzeba bylo za to placic..
                I wiem jedno - jestem ze swoim zyciem sams.
                Bez zludzen. Wszystko jest na moich barkach...
                Ale tak zawsz bylo...
                Wiem , ze mam siostre do ktorej moge zadzwonic i znajomych , ktorzy
                wysluchaja...
                Jesli nie moga inaczej pomoc.
                Nawet nie starm sie prosic znajomych o pomoc , chce sobie dac SAM rade!
                Wiem , ze jest ciezko , wiem , ze trudno...
                ale jest to ciezko i trudno normalne jak w kazdym zyciu...
                Czy samje ciezej - ciezko powiedziec. mi lzej.
                Moze ja nalezy do tych ludzi , ktorzy potrafia znalesc w tym szczescie..
                Ni nie na zasadzie " jak sie nie ma co sie lubi...". Ale na zasadzie wyboru!!!

                Czy dlugo jestem sama...
                Dlugo!!!!
                Tak naprawde zawsze bylam samodzielna , zadko sama...( przyjaciele).Samotna i
                pelna goryczyi bolu czulam sie tylko w malzenstwie!
                Wiem brzmi to dziwnie.. Po co sie wiazalam ...
                Trudno to wszystko wyjasniac.. . Dostalam od zycia lekcje!

                Teraz nawet przelotnych znajomosci nie chce!
                Cieszy mnie spokuj, czas z dzieckiem,byciem z soba!

                Tak jak mowie . Nie dam sobie glowy uciac ... a moze dam , ze tak zostanie!
                Lubie ludzi, lubie sie z nimi spotykac kocham syna , ale na swiecie pozostane
                sama...
                Tak mi sie cos nasunelo odnosnie wczasow.. Wiesz ja wyjechalam ze znajomymi
                ostatnio.., ale zuwazlyam, ze jak wyjezdzam sama, zawsze kokogs spotykam i mam
                towarzystwo.... ( ostatnio rodzine z dzieckiem w wieku mojego synka).

                Jak jade w gory , - najbardziej lubie chodzci po gorach- to zawsze lubie robic
                sama..., no chyba , ze teraz polubie z synkiem!

                Ogolnie - polubilam swoj swiat i siebie ..

                Burza - to troche tak, ze po rozwodzie docenilam bycie samemu...
                Tak naprawde zawsze bylam sama, nie lizac chwil spedzonych z synkiem!
                Jendak nie ustawiam swego zycia po Niego - tzn. nie postanowilam zostac sama
                dla Niego, ani nie zwiarze sie z nikim dla Niego ...
                Daje mu co mam najlepszego..., ale szanuje i swoje prawa..w tym prawo do
                smotnosci!

                Pozdraiwam
                Mag
                • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 14:10
                  A i wlasnie myslam nad Twoimi slowami "gdybym spotkala moj ideal.".
                  Wiesz ja juz nie mam idealu.. Nie jestem wstanie wyobrazic sobie kogos z kim
                  chcialabym byc. Chyba nawet w moje wyobrazni juz taki ktos nie istbnieje..
                  Jak zaczynam o tym myslec ... czuje cos takiego w zaladku - skurcz i
                  jakby ..niemile uczucie!
                  Wiesz to dziwne , ale nie mam idealu ani marzen...w tym kierunku.
                  mam marzenia , co do znajmoych , rodziny ... ale nie mam tych. Nawet jakbym
                  bardzo chciala sobie pomarzyc w tym kierunku - to oprocz niemichy odczuc
                  zaladkowych - nic nie przychodzi do glowy..
                  A to mnie troche zaskoczylo. Bo zaraz po rozstaniu - mialam....


                  Pozdrawiam
                  Mag
                  • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 15:35
                    mag_p napisała:

                    > A i wlasnie myslam nad Twoimi slowami "gdybym spotkala moj ideal.".
                    > Wiesz ja juz nie mam idealu.. Nie jestem wstanie wyobrazic sobie kogos z kim
                    > chcialabym byc. Chyba nawet w moje wyobrazni juz taki ktos nie istbnieje..
                    > Jak zaczynam o tym myslec ... czuje cos takiego w zaladku - skurcz i
                    > jakby ..niemile uczucie!
                    > Wiesz to dziwne , ale nie mam idealu ani marzen...w tym kierunku.
                    > mam marzenia , co do znajmoych , rodziny ... ale nie mam tych. Nawet jakbym
                    > bardzo chciala sobie pomarzyc w tym kierunku - to oprocz niemichy odczuc
                    > zaladkowych - nic nie przychodzi do glowy..
                    > A to mnie troche zaskoczylo. Bo zaraz po rozstaniu - mialam....

