może ktoś już o to pytał....

13.10.06, 14:20
więc z góry przepraszam jeśli się powtarzam.
Do rzeczy.
Interesuje mnie opinia osób, które po rozstaniu się z dotychczasowym
partnerem, założyły nowe rodziny.Zwykle, w pewnym wieku jest tak, że samemu
ma się dzieci, a jeśli nawet nie lub dziecko jest dorosłe, to nasz przyszły
partner czy partnerka( i taka sytuacja b.mnie interesuje)sama ma dziecko.
Czy udało się wam?
Jakie były podstawowe problemy?
Wreszcie, może najważniejsze, czy jesteście zadowoleni z nowych związków i
czy teraz mając określone już doświadczenia,zdecydowali byście to powtórzyć
czy woleli byście być sami lub w niezobowiązujących związkach.
Przepraszam za nieco haotyczną wypowiedz.
    • nisar Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 14:30
      Ja tak mam.
      W momencie finalizowania związku z obecnym chopem (dla mnie była to
      przeprowadzka do niego a nie ślub) moje dziecko miało lat 8. Jego dzieci prawie
      dorosłe, inny kontynent, zero kontaktu od nastu lat. To tak tytułem wstępu.
      Podstawowym problemem byłam chyba ja. I moje nastawienie do tematu relacji
      Jarek-Elka. Mianowicie cieszyłam się, że się dogadują, że Jarek dużo czasu
      poświęca małej, że się integrują itd. Do momentu, gdy próbował zwrócić jej
      uwagę o cokolwiek. No matka-lwica w ataku furii to przy mnie było jagniątko. To
      MOJE dziecko i wara światu od niego. Nie podoba się, nie musi.
      Bez sensu.
      Walczyłam długo ze sobą, teraz staram się reagować jak matka a nie debilka, ale
      nie zawsze mi się udajesmile))
      Odrębnym tematem są Jarka rodzice, od razu ku przestrodze powiem tak: uważajcie
      w takich sytuacjach na teściów. Moi są mili dla Eli, ale zdystansowani.
      Teściowa zawsze mówi, że ma dwoje wnuków (tych z Jarka pierwszego małżeństwa),
      nie szkodzi że w życiu na oczy ich nie oglądała ani nie rozmawiała z żadnym. Ma
      dwoje i już. Ok, nie widziałam problemu, do momentu kiedy po kilkudniowym
      pobycie Elki na działce u nich w wakacje nie okazało się, że teraz to ona mówi
      do nich babciu i dziadku. Szlag mnie trafił, bo dla dziewięciolatka nazewnictwo
      świadczy o związku - jak jest babcia to dziecko oczekuje babci, a nie cioci. Na
      szczęście emocje trochę przygasły, ale był to problem. A ja do dziś mam za złe
      teściowej tę zagrywkę, bo nie wolno igrać z niczyimi uczuciami, dziecka
      porozwodowego przede wszystkim.
      Co do pytania o zadowolenie - wolałabym żyć w jednym bloku ale w dwóch
      mieszkaniach. Z tym że po pierwsze u mnie to nie było możliwe - mój chop by
      mnie zamęczył marudzeniem o zamieszkanie razem (tak jak jęczał o ślub), po
      drugie wynika to raczej z mojego usposobienia a nie problemu z tym akurat
      związkiem.
      • anetina Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 14:33
        ja jestem nadal taką matką-lwicą big_grin
    • anetina Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 14:31
      wonhanys napisał:

      > więc z góry przepraszam jeśli się powtarzam.
      > Do rzeczy.
      > Interesuje mnie opinia osób, które po rozstaniu się z dotychczasowym
      > partnerem, założyły nowe rodziny.Zwykle, w pewnym wieku jest tak, że samemu
      > ma się dzieci, a jeśli nawet nie lub dziecko jest dorosłe, to nasz przyszły
      > partner czy partnerka( i taka sytuacja b.mnie interesuje)sama ma dziecko.
      > Czy udało się wam?


      czy się udało stworzyć rodzinę !?
      tak

      chociaż były opory, gdyż partner nie ma takiej przeszłości, czyli nie ma dzieci




      > Jakie były podstawowe problemy?



