Mój rodzicielski kryzys (długie)

18.03.08, 22:32
Nie radzę sobie. Złą mamą zostałam.
Dzisiaj był przełom i zdałam sobie sprawę, że sama się z tym nie uporam.

Mam dwóch synów, starszy zaraz będzie miał 4 lata, młodszy dopiero co się urodził.
Nie daję rady ze swoimi emocjami w stosunku do Starszego. Coś stało się w zeszłe wakacje, gdy miał 3 lata i ciut. Wszystko było na NIE, były chwile, że wydawaliśmy mu się wrogami bardziej niż rodzicami. Myślałam - przejdzie. No cóż, nie przeszło, tylko się trochę przyzwyczailiśmy. Z czasem syn nie złagodniał niestety. Jesienią od pani w przedszkolu dowiedziałam się, że żywe z niego dziecko, choć nie nadruchliwe. To dziwne, bo do tamtej pory wydawał mi sie spokojny na tle innych dzieci.
Wiem, że dziecko rośnie i niektóre zmiany są naturalne. Tylko u nas wszystko się zbiegło w czasie - zabawy coraz gwałtowniejsze, postawa na NIE w dalszym ciągu, postępująca niechęć do przytulania (oj, to boli szczególnie..). Do tego moja ciąża, więc i rozchwianie emocjonalne.
Jak reagujemy na zachowanie synka? Cóż, im bardziej on ostro pogrywa, tym bardziej srodzy jesteśmy. On bryka, nie słucha o co się go prosi, my wymyślamy kary, on jest rozgoryczony. Nasze metody "temperowania" nie przynoszą skutku, jest coraz więcej krzyków, kar. Nakręcamy się wzajemnie - im my jesteśmy gorsi dla niego tym on dla nas.

Nasze rodzicielstwo (a zwłaszcza moje) coraz bardziej przypomina musztrę, hodowlę jakąś, a nie miłość.

Dzisiaj mogę szczerze powiedzieć, że nie lubię dziecka własnego. Jak myślę o tym jak mi zniszczył kanapę, jak się nie można doprosić by się ubrał/rozebrał/poszedł na kąpiel, jak się ze mną kłóci i wrzeszczy - to go nie lubię i już. Lecz gdy na siebie spojrzę z boku, to widzę, że to głupie i obrzydliwe,że takie drobiazgi mnie doprowadzają do furii. Ale co z tego, skoro dalej doprowadzają?

Dziś byłam sama z dziećmi w domu i mieliśmy ze Starszym scysję przy kąpieli - za to, że wcześniej na mnie krzyczał ustaliłam, że będzie miał tylko przysznic, a nie pluskanie w głębokiej wannie. Niby przyjął to do wiadomości, ale jak przyszło co do czego to się nie dał dotknąć i umyć, tylko stał w łazience goły i płakał. Nie dałam rady, po kilku spokojnych tłumaczeniach wrzasnęłam tak jak jeszcze nigdy. Zobaczyłam swoją twarz w lustrze.... Ryczeliśmy już oboje. Jak po takiej scenie mam być dla niego oparciem?

Młodszego urodziłam 1,5 miesiąca temu. Wszelkie problemy domowe z ostatnich miesięcy urosły teraz niebotycznie ze względu na moje poporodowe obniżenie nastroju. Paradoksalnie jednak szykuje mi się depresja poporodowa związana ze Starszym a nie z Maluchem. Jako mama niemowlaka radzę sobie świetnie, w końcu to już drugi raz, za to mama przedszkolaka ze mnie beznadziejna. To ze Starszym mam ten typowy depresyjny problem - wiem, że kocham, lecz tej miłości nie czuję.

Mąż mnie wspiera, dużo ostatnio rozmawiamy, ale okazuje się, że to nie wystarcza. Potrzebuję pomocy z zewnątrz, nie wiem, czy psychoterapii, bo nigdy takowej nie przechodziłam, nie wiem na ile by pomogła. Nie wiem też gdzie się zwrócić, żeby fortuny nie stracić. Więc na początek tu napisałam.