                    Ktoś strasznie cię skrzywdził. Chyba nie ma gorszej rzeczy niż utrata nadziei.
                    Zresztą, każda z nas przeszła jakieś małe piekiełko - inaczej nie byłybyśmy
                    same. Bardzo ciężko jest wyleczyć się z ran. Wiesz, nie chcę, żebyś pomyślała,
                    że czułam się mniej wartościowa bo sama. Chodzi mi raczej o to, że człowiekowi
                    potrzeba bliskiej duszy. Może to byc partner, mąż, przyjaciel. Problem chyba w
                    tym, że z nawet bliskimi przyjaciółmi jest się w innych relacjach niż z
                    partnerem. Bo owszem, nawet jeśli możesz na nich liczyć, to trudno np.
                    oczekiwać od nich że zmienią cię w nocy przy chorym dziecku, albo gdy ty masz
                    grypę i ledwo żyjesz zrobią zakupy, ugotują obiad i zajmą się dzieckiem żebyś
                    mogła spokojnie poleżeć w łóżku. Że już nie wspomnę o drobnej sprawie - że
                    odkąd jestem z moim mężem przestałam bać się co z nami będzie jeśli np. stracę
                    pracę. Zresztą akurat tak się zdarzyło, że ją straciłam. Gdybym nie miała jego
                    przy boku byłby dramat. I tak ciężko to przeżyłam, bo lubiłam firmę, ludzi i to
                    co robię. A mój wtedy jeszcze nie mąż pocieszył mnie krótko - jeśli chcę
                    spróbuje mi pomóc znaleźć coś innego, jeśli chcę mogę nie pracować, on bierze
                    na siebie NASZE utrzymanie. Na szczęście mam w nim duże oparcie.

                    A twoja reakcja nie jest wcale taka odosobniona. Każdy ma jakieś zadry. Moja
                    przyjaciółka, która ze swojego małżeństwa wyszła strasznie poraniona, ma
                    również obawy. Jest z facetem, który był przy niej w najtrudniejszych chwilach,
                    kiedy została z niemowlęciem sama, który jej dzieciakowi zmieniał pieluchy i
                    siedział przy nim po nocach. Krótko mówiąc sprawdził się w praniu nie raz a
                    tysiąc razy. I mimo że są ze sobą już kilka lat nadal ona boi się zmienić ten
                    status, tzn. wyjść za niego i mieć z nim kolejne dziecko, choć tego w gruncie
                    rzeczy pragnie. To chyba jest tak, że po rozwodzie człowiek już na zawsze traci
                    złudzenia że coś jest "do grobowej deski". I podświadomie boi się "powtórki z
                    rozrywki".

                    Ale myślę, że trzeba sobie dać szansę. To nie znaczy, że rzucać się w
                    przypadkowe związki, po prostu czasem wystarczy zbytnio nie oponować. Ja przez
                    prawie 4 miesiące usiłowałam przekonać mojego męża, że nic z tego nie będzie,
                    żebyśmy nadal zostali tylko przyjaciółmi itd. Był na szczęście na tyle
                    zakochany, że nie dał się odpędzić. Kiedy ja już trochę stajałam, on zwrócił
                    się do mojej córki z pytaniem, czy ona chce go w rodzinie. W zasadzie to do
                    niej zwrócił się z pytaniem o moją rękę...

                    A tak na marginesie - to co najpiękniejsze przyszło do mnie w samo, jak ja
                    szukałam szczęścia, to zawsze trafiałam jak kulą w płot...
                    • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 15:53
                      Burza - myesle , ze jest tak jak napisalas..
                      Czlowiek boi sie ponownego bolu , i samotnosci wwe dwoje!

                      Mysle, ze czasem to mija , czasem ktos do nas sam przychodzi , a czasem
                      zostaje....

