ikaes
09.08.05, 16:05
ostatnio pisałam o moim dziecku na smutno, a teraz trochę na wesoło. Moje
dziecko (2 lata 7 miesięcy): jakiś miesiąc temu byłam u moich rodziców na
wakacjach i poszłam z nim do kościoła. Siadłam w pierwszej ławce, bo jak
kiedyś siadłam z boku, to mało nie stratował wszystkich wózkiem. Najpierw
biegał ode mnie do babci, która siedziała w innym rzędzie i trochę dalej.
Potem razem z innym chłopczykiem wycierali pupami podest do klękania przy
komuni, jeżdżąc nimi przez całą jego długość. Potem zaglądali co jest pod
kratą (prawdę powiedziawszy nie wiem po co ona jest - taka duuuuża ściekowa),
potem ktoś wrzucił pieniążek do skarbony, więc zaglądał pod nią - no bo
przecież powinien wypaść. A potem wycierał pupą schody (już sam) prowadzące
na ołtarz: siadał - wstawał - szedł na następny tyłem - siadał itd. Ja
próbowałam go trochę opanować, co trochę go zabierałam (zwłaszcza z tych
schodów), ale to nic nie dało. A na koniec tej mszy usłyszałam, jak ksiądz
(na szczęście mający poczucie humoru) powiedział patrząc się na mnie: a teraz
pomódlmy się za wszystkie matki, aby miały cierpliwość w wychowywaniu swoich
pociech.Sporo osób zaczęło się śmiać. Dobrze, że to nie proboszcz odprawiał
tą mszę, bo by go chyba kazał wyprowadzić. Nawet jak udzielał tydzień
wcześniej chrztu i mały podszedł się przyjrzeć, to go mało wzrokiem nie zabił.
I co wy na to.