Czytam to forum od ho ho! i wiem, że problemy podobne mojemu często się tu przewijają, jednak będzie mi raźniej jak ktoś mi osobiście coś poradzi, zwłaszcza, że to moje pierwsze takie wystąpienie.
    • lila1974 Re: Mój rodzicielski kryzys (długie) 18.03.08, 23:32
      Jako, ze w pracy siedzę i czasu mam dużo, więc Ci poopowiadam, jak
      to ze mną było - i parę moich przemyśleń - najwyzej szybciej
      zaśniesz smile

      No to sobie pofilozofuję nieco.

      Ostatnimi czasy dochodzę do wniosku, że sporą winę za nasze
      rodzicielskie niepowodzenia ponoszą stereotypy, które wynieśliśmy z
      czasów, gdy to nas wychowywano. Jako dzieci miałyśmy być grzeczne,
      pokorne, posłuszne, nie zabierac głosu, jak nie pytają, nie kręcić
      się zanadto dorosłym pod nogami, sluchać i potakiwać.

      Skorupka za młodu nasiąkła i na starość trąci, czyli od włąsnych
      dzieci oczekuje mniej więcej tego samego. Teoretycznie mamy
      świadomość, ze to nie jest w porządku wobec własnych dzieci, ale
      nasza nasiaknięta skorupka jest twarda i nie łatwo się jej pozbyć.
      Marzy nam się zatem dziecko idealne.

      Do tego wszystkiego mamy przyzwolenie starszego pokolenia, w postaci
      wszelkiej maści babć, dziadków, cioć, stryjków i życzliwych na
      ulicy, do karania swoich dzieci, gdy tylko odstają od społecznie
      oczekiwanego wzorca.

      Za to nikt nie zadbał o to, by nas oświecić, że dziecko na każdym ze
      swoich etapów rozwoju ma takie a takie "odchyły", że wcale nie ammy
      obowiazku ich tępić ponad wszelką miarę, że tak na prawdę to wcale
      nie kary, a zrozumienie małego człowieka jest kluczem do małych
      sukcesów.

      Teraz będzie o mojej własnej drodze przez mękę i blędach, które
      dostrzegłam w swoim podejściu do dzieci:

      Przede wszystkim zauważyłam, że traktowalam Konstancję zbyt
      poważnie. Zauważyłam to z chwilą, gdy jej młodsza siostra osiagnęła
      wiek lat 3.
      Zawsze uważałam, że Konstancja jest bardzo mądrą i rozumną
      dziewczynką, zapewne przez to wymagałam od niej zachowań, które jak
      się później okazało wcale nie są łatwe nawet dla mądrej trzylatki.
      Kiedy Konstancja miała 3 lata, narodziła się jej siostra Kornelka.
      Caly czas widziałam w Konstancji dużą już dziewczynkę. I tak mijały
      miesiace, aż pewnego dnia dotarło do mnie, że choć Kornelka ma już 3
      lata, to jest małą, głupiutką jeszcze dziewczynką z pełnym prawem do
      popełniania masy błedów.

      Starsza takiego prawa nie miała, a to dla tego, że do mnie nie
      docierało, ze Konstancja nadal jest malutka.

      Z chwilą, kiedy młodsza osiagnęła wiek lat 3 a starsza 6 zobaczyłam
      je takie jakimi są.

      Myślę, że sporo rodziców żyje w podobnym przeświadczeniu. Może
      również Ty? Masz 4 letniego synka - czy nie odbierasz go jako już
      mądrego i w miarę duzego chłopca? Czy nie drażnią Cię jego
      zachowania, które uważasz za dziecinne i czterolatkowi nieuchodzące?
      Twój synek wyrósł w Twoich oczach zwłaszcza teraz, gdy masz w
      ramionach maluszka. Kiedy jednak Twój obecny niemowlaczek stanie się
      czterolatkiem zrozumiesz, jak nazbyt wymagająca byłaś dla starszego
      synka w analogicznym okresie.

