paupau
18.10.08, 16:36
Wiem, że tego typu wątków było sporo, bo podczytuje to forum od dość
dawna.
Wczoraj bylam na spotkaniu z ex(niemężem)w sprawie alimentów.
Przygotowałam sobie listę wydatkow,jakie ponoszę na dziecko,nic nie
zawyzalam i myślałam,że się dogadamy. Rozmowa jednak przebiegla
fatalnie, poniosly mnie emocje, kiedy powiedzial, ze kilka stalych
pozycji jest ok, ale na reszte musze mu dawac co miesiac rachunki
(energia,gaz,ubrania,leki) i w zaleznosci od tego bedzie placil.
Oczywiscie, powiedzial, nie zaluje na dziecko,ale chce miec kontrole
nad swoimi pieniedzmi. Ja chcialam po prostu 800 zl i wiecej sie nie
spotykac. Wiec zapytalam go: ile w takim razie mozesz mi dac bez
tych rachunkow?? a on: 500.
Nie wiem co robic, za wynajecie mieszkania place 1400,a zarabiam
niewiele wiecej.Czy zgodzic sie na JEGO warunki,i wtedy- w razie
jakis nadprogramowych wydatkow byc zabezpieczona? Czy tez zglosic
sprawe o alimenty do sadu? Byc moze sad zasadzi mniej niz 500...?
Gdyby chodzilo o innego czlowieka, moze bym na te rachunki sie
zgodzila, ale on przez kilka lat dreczyl mnie psychicznie. Teraz
przychodzac z tymi rachunkami znowu znalazlabym sie w sytuacji osoby
podleglej, proszacej o pieniadze. A ja chce miec z nim jak najmniej
kontaktu. Z drugiej strony chce najlepiej dla dziecka, zeby nie
glodowalo,zeby bylo za co kupic leki...