clementine_kruczynski
18.11.10, 22:53
Witam,
Jestem sfrustrowaną matką zestresowanego i nieszczęśliwego sześciolatka, którego przez naiwną wiarę umieściliśmy w I klasie.
Zapewniano nas o lepszym niż w przedszkolnej zerówce wykorzystaniu potencjału intelektualnego, o rozwijaniu zainteresowań przez udział w różnych kołach, o wspaniałych możliwościach rozwoju społecznego, których moje dziecko dostąpi zanjdując się w klasie z 7-latkami. Tyle teoria, którą łyknęłam jak harcerz.
Praktyka: przepełniona szkoła - naiwnych takich jak ja było więcej. Nauczycielka z minionej epoki, skupiona na "testach wałbrzyskich" i planie nauczania narzuconym przez podręcznik, widząca w dzieciach zadanie do wykonania, a nie przestraszone istoty, które niedawno rozstały się z bezpiecznym przedszkolem. Kółka zainteresowań owszem są, ale tylko co 2 tygodnie, z braku sal. Szkoła uczestniczy w programie promocji zdrowia, i zorganizowano spotkanie z dietetykiem, który objaśnił rodzicom, jak ważne jest drugie śniadanie. Nie objaśniono tylko dyrekcji, że ważne jest też miejsce do spożycia tego śniadania - dzieci jedzą na kamiennej podłodze, pod parapetami. Klasy na przerwie są zamknięte, bo nauczyciele dyżurują.
Ubikacje są nieprzystosowane do wzrostu sześciolatków i brudne - moje dziecko chodzi z pełnym pęcherzem dłużej niż powinno, bo brzydzi się tam wchodzić.
Mogłabym jeszcze tak długo, dlatego skupię się na tezie.
Rodzice pięciolatków, stojący przed dylematem "szkoła czy przedszkole": nie wierzcie w zapewnienia dyrektorów szkół, pytajcie innych rodziców, sprawdźcie sami - jak wygląda organizacja przerw, jak często sprzątane są ubikacje, wreszcie kto będzie wychowawcą Waszego dziecka. Bądźcie bardzo krytyczni i ostrożni.