milenamuha
29.12.06, 22:04
Nie wiem,czy to ta rozreklamowana jesienna chandra, czy jestem po prostu złą
matką, czy źle pokierowałam swoim życiem...nie wiem... Faktem jest,że z dnia
na dzień staję się z młodej pełnej pomysłów i energii dziewczyny
- starą, zrzędzącą, zgorzkniałą, znerwicowaną babą.
Opowiem Wam moją historię...
W pierwszą ciążę zaszłam w wieku 19 lat, byłam wówczas w ostatniej klasie
liceum plastycznego, pełna optymizmu, pomysłów na życie, zakochana po uszy w
moim teraz już mężu i szalałam z radości na wieśc o ciąży (naprawdę

)
Maja urodziła się na dzień przed obroną pracy dyplomowej,wyrozumiali
nauczyciele sami wszystko mi pozałatwiali,poprzesuwali terminy itd.,a w
trakcie matury bez problemów wychodziłam na karmienie swojej trzytygodniowej
córeczki(które odbywało się w gabinecie pana dyrektora i nikt mi nie
przeszkadzał-mogłam powyciągac milion ściąg spod pazuchy i nikt by się nie
dowiedział).Mała miała mnóstwo cioc i wujków,wszyscy bardzo nas wspierali.
Było fantastycznie. Zaraz po maturze dostałam się na studia (zaoczne,rzecz
jasna,bo mąż pracował w naszym rodzinnym miasteczku,gdzie oferta edukacyjna
obejmuje jedną podstawówkę,jedno gimnazjum, liceum i technikum). Pół roku
pomieszkaliśmy u teściów,stosunki z nimi były poprawne jak na relacje z
teściami

. Teściowie odziedziczyli po dziadku domek na wsi,gdzie oni sami
zresztą kiedys mieszkali, a że stał pusty,więc przeprowadziliśmy się do niego
z 7-miesięczną wówczas Mają-dla dziecka raj na ziemi, duży ogród,świeże
powietrze,więc kupiliśmy jeszcze psa,żeby było weselej i żebym czuła się
bezpieczniej(mąż pracuje w straży granicznej,więc ma służby o różnych
porach,często w nocy). Majka nie sprawiała większych kłopotów,była spokojnym
i radosnym dzieckiem, zjazdy na studiach dwa razy w miesiącu też nie były
uciążliwe.I tak żyliśmy sobie spokojnie bez większych wzlotów i upadków,
sielanka... Kiedy dowiedziałam się o drugiej ciąży mała miała 1,5 roczku.
Miałam mieszane uczucia,ale stanęło na tym,że dobrze,że będzie drugi dzidziuś-
mała będzie miała towarzystwo, za jednym zamachem trochę odchowamy dwójeczkę
jeszcze w trakcie moich studiów,a później ja pracy, a dzieci do przedszkola.
Problemy zaczęły się niedługo po urodzeniu Marcela. Bardzo cieszyliśmy się z
jego przyjścia na świat, ale Maja zaczęła sprawiac problemy, chociaż
poświęcaliśmy jej więcej uwagi niż dotychczas.
A dziś...
Marcel ma 8 miesięcy,Maja prawie 3latka,a ja mam ochotę zostawic to wszystko
i uciec gdzieś daleko,daleko,żeby nikt mnie nie znalazł,porządnie się wyspac
i zacząc nowe życie...
Męża ciągle nie ma, bo albo na służbie, albo śpi po nocce, albo ma coś do
zrobienia: rąbanie drewna na opał, skopanie ogródka, naprawa szopki itd., na
wsi zawsze jest coś do zrobienia nawet, gdy nie prowadzi się takiego typowego
gospodarstwa ze zwięrzętami. Do tego ojciec męża ma tu warsztat,prowadzi
firmę melioracyjną, a teściowa ogród i króliki, więc przyjeżdżają o każdej
porze dnia, wchodzą i wychodzą bez pukania, w końcu to ich "ranczo",jak je
sobie nazywają. A ja nie czuję się swobodnie, jestem pod presją,że zawsze od
razu po posiłku trzeba pozmywac i ogólnie nie może byc rozpierdzielu na
chacie,bo w każdej chwili ktoś może przyjśc, a,że przy dwójce małych dzieci i
dużym psie jest to syzyfowa praca, to ja bez przerwy jestem na chodzie. Nie
pamiętam już nawet,kiedy ostatnio bawiłam się z małą, ciągle jest coś do
zrobienia. Poza tym ona jest nieznośna, tupie, bije mnie i młodszego brata,
nie słucha, co do niej mówię i sprawia wszelkie możliwe w jej wieku
kłopoty ,chociaż staram się przestrzegac podstawowych reguł wychowawczych
(studiuję pedagogikę- o ironio!). Doszło nawet do tego,że zaczęłam myślec w
nerwach,żeby ją oddac dziadkom-przy nich jest jak aniołek... Chociaż bardzo
kocham moje dzieci, to mam ich serdecznie dośc! Puszczają mi nerwy-krzyczę na
nie,chociaż wiem,że nie powinnam tego robic,ale na niczym mi już nie zależy,
mam dośc ciągłego zajmowania się nimi, siedzenia w domu, sprzątania, prania,
gotowania, wszędobylskich teściów, zmęczonego męża i przede wszystkim siebie
samej-nie tak miało wyglądac moje życie!!!
Czytam to i ryczę...
Nie wiem,co mam robic.
Na hobby nie ma ani siły,ani czasu,ani chęci.
Nie mam szansy gdzieś się wyrwac,obie babcie pracują, na nianię mnie nie
stac;nie mam tu żadnych znajomych,bo kobiety na wsi są wiecznie zajęte w
gospodarstwie,nie mają czasu na kawkowanie, na własne mieszkanie też nie mamy
na razie szans,bo dopóki nie pracuję nie stac nas na spłacanie kredytu, a do
pracy nie pójdę, bo mamy tylko jedno auto, więc nie będę miała nawet czym do
tej pracy dojeżdżac. Poza tym nie wyrabiam się z domem i studiami, więc jak
miałabym iśc do pracy to doba musiałaby trwac co najmniej 30 godzin... A
nawet jakby trwała, to w pobliskim miasteczku mogłabym co najwyżej zarobic na
przedszkole i żłobek dla dzieci...
I mnóstwo "ale"...
Ale się chociaż wygadałam.
Dzięki wszystkim za wytrwałośc w czytaniu tego pesymistycznego wywodu
Poradżcie coś,bo oszaleję,albo zrobię coś głupiego...