mart44
06.01.06, 10:44
Opowiem Wam historię, która mi się przydarzyła wczoraj. Jestem tuż przed
chrztem mojego synka więc zależało mi na czasie, a oczywiście mąż w pracy. Z
wózkiem mnóstwo kłopotów więc wpakowałam dziecko w nosidełko (Womar) i tak
wędrowaliśmy uzupełniając zakupy. Na koniec doszliśmy do sklepy z
dewocjonaliami (Kraków, na przeciwko Korony). Ledwo przestąpiłam próg
maleńkiego sklepiku dowiedziałam się jak bardzo szkodzę swojemu dziecku, że to
nosidełko to samo zło, uszkadza kręgosłup, nogi cierpną, no i WZROK - niestety
nie wyjaśniono mi o co chodzi z tym wzrokiem, jakkolwiek dowiedziałam się, że
synkowi już "oczy wylazły" (Ignaś ma podziwiane przez wszystkich duże oczy

).
Wszystkie te uwagi wypowiedziane gorzkim tonem, pełnym wyrzutów i nieukrywanej
nagany - przez sprzedawczynię i jej klientkę (typ moherowy). Nie wytrzymałam i
powiedziałam zgryźliwie, "no nie wiedziałam, że taka głupia jestem" licząc, że
to przerwie ten słowotok, ale gdzież! Dowiedziałam się co prawda, że to nie
moja wina, bo młoda jestem, ale...wyszło na to, że jednak jestem głupia. Gdyby
nie to, że chrzest jutro, wyszłabym trzaskając drzwiami. Zamiast tego
obserwowałam ze zdumieniem kolejne objawy gderliwości i zwykłego chamstwa tej
sprzedawczyni...Dziewczyny z Krakowa - omijajcie ten sklepik!
Cóż, baba złośliwa i na pewno żadna wyrocznia, ale zasiała pytanie - czy
nosidełko, to rzeczywiście samo zło? Wiadomo, że nie można dziecka nosić w tym
"przez cały dzień" - w końcu ż.a.d.n.a pozycja nie jest wskazana przez
dłuższy okres czasu. Z czego wiem polscy pediatrzy nie zalecają przed drugim
miesiącem, ale później chyba się nie wypowiadali?