to-fa
13.11.11, 13:17
Witam. Może Wy mi coś doradzicie, bo ja już nie wiem, co robić. Jak w temacie- moje dzieci mnie nie szanują. Chłopak- 13 lat, dziewczynka 10. Zwyczajne dzieci, ani zbyt grzeczne ani zbyt rozpuszczone. Właśnie jedliśmy tzw. niedzielny obiad, przy którym rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Na jeden żart- dotyczący przyszłego całowania się córki z jakimś narzeczonym (nie był przesadnie złośliwy) córka podeszła do mnie, złapała mnie za włosy i przegięła głowę do tyłu sycząc (niby na żarty) coś w stylu "Jeszcze raz tak powiesz, to zobaczysz". Poczułam się tak urażona i zaskoczona, że wlepiłam jej symbolicznego klapsa (robię to naprawdę bardzo rzadko) i podniesionym głosem powiedziałam, że nie życzę sobie tego typu zachowań i zapytałam retorycznie, kim ja jestem dla dzieci, bo chyba dziecko wobec mamy tak się nie powinno zachowywać. Nawiązałam również do wczorajszego incydentu, który zdarzył się z kolei z synem, wczoraj późnym wieczorem. Mianowicie kiedy pochylałam się, żeby pocałować córkę na dobranoc, syn lekko kopnął mnie w tyłek, a kiedy odwróciłam się, minę miał równie zaskoczoną co pełną skruchy. Przepraszał mnie potem kilka razy. A ja byłam wściekła. Rozumiem- w szkole tak już jest- kto się wypina, automatycznie dostaje kopa, bo to aż się prosi, i jest powód do śmiechu. Syn po prostu zastosował ten sam mechanizm w stosunku do mnie.
Może to zwyczajna głupota, gruby żart, ale ciągle myślę, że te nieprzemyślane zachowania pokazują stosunek dzieci do mnie. Jakbyśmy w hierarchii rodziny stali na jednym poziomie.
Tak, wiem, moja wina. Bo zawsze skracałam dystans. Bo pamiętam, jak z góry traktowała mnie moja matka- nauczycielka i moja starsza siostra z kompleksem mniej kochanego dziecka. Bo zawsze obiecywałam sobie, że jak będę mieć dzieci, to nie będę dla nich taką oschłą suką. I to wszystko obróciło się przeciwko mnie. Wiem, że gdzieś przesadziłam. Równocześnie tracę orientację, gdzie powinnam się zatrzymać, gdzie uważać, co mi wolno, co już nie. Czy mogę żartować z dziećmi i się z nimi droczyć? Czy powinnam wdawać się w gorące dyskusje z synem, czy to sprowadzanie siebie do jego poziomu? Czy muszę robić trwałą, malować się, chodzić w garsonkach i na wysokim obcasie, bo strój sportowy odbierają mi powagę dorosłego? Czy fakt, że syn o wszystko się wykłóca i często podnosi na mnie głos, to bunt nastolatka, czy traktowanie mnie bez szacunku? Czy to, że żartuje cały czas na temat mojej wiecznej diety i tego, że jestem gruba (nie mam nawet nadwagi) to już przekroczenie granic? Myślę, że fakt, że nie pracuję, też nie pomaga. W stosunku do ojca dzieci sobie tak nie pozwalają. A może jestem po prostu przewrażliwiona na punkcie tego całego szacunku i robię z igły widły? Może wystarczyło obrócić incydenty w żart i powiedzieć tylko, że na przyszłość sobie tego nie życzę i tyle...? Jak to u Was jest, powiedzcie, czuje się dość zagubiona w całej sytuacji.