figa33
15.03.10, 10:52
Tak mnie w weekend naszło na refleksje...
Dopiero co moja córka leżała sobie niczym warzywko (no niestety ale
tak to w praktyce przecież wyglądało) w pierwszych tygodniach
swojego życia, potrafiła się tylko patrzeć w sufit, nie uśmiechała
się, machała bez sensu nogami i rękami. Na szczęście ten etap minął
dość szybko. Zaczęła się uśmiechać, zaczęła kontaktować.
Mijały kolejne miesiące, przewracała się na brzuszek, przestała
biegać w powietrzu, zaczęła łapać przedmioty i wkładać je z lubością
do paszczy

Ale najszybszy czas w jej rozwoju to przełom 7 i 8 miesiąca. Nagle
ruszyła jak błyskawica - zaczęła się turlać, przewracać z brzuszka
na plecy i odwrotnie, zaczęła podnosić pupę, stanęła na czworakach i
nagle dzień czy dwa przed skończeniem 8 miesięcy zaczęła raczkować.
Dosłownie z każdą godziną (!) szło jej coraz lepiej. Po 3-4 dniach
odkryła, że potrafi sama usiąść. Po 2 tygodniach raczkowanie i
samodzielne siadanie okazało się niewystarczająco wesołe -
postanowiła sprawdzić, czy może coś więcej. I stanęła, najpierw przy
leżącym na podłodze obok tacie, potem przy sofie. Dziś rano wchodzę
do pokoju a ona stoi trzymając się jedną ręką (!)przy telewizorze.
Stała tak ponad 2 minuty.
Z takich typowo motorycznych umiejętności zostało więc chyba już
tylko chodzenie.
Stwierdziłam dziś rano, że czas płynie niesamowicie prędko i
człowiek nawet nie zdąży się nacieszyć jakąś jedną umiejętnością
swojego dziecka, bo już pojawia się kolejna. A w ogóle to zaraz
córka mi oznajmi, że poznała miłość swojego życia i że nie chce już
jej się z nami mieszkać, więc się wyprowadza…