      Uwierz, to dzieje się tak, jakby Ci nagle opaska z oczu spadla i
      plujesz sobie wóczas w brodę, że bylas taką jędzą dla takiego bądź
      co bądź malucha.


      A teraz o czymś, co zrozumiałam po przeczytaniu pewnej mądrej i
      fajnej książki - "Jak mówić, zeby dzieci nas słuchały, jak słuchać,
      zeby dzieci do nas mówiły".

      Czy nasze kary nie biorą się z tego, że chcemy natychmiast
      mieć "grzeczne" dziecko? Czy nie są one poniekąd drogą na skróty a
      jednocześnie sposobem na usprawiedliwianie naszego rodzicielskiego
      lenistwa?

      Dziecko w jakiś tam sposób rozrabia ... nie chce wykonać naszego
      polecenia, buczy, mazgai się, wrzeszczy, tupie ... co najłatwiej nam
      zrobic? Upomniec, potem znów upomnieć, a potem ukarać w mniej lub
      bardziej wymyślny sposób. Tak na prawdę dziecko pada ofiarą naszego
      braku zainteresowanie jego stanem.

      Skoro nie jest słodkim aniołkiem, tylko prezentuje całą gamę
      zachowań nas irytujących, drazniących i wnerwiających, to wypadałoby
      przede wszystkim dociec, co leży u źródła tych zachowań, a nie tylko
      nakazać natychmiast przestać i wymierzyć karę w razie nieposłuchania.

      Co zamiast karania?
      1. Zastanowić się, co się stalo, skąd taka reakcja, nazwać uczucia
      dziecka.
      2. Zastanowić się, czy sprawa wymaga naszego kategorycznego
      sprzeciwu, jeśli tak, to wyrazić go, ale bez atakowania charakteru
      dziecka.
      3. Podpowiedzieć dziecku, jak możnaby wspólnie zaradzić problemowi,
      pozwolić mu wykazać się inicjatywą, bądź samemu podesłac ze dwa
      rozwiązania, z których będzie mogło sobie wybrac.
      4. Czasami dziecko po prostu musi odczuć konsekwencje swojego
      postępku, tak jest to rodzaj kary, ale adekwatny i związany z
      przewinieniem.

      Mając na uwadze te punkty staram się wg nich postępować z moimi
      dziewczynkami. nie jestem w tej sztuce jeszcze nazbyt biegła, ale
      już zauważam, że gdy tylko mi się chce wysilić, wejść nieco w skórę
      i emocje moich córek, to łatwiej mi osiagnąć porozumienie.

      Ot, taki drobiazg.
      Konstancja jest zerówkowiczką, więc musi wczesnie (jak dla niej)
      wstawać. Wstawanie wiązało się z jej niesamowitym fochem, że musi i
      naszymi utarczkami. Ja stałam na stanowisku: "Wstawaj, trzeba było
      się wczesniej położyć spać, to byś teraz nie byla taka śpiąca" w
      efekcie czego obie miałyśmy spaskudzony ranek.
      Postarałam się więc wykazac nieco więcej zrozumienia dla jej stanu.
      Przede wszystkim podczas wieczornych rozmów łózkowych pytałam jej,
      jak myśli, czy da radę rano bez problemu wstać. Przeważnie
      odpowiadała, że tak, więc utwierdzałam ją w tym postanowieniu -
      "jestem pewna, ze dasz radę!". I cóż się rankiem okazywało? Że choć
      nadal przeciąga się jak kot i widac, ze najchętniej ponownie
      zakopałaby się w kołdrze, to jednak wieczorna umowa obligowała ją do
      wstania bez większych kwasów.
      Wówczas ja proponowałam jej przejażdżkę na wielbładzie a ona ochoczo
      wskakiwała mi na plecy i jechała do lazienki. Reszta poranka szła
      nam dużo lepiej i łatwiej, bo nie doszło od razu po otwarciu oczu do
      spięcia.