                      Jak bedzie , trudno powiedziec. Na stan dzisiejszy nie mam marzen na ten temat..
                      I wiesz najbardzije boje sie utraty pracy .., choc jakbym ja stracila w
                      malzenstwie - bylo by jeszcze gorzej!

                      Teraz nie jestem w stanie sobie tego wyobrazic.. ale rozumiem Ciebie ii
                      wierze , ze tak sie zdarza!
                      Ale jest tak, ze wlasnie - nie czuje sie juz gorsza , ani nie zakluca to
                      mojego szczescia , ani nie czuje sie pominieta przez los , ze ja jestem sama!

                      Szczesie - wiesz ono zazwyczaj przychodzi samo!!!!

                      Gdybym to wiedziala wczesniej!!!!

                      Mysle, ze do wszystkiego dojrzewamy...
                      I na dzien dzisiejszy , trudno jest powiedziec , czy nadzieje zabil we mnie na
                      zawsze... , czy jest to czas potrzebny mi na poradzenie sobie i radosc
                      samotnoscia.., by kiedy muc cieszyc sie byciem z kims..
                      Choc to"byc z kims" jest trudne do wybrazen...
                      Ale nigdy nie mow nigdy..

                      To co teraz czuje czasem mnie przeraza. Czyzbym, rzeczywiscie nie potrafila juz
                      pokochac nikogo prucz mojego synka?!

                      Czas... on pokarze wszystko


                      Pozdrawiam
                      Mag
              • chalsia Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 14:56
                Burza, przepięknie i prawdziwie napisałaś. Dzięki.

                Co do jednego tylko się nie zgadzam:
                "Aż kiedyś miałam strasznego doła,wróciłam obolała od dentysty po wyrwaniu
                zęba, byłam sama z dzieckiem w domu i dostałam krwotoku. I wtedy do mnie
                dotarło, co to tak naprawdę znaczy że jestem SAMA - zdana tylko na siebie i
                wcale to nie było fajne uczucie."

                Ano we współczesnym życiu nawet bycie w związku nie daje żadnych gwarancji, że
                taka sytuacja się nie zdarzy - wystarczy by on był w podróży służbowej.

                Pozdrawiam,
                Chalsia
                • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 17:09
                  chalsia napisała:

                  > Burza, przepięknie i prawdziwie napisałaś. Dzięki.
                  >
                  > Co do jednego tylko się nie zgadzam:
                  > "Aż kiedyś miałam strasznego doła,wróciłam obolała od dentysty po wyrwaniu
                  > zęba, byłam sama z dzieckiem w domu i dostałam krwotoku. I wtedy do mnie
                  > dotarło, co to tak naprawdę znaczy że jestem SAMA - zdana tylko na siebie i
                  > wcale to nie było fajne uczucie."
                  >
                  > Ano we współczesnym życiu nawet bycie w związku nie daje żadnych gwarancji,
                  że
                  > taka sytuacja się nie zdarzy - wystarczy by on był w podróży służbowej.

                  Pewnie że nie - ale w normalnym układzie człowiek ma się chociaz komu wyżalić i
                  zawsze liczy na jakies ludzkie odruchy, nawet jeśli ta druga strona nie raz
                  zawiodła...

                  Notabene wtedy faktycznie byłam w dołku, bo właściwie co w takiej sytuacji
                  robić? Bałam się jechać sama samochodem na zszycie dziąsła, dziecko małe i
                  strach zostawić samo w domu i jechać taksówką, godzina 11 w nocy, dzwonić po
                  ludziach i prosić, żeby ktoś się zlitował? Na szczęście po godzinie odładów
                  jakoś się unormowało. Przez tyle lat robiłam dobrą minę do złej gry, ach jaka
                  to ja jestem zaradna, sama sobie kontakt potrafię naprawić, ale po cholerę mi
                  takie umiejętności? Przecież gdybym nie była zmuszona, jakoś nigdy by mi to nie
                  przyszło do głowy, żeby się tego uczyć z własnej nieprzymuszonej woli. Facet to
                  jednak cholerna wygoda - w końcu nie muszę się użerać z mechanikiem, a ostatnio
                  miałam taką akcję, że panowie na stacji diagnostycznej usiłowali mi wmówić, że
                  mam za słabe hamulce, o dziwo jak pojechał mój mąż to już były sprawne!

