marzka1
19.01.05, 21:17
Witam wszystkie mamusie!
Dzisiaj tak się zdenerwowałam, że aż muszę się komuś wyżalić...
Mam 7 - mio miesięcznego synka. Niestety, po skończeniu urlopu
macierzyńskiego musiałam wrócić do pracy. Ze względu na to, że synek jest
wcześniaczkiem, a moja mama (de facto najlepsza opiekunka, jaką mogłabym
sobie wymarzyć, mieszka na tyle daleko, że jej opieka nad niuniem nie
wchodziła w grę), nie mogłam go posłać do żlobka ze względów zdrowotnych.
Więc zaczęliśmy szukać opiekunki. No i znaleźliśmy. 50-cio letnią panią,
bardzo miłą, widać było, że bardzo przejętą swoją rolą. Rozpoczęliśmy
współpracę i wszystko było w jak najlepszym porządku (pani oprócz tego, że
zajmowała się synkiem, sprzątała mi mieszkanie i nawet myła okna!). Tak
naprawdę z powodu tego sprzątania to miałam nieraz wyrzuty sumienia i
powiedziałam, żeby tego nie robiła, bo nie jestem w stanie jej za to płacić.
Poza tym, wierzcie mi, dziewczyny, źle się czułam. Naprawdę. Ale to do niej
nie trafiało. No, ale do sedna. Ta osoba wydawała się w porządku do momentu
pierwszego zwrócenia uwagi ad. synka. Przykład: rano, zanim wyszłam do pracy
poprosiłam, żeby dała mu jeść. Zrobiła mleko i miałam okazję jeszcze
zobaczyć, jak go karmi (dodam, że to były początki jej pracy u nas), i
widziałam, że synek wypluwa smoka - a przecież jestem jego matką - wiem, że
jak rano (kiedy jest najbardziej głodny), wypluwa smoczka,to znaczy, że mleko
jest za gorące. Więc powiedziałam narnormalniej w świecie: "Pani Ewo, mleczko
jest za gorace, proszę dać, to ja ostudzę", i nie widziałam w tym nic złego.
Ale niania była innego zdania. Jak wróciłam po pracy do domu, powiedziała, że
musimy porozmawiać, i mówi: "Jak pani może mówić, że mleko jest za gorące?!
Nie było za gorace! Ja tak się staram, chcę, żeby było jak najlepiej, a pani
mówi, że ja chcę poparzyć pani dziecko!!". Słuchajcie, zdębiałam! No, ale
jakoś to sobie wytłumaczyłyśmy, pomyślałam, że kobieta krótko u nas pracuje,
nie zna mnie jeszcze, może pomyśleć, że jestem jakąś złośliwą babą, itp. Do
następnego razu... Po przyjściu rano do mnie pyta, jak synek spał. Na to ja
zgodnie z prawdą, że coś się kręcił, nie bardzo spał. Samej śmiać mi się
chciało, bo jak jesteśmy u moich rodziców, a to jest dom za Wawą (wiadomo -
nie blok - inne powietrze, to śpi jak zabity), i z uśmiechem podzieliłam się
tymi spostrzeżeniami z Panią. Jakież było moje zdumienie, gdy dzisiaj (bo
cała sytuacja wydarzyła się dzisiaj, przychodzę do domu, a niania grobowym
głosem mówi: "nie wychodziłam z nim dzisiaj na spacer", na co ja:"dobrze,
pani ewo, bardzo dobrze", i wieszając płaszcz (ona była w pokoju synka),
słyszę, jak mówi: "wyszłabym, a po co mi to, jakby zachorował, miałaby pani
do mnie pretensje...". Słuchajcie, dziewczyny, autentycznie osłupiałam! Nawet
mi to przez myśl nie przeszło. Przecież takie rzeczy się zdarzają, że dzieci
chorują, do cholery! (sorki, ale jestem wkurzona...). Więc nie wytrzymałam, i
jej to powiedziałam, tzn."Absolutnie, Pani Ewo, jeżeli wyszłaby Pani na moje