      I tak jest niemal ze wszystkim. Widzę, jak dużo łatwiej dojśc z nimi
      do porozumienia, gdy zacznę zdanie np. od "widzę, że jesteś bardzo
      zła ...". Dziecko dostaje ode mnie sygnał, że je zauważam, że
      zauważam jego emocji i dzięki temu nie najeża się an mnie, latwiej
      jest się anm komunikować.

      Pewnie, że nie zawsze jest tak różowo jak bym chciała, ale wiesz co
      zauważyłam? Że różówo nie jest wóczas, kiedy sobie odpuszczam, kiedy
      zaczynam lekceważyć uczucia moich córek i wracam do starych
      schematów. Jeśli tylko się troszkę postaram to dzieci natychmiast
      odpłacają tym samym.




      I jeszcze coś, co wydaje mi się niezwykle ważne.
      Nasz mózg, to nie tylko nasze chęci, to również chemia, która żyje
      własnym życiem i to ona czasami odpowiada za nasz stan. Jeśli
      widzisz, ze ewidentnie targają Tobą jakieś niezdrowe myśli, odruchy,
      emocje, to nie wstydź się skorzystać z pomocy.

      Wszystkie moje przemyślenia brały w łeb, gdy nadchodziła fala
      wrzątku - czasami wystarczala byle bzdurka, bym się tak na dzieci
      wściekła, że mało ich nie pozagryzałam. Zdałam sobie sprawe, ze to
      co wyprawiam nie jest normalne - zgłosiłam się do psychiatry. Dziś
      jestem na leku, który pozwala mi trzeźwo myśleć, łagodzi moje
      reakcje, dziś już nie czuję tego ognia, który jeszcze do niedawna
      sprawiał, że momentami bywałam dla swoich córek mocno wredna.

      Namawiam Cię serdecznie do trzech rzeczy - wizyty u psychiatry
      (choćby po to, by dowiedzieć się, ze w szystko z Tobą jest ok.) - do
      poczytania ksiązki o której wspomniałam, jak i "Rodzeństwo bez
      rywalizacji" (Zawsze byłam sceptycznie nastawiona do wszelkiej maści
      poradników, ale te na prawdę szeroko otworzyły mi oczy) - do
      spojrzenia na Twojego starszego synka jak na małe jeszcze dziecko i
      pozwolenia mu na sporą dawkę głupiutkich zagrań.

