johana2
16.09.03, 15:21
Czuję się zmaltretowana i zmęczona. Mój 2-letni synek - zaplanowany,
wyczekany - pastwi się nade mną. Naprawdę - nie wiem co mam robić. Nic nie
skutkuje. Mały mnie zupełnie nie słucha, a wręcz ignoruje. Gdy mu na coś nie
pozwalam ( na przykład na zabawy w pustej fontannie pełnej szkła i śmieci w
parku)to kładzie się na ziemi, chodniku, podłodze itp i wrzeszczy albo
(ostatnio)leży na brzuchu i chowa głowę w dłonie albo zatyka uszy. Nie wiem,
gdzie to podpatrzył. Ja nic mu takiego nie pokazywałam, sami z mężem tak sie
też przecież nie zachowujemy. Mały chodzi od kwietnia do żłobka i tam jest
grzeczny. Zresztą, gdy siedział z opiekunką, to też był grzeczny przy niej.
Czyli - jak chce to może... Nie wiem o co chodzi. Nie pomaga ani groźba ani
prośba. Mąż jest mniej ciertpliwy i po prostu stosuje rozwiązania siłowe. Ja
próbuję z podejściem psychologicznym tzn spokojne tłumaczenie albo "bo sobie
pójdę"... Nic nie skutkuje, jest totalna olewka i obojętność. Najgorsze jest
to że jest tylko coraz gorzej. Kiedyś lubiłam wychodzić z nim do parku. Teraz
MUSZĘ! bo dla zdrowia... ale wcale nie mam ochoty. Miłym dziciaczkiem jest w
zasadzie tylko wieczorem jak leżymy w łóźku i usypiamy się z herbatką i
książeczką.
Jestem już strzępkiem nerwów, jadę na prochach ale jak długo można? Dziś
spóźniłam się do pracy pół godziny i ze łzami w oczach(same popłynęły)
tłumaczyłam się mojemu szefowi jak to mały obraził sie na mnie bo nie
chciałam mu dać mojego jogurtu którego nie może i tak jeść bo ma dużą skazę
białkową i jak darł się w samochodzie przez całą drogę do żłobka z powodu i
tego jogurtu i tego że nie dałam mu siedzieć z przodu, tylko w foteliku i
potem jak w szatni legł na podłogę i żadna siła nie mogła go stamtąd ruszyć (
a żłobek bardzo lubi). Szef się śmiał że mam takie udane dziecko, a ja nie
mogłam się uspokoić. Wczoraj w piaskownicy też siedziałam i łzy mi same
leciały po kolejnym pokazie tarzania się w ziemi pełnej petów i mrówek (bo
akurat tam wziął i legł). Być może wpadłam w jakąś depresję, nie umiem sobie
już poradzić z własnymi emocjami. Kiedyś byłam znana jako siła spokoju i oaza
cierpliwości. Teraz jestem kłębkiem nerwów. Płaczę z byle powodu. Wystarczy
że mąż się na mnie krzywo spojrzy, bo znowu zrobię coś nie tak (czyt. coś co
on by zrobił metodą siłową). Dochodzi na tym tle coraz częściej do wymiany
zdań, niestety przy małym, ale to właśnie on jest tą przyczyną. Mąż też już
jest tym zmęczony, tym bardziej że ma perspektywę siedzenia z synkiem od
października 3 dni w tygodniu pod rząd samemu bo mnie zaczyna się rok
alademicki (studia wieczorowe). Szczerze mówiąc nie zazdroszczę mu.
Poradźcie co mam zrobić, jak reagować na takie zachowanie. Boję się że w
końcu po prostu nie wrócę któregoś dnia do domu, do nich...Już nie mogę...