                  Dziewczyny - ja jestem głęboko przekonana, że kazdy będzie miał w życiu kiedyś
                  tam "swój czas". W końcu mój mąż też mi się "przytrafił" w momencie kiedy po 7
                  latach samotności traciłam już nadzieję na ułożenie sobie życia.
                  Piszę "przytrafił się" - bo nie było w tym żadnej inicjatywy czy zachęty z
                  mojej strony. A on, jak się okazało, orbitował w moim kierunku od kilku lat,
                  tylko śmiałości nie miał. Tak że moja konkluzja brzmi - nie trzeba szukać, samo
                  przyjdzie, ale nie trzeba też zrażać do siebie nieprzystępnością! Nigdy nie
                  wiadomo, czy tak jak ja nagle nie dostrzeże się kogoś wyjątkowego w kimś, kto
                  był w pobliżu od lat.

                  Trzymajcie się.
                  • chalsia Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 19.08.03, 18:11
                    burza4 napisała:

                    > Pewnie że nie - ale w normalnym układzie człowiek ma się chociaz komu wyżalić
                    > i zawsze liczy na jakies ludzkie odruchy, nawet jeśli ta druga strona nie raz
                    > zawiodła...

                    Wyżalić można się innej bliskiej osobie - ja mam takich kilka
                    (przyjaciółki/ciele). Jedyny mankament, że raczej telefonicznie, więc nikt nie
                    pogłaszcze po plecach. Ale zawsze.

                    > Notabene wtedy faktycznie byłam w dołku, bo właściwie co w takiej sytuacji
                    > robić? Bałam się jechać sama samochodem na zszycie dziąsła, dziecko małe i
                    > strach zostawić samo w domu i jechać taksówką, godzina 11 w nocy, dzwonić po
                    > ludziach i prosić, żeby ktoś się zlitował? Na szczęście po godzinie odładów
                    > jakoś się unormowało. Przez tyle lat robiłam dobrą minę do złej gry, ach jaka
                    > to ja jestem zaradna, sama sobie kontakt potrafię naprawić, ale po cholerę mi
                    > takie umiejętności? Przecież gdybym nie była zmuszona, jakoś nigdy by mi to
                    > nie przyszło do głowy, żeby się tego uczyć z własnej nieprzymuszonej woli.
                    > Facet to jednak cholerna wygoda - w końcu nie muszę się użerać z mechanikiem

                    A to już różnica charakterów - ja lubię wiedzieć, że sobie poradzę, więc
                    przysłowiowy kontakt do naprawienia to rzecz, którą potrafię od momentu gdy
                    miałam naście lat. I nic mnie nie zmuszało, żeby się uczyć tego typu rzeczy (i
                    innych też).
                    Zawsze można też zapłacić i wezwać fachowca, albo od czasu do czasu poprosić
                    znajomych.
                    Ale zgadzam się, że facet to wygoda - po co ja mam to robić, jeśli w większości
                    przypadków facet z przyjemnością i radochą sobie pogrzebie i jest "pod ręką", a
                    ja w tym czasie wolę poczytać. Ale nie każdy, np. mój Tata ma dwie lewe ręce.
                    A użerać się z mechanikiem nie musisz - to kwestia postawy i image'u. Można się
                    nie znać na rzeczy a sprawiać odwrotne wrażenie. Nie każdy facet zna się na
                    samochodach.
                    Po prostu WIELU ludzi ulega stereotypom, że facet się na czymś zna a kobieta
                    nie. Pamiętam jak sprzedawałam samochód, facet się o coś dopytywał,
                    powiedziałam, że muszę sprawdzić w dokumentach w domu, etc. potem dochodzimy do
                    kwestii ceny a on na to, że wolałby na ten temat porozmawiać z mężem. Na to ja,
                    że samochód jest mój, ja go sprzedaję i decyduję. A on, że "jednak z meżem".
                    Samochodu oczywiscie nie kupił, no bo jak by mógł kupić od KOBIETY !!!
                    Ja i znajomi mieliśmy ubaw po pachy.