      Mam nadzieję, ze Cię nie zanudziłam - smile
      • jonaska Re: Mój rodzicielski kryzys (długie) 19.03.08, 20:41
        lila, a moze podpowiedz mi jakiegos psychiatre? jesli jestes z Warszawy, bede
        baaardzo wdziecznasmile
        • lila1974 jonaska 19.03.08, 22:03
          Z Warszawą nie pomogę - jestem ze Szczecina uncertain
      • mag-giore Lila, nie zasnęłam :) 19.03.08, 23:49
        Wydaje mi się, że moja sytuacja jest bardzo podobna do tej, którą ty miałaś.
        Od jakiegoś czasu podejrzewam, że ten mój starszy synek coś za szybko podrósł od swoich trzecich urodzin i że urósł w dużej mierze w moim wyobrażeniu o nim.
        Obiektywnie patrząc on naprawdę jest o wiele bardziej gwałtowny i rozbrykany niż kiedyś, ale może takie jego prawo? A moim obowiązkiem jest taki charakter zaakceptować a nie zwalczać. Przy tym, pomimo zmiany charakteru nadal w dużej mierze pozostał sympatycznym chłopcem, wrażliwym na innych i zaskakującym błyskotliwością.
        Uważam, że problem jest we mnie. Jestem najlepszym w rodzinie domorosłym psychologiem-teoretykiem, z praktyką jak widać u mnie gorzej. Książkę "Jak mówić.. jak słuchać.." przeczytałam kilka miesięcy temu i też czułam się trochę jak nawrócona. Nowe zasady sprawdzają się pod warunkiem, że się nie zezłoszczę. A ja się często złoszczę sad Potrafię się na własne dziecko czteroletnie obrazić, no beznadzieja. A ostatnio, tak jak wczoraj, zdarzają się i ataki furii.
        Jest mi z tym bardzo źle, bo prócz uczucia, że krzywdzę własne dziecko mam świadomość, że mój stan nie jest normalny, nie miałam takich cech w sobie. Nigdy nikogo nie krzywdziłam, przeciwnie, starałam się o dobre samopoczucie wszystkich wokół. Ze mnie jest człowiek łagodny, spokojny, trochę cicha szara mysz. Przez ludzi z otoczenia zawsze byłam uważana za osobę super zrównoważoną, co akurat nie jest prawdą, bo miewałam epizody silnej nerwicy i nawet depresję jakiś czas. W życiu społecznym fatalnie znoszę konflikty, może dlatego tak źle reaguję na złoszczące się i krzyczące dziecko? Brałam kiedyś piguły, wiem, że pomagają. Lecz teraz karmię piersią i muszę znaleźć inne rozwiązanie. Ale do lekarza już się zapisałam.

        Dzisiejszy dzień był lepszy, lepiliśmy bałwana, prawie sielanka, gdyby nie czające się tuż pod skórą rozdrażnienie gotowe wyleźć pod byle pretekstem. Ale i tak odczułam jakąś ulgę, patrzyłam na synka i udawało mi się poczuć trochę tej miłości, która mnie kiedyś przepełniała. Wierzę, że pomogły mi rozmowy i te w realu z mężem, jak i z Wami na forum. Samo werbalizowanie tego co mnie przepełnia ma jakieś działanie terapeutyczne.
        Boję sie, bo takich lepszych dni było trochę a po nich następowały te okropne. Tak już chcę spokoju, żeby ten kryzys się skończył. Skąd siły..?
        • babcia47 Re: Lila, nie zasnęłam :) 20.03.08, 01:11
          Jest mi z tym bardzo źle, bo prócz uczucia, że krzywdzę własne
          dziecko mam świa
          > domość, że mój stan nie jest normalny..
          Biorąc pod uwagę, że niedawno urodziłaś drugie dziecko Twój stan
          jest jak najbardziej normalny!!! Nowe obowiązki, obciążenia..pewnie
          i burza hormonów swoje robią.. połaczone z nową sytuacją z która
          musi zmierzyc sie Twój starszy synek..jego reakcje niby
          nieracjonalne..ale moze związane właśnie z ta nową sytuacja..Twój
          stan jest jak najbardziej normalny, masz prawo być
          zniecierpliwiona,przemeczona, zdegustowana sytuacja, normalne jest,
          że miewasz momenty, gdy myslisz, że nie lubisz starszego synka..to
          sie zdaża wielu mamom będącym w takiej sytuacji..problem jedynie
          leży w tym jak nad tym wszystkim zapanowac zapanować z korzyscią dla
          Ciebie i dzieci..nie przeczytałam dokładnie Twoich postów, rzucił mi
          sie ten tekst w oczy..bo miałam podobne doswiadczenia..moge Ci tylko
          poradzić, by o ile to mozliwe zaangażowac blizszą i dalszą rodzine,
          byś miała trochę odpoczynku..dla własnego zdrowia psychicznego. Moje
          przesłanie jest takie, ze nie powinnaś sie obwiniac..podobne
          doswiadczenia ma większośc mam choć nie każda jest gotowa sie do
          tego przyznac, bo to koliduje z obrazem Matki Polki..jeszcze będzie
          dobrze!! Poproś męża lub kogoś z rodziny, przyjaciół by czasem
          odciążyli Cie w obowiązkach dotyczacych starszego synka, On poczuje
          sie dowartosciowany, bo bedzie w centrum czyjegoś zainteresowania, a
          Ty zyskasz chwile odpoczynku..i dystansu, albo niech mąż czy ktos
          inny zaopiekuje sie na chwilę(godzinke, dwie) małym ,z dyżurna
          butelka pełna sciagnietego mleczka, a Ty idź na spacer tylko z
          duzym..albo sie z nim pobaw, by miał Cie tylko dla siebie .. a za
          rok dwa bedziesz sie dziwić, że coś takiego Cie dopadło
          • lila1974 Re: Lila, nie zasnęłam :) 20.03.08, 11:35
            Masz rację, ze w przypadku autorki wątku sporo "winy" jest w
            okolicznościach ale obawiam się, że to nie tylko to. Zmęczenie,
            przeciążenie z cała pewnościa potęguje frustrację, ale obawiam się,
            że w Jej przypadku tak jak w moim problem tkwi gdzieś głębiej ...
            nie wiem, chemia, hormony?