polecenie na spacer z dzieckiem i by zachorował, to nie miałabym do pani
pretensji", a ona, już naprawdę było widać, że jest wkurzona oświadcza mi
(ironicznym głosem, zaznaczam), "że nawet dzisiaj rano, ja się pani pytam,
jak dziecko spało, a pani mówi, że źle, ale u rodziców to śpi ekstra, dając
mi do zrozumienia, że nie wiadomo, co ja z tym dzieckiem w ciągu dnia robię,
że ono tutaj nie chce spać" i żebyśmy sobie szukali niani... Bo ona się ze
mną nie może dogadać, ja jestem agresywna (!), pomimo jej starań. Słuchajcie
dziewczyny... było mi tak przykro! Co za baba! Przecież odnośnie tego spania
podzieliłam się po prostu z nią swoimi spostrzeżeniami, nic więcej, nawet by
mi przez myśl nie przeszły takie dywagacje, o jakich mówiła. Mam wrażenie, że
ona w każdym moim słowie wyszukiwała jakiegoś haczyka i chyba przez cały
dzień nic innego nie robiła, tylko o tym myślała. Wierzcie mi, mamusie, że
takich sytuacji było więcej, mimo, że widząc, jaka jest, starałam się jak
najmniej - a jeżeli już - jak najdelikatniej zwracać jej uwagę... A tu taka
reakcja! Jejku! I, wiecie, z tym sprzątaniem to naprawdę przesadzała. Dostała
wyraźne polecenie, że ma nic w domu nie robić, całą uwagę skupić na dziecku,
a ona sobie ubzdurała, ze mi umyje okna, mimo, że jej mówiłam, że sobie tego
nie życzę - to było jakiś czas temu. Przychodzę do domu, okna umyte, ona
zadowolona, a ja pytam, jak było na spacerku? Na to ona, zdenerwowana,
podniesionym głosem:"Proszę Pani, ja myłam okna, no niech pani wybaczy, ale
na spacer już nie zdążyłam wyjść, wszystkiego na raz nie zrobię!" TAką
miałam ochotę jej wykrzyczeć, że ma się zajmować dzieckiem, a nie myć mi
okna, a jego zaniedbywać, bo jest od pilnowania synka, ale się wstrzymałam (z
wielkim trudem), właśnie dlatego, żeby nie dolewać oliwy do ognia.
Słuchajcie, kobietki, niby nic, nian jest dużo, ale nie o to chodzi. Zle się
czuję, bo to pokazuje, jak można zostać źle odebranym przez inną osobę.
Jejku! Żebym ja chociaż przez chwilę, zwracając jej uwagę, miała złe
intencje! Ale, na Boga! Powiedzcie same - przecież to moje dziecko! Mam
prawo, jak uważam, że coś jest nie tak - zwrócić uwagę niani! Tak sobie
myślę, że nawet jakbym nie miała racji, to ona ma obowiązek mnie wysłuchać i
zrobić tak, jak sobie życzę, albo wyrazić swoje zdanie, że tak czy tak to
może byłoby lepiej... A nie w ten sposób... Wiecie, te jej reakcje! Jejku, za
każdym razem, jak jej zwracałam uwaqę, to wiedziałam, że ona potem przez cały
dzień będzie o tym myśleć i wieczorem walnie bombę... I tak sobie
myślę:"szczęśliwe mamy, co mogą dać dziecko do żłobka"... tam chociaż jest
profesjonalna opieka... I tak zostałam bez niani... TEraz już się cieszę, bo
myślę, ze dobrze się stało. Wybór niani nie był najlepszym z moich wyborów,
ale cóż, teraz już będę ostrożniejsza - mam doświadczenie

Napiszcie,
kochane mamy, co o tym sądzicie? Będę bardzo wdzięczna. Przepraszam za tak
długi elaborat, ale musiałam się wyzalić...
POzdrawiam wszystkie e-mamusie i ich pociechy!
Marzka