badolka
29.07.09, 16:21
Cześć dziewczynki,
chciałam się Wam wypłakać - dostalam porządnie w tyłek - byłam
oszukiwana przez meza przez cala ciaze (zdradzal na lewo i prawo nie
kryjac sie z tym specjalnie) po czym jak sie dziecko urodzilo po
kilku dniach powiedzial ze jednak juz nie kocha. W ciezkim szoku,
dzieki dziecku jakos sie wygrzebalam-musialam, jak kazda z nas. Po
kilku latach (a minelo juz 6) wydawalo mi sie ze sie wyleczylam ze
nie boli, ale kurcze, nie wiedzialam ze cos takiego wyryje straszna
dziure w mojej psychice. Jestem z kims od 3 lat, wydawalo mi sie ze
jest cudownie, byl ojcem dla mojej corki (tatus-czyli dawca
nasienia, absolutnie nie ma ochoty jej widywac), byl wsparciem, ale
zaczely sie schody. Choc nie mam realnych powodow zeby nie ufac
mojemu facetowi, mam obsesje, on wie o tym co przeszlam i stara mi
sie pomoc, ale nie jest to proste. Klocimy sie przez to czesto, a ja
pomimo ze go bardzo kocham, gdzies tam w sobie jestem przekonana, ze
dopoki nie bede miala z nim dziecka bedzie dobrze, ale jak sie
zdecyduje i zajde w ciaze to na pewno bedzie tak jak z moim bylym
mezem - ze bedzie zdradzal, ze kiedys tak czy inaczej odejdzie, bo
nic nie trwa wiecznie. Trace nadzieje czy kiedykolwiek bede spokojna
w zwiazku a co za tym idzie szczesliwa - bo tak naprawde w glebi
duszy marze o jeszcze jednym dziecku i prawdziwej rodzinie-gdzie
jest i tata i mama. Ale uraz zrobil takie spustoszenie w moim
podejsciu do zycia, ze zaczynam nie radzic sobie z tym, a przez to
nie dogaduje sie ostatnio z moim facetem. Przy kazdej klotni jestem
pewna ze to juz koniec i (to troche glupie) gratuluje sobie ze nie
mam z nim dziecka, bo byloby mi ciezko z dwojka dzieci samej - taka
paranoja.
Czy tylko ja mam taki problem, juz nie wiem co ma zrobic...