ikatola
25.09.06, 22:47
u mojego dziecka w przedszkolu (teraz trzeci rok) jest dziecko upośledzone.
Nigdy nie wiedziałam jak funkcjonuje w grupie. Dziś w trakcie rozmowy z synem
okazało się, że dzieci nie są poinformowane o tym, że to dziecko jest chore:
temat ten w ogóle nie był poruszany z dzieciaczkami. Nie rozumieją, dlaczego
nie rysuje, nie umie literek, nie powie wiersza... Co gorsze! Dzieci znalazły
sobie najwidoczniej kozła ofiarnego w "najsłabszym ogniwie": są wobez niego
agresywne, śmieją się, nie lubią go

Syn opowiadał mi to bardzo przejęty.
Już ostatnio, podczas róznych przedstawień i występów udezył mnie stosunek do
tego dziecka... także przedszkolanek!
Jestem niejako "z branży". Bywam z tymi dzieciakami sporadycznie (lekcje
pokazowe, występy, odbieranie syna). Wierzyłam, że młode (moje równolatki),
wykształcone (?!) przedszkolanki umieją pokierować grupą w takiej sytuacji.
Nie chciałam podważać ich kompetencji, wypełniam ich prośby i polecenia, na
pewne rzeczy przymykałam oko. Ale przecież trzeba omówić z dziećmi ten
problem, nie można postawić ich przed trudną sytuacją i już, koniec.
Trzeba wyciągnąć z tej "integracji" wszystkie dobre cechy człowieka: empatię,
tolerancję, dostrzeganie, że ktoś potrzebuję pomocy, radość z niesienia jej
innym...
Jest mi przykro.