            J mialam ogromne wsparcie ze strony męża, ba! nawet zdarzało się, ze
            ktoś z rodziny sam z siebie przychodził i zabierał dzieci na spacer,
            bym mogla odpocząć. Tyle, że nie da się odpocząć na zapas. Fryzjer,
            zakupy, kosmetyczka, basen ... i co tam jeszcze można wymyślić, na
            niewiele się zdadzą, jeśli nasz umysł trawi jakaś
            jednostka "chorobowa" - u mnie postawiono diagnozę - depresja jakaś
            tam, dokładnie nei pamietam. Czasami to nie okoliczności a chemia
            odpowiadają za nasz stan.
            • babcia47 Re: Lila, nie zasnęłam :) 20.03.08, 22:14
              hormony jak najbardziej! piszę o tym również wyżej..mama majaca
              całkiem nowe dziecko niekoniecznie panuje nad swoją psychiką z
              powodu biologii właśnie..i dlatego tak ważne jest maksymalne
              wsparcie dla niej ze strony najblizszych! Starszy synek ma tez
              swoje "przezycia" związane z nowa sytuacja i zderzenie tych dwóch
              sytuacji może powodować taki stan w jakim znalazła się autorka
              wątku! Chyba czas najwyzszy by porozmawiać z mężem, rodzina i dla
              wspólnego dobra poszykac pomocy..a może jeżeli nie ma takich
              możliwości wynająć czasem odpłatnie na godziny opiekunkę, kosztem
              innych wydatków, ale ten chyba teraz może byc priorytetowy dla dobra
              całej rodziny
        • lila1974 Re: Lila, nie zasnęłam :) 20.03.08, 11:27
          Rzeczywiście mamy podobne odczucia.
          Kiedy po raz pierwszy wybrałam się do psychiatry i po długim
          wywiadzie zostałą postawiona diagnoza oraz dobrany lek, rownież
          poczuląm, że mogę góry przenosić. Receptę powiesiłam na lodówce,
          gdyż wydawało mi się, że po tak oczyszczającej rozmowie, to ja już
          będę o niebo lepszą mamą. Przy czym obiecałam sobie solennie, że
          jeśli tylko poczuję w sobie dawną chęć wywredniania się na
          dziewczynkach, to w te pędy lecę do apteki.

          Nie wytrzymalam długo, po paru dniach już miałam zrealizowaną
          receptę.

          Nie wiem, czy masz tak samo, ale ja w tych atakach furii wiedziałam,
          ż ezachowuję się paskudnie, a jednocześnie jakąś dziką satysfakcję
          sprawialo mi dokuczanie córkom - słowne dotknięcie ich w jakieś
          czułe miejsce.