                    Pozdrawiam,
                    Chalsia
                    • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 20.08.03, 11:01
                      Chalsia - ale sie usmialam smile)))
                      Skad ja zanm ten typ facetow. Ostatnio robilam pewne zakupy i mialam podobny
                      problem... Ale panowie musieli sie pogodzic , ze to ja bede decydowac!!!!
                      Fajne mieli miny!!!!
                      Nie zapomne miny kolegi , gdy On pochwalil sie , ze skladal lozko prawie 1
                      tydzien i po pol roku sie rozlecialo - a ja jedno popoludnie i nadal sie
                      trzyma!!!!1

                      Pozdrawiam
                      Mag
                      • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 20.08.03, 19:43
                        mag_p napisała:

                        > Nie zapomne miny kolegi , gdy On pochwalil sie , ze skladal lozko prawie 1
                        > tydzien i po pol roku sie rozlecialo - a ja jedno popoludnie i nadal sie
                        > trzyma!!!!1

                        Mag, może on na tym łóżku hmm... więcej ćwiczył, że tak powiem? A na serio -
                        miliony takich sytuacji... Wspomniałam już o ponoć niesprawnych hamulcach na
                        badaniu technicznym. Powiedziałam męzowi, że sama to załatwię, w końcu jaka to
                        sztuka. Panowie sprawdzali 2 razy. Klocki do wymiany. Akurat tym samochodem
                        jeździłam krótko, więc nie wiedziałam, kiedy były wymieniane, a przecież sama
                        nie sprawdzę. Mąż pojechał i okazało się że są w pełni sprawne. Tyle, że kilka
                        lat wstecz jak byłam sama wcale mi nie było do śmiechu, jak sama oddałam
                        samochód na przegląd (ach, jakiż to problem, w końcu jestem samodzielna, nie
                        takie sprawy się załatwiało!) a potem wycenili mi naprawę na 1500 zł (ładnych
                        parę lat temu). Potem już brałam zawsze jakiegoś kumpla, żeby po prostu
                        sprawdził, czy istotnie olej czy klocki trzeba wymienić, czy jeszcze pożyją. To
                        samo z hydraulikiem przy okazji remontu, on coś tam o złączkach, kolankach i
                        jakichś innych ustrojstwach i znowu cena kosmos, cenę za robociznę da się
                        wynegocjować, ale skąd ja mam wiedzieć czy cała ta instalacja jest prawidłowo
                        wykonana, te a nie inne materiały są dobre i czy istotnie niezbędne są te
                        jakieś redukcje itp.? Można samemu, ale to smutna konieczność zajmować się
                        takimi sprawami... Mój mąż zawsze potrafi wynegocjować jakiś upust i to
                        zazwyczaj solidny. Nawet moją sukienkę do ślubu stargował o 300 zł... Mi by to
                        chyba nawet do głowy nie przyszło żeby pytać babkę w butiku o upust. A jemu się
                        prawie zawsze udaje!

                        A powiem wam jeszcze, że wbrew pozorom trudno się przestawić jak się długo było
                        samemu - tzn. człowiek łapie się za wszystko, bo zawsze wszystko było tylko na
                        twojej głowie. Ile to razy mój chłop pytał po jaką cholerę targam kartony z
                        sokami, przecież wystarczyło powiedzieć, on by przyniósł?

                        Wiecie, a wracając do meritum - ja też nie wierzyłam, że to możliwe, żeby mieć
                        w kimś oparcie, tym bardziej że przez całe moje dorosłe życie to ja miałam być
                        tą opoką. Jakoś mi się to na początku wydawało dziwne, nie potrafiłam poprosić
                        o pomoc, tylko z rozpędu wszystko robiłam sama.
                        • dorka_mama_jakubka Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 10:39
                          odnośnie obecności mężczyny w naszym życiu ja najbardziej boję się sytuacji
                          związanych z nocąwinktzn.dziecku się coś dzieje złego, wysoka gorączka itp a ja
                          cała w nerwach próbuję coś wymyślić, zapobiec.
                          jasne można zamówić taksówke, pojechać do szpitala itd., podać leki i poczekać
                          co się stanie lub zadzwonić do zaprzyjaźnionego lekarza, ale bezpieczniej bym
                          się czuła mając przy boku opanowanego, trzeźwo myślącego faceta.

