klioierato
12.03.19, 22:45
Witajcie. Jestem mamą 5-miesięcznej dziewczynki, urodzonej na początku października. Mam problem z karmieniem piersią, i to od początku. W szpitalu nie potrafiłam przystawić córki do piersi, pomagały położne (acz każda miała inne metody i rady, niekiedy były one sprzeczne). Po powrocie do domu mi się udało, ale paru dniach okazało się, że córka traciła dalej na wadze. Kupiłam laktator elektryczny i zaczęłam ściągać pokarm. Karmiłam wówczas córkę w taki sposób: pierś, potem butla z moim mlekiem, jeśli córka nadal była głodna - dostawała trochę MM w butelce. Udział MM w karmieniu był raczej niewielki, około 40-50 ml na dzień, uśredniając. Przez pierwsze tygodnie córka ładnie przybierała na wadze. Gdy skończyła 6 tygodni, w nocy zaczęła dostawać tylko pierś, bez dokarmiania butlą. Potem stopniowo odchodziłam od dokarmiania butelką w ciągu dnia, gdy córka miała około 2,5 miesiąca, butla była tylko przy ostatnim, wieczornym karmieniu. I tak jest do dzisiaj. Karmienie wyglądało tak: pierś 5 razy w ciągu dnia, po ostatnim karmieniu około 140-150 ml mojego ściągniętego mleka + ewentualnie trochę MM (w przeliczeniu miesięcznym było to około 30 ml mieszanki dziennie), jedno karmienie w nocy (na które córkę budziłam, co do zasady). Przy czym tylko to nocne karmienie było efektywne – tj. córka przez blisko 20 minut porządnie przełykała. W dzień to wyglądało różnie, przełykanie było, ale nie cały czas. Od kiedy córka zaczęła zbyt mało, według norm, przybierać na wadze, zaczęłam się niepokoić. O ile jeszcze na początku stycznia przybrała w ciągu miesiąca około 500 g, tak już miesiąc później tylko niecałe 400 g, a między 01 a 25 lutego przybrała tylko 260 g – co dawałoby około 320 g na miesiąc. Te wszystkie ważenia odbywały się w przychodni, przy okazji szczepień. Pediatra nie widział w tym problemu, stwierdził, że mam poczekać aż córka ukończy 6 miesięcy i zobaczyć czy podwoiła wagę urodzeniową. Abstrahując od tego, że obecnie często mówi się o podwajaniu wagi już po 4-tym (ewentualnie 5-tym) miesiącu, to przy takim „malejącym” przyroście raczej córka nie osiągnie dwukrotności wagi do 01 kwietnia br., skoro 27 lutego ważyła 5905 g, waga urodzeniowa: 3200 g.
Wątpliwości co do mało efektywnego picia przez córkę z piersi miałam od zawsze w zasadzie. Na początku córka dobrze przybierała (30 g na dzień to tak na luzie), ponieważ w dużej mierze była karmiona z butli (jak to opisałam wyżej – moim mlekiem ściągniętym), ten przyrost malał sukcesywnie od kiedy przeszłyśmy prawie w całości na pierś. Po tym feralnym ważeniu 27 lutego umówiłam do domu konsultanta laktacyjnego (pani jest też doradcą laktacyjnym i lekarzem). Pani konsultant orzekła, że córka jest nieprawidłowo przystawiana – za płytko (chyba o jakiś centymetr), przez co, siłą rzeczy, nie udaje się jej ładnie ściągać pokarmu. Pokarm natomiast jest, i owszem (przed karmieniem i po pani konsultant nacisnęła piersi – mleko leciało, może nie potokiem, ale ewidentnie było). Pani konsultant skrytykowała też mój sposób chwytu piersi – tzw. papierosowy (jak uczono mnie w szpitalu), zamiast „C”. Stwierdziła też, że będzie dość trudno tutaj coś zmienić (w sensie – uczynić karmienie bardziej efektywnym), ponieważ córka ma już 5 miesięcy i swoje nawyki. No i że butla osłabia też siłę ssania. Ale mam próbować, przystawiać tym innym chwytem. Nadmienię, że przy pani konsultant córka piła bardzo efektywnie – ale po przystawieniu przez tę panią. Ja niestety chyba tak nie potrafię. Od tego czasu minęły blisko 2 tygodnie, karmienia są coraz dłuższe, bo córkę przystawiam po kilkanaście razy przy każdym karmieniu – potrafi takie karmienie trwać 40-45 minut, z czego efektywnego picia jest na jakieś kilka minut. W mojej ocenie córka piłaby więcej, gdyby jej się udawało ściągnąć z piersi. A tak to żuje i żuje. Ostatnio coraz bardziej czuję to żucie, „memlanie” bez efektu. Ona się męczy i ja się męczę. Kilka dni temu się złamałam i każdorazowo po butli z moim mlekiem szykuję jeszcze 60 ml MM – z reguły jest w całości wypijane. Poza tym od 4 dni córka ma rozszerzoną dietę (dostaje kaszkę bezglutenową ryżową z kukurydzą). Chociaż w ten sposób chcę jej dodatkowych kalorii przysporzyć. Poza tym karmieniem córka jest naprawdę cudownym dzieckiem. Wesoła, często uśmiechnięta, zasypia sama w łóżeczku (sporadycznie są ryki protestu, ale z reguły zasypia w ciągu kilku minut od położenia), sen w nocy ma nieprzerwany (tj. do momentu, gdy ją budzę na karmienie). Nie wygląda na wychudzoną, w żadnej mierze (nie znać jej żeber czy coś w tym stylu). Jest taka filigranowa, proporcjonalna. Ale po tym jak chętnie pije z butli bądź je kaszkę w niemałej ilości, wnioskuję, jak wyżej napisałam, że z piersi też by więcej spijała, gdyby jej szło. No i te małe przyrosty są dla mnie niepokojące.
Zdecydowałam się tutaj napisać, bo wiem, że jest tu dużo orędowniczek KP. A ja chcę karmić piersią, ale powoli mnie to przerasta. Nie ma obecnie dnia, abym nie tłumiła płaczu przy karmieniu – gdy czuję jak mało efektywnie to wygląda; gdy przystawiam córkę po raz enty i od razu czuję, że będzie żuła. Córka też zaczyna być nerwowa, bo jest ciągle odrywana i przystawiana na nowo. Czytałam parę wątków tutaj – wiem, że odradzano dokarmianie butlą, ale chodziło o młodsze dzieci, poza tym takie z przyrostami w normie. A w przypadku mojej córki, odstawienie tych obecnie około 200 ml w butli (większość mojego mleka, owszem, ale jednak nadal z butli, nie piersi) dla mnie oznaczałoby kładzenie jej spać z pustym brzuszkiem i wówczas kompletnie zahamowanie przyrostów. Mimo wszystko chętnie przeczytam Wasze refleksje w temacie mojej walki o laktację, jak to nazywam, od w zasadzie początku. Mówiłam kiedyś, że jeśli wygram tę walkę, napiszę poradnik o karmieniu piersią. Chyba go jednak nie napiszę.
Może ktoś zna podobny przypadek – i może jest jeszcze nadzieja dla mnie i córki. Przed porodem jakoś nie zakładałam, że będę karmić dłużej niż rok (o ile), teraz mi się zmieniło, chciałabym jak najdłużej, również po powrocie do pracy. Ale nie kosztem zdrowia córki, i w sumie trochę mojego (psychicznego).
Przepraszam, rozpisałam się.
Pozdrawiam,
A.