          I o dziwo, z pierwszą tabletką poczułam zmianę. Oczywiście musiałam
          się przyzwyczaić do leku, bo początkowo bardzo mnie mdliło i
          ziewalam jak wściekła, ale lekarka ostrzegała, że tak może być.
          Poinformowala, abym odstawiła lek wyłącznie wóczas, jeśli będę
          zwracać, bo to znak, że mój organizm leku nie toleruje.

          Terapię zapisała na rok i nie pozwoliła leku odstawiać.

          Na moje pytanie "dlaczego jestem taka" nie podjęła się odpowiedzieć,
          zasugerowała psychologa, ale jednocześnie przyznała, ze w moim
          przypadku dość ciężko byłoby prowadzić z nim spotkania regularnie.

          Mag-giore, mimo tego, że karmisz piersią, moze jednak spróbuj
          wizyty, może wspólnie ze specjalistą znajdziecie jakieś rozwiązanie?

          Wiesz dlaczego tak mi zależy?
          Mój krzyk przełożyl się na dziewczynki, widzę teraz dokładnie, jak w
          sytuacjach konfliktowych idą za moim przykładem i drą się na siebie.
          Mało tego, mój wrzask sprawiał, ze wręcz wzdrygały się, gdy ja tylko
          szybciej podniosłam się z miejsca, nawet bez celu ganienia je za coś.

          Leki plus nauka myślenia o dzieciach po nowemu sprawiają, że w moim
          domu jest mniej utarczek między mną a dziećmi.

          Kornelia, ktora obecnie ma 3,5 lat ćwiczy mnie w tej sztuce niemal
          bezustannie. To bardzo charakterna istotka. Kiedy wszystko idzie po
          jej myśli jest milusim kociakiem, ale niech tylko coś się jej nie
          spodoba, natychmiast wystawia swój lwi pazur. Dopóki myślałam po
          stremu, to zdarzało mi się wręcz łamać jej opór, teraz idzie mi
          znacznie łatwiej. Biorę ją na kolana lub klękam na wysokości jej
          twarzy. Mówię: "Widzę, że się bardzo zdenerwowałaś." Sytuacja np. z
          wczoraj - miałyśmy wyjść do szkoły po Konstancję. Kornelka była
          zajęta, bo ona bardzo ładnie potrafi się bawić, wcale nie chciała
          przerywać i iść ze mną. Zaczęła wykrzykiwać, ze nigdzie nie idzie.
          Postąpiłąm jak wyżej i dodałam: "Masz rację, to bardzo irytujące,
          gdy się człowiek fajnie bawi, a musi przestać. Sama tego nie lubię."
          Spojrzała na mnie z zaciekawieniem, spodziewała się chyba raczej, że
          będę ją zmuszała do wyjścia. Powiedziałam:
          "Obiecuję, ze spacer do szkoły będzie krótki i jak tylko wrócimy, to
          znów będziesz się bawiła. Zresztą myślę, że Twoja lalka marzy o
          spacerze i pohuśtaniu się na prawdziwej huśtawce, jak sądzisz?"
          I rozgorzała rozmowa na temat spaceru z lalką, a Kornelka już bez
          sprzeciwku pozwolilą się ubrać i wyszla po siostrę.

          Wiem, czuję, ze z każdej patowej sytuacji jest wyjście, tylko trzeba
          znaleźć w sobie te pokłady cierpliwości, a to na prawdę trudne, jśli
          się nie panuje nad własnymi emocjami.

          Najważniejsze, że jesteś świadoma, ze problem tkwi w Tobie, bo
          najgorsze co można zrobić, to zwalać winę na dziecko. Ono przeważnie
          jest wierną kopią rodzica, więc jego reakcje, to nic innego, jak
          naśladownictwo naszych.