                          Mimo wszystko, mimo tego że brak zaufania do płci przeciwnej, mimo tego że tak
                          się stało jak się stało nie deklaruję że chcę być sama.....

                          dorka
                          • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 10:59
                            Widziecie , moze moej doswiadczenia zyciowe , jest takie , ze nie czuje
                            potrzeby jesli chodzi o mezczynze.
                            Wiecie ja z kazda choroba dziecka bylam sama. Z kazdym remontem , czy naprawa w
                            domu tez. Takie rzeczy zalatwialam sam. Moglam tylko uslyszec -"czemu tak
                            drogo?"
                            Mielismy samochod w domu. A ja z chorym dzieckiem jechalam na pobranie krwi -
                            sama w ulewe autobusem..
                            Dziecko rehabilitowane - nawet nie moglam wspomnie o moich lekach i obwach -
                            bo "histeryzuje".
                            Cos nie dzial w domu - to trzeba zadzwonic i zalawtic - kto JA..
                            Teraz czuje sie o tyle lepiej, ze nie czuje sie sfrustowana :
                            a. z powodu braku pomocy i.. - ja mam wszystko zrobic
                            b. niezauwazanie , ze tyle robie i nawet nie uslyszenia slow "Kochanie - dobrze
                            to zalawtilas."
                            c. o rehalgbilitacji syna w kolko slyszalam - "to Twoj wymysl". wiec jest mi
                            lzej.....

                            Pozdrawim
                            Mag
                            PS. dowiedzial sie potem , ze przed kolezanka z pracy udawl troskliwego -
                            opowiadal o rahbilitacjiitd.. ( a wogole nie pomagal w tej rehabilitacji...)
                            • dorka_mama_jakubka Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 11:18
                              Mag

                              ale nie wszyscy tacy są....no przynajmniej mam taką nadziejęsmile

                              dorka
                              • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 11:40
                                Dorka
                                Mam nadzieje. i wierze , ze Ty spotkasz.
                                Ale ja juz nie bede ryzykowac! za dzua cene zaplacialm ja i moj Synek!

                                Mag
                            • burza4 Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 12:56
                              mag_p napisała:

                              > Widziecie , moze moej doswiadczenia zyciowe , jest takie , ze nie czuje
                              > potrzeby jesli chodzi o mezczynze.
                              > Wiecie ja z kazda choroba dziecka bylam sama. Z kazdym remontem , czy naprawa
                              w
                              >
                              > domu tez. Takie rzeczy zalatwialam sam. Moglam tylko uslyszec -"czemu tak
                              > drogo?"
                              > Mielismy samochod w domu. A ja z chorym dzieckiem jechalam na pobranie krwi -
                              > sama w ulewe autobusem..
                              > Dziecko rehabilitowane - nawet nie moglam wspomnie o moich lekach i obwach -
                              > bo "histeryzuje".
                              > Cos nie dzial w domu - to trzeba zadzwonic i zalawtic - kto JA..
                              > Teraz czuje sie o tyle lepiej, ze nie czuje sie sfrustowana :
                              > a. z powodu braku pomocy i.. - ja mam wszystko zrobic
                              > b. niezauwazanie , ze tyle robie i nawet nie uslyszenia slow "Kochanie -
                              dobrze
                              >
                              > to zalawtilas."
                              > c. o rehalgbilitacji syna w kolko slyszalam - "to Twoj wymysl". wiec jest mi
                              > lzej.....
                              >
                              > Pozdrawim
                              > Mag


