neospasmina
30.09.04, 22:21
Wyłonił się u nas mały problem z przedszkolakiem i basenem w roli głównej.
Mój 5-letni synek chodzi do przedszkola, które raz w tygodniu udaje sie na
basen (odpłatnie). Przez ostatnie dwa lata synek nie chodził z dziećmi, bo 1)
nie mieliśmy kaski, 2) był jeszcze niesamodzielny logistycznie i ubraniowo,
3) bo wydawało nam się to luksusem, 4) chodziła tylko połowa dzieci;
ale od tego roku postanowiliśmy sfinansować ten basen, jako że wymienione
wyżej powody się zdezaktualizowały i chcieliśmy, aby Młody nauczył się pływać
(w grupie raźniej) albo chociaz poczul sie raźno w wodzie. Wszystkie
dzieciaki (także te początkujące) oraz panie są generalnie zachwycone panami
ratownikakmi, stylem
zajęć (część ćwiczeniowa i część zabawowa), warunkami itp.
Synek też był początkowo zachwycony (wcześniej chodziliśmy z nim na basen,
ale niezbyt często i do niczego go nie zmuszaliśmy), gadał jak najęty o
basenie, demonstrował zabawy i sytuacje itp. Był w sumie 3 razy i oświadczył,
że więcej nie chce chodzić. Powodem jest niechęć do wykonywania ćwiczeń
(chowanie głowy pod wodę, kładzenie sie na plecach itp.). Rozmawiałam z
paniami - są bardzo zdziwione problemem - synek wyglądal na zadowolonego, nic
się nie wydarzyło (tj. nie opił się wody, nie przestraszył).
Ale problem jest, bo:
- w tym roku wszystkie dzieci chodzą na basen i Staś zostawałby w przedszkolu
na te 2 godz. sam (tj. z jedną panią), co nie bardzo nam wszystkim odpowiada;
- jeśli pozwolimy mu nie chodzić przez jakiś czas, to - że tak powiem -
narobi sobie zaległości w stosunku do umiejętności innych dzieci i jeszcze
bardziej będzie się bał;
- jeśli mu pozwolimy na niechodzenie, będzie jakoś dziwnie wyróżniony z
grupy - ni to uprzwilejowany, ni to odtrącony...
- trzeba zapłacić z góry za miesiąc, więc jeśli nawet da się namówić Młodego
na jeszcze jedną wizytę na basenie, to może on się zaprzeć i wtedy kaska za
dalsze lekcje przepada;
- nie bardzo wchodzi w grę rozwiązanie, że sami chodzimy z synem na basen np.
w weekendy, bo to jednak duzo drożej wychodzi, a mamy jeszcze jedno dziecko
na stanie i moje wieczne zajęcie sobotnio-niedzielne;
- mąż stoi na stanowisku, powiedzmy, męskim: "ma chodzić i tyle, nic mu się
nie stanie, jeszcze będzie nam dziękował"; ja skłaniam się raczej ku
opcji "miękkiej" - "przymus może tylko zaszkodzić; szkoda nerwów", bo sama
długo bałam się wody i być może przenoszę swój strach na synka;
co mi radzicie, jak postąpić w tej sytuacji (dodam, że synek jest raczej
wrazliwy i przejmujący się, bardzo ambitny i uparty)???