donasss
31.05.09, 16:04
Wytłumaczcie mi, dlaczego gdy mój miesięczny syn jest niespokojny/marudny/płaczący od kolki/bądź z jakiegokolwiek powodu niezadowolony i gdy ja go biorę na ręce by go ukoić muszę się nieźle nabujać/naskakć/naprzekonywać do cyca/naśpiewać/naszuszać itp aby przyniosło jakiś skutek, tymczasem mój szanowny małżonek wystrczy że weźmie nawet najbardziej rozhisteryzowane dziecię na ręce i cisza - dziecię momentalnie staje się spokojne i ani śladu po krzyku czy łzach. Max 15 sekund zajmuje mu uspokojenie syna! Noszszsz - zazdrosna jestem! Rozkminiałam to na różne sposoby - technikę noszenia, niski ton głosu... Pół żartem, pół serio przyznam się wam, że czuję się przez to troszkę gorszą matką... Miała któraś podobną sytuację?