tscina
16.12.08, 13:24
być może ten wątek już się gdzieś przewinął ale co tam Nawet jeśli był to
dajmy jeszcze raz upust swoim emocjom Bo ja muszę !
Otóż dobre rady płynące od babć, ciotek, matek które wychowywały dzieci ze 20
lat temu, sąsiadek, a nawet obcych osób doprowadzają mnie wręcz do szaleństwa
Zwłaszcza, że żadna z nich nie miała bliźniaków, a nawet nie widziała ich z
odległości bliższej niż ta, z której zaglądała do obcego wózka
Na spacerach obce kobiety mówią mi, że dziecko ma odkryte ucho choć 20 stopni
i zero wiatru Zadają pytania czy dzieciom nie za zimno Gdy odpowiadam, że
gdyby było to chyba by tak ładnie nie spały, a one na to, że dzieciom przecież
zawsze jest zimno i one nie potrafią tego sygnalizować Moje codzienne spacery
nawet gdy mrozik obsypują komentarzami, że z takimi maleństwami to one by się
bały wychodzić, że one nie chodziły, bo wiaterek i mrozik Boże! Ja wychodzę na
wyrodną matkę
Za to żadnych komentarzy od mężczyzn Czy to młody czy starszy dziadziuś mówią
jak one ślicznie śpią, że taka ładna pogoda więc dzieci powinny spacerować.
Oczywiście nie wdaje się z nimi w żadne dyskusje, bo one przecież wiedzą lepiej
Ale radzą nie tylko obce osoby. Bo mój sposób wychowywania dzieci rozumie i
popiera tylko moja rodzina. To moja mama gdy chłopców jeszcze nie było na
świecie protestowała przed kupowaniem wózka. Kupione było wszystko oprócz
niego, a gdy chłopcy się urodzili (14 sierpień) to już w szpitalu ponaglała
mojego męża żeby szybko zamawiał wózek, bo przecież taki cudny był ten
sierpień, że żal dzieci w domu trzymać. A gdy wózek przybył, a chłopcy mieli
tydzień to już całymi dniami na tarasie w cieniu brzozy leżakowali. I cała
moja rodzina chwali, jacy oni zdrowi, że nie boję się ich wizyt chroniąc
dzieci przed zarazkami, że pięknie, rosną, że apetyty mają. Żadnych rad,
komentarzy, krzywienia się.
Co innego zaś rodzina męża, która wszystkie dzieci chowa w temperaturze 27
stopni w domu (!!!), na spacery wychodzi gdy na dworze stopni minimum 25.
Teściowa już nic nie mówi, bo wie, że i tak nic nie zdziała. Ale co innego
ciotki.
Miarka się przebrała podczas ostatniej wizyty u teściowej,zjazd rodzinki na
pierwszych urodzinach jej wnuczki (córa córki, siostra mojego męża) W domu 27
stopni, duchota, nie wietrzone chyba od lata. Chłopcy leżeli w body z krótkim
rękawkiem, rozpaleni na buzi, mokre plecki A cioteczki zakładają im mimo
mojego wyraźnego sprzeciwu skarpetki, bo "te nóżki i rączki chłodne" Nie da
się wytłumaczyć, że temperatury się sprawdza się na podstawie rączek. Zmieniam
im pieluszki nie częściej niż co 4 godziny. Są już na pampersach 4, w których
przecież przesypiają całe noce, nic nie dzieje się ze skórą, więc nie ma
potrzeby częstszego przewijania. Ale nie! One wołają mnie, żebym zmieniała te
pieluchy co 2 godziny, jak tyko dziecko kwilnie, bo pewnie mu mokro. Więc
tłumaczę, że nie ma takiej potrzeby, a one swoje... Chłopcy marudzili, bo
głośno, telewizor non stop włączony, bo gorąco, a ciotki wszystko wiedzące
stwierdzają, że na pewno głodni. Więc tłumaczę, że jedli 1,5 godziny temu i
następna flacha za 2,5 godziny. Ciotki: Boże! Dzieci zagłodzi! Na nic
tłumaczenia, że dzieciom dolega co innego niż głód, że nie mogą jeść częściej.
Mało tego. Wszelkie problemy zgłaszane były do mnie. Nie mogłam spokojnie
napić się herbaty. Z reszta sama uciekałam od tego stołu przed zasypem mądrych
rad: nie wychodź z nimi na dwór po pokasłują (pediatra tak jak myślałam mówił,
że to nadmiar śliny, z którą sobie jeszcze nie radzą), nie karm ich tak na
rękach, bo będą mieli krzywe kręgosłupy, zmieniaj pieluchy, bo będą odparzenia
itd.itp.
Traktują mnie jak dziecko, które samo ma dzieci. Nie jestem wszystko wiedząca,
ale wiem to, co jest mi niezbędne odo wychowania i pielęgnacji chłopaków.
Sporo czytałam, mam dobrego pediatrę, mamę i własny rozum i intuicję.
Gdy wychodziliśmy zaczęły ich ubierać nawet w ubranka, które wzięłam dla nich
na zmianę. Oburzone, że dzieci w samych kapturkach z polarków które miały na
sobie bez czapek i szalików przywiozłam! Na sam koniec gdy poupychały im te
kaptury jak najściślej do głowy, żeby uszu nie zawiało i poprzykrywały
kocykami, zaczęły koce na buzie naciągać, bo mrozik (-2 stopnie) i buzie się
odmrożą. A gdy mówię, że nie ma takiej potrzeby, bo dzieci są przyzwyczajone,
że spacerowaliśmy już w najchłodniejszy dzień tej zimy gdy było - 7 to one
swoje. Po to, bym na przestrzeni 20 metrów, które mieliśmy do samochodu
musiała to wszystko odkrywać.
Strasznie się rozpisałam, ale troszkę mi lepiej.
Piszcie, że nie tylko ja jestem taką wyrodną matką