                              Mag - w pierwszym małżeństwie miałam bardzo podobną sytuację! Tyle, że to
                              patologia a nie norma! Ty piszesz tak, jakbyś była przekonana, że to standard,
                              że na nic lepszego nie możesz liczyć!!! Możesz! NIe wszyscy faceci to palanty.
                              Przypominają mi się teraz argumenty rodziny, która namawiała mnie na powrót do
                              męza: że w końcu nie jest taki zły, nie bije mnie przecież, wszystkich
                              pieniędzy tez nie przepija itd, itd - a koronnym argumentem było "co ty
                              myślisz, że z innym bedziesz miała LEPIEJ???" (nie w sensie, że ten mój jest
                              taki super ale że wszyscy inni są jemu podobni!!!). I solą w oku niektórym
                              było im to, że bez chłopa miałam lepiej, a teraz że trafiłam na faceta,
                              będącego jego całkowitym przeciwieństwem - zaradnego, troskliwego,
                              odpowiedzialnego. Mam wrażenie, że według nich to niesprawiedliwe, bo los
                              powinien mnie pokarać za to, że ośmieliłam się chcieć od zycia czegoś więcej
                              niż leniwy, niezaradny facet z lekkim pociągiem do kieliszka, którego powinnam
                              obskakiwać na paluszkach jak śmierdzące jajko.

                              Nie mniej jednak byłam na tyle przyzwyczajona do samodzielnego załatwiania
                              większości spraw i liczenia tylko na siebie, że na poczatku mojego związku z
                              obecnym męzem zupełnie się nie mogłam odnaleźć. Jakoś mi się to wydawało
                              NIENATURALNE że ktoś mnie wyręcza w wielu sprawach a robienia niektórych wrecz
                              zabrania (np. noszenie cięzkich zakupów)...
                              • mag_p Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 13:04
                                Burza - niby wiem , ze istnieja tacy faceci.. Mam troche znajomych, troche z
                                Waszych opiowiesci..
                                Ale mam chyba chwilowa niewaire w moznasdc spotkania takiego..
                                Chyba narazie kazdy facet nino wszystko wydaje mi sie ..
                                Moze tak jak pisalas .., ptorzebuje czasu.
                                Moze za jakis czas zrozumiem , ze nie wszyscy faceci sa tacy - albo uwierze ,
                                ze mozna spotkac innego.
                                Mam tylko nadzieje , ze moj syn bedzie inny . Przynajmniej tak starm sie go
                                wychowac...

                                To nie jest tak, ze nie lubie facetow. Nie pracuje z Nimi. Niktorych nawet
                                podziwiam... Ale ostatnimi czas sa dla mnie na cenzurowanym....

                                Nie mam wiary w nich!

                                Przejdzie mi.
                                Uwierzylam, ze to etap. Ale nic na sile!
                                Pozdrawiam
                                Mag
                          • chalsia Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 12:51
                            Dorka,
                            No to również jest różnica osobowości. W moim (byłym juz) związku, to ja byłam
                            tą opanowaną osobą, która natychmiast miała w głowie 5 potencjalnych opcji
                            działania i błyskawicznie podejmowała decyzje. Po prostu mam zmysł
                            organizacyjny i świetnie działam w sytuacjach stresowych.
                            Jeden jedyny raz, kiedy potrzebowałam wsparcia exa, to było gdy cała moja
                            rodzina, łącznie ze mną, była dość ciężko chora i mały tez mocno zachorował.
                            Wymogłam na eksie, że zrezygnował z wyjazdu na weekend ze swoją kobietą po to
                            by w niedziele przyjechać na 3-4 godziny i zajął się małym, bym ja mogła
                            odespać. Oczywiście, w normalnym układzie nie trzeba by było o to walczyć.
                            Pozdrawiam,
                            Chalsia
                            • dorka_mama_jakubka Re: jak to z nami samodzielnymi jest? 21.08.03, 13:40
                              Tak zgadza się Chalsia, to wszystko zależy od osobowości i sytuacji.
                              Ja czasami mam problem z podjęciem decyzji ale to nie jest wynikiem bezradności
                              czy chęci zwalenia na kogoś odpowiedzialności.Poprostu z pięciu rozwiązań
                              trudno wybrać właściwiesmile.

                              Oczywiście w momencie zagrożenia zdrowia, życia bardzo się mobilizuję ale w
                              takich przypadkach wystarczyłoby wsparcie i fakt że jest przy mnie osoba która
                              tak samo się martwi i której tak samo zależy.

                              No i oczywiście przytulenie i zapewnienie "wszystko będzie dobrze" też czasami
                              czyni cuda w moim przypadkuwink.

                              Jeżeli chodzi o Mag to pogadamy za pare miesięcy,lat...być może coś się zmieni
                              na lepsze-czego z całego serca życzę,

                              dorka
Pełna wersja