wilsonowa
16.11.12, 21:37
Jechaliśmy do lekarza, Mały jeszcze przed wyjściem z domu był rozdrażniony i płaczliwy, nie dał się ubrac, ja poddenerwowana koszmarną sytuacją w pracy. Na mieście korki jak jasna choroba, ja nie znoszę jeździc po zmroku, nie znam dobrze drogi, bo jadę tam pierwszy raz, po drodze do jest skomplikowane skrzyżowanie, na którym dodatkowo się spinam. Mały siedzi w foteliku z tyłu i płacze wniebogłosy, ja coraz bardziej spięta, bo nie mogę mu pomóc, próbuję śpiewac naszą ulubiona piosenkę, to oczywiście nic nie daje. Wreszcie dojezdżamy do przychodni, na parkingu za Chiny nie mogę znaleźc miejca, w końcu się jakoś wpakowałam miedzy dwa samochody, że ani wjechac ani wyjechac (tak super ze mnie kierowca, wiem). Mały nadaje coraz głośniej, ja cała spocona. W końcu krzyknęłam na synka, żeby przez chwilę był cicho. Oczywiście rozpłakał sie jeszcze bardziej. Czuję się jak szmata normalnie. Weźcie mnie jakoś pocieszcie albpo opierniczcie.