          Wiem, jak bardzo Ci ciężko, ale proszę spróbuj wykonać jeszcze jeden
          krok - rozmowy z bliskimi poniekąd robią krzywdę, bo bliscy mają
          tendencje do rozgrzeszania nas "no, tak, bo Ty masz takie żywiołowe
          dzieci" - a to na prawdę nie dzieci wina.

    • mruwa9 IMHO za duzo kar,za malo pochwal 19.03.08, 01:08
      Dziecko powtarza i utrwala te zachowania, ktore zwracaja twoja
      uwage. Jesli pozytywne zachowania, dobre rzeczy nie przyciagaja
      Twojej uwagi, w przeciwienstwie do tych zlych, to dziecko bedzie
      powtarzalo wlasnie te negatywne zachowania. Zeby przyciagnac Twoja
      uwage za wszelka cene.'
      Twoje dziecko robi i powtarza Twoje zachowanie. Stanowi poniekad
      Twoje zwierciadlo. Im bardziej surowi i agresywni jestescie wobec
      dziecka, tym agresywniejsze ono bedzie.
      Chcesz przerwac to bledne kolo, przestan karac i strofowac dziecko.
      Zacznij je chwalic za wszystko dobre, co zrobilo (chocby to, ze
      powiesilo recznik w lazience po kapieli czy sprawnie sie ubral w
      pizame).Chwal, chwal i jeszcze raz chwal. Pochwaly uskrzydlaja. Nie
      mow dziecku, czego ma NIE robic, ale zawsze zaproponuj pozytywna
      alternatywe, co dziecko MA zrobic. Docen i pochwal same starania.
      Pozwol noworodkowi polezec samemu w lozeczku i poswiec maksymalnie
      duzo uwagi starszakowi. Unikaj hasel "musze nakarmic malego",
      zmienic pieluche, cicho, bo maly spi", czyli okazuj jak najczesciej,
      ze na niemowlaku nie koncentruje sie wasze zycie i ze starszak jest
      rownie wazny, ze respektujecie jego prawa i uczucia.
      • mag-giore Re: IMHO za duzo kar,za malo pochwal 20.03.08, 00:04
        Czytam i wszystko wydaje mi się takie oczywiste. Sama kilka razy tak komuś radziłam. Teraz wiem jak trudno wprowadzić to w życie. Jednak muszę sobie powbijać to do głowy <łup łup> bo jak ja się nie zmienię, to nic się nie zmieni..
    • bazylea1 Re: Mój rodzicielski kryzys (długie) 20.03.08, 11:57
      podpisuje się pod Lilą1974 - mamy skłonnosc traktowania starszych
      dzieci jako "dorosłych". ja często robie takie cwiczenie myslowe -
      wyobrazam sobie mlodszego jak będzie w wieku starszego - czy będę go
      widziała jako "duże dziecko" czy "maleństwo". po czym przenoszę to
      na starszego. to działa.

      poza tym wiek ok 4 lat jest dosc trudny, u nas 4-4,5 - wieczne
      awantury, za to teraz? na polecenie słyszę "dobrze mamusiu" - i
      normalnie nie moge uwierzyc wink

      błędne koło agresji - tylko rodzice mogą przerwac.

      no i last but not least - urodzenie drugiego dziecka robi swoje,
      hormony są przestawione na stan "zakochania" w maluszku, zmęczenie
      itp.

      poczucie miłości do starszego wraca po jakims czasie.
    • nowy771 Re: Mój rodzicielski kryzys (długie) 20.03.08, 20:02
      Witaj mogę doradzić ci bardzo fajne warsztaty, sama na nich bylam.
      Dotycząjak radzić sobie z dziećmi i jak z nimi mądrze postępować.
      Nie będe sie rozpisywala, wejdz sobie na strone
      www.psychocentrum.pl/warsztaty.html
      Warsztat dla rodziców "Dzieci nie ryby - - swój język mają"

      pozdrawiam.
Pełna wersja