pade
28.08.07, 11:16
Straciłam zaufanie do swojego syna, niestety

Od pierwszej klasy próbowałam go usamodzielnić czyli najpierw
odprowadzanie i odbieranie ze szkoły, zajęć, po roku zaczął chodzić
sam (ma bardzo blisko). Potem pozwalałam wychodzić na podwórko, pod
blok, widziałam go z okna balkonu. I zaczęło się. Nie wracał po
szkole do domu, tylko odprowadzał kolegów i pojawiał się po
godzinie, dwóch. Wypuszczałam na dwór z przykazaniem: masz być tylko
tu i tu, muszę Cię widzieć. Po minucie znikał i nie wiedziałam gdzie
jest. Pytałam dlaczego, bo koledzy idą na inne podwórko on tez chce.
Ja na to: spytaj mnie, powiedz gdzie idziesz pozwolę Ci. Dawałam
zegarek, umawiałam się o której ma wrócić, nie wracał. Dzień w dzień
szukałam go po różnych podwórkach. Przed wakacjami przegiął bo jak
wyszedł o 11 to znaleźlismy go o 19. Głód, pragnienie, chłód nie
zmuszą go do pójścia do domu, on tego po prostu nie odczuwa. Poza
tym ciągnie go najbardziej do chłopców o kiepskiej reputacji. Nie
jest moim zamiarem obrażanie tych dzieci, ale jesli widzę, ze skaczą
po samochodach, grzebią w śmietnikach, palą papierosy,przeklinają,
podpalają meble wyrzucone przez mieszkańców siłą rzeczy-nie chcę by
mój syn się z nimi bawił.A "grzecznych" dzieci na podwórku
praktycznie nie ma, no może jeden by się znalazł. Od tej
całodziennej nieobecności zakazałam synowi wychodzenia samemu z
domu. Wychodzi na podwórko tylko ze mną, a więc rzadzej i na krócej.
Tłumaczyłam mu wielokrotnie dlaczego, ale do niego to chyba nie
dociera, tylko szuka co by tu wykombinowac by postawić na swoim.
Zamierzam wychodzić po niego po lekcjach, ale długo to nie potrwa bo
zaczynam szukać pracy. I co dalej? Boje się, ze teraz jeszcze
utrzymam go w ryzach, zakazy, kary itp. Ale czuję w kościach, ze
zacznie się buntować i znikać na całe dnie i nie będę miała pojęcia
co robi. Cały rok prosiłam, tłumaczyłam, mówiłam mu jak boli mnie
to, ze ja mu ufam, a on mnie oszukuje i skończyło się, po prostu mu
nie wierzę. Jest z tych dzieci co to lecą do kolegów na oślep, nie
patrzą kto, co, najważniejsza jest zabawa.Wiem z całą pewnością, ze
jak kolega powie mu odprowadź mnie, albo chodź do mnie po lekcjach
mój syna pójdzie nie bacząc na cokolwiek.
I jeszcze jedna sprawa. W szkole dzieci kupują sobie sodycze
(najwstrętniejsze jakie mogą być). Poświęcają całe przerwy by stać w
kolejce. Ja synowi nie pozwalam na kupowanie zamrożonej kolorowej
wody, czipsów i innych takich, bo już to nie raz odchorował.
Tłumaczę mu dlaczego nie pozwalam, a najczęściej nie daję pieniędzy.
Tylko, ze mój cwaniaczek albo zaczął naciagać kolegów by mu kupowali
te "lody", albo tamci się nad nim litują i się z nim dzielą, nie
wiem jak to jest, ale znajduję papierki w tornistrze. I nie mogę mu
wytłumaczyć, ze to co chce jeść jest wręcz trujące, a kolegów się
nie naciąga. Co ja robię źle??? POMOCY!