in.koguto
24.05.09, 22:53
W sadzie toczy sie sprawa o ograniczenie praw rodzicielskich i ustalenie miejsca pobytu. Walka trwa, pelna parą. Byly walczy i wyral chyba najskuteczniejsza bron, bo wszyscy mu wierza: twierdzi caly czas, ze utrudniam mu kontakt z dzieckiem. Tymczasem nic takiego nigdy nie mialo miejsca... Jesli moge, odbieram jego telefony i przekazuje je dziecku (ale fakt, ze nie zawsze moge to zrobic, bo byly dzwoni kiedy chce i o ktorej chce). Dotrzymuje bez mrugniecia okiem zabezpieczenia jego kontaktow - przykladnie i na czas oddaje dziecko, chociaz byly maci mu w glowie i przedstawia cala nasza historie zwiazku, bynajmniej nie w wersji dla 5latka i nie sili sie na obiektywizm. Ale w kazdym pismie kierowanym do sadu byly zarzeka sie, ze tyle a tyle razy nie odbieralam telefonu, ze nie wie, co sie dzieje z dzieckiem. A przed sprawa nie obchodzilo go to kompletnie!
Jak!? mam udowodnic, ze jego slowa sa stekiem klamstw....?