      jakie !?
      w zależności co przez to rozumiesz

      u nas był problem z natury JA
      nie chciałam się z nikim wiązać
      nie chciałam szukać partnera, miłości, ojca dla dzecka

      nie chciałam komuś dać nawet odrobiny odpowiedzialności za moje dziecko






      > Wreszcie, może najważniejsze, czy jesteście zadowoleni z nowych związków i
      > czy teraz mając określone już doświadczenia,zdecydowali byście to powtórzyć
      > czy woleli byście być sami lub w niezobowiązujących związkach.




      jestem zadowolona
      chociaż przywykłam już do życia w samotności



      > Przepraszam za nieco haotyczną wypowiedz.



      proszę bardzo
      pozdrawiam
    • judytak Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 14:47
      ja, bezdzietna panna, wyszłam za mąż za rozwodnika z dwiema córkami w wieku
      szkolnym
      było to... zaraz policzę... 14 lat temu
      z dziewczynami bliski kontakt, ale mieszkały z matką, spotkania i finanse w
      miarę potrzeb, bez ustaleń sądowych, czyli sytuacja idealna
      problemy, jak w każdej rodzinie, czyli z dziedziny dopasowywania potrzeb oraz z
      dziedziny "problemy wieku dorastania"
      raczej nic ponad normę
      decyzji nie żałuję, nie mam powodu

      pozdrawiam
      Judyta

      P.S. polecam forum "macochy"
      J.
    • wonhanys Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 14:49
      właśnie, u mnie też jest pewien problem.Matka akceptuje moją ew.nową partnerkę,
      ale podkreśla, że małżeństwo powinno się ratować za wszelką cenę i że drugi
      związek to nie to samo.Wychowanie zaś obcego dziecka to nie bajka.
      Akurat w moim przypadku, to żona zostawiła mnie i córkę, choć ma z nią dobre
      kontakty.Mnie już znudziła się samotność (2 lata) i trafiłem na kobietę z 10
      letnim synem.
      Też trochę zauważyłem u niej podejście "ochronne" w stosunku do syna.
      Ale sam też nie jestem przekonany co do przebywania z nimi na codzień w jednym
      mieszkaniu.
      Nie ukrywam, że jej dziecko trudno mi zaakceptować.
      Dlatego myślę, czy z jednej strony cierpiąc na brak bliskiej osoby, z drugiej
      nie lepiej być samemu.
      • nisar Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 15:07
        "małżeństwo powinno się ratować za wszelką cenę i że drugi
        > związek to nie to samo"

        Nie zgadzam się. Bylejakie małżeństwo, byle było, to do dupy pomysł na życie.
        Drugi związek - jeśli osoby w nim związane potrafią myśleć i wyciągać wnioski -
        najczęściej jest bardzo udany, bo wiadomo czym się je bycie razem.

        "Nie ukrywam, że jej dziecko trudno mi zaakceptować."

        Więc absolutnie nie próbuj zacieśniać tego związku do wspólnego zamieszkania.
        Dziecko nie jest winne temu, że nie jest Twoje i jeśli będziesz nastawiony
        bodaj odrobinę negatywnie do niego, nie uda się nic, bo partnerka jeśli jest
        normalna, też będzie przede wszystkim matką.

        "Dlatego myślę, czy z jednej strony cierpiąc na brak bliskiej osoby, z drugiej
        > nie lepiej być samemu"

        Bycie z kimś nie musi polegać na wspólnym mieszkaniu. Można się odwiedzać,
        razem wyjeżdżać, spędzać weekendy itd., ale zachować autonomię lokalowo-
        pedagogiczną. I jeśli cokolwiek zgrzyta w relacjach partner-dziecko
        współpartnera, to lepiej nie ryzykować.
        A taki związek, jeśli nie mieszkacie na dwóch krańcach kraju, może być bardzo
        satysfakcjonujący.
        Pozdrawiam
      • judytak Re: może ktoś już o to pytał.... 13.10.06, 15:13
        wonhanys napisał:

        > drugi związek to nie to samo.

        z tym różnie bywa, czasami drugi związek nawet bardziej "to samo"

        > Wychowanie zaś obcego dziecka to nie bajka.

        to prawda, przy czym na ile masz wychowywać, a na ile nie, to kwestia ustaleń

        > Ale sam też nie jestem przekonany co do przebywania z nimi na codzień w
        jednym
        > mieszkaniu.
        > Nie ukrywam, że jej dziecko trudno mi zaakceptować.

        znaczy, że jeszcze nie czas. Nic na siłę, dajcie sytuacji dojrzewać

        pozdrawiam
        Judyta
Pełna wersja